Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: Mąż

czwartek, 21 czerwca 2018

Od pewnego czasu wchodzimy z Szanownym na plac sporny dotyczących naszych dzieci. To co dzieje się u dzieci Szanownego ja niekoniecznie okraszam aprobatą i na odwrót – to jak zachowuje się mój Syn niekoniecznie podoba się Szanownemu. To jest niestety problem małżeństw patchworkowych, gdzie zdarzają się spięcia dotyczące dzieci własnych. Od samego początku, kiedy zaczęłam spotykać się z moim obecnym mężem (a w tym roku stuknie nam 16 lat!) dawałam mu do zrozumienia, że wychowanie mojego Syna jest tylko i wyłącznie moją sprawą i proszę go o nie wtrącanie się do naszych relacji. Oczywiście jeśli miałby jakąś uwagę czy zauważyłby coś, co wymaga interwencji, to proszę – może mi powiedzieć na stronie, ale wychowaniem Młodego zajmuję się ja. Tym stanowiskiem chciałam uniknąć przyszłych niesnasek związanych z prawdopodobnymi tekstami: „nie jesteś moim ojcem, żeby mi mówić co mam robić”, lub podobnie. Oczywiście nic takiego nigdy się nie stało i nikt nigdy takich słów nie wypowiedział. Młody mój z wujkiem znalazł dobrą nić porozumienia, chociaż synowie mojego męża zawsze byli na miejscu pierwszym (co jest sprawą oczywistą).

Jak natomiast wyglądała sprawa wychowawcza od drugiej strony? Kiedy chłopcy mojego męża przyjeżdżali do nas w odwiedziny miałam niejako czterech synów ponieważ Szanowny zaakceptował to, że to ja wyznaczam granice, zadania, chwalę, rozmawiam, tłumaczę i wyjaśniam. Tatuś był elementem zabawowo-rozrywkowym i trochę jest w tym mojej winy, że zgodziłam się na taki układ, gdzie „matkowałam” pasierbom, a Szanowny był z tego powodu bardzo kontent.

Jednak kiedy wszyscy chłopcy zaczęli wchodzić w dorosłe życie, zaczęły się niesnaski. Najpierw Uszak spłodził pierwszego wnuka, nie mając perspektyw  na samodzielne mieszkanie, w którym mógłby wspólnie z partnerką wychowywać swoje dziecko. Więcej szczegółów we wpisach otagowanych „pacholę”. Potem kolejny syn zapragnął zostać tatusiem. Na szczęście on i jego (aktualnie) żona mieli oboje pracę, wynajmowali mieszkanie i założenie rodziny nie było jakąś wielką wpadką. W następnym roku ciąża przydarzyła się dziewczynie najmłodszego. I tak oto w ciągu trzech lat Szanownym został potrójnym dziadkiem.

Kiedyś też usłyszałam od teścia, że teraz czas na mojego Młodego, a jak mu powiedziałam, że syn nie ma dziewczyny i na razie nie planuje jej mieć, to powiedział, że ten mój chłopak jakiś nienormalny jest. Cóż.

Sytuacja rodzinna u moich pasierbów rozlewa się pomału na nowe pokolenia: Scareface będzie ojcem po raz drugi oraz Golas również będzie tatusiem w drugim wydaniu. Tylko dziewczyna Uszaka jakoś broni się przed kolejną ciążą. Póki nie włażą w nasze buty i w naszą pościel, dla mnie mogą płodzić i po sześcioro dzieci. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

Natomiast wiele żalów ostatnio słyszę od Szanownego na temat mojego Młodego. Moim skromnym zdaniem mąż mój poprzez pryzmat swoich kompleksów próbuje w jakiś sposób odreagować wewnętrzne pretensje. Słyszałam już wielokrotnie, że „mój syn jest owszem inteligentny, ale jednak przemądrzały”, że „całymi dniami go nie ma i nic nie robi w domu” – przypomnę tylko, że mój mąż pasjonuje się domowymi robotami w postaci różnorakich prac monterskich, hydraulicznych, malarskich, tokarskich, meblarskich, mechanicznych, rolniczych i …. nie zliczę jakich jeszcze ;-) Siedzący przed komputerem chłop jest dla niego niejako „wynaturzeniem”.

To, że mój syn pojechał do Paryża również ubodło mojego męża, że robił prawo jazdy, na które mu dołożyłam kasy również było solą w oku, bo przecież jego synom bardziej by się prawko przydało, bo… „mają dzieci”.

Nie staram się już wchodzić w dyskusję, bo zwyczajnie mi się nie chce. Kiedyś dyskutowałam ostro, teraz zlewam te pretensje ciepłym moczem. Mój Młody powiedział, że za wiele rzeczy może wujka przeprosić, bo przyznał, że bywa arogancki, ale nie za to, że realizuje swoje marzenia i plany. To, że mój syn nie żyje na podobieństwo synów mojego męża o niczym nie świadczy. A najbardziej boli mnie to, że wszelakie wąty do mojego dziecka idą bezpośrednio do mnie zgodnie z zasadą sprzed lat: „powiedziałaś kiedyś, że mam się nie wtrącać w wychowanie Młodego więc mówię tobie, a nie jemu”. Ale do cholery mój syn ma już 22 lata, na ile go wychowałam, na tyle jest świadomy swoich czynów i nic mu się nie stanie jak mąż matki wygarnie mu co jest nie tak.

Młody jak co roku wyjeżdża w sierpniu na obóz harcerski. Jest już w stopniu umożliwiającym mu organizowanie wypraw i posiadanie pod swoją opieką grup zuchowych. Szanowny poinformował mnie wczoraj, że „znowu nie będzie komu pomagać w remoncie, ociepleniu domu i on (biedaczek) zostaje z tą robotą sam”.

wtorek, 09 maja 2017

Istnieją jednak rzeczy ważne i ważniejsze, które uwierają jak przeprana metka w swetrze. Myślałam, że dobry czas zostanie na dłużej, ale jednak ta ciepłota ciała nie każdemu pasuje. Mam już wewnętrzne schizy polegające na tym, że to wszystko moja wina, że to ja nie potrafię upilnować miru domowego...

Ale w czym rzecz.

To, że mam pasierbów wiadomo. Że mieszkałam z nimi - też wiadomo, że jeden z nich mieszka w tym samym domu co my - też jest rzeczą wiadomą. Nie mogę narzekać, bo kontakt ze wszystkimi mam w miarę dobry, poprawny. Inne kobiety tworząc patchworkową rodzinę mają gorzej. Wiem, bo często czytając forumowe wpisy na gazecie, napatrzyłam się na wylewane żale. Ja też tych żali wylałam wiele, ale myślałam, że nastała jakaś stabilność w stosunkach międzypokoleniowych, a jednak to wraca jak bumerang.

Mój Pierworodny chodzi na kurs prawa jazdy. Obiecałam mu to jakiś czas temu, że zasponsoruję mu prawko jak tylko wyrwę się z finansowego dołka. Słowa dotrzymałam, on zresztą też - bo nawalił ze szkołą, ale jakoś doszedł do tej matury i aktualnie zdaje po kolei wszystkie egzaminy. O ten właśnie kurs prawa jazdy poszło i od tego się zaczęło. 

Tak więc w czasie jakiegoś luźnego wieczoru usłyszałam, że jak Scareface (syn Szanownego) skończył zawodówkę to musiał "szybko znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do domowego budżetu". Racja. Wprowadziłam te zasadę ponieważ uważałam, że 300 zł z pensji młodego chłopaka (bez żony/dziewczyny/dziecka i innych zobowiązań) to nie jest jakieś wielkie obdarcie ze skóry. Tym bardziej, że kiedy Scareface kończył szkołę to w domu się nie przelewało. Mieszkał z nami, korzystał jak każdy z nas z pralki, prądu, gazu, śmiecił tak samo jak my, albo może i więcej. Moje wyjaśnienia, że kiedy mój syn zda maturę, pójdzie do pracy i tak samo będzie się musiał dokładać i pewnie jeszcze opłacać za swoje studia, nie zostały przyjęte z aprobatą. Cóż.

Nikt Scareface'owi nie broni zwrócić się do mamusi (swojej) i tatusia (swojego), babci bądź dziadka o zasponsorowanie kursu prawa jazdy. Mój syn ma tylko mnie i żadni inni sponsorzy nie wchodzą w grę. 

Nie jestem też święta jeśli chodzi o pilnowanie porządku. Po pierwsze nie należę do osób, które kochają się w mieszkaniach - muzeach. Każdy normalny dom musi mieć magiczne krzesełko, na które można rzucić ciuszek, w każdym normalnym domu musi stać w zlewie choć jeden talerz czy miska, i każdy normalny dom musi mieć choć trochę okruchów czy kocich/psich kłaków na dywanie ;-) W domach "sterylnych" boję się siadać na fotel/kanapę, bo jeszcze "ubrudzę". Tak więc mój syn, za przykładem mamusi ma takie krzesełko, ma taki stos talerzy (na biurku) i ma też okruszki/papierki/rachunki na podłodze. Jego pokój jest jednak mały i niestety przechodni. Pierworodny w nim tylko śpi, albowiem całymi dniami zazwyczaj nie ma go w domu - albo harcówka, albo hufiec, albo spotkania z kolegami na mieście, lub organizowanie kolejnych wycieczek dla zuchów bądź harcerzy młodszych, albo jakieś kursy, szkolenia, czy nauka czegoś innego. On na komputer, dom i dziewczyny nie ma czasu. Kiedy próbuję odbijać pretensje o porządku mojego syna, które brzmią: "bo on ma bałagan, a to pokój przechodni i wszystko widać", mojego męża nic nie wzrusza. Na argumenty, że jego najmłodszy syn, Golas prowadził tak porządek w pokoju, że nos od smrodu sam odpadał, Szanowny tylko odbija piłeczkę, że mój syn niedługo będzie robił tak samo...

Może dorabiam dupie uszy i dramatyzuję, ale odkąd urodziłam Pierworodnego założyłam sobie, że stanę na głowie, ale nie dopuszczę do zejścia mojego dziecka na boczne drogi i doprowadzę do jego właściwego wychowania. Czy to się spełniło okaże się w jego samodzielnym, dorosłym życiu. Nie pozwoliłam też nikomu obcemu wtrącać się w zasady jakie zastosowałam, ani żadnej ciotce, ani Bratu, ani tym bardziej Szanownemu, który nie potrafił zapanować nad własnymi synami.

Najgorsze są więc kłótnie o "moje, twoje, nasze". Nigdy żadna ze stron nie będzie miała w pełni racji. Już nie twierdzę, że tylko "mojsza" racja jest na wierzchu, ale widzę ogromną dysproporcję między mną, moim synem, a Szanownym i jego chłopakami. Czy ktoś broni albo zazdrości inwestować w swoje wykształcenie lub zainteresowania? Czy porządek na biurku to jedyny priorytet życiowy człowieka? Czy serio - "wykształcony człowiek nie zostawia brudnych skarpet na podłodze"? - to argumenty mojego męża w stronę mojego syna. A tak na marginesie - odezwał się "czyścioch", który po każdej większej robocie (cięcie, rżnięcie, kiełbasy czy inne oleisto-ogrodowe rzeczy) nie zostawia po sobie widoku sali operacyjnej, tylko wciąż muszę go napominać, że zostawia po pracy krajobraz jak po bitwie...

Najgorsze jest być zależnym od kogoś. Jak mantrę powtarzam słowa mojej Mamy: "umiesz liczyć - licz na siebie". I wiem - jestem zależna mieszkaniowo od mojego męża, bo ten dom nigdy nie będzie mój. Wkładam do głowy mojemu Pierworodnemu, żeby jak najszybciej stąd spieprzał, bo nic tu nigdy jego nie będzie. Mnie w sumie też by się przydało jakieś maleńkie mieszkanko - choćby 20m2, gdzie mogłabym na starość kłaść swoje ciuszki na magicznym krzesełku, a kubeczek na zastawionym książkami stole i nic nikomu do tego. Póki Szanowny żyje jego synowie są grzeczni. Ale kto wie jak będą mnie traktować kiedy mojemu mężowi przyjdzie pora odejść z tego świata? Niby mnie zapewnia, że przecież "cię lubią i krzywdy ci nie zrobią", poza tym "współwłaścicielką będzie nasza Mania więc ona cię nie wyrzuci". Ale nawet w najlepszych rodzinach ludzie ludziom podkładają świnie.

Czasem myślę, że najlepiej żyć samemu. Albo nie - żyć z kotami, najlepiej trzema albo pięcioma :-))))

P.S. Justek - jeśli masz ochotę obedrzeć mnie z historii życiem pisanych - bierz i jedz ile chcesz ;-) Przecież masz już doświadczenie w tym zakresie. Bezcielesna - to również zdanie dla Ciebie :-)   

poniedziałek, 20 marca 2017

Ostatnio zawagarowałam. I tak na samej końcówce mamy już tak mało zajęć, że stracić jedno spotkanie seminaryjne lub konwersatorium z nudnego tematu to nic. Mamy więcej czasu na pisanie pracy magisterskiej i to się liczy. Pisanie tematu jaki wybrałam, idzie mi całkiem gładko, zupełnie inaczej niż w przypadku pracy licencjackiej, podczas której wychodziły mi siódme poty ;-)

Tak więc spędziłam weekend domowo, ale nie leniwie, jak to zwykle u mnie bywa. Upiekłam z Manią i Pierworodnym kopiec kreta, taki prawdziwy, nie z torebki ;-) Uszyłam córce prześcieradło i niech nikt sobie nie wyobraża, że "uszyć prześcieradło" to pan pikuś. Musiałam bowiem zszyć dwa kolorowe prześcieradła, które Mania kiedyś miała w łóżeczku dziecięcym. Przypominam, że jestem niepoprawnym zbieraczem i zawsze żal mi wyrzucać jakieś szmaty dobrego gatunku ;-) Tak więc po zszyciu wyszła mi płachta o długości prawie trzech metrów. Ponieważ chciałam dać Mani prześcieradło z gumką musiałam wymierzyć w którym miejscu ma ta gumka być oraz odpowiednio ukształtować (zszyć) rogi, żeby prześcieradło pasowało na materac. Potem wszycie gumki to element końcowy, nie pozostający jednak bez problemu. Ale się udało - Mania teraz nowe dwukolorowe prześcieradło. 

Muszę się też pochwalić swoim przecudownie zdolnym mężem, który nie dość, że sam skonstruował wejście dla naszych kotów, to jeszcze zabawił się w jutubera i sam zmontował filmik, puszczając go do emisji. 

Oto wynik jego pracy. Bawcie się dobrze oglądając dzieło Szanownego :-)

Tagi: Mąż weekend
08:51, sokramka
Link Komentarze (10) »
piątek, 13 stycznia 2017

A teraz pochwalę się dziełem Szanownego :-) innych też trzeba chwalić.

Tak więc poniżej zamieszczam wieszak na klucze, którego strasznie mi brakowało w naszym przedpokoju, bo kluczy mamy dużo i wiele i w ogóle ;-)

Pomysł i szkic jest mój, wykonanie, czyli - wycięcie, pomalowanie, zalakierowanie, wbicie haczyków i przymocowanie do ściany jest autorstwa mojego męża.

Także i o:

 

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Mimo strasznie napiętego końca roku i masy pracy służbowej czuję się wyśmienicie! Energia mnie rozpiera, uśmiecham się, nie choruję, jakby życie moje toczyło się w innym wymiarze, na przekór tego, co dokoła się dzieje. Nawet nie mam chwili dla moich ukochanych drutów, szydełka czy igły... Ledwo zdążyłam podpisać kilka kartek świątecznych i puścić w Polskę ;-) 

Nie ukrywam, że mój nastrój spowodowany jest stabilizacją finansową, na którą pozwoliła mi praca w resorcie ;-) Oczywiście wynagrodzenie moje nie daje mi możliwości kupna nowego samochodu :-D ale np. mam spokojną głowę kiedy opłacę rachunki i mogę sobie pozwolić na spełnianie marzeń w postaci ratalnego zakupu.

Nie oszukujmy się, że w dzisiejszym, kapitalistycznym świecie bez pieniędzy można wyżyć. Nie da się. Sama świadomość, że możesz opłacić dziecku dodatkowe zajęcia (moja córka chodzi na lekcje gitary), że możesz spokojnie dać na koncert, na wycieczkę szkolną, że córka nie czuje się gorsza od innych, bo czegoś tam nie ma, jest budująca. Choć nie samą kasą człowiek żyje.

Co do uczuć wyższych, to już dawno sygnalizowałam, że pożycie moje i Szanownego pływa na wyżynach głębokiej miłości małżeńskiej ;-) Aż nie do uwierzenia i nie chcę zapeszać, ani krakać, żeby nie było spadku ;-)

Tymczasem biorę się za pracę, bo przed końcem roku mam jej mnóstwo!

:-*

Mały update: moje samopoczucie ma tym bardziej tendencję wzrostową ponieważ dziadek wyjechał ze swoją narzeczoną do sanatorium na całe dwa tygodnie! Wraca dopiero po nowym roku. Żadnych awantur, żadnego alkoholu, żadnego smrodu papierosów, czysty spokój :-)

Tagi: dom Mąż praca
12:21, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 27 maja 2016

Ponieważ nie umiem odpoczywać i cały czas się za czymś kręcę, w czasie długiego weekendu znalazłam małą chwilkę na wpis. Na piątek oficjalnym trybem wzięłam sobie dzień urlopu i mogłam z Szanownym oddać się pracom wokół domu. On szalał w ogródku, ja w kuchni i w pralce ;-) Obiecałam, że pochwalę się dziełem mojego małża i muszę znowu coś pokombinować, bo nie przyjmuje mi znowu filmiku :-( Kto jest na Instagramie, ten widział, a kto nie - ten musi jeszcze poczekać ;-)

Tymczasem moje ręce znowu potworzyły kilka ubranek dla lalki Mani. I znowu kto jest na Insta ten widział. Te rzeczy powstawały kilkanaście dni, ale przedstawiam zbiorczo:

No i coś dla mnie osobistego:

Ponieważ w sklepach nie ma torby, która by mi do końca pasowała, postanowiłam sama sobie taką uszyć. Jest na suwak, ma trzy opcje noszenia: w ręku, na ramię i na długim pasku "na skos". Te kółeczka, które widać to elementy starego karnisza :-)

Korzystajcie z wolnego, ja też korzystam i jutro jedziemy z mężem odebrać nowy sprzęt ponieważ kupiłam dziś na raty nową zmywarkę i nową kuchenkę. Wypas! 

To są uroki pracy na etat w niezagrożonym upadłością zakładzie pracy ;-)

Miłego weekendu!

poniedziałek, 09 maja 2016

Oj tak. W sobotę strasznie nie chciało mi się iść na wykłady, bo i pogoda nie nastrajała do nudnych wykładów i zajęcia nie były przyciągające. Ale postanowiłam przyjechać, bo i tak miałam do oddania referat na zaliczenie. No i się opłacało. Wykładowca z pierwszych zajęć postanowił zrobić nam wykłady w pobliskim parku, na tzw "majówce" ;-) oraz docenił naszą obecność stawiając nam piątki do zaliczenia. Koleżanka, która ze mną studiowała, a która czasem tu zagląda pewnie domyśli się który to wykładowca - nikt inny tylko dr Krzysztof G. Basiu - pozdrawiam Cię z tego miejsca!

Przyjazd do domu napawał mnie radością. Nie tak jak jeszcze rok, dwa wstecz. I tu mała dygresja: wciąż boję się odstawić leki, boję się tej Sokramki, która potrafiła ryczeć, awanturować się, lubię tę Sokramkę, która dostrzegła wreszcie zielone pąki na drzewach i kwiaty na naszej jabłonce, która przytula swojego chłopa w każdej wolnej chwili. To jest naprawdę dziwne zjawisko, ale ja siebie nie poznaję, jednocześnie lubiąc się taką inną. O tych reakcjach będzie też poniżej.

Szanowny nie próżnował. Przekopał ogródek. bo czas niedługo sadzić pomidory. I skończył wreszcie swój młyn. Marzył o takim domku nad oczkiem i w końcu mu się udało. A oto kilkusekundowa próbka jego dzieła. Total handmade:

Noooo nieeee.... Nie będę kasować części wpisu, ale filmiku nie będzie. Za duży i nie chce przejść. Ale obiecuję, że coś wymyślę ;-)

W niedzielę odwiedziła młodych rodziców pani SS. Babcia przyjechała do wnuczki, ale na szczęście wejście do nich jest od drugiej strony chałupy więc nie musiałam się z nią widzieć. Jednak chwilowe spotkanie wzrokowe na podwórku spowodowało u mnie pozytywną reakcję: jestem u siebie, to ona jest tu gościem, podnieś głowę, nie stresuj się. To spowodowało, że uśmiechnęłam się dwa razy szczerzej. Jeszcze rok temu miałam odruchy wymiotne i stresy żołądkowe widząc tę panią, a dziś właśnie widzę siebie inaczej reagującą. Do tego pani SS nie powiedziała mi "cześć" odezwała się dopiero jak zobaczyła Szanownego. Olewam to, jeśli ktoś olewa mnie ;-)

No a pod wieczór wybraliśmy się z Szanownym na rowery. Trochę nas deszczyk zrosił po drodze, ale taki deszcz to nie deszcz. Małż spalił sie trochę na słońcu robiąc w ogródku, więc jego rozgrzane plecy i ramiona chłonęły łagodzące krople kapuśniaczku.

Bardzo piękny weekend. Do tego mam nowe czytadło: biografia Marii Skłodowskiej Curie, ale bardziej w kontekście jej życia osobistego, sercowego. Czy wiecie, że Skłodowska była ateistką? Zawsze ją lubiłam, ale teraz jak to wiem, to lubię ją bardziej ;-)

Miłego poniedziałku i dobrego tygodnia!

wtorek, 29 marca 2016

Wiele się działo, ale da się wszystko streścić w jednym wpisie ;-)

W zeszłym tygodniu miałam w pracy całodzienne szkolenie dotyczące systemu obowiązującego na miejscu. Trochę nudno poprowadzone, ale test zaliczony więc chyba coś w tej łepetynie zostało ;-)

Co do psychologicznego potwora u mojej córki wiem już więcej niż myślałam. Po wizycie u znanej mi psycholog (m. in. tej, z którą współpracowałam w przypadku problemów z Golasem) uświadomiłam sobie, że mam w domu...nastolatkę. Tak, tak, te buntownicze objawy niemające podstaw w żadnej traumie szkolnej, to wyraz krzyku i chęci większego zainteresowania swoja osobą. Doszłyśmy do wniosku z panią psycholog, że muszę być bardziej konsekwentna i wymagająca (a można jeszcze bardziej? ;-)) Ale jednocześnie otwarta i zacząć traktować ją już nie jak dziecko. Tylko, że ja właśnie niedawno zaczęłam ją traktować jak dorastającą pannę. Nie wiem co mogę więcej uczynić. Na razie będzie odprowadzana do szkoły przez Pierworodnego. Młody nie chodzi do szkoły, do pracy idzie od połowy kwietnia więc obiecał mi pomóc.

W niedzielę były chrzciny Królewny. Wnuczka Szanownego ma już cztery miesiące więc rodzina postanowiła zapisać ją do grona chrześcijan. Niestety, sama impreza nie przypadła do gustu mojemu mężowi. Takie zderzenie dwóch różnych kultur spowodowało, że Szanownemu w ogóle nie chciało się tam siedzieć, ale zrobił to dla swojego syna. W skrócie można by określić to jednym zwrotem: "zastaw się, a postaw się". Wódka, wódka i jeszcze raz wódka. Jak to na wiejskich chrzcinach. Nie obrażając przyzwoitych ludzi ze wsi ;-)

Wczoraj natomiast udało nam się wyciągnąć Dziadka na spacer do lasu. Szanowny bał się, że skoro narzeczona Ojca pojechała do swojej rodziny, on będzie próbował szukać monopolowego i zapijać nudę. Początkowo Teść nie chciał nigdzie iść, bo źle się czuł, nie chciało mu się, ale w końcu dał się namówić na leśny spacer. A pogoda była cudowna. Zrobiliśmy sobie parę wspólnych zdjęć i po powrocie do domu Teść poszedł się zdrzemnąć zmęczony jak dziecko.

Przyznam się, że gdyby Ojciec nie pił byłby naprawdę fajnym, rozrywkowym człowiekiem. Mimo jego prostoty wyniesionej ze wsi potrafi był fajny. Tylko ten alkoholizm... To może zniszczyć każdego.

Mania z koleżankami bawiła się wczoraj na powietrzu, oblewając się z pistoletów i spryskiwaczy. Dobrze, że pogoda dopisała, bo wszystkie dzieci szybko schły ;-) A dziś zaczyna się nowy tydzień, nowe zadania w pracy, a w międzyczasie gdzieś plącze się włóczka, kordonek i szydełko..., Ale o tym w innym wpisie, bo muszę przetransferować fotki ;-)

Miłego dnia!!!


poniedziałek, 14 marca 2016

Piąteczek przywitał mnie porannym szkoleniem w pracy. Zaskoczyła mnie sytuacja, w której jeszcze kilka miesięcy temu czułabym się baaaardzo źle. Choć i w piątek nie było rewelacyjnych odczuć. Mianowicie przed samym szkoleniem pan prowadzący poprosił osiem nowo przyjętych osób, w tym mnie, żebyśmy wystąpili i przedstawili się całej sali konferencyjnej. Jakieś 150-200 osób! Dobrze, że było nas ośmioro i mikrofon był przekazywany z prędkością pioruna. Klasyczna formułka w typie: nazywam się tak i tak, pracuję w pionie tym i tym szybko przepłynęła przez nasze usta i na szczęście samo szkolenie zaraz się rozpoczęło.

Sam weekend to szkoła, która na razie niczym mnie nie zaskakuje. Wszystko powtarzane, materiał znany, egzaminy łatwe, praktycznie czekają mnie same zaliczenia. W niedzielę czekając na jednego z wykładowców złapałam komara na szkolnej ławce ;-) To wstawanie o 5.20 jest jednak trochę wyczerpujące, ale nie należę do osób śpiących do południa. Wolę być rannym ptaszkiem.

W niedzielę odwiedzili nas również Uszak, Okularnica i Pacholę. Dziecię już ma rok. Matko jak ten czas leci... Chłopczyk jeszcze nie chodzi, ale jest już po operacji rozszczepu podniebienia i ma już osiem ząbków! Pobawiliśmy się trochę z Szanownym i jego wnukiem, a ja już mam w głowie pomysł na własnoręczny prezent dla małego.

Między mną a Szanownym jest ostatnio tak słodko, że aż mdli. Na serio ;-) Mówię do chłopa: Ryjku, on do mnie: Pupelku, aż śmiać mi się chce, że tak bardzo odrodziły się uczucia między nami. Przeczytałam ostatnio kilka starych wpisów i aż mi się zrobiło głupio jak mogłam tak pluć jadem na Szanownego.... A już ten pomysł o wyborze pomiędzy Bratem i Szanownym to totalna porażka....

Tak więc wiosna się zbliża, pomidorki na parapecie w małych doniczkach czekają na cieplejsze dni i rowery trzeba by było odkurzyć, bo aż mi się chce popedałować gdzieś daleko....

Miłego, ciepłego, słonecznego dla Was wszystkich!!!!!!

czwartek, 20 sierpnia 2015

Będzie rodzinnie, ale i trochę smutno. Brat mój i Szanowny nie są specjalnie ze sobą zakumplowani. Tzn Szanowny ma w czterech literach osobę mojego Brata, który to godzi się z taką postawą szwagra. Wynika to jeszcze z przygody z kilku lat wstecz, kiedy to Brat mój zawiązał pewien układ z moim teściem, ale zła sytuacja życiowa nie pozwoliła mu się z tego wywiązać do końca. Jednak po pewnym czasie wyraził skruchę, uregulował stosunki z moim teściem oraz przyszedł ostatnio do Szanownego i przeprosił go za wszystko (teść bluzgał na mojego Brata do swojego syna). 

I tu znalazłam się nagle między młotem, a kowadłem, albowiem mąż mój nie chce zakopać wojennego topora ze szwagrem. Niby taki dobroduszny, święty, muchy by nie skrzywdził, a jednak zadry za pazuchą nosi. 

Mój Brat znajduje się obecnie w tragicznej sytuacji lokalowej. Stracił mieszkanie, które znajdowało się w kamienicy odzyskanej przez spadkobierców dawnych właścicieli. Z pierwszą ciotką nie udało mu się zamieszkać. Druga ciotka zaczyna już ingerować w jego życie i zmusza do postępowania według jej reguł. Zresztą od zarania dziejów wiadomo, że nawet z najlepszym członkiem rodziny nie da się swobodnie stworzyć harmonii. Każdy musi mieszkać na swoim. 

Brat przywozi swoje brudne ciuchy do mnie do prania, jada na mieście, bądź stołuje się u mnie. Pakuje mu czasem żywność w słoiki, bo on nie ma gdzie sobie sam tego przygotowywać. Wszystko to robię za plecami Szanownego ponieważ któregoś dnia, gdy się spotkali mąż mój nawet nie chciał podać ręki mojemu Bratu. Nie chce go oglądać, ani mieć z nim nic wspólnego. Powiedział, że nie życzy sobie osoby mojego Brata w tym domu i nie wybaczy mu tych kilku lat potknięć. Sprawa zapewne mogłaby się rozwiązać samoistnie, ale wtedy teść musiałby się pożegnać z tym światem, bowiem o to najbardziej Szanownemu chodzi: o gadanie dziadka. Teść wciąż wypomina błędy mojego Brata, skarżąc się do Szanownego, a Szanowny nie może już tych utyskiwań słuchać. Dodam, że Brat przeprosił i mojego teścia i męża, ukorzył się i uregulował wszystkie niejasne sprawy. 

Któregoś dnia pożarłam się z Szanownym. Powiedziałam, żeby nie kazał mi wybierać pomiędzy dwoma facetami, których kocham. Inaczej, ale jednak kocham. Szanowny odparł, że skoro tak, to proszę bardzo: mogę się wynieść już dziś do "braciszka" i zamieszkać z nim pod mostem. Ostra to była wymiana zdań. I dlatego zawsze miałam wkładaną do głowy niezależność. Żeby nikt nigdy nie mógł mnie niczym szantażować. 

Doszło do tego, że z Bratem spotykam się na mieście i przekazujemy sobie rzeczy poza domem. Ale pocieszam się tym, że Brat ma w planach kupno kawalerki pod Miastem po nowym roku. Jeśli nie znajdzie sobie do tego czasu partnerki życia ;-) tam będziemy mogli się spokojnie widywać. 

Poza tym wiem, że w niejednej rodzinie istnieją zaognione konflikty, które bardzo trudno czasem przez lata rozwiązać. Nie jestem więc osamotniona, ale z drugiej strony to nie jest żadne usprawiedliwienie postępowania mojego męża. Jeśli jednak kiedykolwiek sprawa stanęłaby na ostrzu noża i miałabym dokonywać potwornego wyboru, zdecydowanie wybrałabym Brata i zostawiła Szanownego. 

Rzekłam. 

Tagi: brat Mąż
12:24, sokramka
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5