Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: ludzie

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Mija już jakiś czas odkąd rząd wprowadził swój sztandarowy program 500+. Z własnej obserwacji mogę dojść do kilku wniosków, które będą i chwalić i jednocześnie krytykować tę formę pomocy rodzinom.

Otóż na pierwszy ogień pójdzie rodzina mojej znajomej. Mają dwoje dzieci, jedno w wieku szkolnym, drugie w wieku przedszkolnym. Oboje pracują zawodowo i są ludźmi wykształconymi, otwartymi na nowości, no i przede wszystkim są antypisiakami ;-) Pieniądze na drugie dziecko oczywiście pobierają. Ponieważ ich zarobki nie należą do niskich, mogą sobie pozwolić, aby te pieniądze przeznaczać bezpośrednio na dziecko fundując tej starszej dziewczynce dodatkowe lekcje angielskiego lub prywatne zajęcia tematyczne. To, że mają nagle 500+ więcej nie wzbogaca ich nadmiernie, bo sami zarabiają tyle, że i bez tego wsparcia mają fundusze na utrzymanie dzieci. Posiadanie drugiego dziecka było ich zamierzeniem jeszcze przed rządami obecnej władzy.

Druga rodzina, którą pozwolę sobie wziąć na tapetę, to samotna matka z dwójką dzieci (każde z innym), bezrobotna, słabo wykształcona i poglądami krążąca wokół obecnego rządu. Mama ta nie poczuwa się do obowiązku pracy ponieważ, jak sama uważa – pracy nie może dla siebie znaleźć (coś jakby z Kiepskiego), a poza tym brak jej opieki nad młodszym dzieckiem (dwulatek). Siedzi więc kobieta w domu i pobiera: 500+ x 2, z racji bezrobocia i braku dochodów, 1000 zł alimentów od ojca jednego dziecka i 850 zł alimentów od ojca drugiego dziecka. Do tego dochodzi wypłacany zasiłek rodzinny, który jest niezwykle niski, ale zawsze – 95zł na młodsze z dzieci oraz 124zł na starsze z dzieci. Po zsumowaniu jej dochodów nawet ja tyle nie dostaję wynagrodzenia ))w budżetówce. Tak więc nasuwa się pytanie, które wspomniana mama sama kiedyś zadała: po co pracować??? Starsze z dzieci ma problemy w szkole, wiem, że na korepetycje mama „nie ma pieniędzy”.

Dodatkowo mogę jeszcze podać przykład jednego z moich pasierbów, który mając dziecko po operacji oraz niepracującą kobietę, nie korzysta z możliwości dodatkowego zarobku w soboty, tłumacząc to tym, że im wystarcza 500+, rodzinne oraz dodatek z tytułu niepełnosprawności dziecka (niedawno wywalczonej). Co do kwestii ostatniej – nie będę się rozpisywać ponieważ to drażliwa sprawa i nikt kto dokładnie problemu nie zna, nie będzie chciał wchodzić w polemikę. W każdym razie to kolejna rodzina, która jako przykład swoją postawą pokazuje, że pracować nie trzeba – państwo da.

Zawsze uważałam, że praca uszlachetnia, jakakolwiek, czy to będzie sprzątanie, czy obsługa kasy, czy intratne stanowisko za biurkiem bądź kierownicą służbowego samochodu. Sama pracy nie posiadając imałam się różnych zajęć. Nie siedziałam w domu i nie czekałam, aż mąż „mi da”, albo „dostanę od państwa”. Brakuje mi w tej chwili odpowiednich słów, żeby dokładnie nakreślić mój światopogląd w tej sprawie. Nie piętnuję ludzi bezrobotnych, bo czasem różne rzeczy się w życiu zdarzają, ale nie można przedstawiać tylko postawy roszczeniowej. Należy przede wszystkim dawać coś swoimi czynami i z tego czerpać korzyści.

Moim zdaniem 500+ jest nieodpowiednim programem, wprowadzonym tylko i wyłącznie jako wyborcza kiełbasa, bo nie wszyscy spośród naszych obywateli potrafią z tego rozdawnictwa korzystać. Poza tym to mielenie naszych wspólnych pieniędzy. Nikt nie dostaje nic „z nieba”. Nie jesteśmy społeczeństwem na tyle dojrzałym, by móc porównywać się do innych obywateli Europy, którzy inteligentnie rozporządzają swoimi pieniędzmi. Tylko najgorsze jest to, że nie ma żadnej rozsądnej alternatywy dla tego pomysłu. PO już wspomniała, że gdy na powrót dojdzie do władzy, to nie dość, że nie zlikwiduje tego programu, to dorzuci jeszcze parę groszy na pierwsze dziecko. Czy nasz kraj na to stać??

wtorek, 04 kwietnia 2017

Po co nam blogi? Do czego? Czy publiczne obnażanie się z własnych przeżyć i emocji ma czemuś służyć? Ze swojego punktu widzenia mogę tylko rzec, że mój blog traktowany jest przeze mnie jako forma pamiętnika. Pisałam od dawna, a w sieci dodatkowo dzięki blogosferze poznałam kilka interesujących, z mocną dawką zdrowej inteligencji, osób ;-)

Osobiście szukam blogów, które mają jakiś szablon myślowy, są nakierowane np na opisywanie tras rowerowych, ukazywanie talentu (blogi szyciowe, dziergadełkowe, malarskie), ale jeśli taki blog zawiera również sprecyzowane perturbacje życiowe, np. proces rozwodowy czy opiekę nad zwierzętami, też zawieszę tam swoje oko. Jeśli blog jest jednak zlepkiem codziennych, nudnych wpisów w typie: "dziś byłam, robiłam, jadłam, spałam" nie chce mi się tam dłużej siedzieć i czytać.

Sama doskonale wiem, że moja blogosfera jest właśnie takim pamiętnikiem codzienności. Nie musi nikogo interesować, co się u mnie dzieje, ale wiem też, że są tacy, co zaglądają. Ponieważ sama lubię czytać biografie znanych osób, zastanawiałam się nad poszukaniem blogu, w którym ktoś będzie opisywał swoje życie od czasów narodzin. Od tego co pamięta, co zapisał w głowie na podstawie zdjęć i wspomnień.

Przyszło mi teraz tez na myśl, że blox ostatnio pofiksował w ustawieniach i jeśli autor bloga nie zorientował się w odpowiednim momencie, nie jest przyjemnością przeglądanie stron. Np takie otagowanie wpisów: jeśli chcę na danym blogu przeczytać wpisy dotyczące tylko słowa: seks, wyskoczą mi strony, w których ktoś inny otagował swoje wpisy tym słowem. A ja chcę poczytać wpisy tego jednego autora - nie wszystkich. Niestety - trzeba zmienić to w ustawieniach, żeby była jasność.

W ogóle pisanie bloga zobowiązuje do utrzymywania jakiegoś określonego porządku, ładu, jedności stylistycznej - i tu przykładem godnym polecenia jest Bożenowa Sekretarka Blog pisany w jednym, cudownym, radosnym stylu, który czyta się (przynajmniej przeze mnie) fenomenalnie, ale nie zawsze chce się komentować ;-) W każdym razie takich blogów więcej poproszę. 

Kiedyś z zapałem przeczytałam blog dziewczyny, która miała podobne przeżycia do moich - jako "macocha" dla dziecka swojego męża walczyła z przeciwnościami dnia codziennego. Do tego miała na wychowaniu własne dziecko oraz opiekowała się końmi (o ile dobrze pamiętam). Potrafiłam wpisy z wielu lat przeczytać jednym tchem w ciągu kilku dni. Blog nazywał się "Wielkie pranie". Został niestety już zamknięty. Podobnie z blogiem kuratora "Na marginesie życia". Tak mnie zainteresował, że zaległe wpisy przeczytałam ciurkiem w ciągu kilku dni. Teraz jestem na bieżąco. 

Nie lubię blogosfery na Onecie, gdzie zaczynałam. Tam wyciąga się co ciekawsze wpisy i publikuje na głównej stronie. Ja nie potrzebuje rozgłosu, dlatego uciekłam na Blox.

Piszmy, czytajmy, poznawajmy się, kontaktujmy - wszak żyjemy w świecie naszpikowanym technologią internetową. Cóż, książki papierowe czytać należy nadal, ale o ilu ciekawych pozycjach dowiedziałam właśnie przeglądając blogi czytelnicze ;-)

Tagi: blogi ludzie
11:29, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 grudnia 2016

A gdyby tak bojkotować sklepy sprzedające żywe karpie? Sorry za wpis o rybach, ale już nie mogę.

Tradycja polską jest jedzenie na wigilię karpia. Najpierw jednak trzeba go zakupić, najlepiej żywego, aby potem móc go utłuc w wannie, poszatkować na dzwonka i usmażyć lub włożyć pod galaretę.

To nie jest moja tradycja. Nigdy nie była - Mama nie lubiła karpia i go nie kupowała - ja mam podobnie. Obrzydzenie mnie bierze i wstręt ogarnia kiedy widzę w sklepach te "wanny" pełne karpi, które zgniecione między sobą jak sardynki w puszce próbują łapać dostępne powietrze w wodzie. Potem taka ekspedientka wyławia dla klienta jednego z tych karpi, waży i ... wkłada w reklamówkę. Droga tej ryby ze sklepowej wanny do domowej wanny jest straszna. Ludzie najczęściej rzucają rybę do koszyka pomiędzy inne zakupy i zwierze szamocząc się w reklamówce zdycha w męczarniach.

Oj tam, oj tam, ktoś napisze - to "tylko" ryba, to tradycja, tak było zawsze.

Ok. Ale jesteśmy ludźmi. Uczymy się, ewoluujemy. Nasze zachowanie od wieków się zmienia. Gdybyśmy chcieli utrzymywać wieloletnią tradycję, to mężczyźni zdobywaliby nas, kobiety, waląc pałką w łeb i szarpiąc do domu za włosy.

Ewolucja kulturowa to także inne spojrzenie na rytualne uboje zwierząt. To nie powinno się dziać w XXI wieku. Nie mówię, że każdy od dziś ma zostać wegetarianinem, bo człowiek ma żuchwę przystosowaną do gryzienia mięsa, ale może w przyszłości się okazać, że poddani ewolucji ;-) zaczniemy stosować inne diety, np. pastylkowe i nasze zęby zmienią kształt.

Drodzy, jedzcie sobie te karpie, ale nie kupujcie ich żywych. Nie każcie dzieciom patrzeć jak zwierze poddawane jest nieludzkiemu traktowaniu. Ja też jadam mięsko i ostatnio nawet obrabiałam półtuszę wieprzową, z której mam zapas wędlin i kiełbas. Ale wiem, że świniak był ubity w sposób humanitarny, a nie zadźgany za stodołą przez pijanego chłopa.

Moja koleżanka, która mięsko lubi jeść jak mało kto, ma taką teorię, która deczko ją usprawiedliwia w tym uwielbieniu wieprzowiny. Twierdzi, że świnki rosną na drzewach i dojrzewające spadają na ziemię, gotowe do zjedzenia ;-)

Za wegetarianina się nie uważam, myślę też, że niejedzenie mięsa i ryb wiąże się ściśle z wyznawaniem jakiejś ideologii, do której mi daleko. Ale przestrzeganie humanitarnych zasad współżycia ze światem zwierzęcym chyba nie jest mi obce. Karpie żyją i czują, to, że nie wydają głosu nie upoważnia nas, ludzi, do tak obrzydliwego ich traktowania.

08:22, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 listopada 2016

Mamy takich sąsiadów za płotem, z którymi utrzymujemy dość dobre, koleżeńskie stosunki. Sąsiedzi są w wieku raczej mojego Szanownego (przypominam różnicę wieku między nami - 11 lat), ale rozmawia się z nimi bardzo przyjemnie i nigdy nie mieliśmy żadnych zatargów. Sąsiedzi mają jedno dziecko - dorosłą już pannicę, mieszkającą na stałe poza granicami kraju.

Któregoś dnia przyszło mnie i Szanownemu do głowy, że coś sie musiało stać z Nim. Jego samochód nie stał na podwórku, nie było widać Jego podczas prac ogródkowych, nie On wychodził z psem tylko Ona. Ponieważ On miał pracę w ruchu drogowych, pomyśleliśmy, że dostał jakieś dalsze zlecenie i dlatego Go nie widać. W końcu Szanowny nie wytrzymał i zapytał Jego teściowej (z którą wspólnie mieszkają) co się stało z zięciem? Otrzymał odpowiedź: a poszedł do innej pani...

Moja zaprzyjaźniona blogerka napisała ostatnio o adoratorach, którzy krążą wokół niej, pytajac czy to męski kryzys wieku średniego? ;-) Próbowaliśmy sami analizować sytuację, czy i naszemu sąsiadowi nie odbiła szajba, ale doszliśmy do wniosku (znając Ich życie), że jednak nie.

Nie jestem zwolenniczką utrzymywania związku/małżeństwa na siłę. Ale nie jestem też zwolenniczką rozwodu bez powodu. Bo "tak". To wszystko jest bardzo złożone. Jako DDRR sama miałam zapędy do rozwalenia mojego małżeństwa, które po osobistej analizie jest chyba najlepszym związkiem na świecie i byłam najgorszą i najgłupszą, gdybym podjęła kroki rozwodowe. Co innego moja Mama: Ona była bita, szykanowana, sprawdzana, szkoda słów. Krok ku wolności osobistej to było najlepsze co mogła w swoim krótkim życiu zrobić. I mimo traumy jaką nam rodzice zafundowali, jestem Mamie za ten rozwód wdzięczna.

Ale nie o tym. Nasi sąsiedzi są (jeszcze) małżeństwem od prawie 30 lat. To długi staż. Ale od kilku lat (przynajmniej od czasu kiedy tam mieszkam) nie widziałam, żeby ten związek nazwać "dobrym małżeństwem". Wszędzie chodzili osobno - ona do kościoła sama, on na zakupy sam. W zasadzie tylko w czasie Świąt wyjeżdżali razem, bo zabierali ze sobą teściową/matkę, starszą już osobę. On w ogrodzie zapieprzał jak głupi - koszenie, pielenie, dbanie o tuje. Jej nigdy nawet z grabiami nie widziałam. On przy samochodach od rana do wieczora, w piwnicy, przy piecu, koło domu, rozpalał grilla. Jej nigdy nie widziałam nawet z jedną siatką zakupów, nigdy nie wyszła z psem, nie widziałam, żeby myła okna...

Gwoździem do trumny była opowiedziana kiedyś przez starszą panią historia, że ona im zmienia pościel i każde z nich ma osobną kołdrę. Hmm... uważam, że wykładnią zgodnego małżeństwa/związku jest spanie w jednym łóżku, pod jedną kołdrą. Zawsze można się przytulić, za łapkę złapać, no i innych rzeczy skosztować ;-) Sama wiem po sobie, że jak się wkurzałam na Szanownego to wyciągałam kołdrę z szafy i spałam w przeciwnym do niego kierunku ;-) Taki foch. A u nich foch trwa już od wielu lat. Ale o tym potem.

Któregoś dnia, kiedy miałam dzień urlopu starsza pani zaprosiła mnie na herbatę. Lubię ją, czasem zrobię drobne zakupy (gazetki, jakaś meliska) bo córka nie ma dla niej nigdy czasu. Pani zwierzyła mi się, że zięć wyprowadził się do innej kobiety, że jej córka ma to głęboko w dupie i nie będzie walczyć o męża. Potem zjawił się On. Akurat kończyłam rozmowę i chciałam wychodzić. Sąsiad wziął psa na spacer i odprowadził mnie do bramy. Po drodze miał ogromną potrzebę wygadania się i chyba... wytłumaczenia. Usłyszałam, że zamierzał Ją zostawić już od kilku ładnych lat, ale zawsze było "coś". A to córka szła do komunii, to nie (argumenty Jej - żony), a to córka zdawała maturę, to nie był dobry moment, a to zdawała na studia, to też nie był dobry moment na rozwód. Powiedział mi też, że zawsze miało być tak, jak Ona chciała - wakacje - tylko według jej potrzeb, kredyty - tylko za jej wymaganiami, samochód chciała - kupił jej i wiecznie mało... Katalizatorem stała się w końcu znajomość z kobietą prawie 15 lat młodszą. Wynajmują razem mieszkanie. On zrobił sobie zęby, w dniu spotkania ze mną był ogolony, wypachniony, ładnie ubrany, naprawdę niezłe ciacho jak na faceta po 50.

Znamy ich oboje i wiemy, że coś z tych jego opowieści było prawdą. Choć wiadomo, każdy kij ma dwa końce. Dlatego uważam, że o małżeństwo czy związek dwóch osób muszą dbać obie strony. Wiem to po sobie, że jeśli będzie się za dużo wymagać a za mało dawać, to rusztowanie szybko runie. I nie ma sensu być razem tylko aby być. Albo dla dzieci, albo dla rodziców, marazm w małżeństwie i nuda zabija wszelkie uczucia. Trzeba nauczyć się drugiej drugiej osoby, rozmawiać, pytać o potrzeby. Mój Szanowny jeszcze się tego uczy, bo on w zasadzie żadnych potrzeb większych nie ma, ale też uczymy się siebie wzajemnie.

W sumie to kibicujemy z Szanownym Jemu. Nasz sąsiad to bardzo pracowity człowiek, nie palący, nie pijący, wesoły (teraz bardziej - wcześniej przygaszony). Gdzie tkwi przyczyna rozpadu tego związku - nie nam wnikać. Na pewno źle się działo od lat i przyznam szczerze, że to było widać. To były dwa cienie przemykające obok siebie i oprócz przymusowych, rodzinnych wyjazdów nasi sąsiedzi nic nie robili razem. A to jest przecież bardzo ważne, żeby mimo dbania o własne zainteresowania i spełnianie swoich osobistych potrzeb, być partnerem w codziennym życiu.

czwartek, 15 września 2016

Znowu jestem w trójce klasowej. Nie żałuję tego kroku (zgłosiłyśmy się same z koleżanką, z którą już przerabiałyśmy ten temat wcześniej). Teraz znowu mamy kontrolę nad klasą i jesteśmy w stanie ogarnąć składki, wpłaty, różne wycieczki i prezenty dla dzieci.

I o finansach właśnie będzie refleksja.

Na pierwszym zebraniu nie mogliśmy się dogadać w kwestii składki klasowej na różne rzeczy dla naszych dzieci - prezenty mikołajkowe, na zakończenie roku, kwiaty dla nauczycieli... Dla jednych 5 zł miesięcznie było za dużo, inni chcieli 10 zł. W końcu nie doszło do porozumienia i postanowiłyśmy napisać taką "wklejkę" dla rodziców, żeby się sami określili ile mają wpłacać kasy na swoje, przecież, dzieci.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem czy są jakieś ustalenia odnośnie składek. Opowiedziałam jej więc o "wklejkach". Koleżanka natychmiast odparła, że to niesprawiedliwe, żeby jeden dawał 5 zł, drugi 10, a trzeci nawet 2. Ona jest samotną matką, zawsze dawała pieniądze, opłacała wszystkie potrzebne rzeczy, a rodzice, którzy "rozbijają się" samochodami olewali temat i nie płacili nigdy nawet złotówki. Ale prezent dla dziecka to chcieli. No to teraz ona teraz z zemsty za poprzednie lata nie będzie płaciła nic. Niech inni się postarają i utrzymują jej córkę.

Zdębiałam.

Nie przypuszczałam, że usłyszę to z jej ust. Owszem - dziewczyna jest prosta, z małej miejscowości, w politykę się nie angażuje, ale bywa miła, uśmiechnięta, dba o tę swoją córkę najlepiej jak potrafi, pracuje i nic złego nie można o niej powiedzieć. Dlaczego rodzice nie myślą o swoich dzieciach? W sumie nic za darmo nie ma. Brak wyobraźni niektórych mnie czasem poraża. Przecież to tak jakby poszła ze swoją małą do sklepu i kupiła jej jakiś drobiazg z własnego portfela. Tak my - trójka klasowa zbieramy te składki, żeby potem sprawić radość jakimś drobnym podarunkiem dzieciom z naszej klasy. Nawet pierdołą, ale dzieci zawsze się ucieszą. Warto też docenić każdą wpłaconą złotówkę, czy to będzie zadeklarowane pięć czy dziesięć zł. 

Nie bardzo rozumiem takiego myślenia "z zemsty nie będę dawać składek, niech inni dają". Z jakiej zemsty? Za co? Co jej ktoś personalnie zrobił? Od razu kojarzą mi się ci rodzice, którzy otrzymują 500+ i rezygnują z zatrudnienia, bo dostają kasę "za nic". Za darmo to teraz nawet w mordę się nie dostanie, bo trzeba przynajmniej czymś zasłużyć, np mówieniem po niemiecku, albo egzotycznym wyglądem.

Czy koleżanka wpłaci jakąś symboliczną kwotę - nie wiem. Rabanu nie będziemy robić, to będzie jej decyzja. Na szczęście takich rodziców mamy niewielu i poradzimy sobie z budżetem klasowym.

Wczoraj drukując te wklejki przeanalizowałam sobie rodziców, którzy jeszcze nic nie zapłacili, ani składki, ani obowiązkowych opłat za koncerty, czy zbliżającą się wycieczkę. I wyszło, że profil społeczny tych rodziców jest bardzo zróżnicowany. Są wśród nich rodzice pracujący w telewizji, ale są też samotne matki i rodzice patologiczni. Nie ma reguły.

Najważniejsze, że jako trójka klasowa będziemy dobrze dysponować wspólną kasą. Pamiętam jak prowadziłyśmy buchalterię w klasach 1-3, rodzice mieli wszystkie informacje w dzienniczkach - ile jest kasy, na co zostało wydane, jakie są dalsze propozycje.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Trochę żałuję, że nie jeżdżę autem do pracy, bo zaczynam się czuć jak niedzielny kierowca ;-) Do sklepu po zakupy i może na uczelnię dwa razy w miesiącu. Ale z drugiej strony poruszając się komunikacją miejską oszczędzam czas, pieniądze i do tego bywam świadkiem różnych sytuacji. Czas oszczędzam, bo nie stoję w korkach, pędzę po buspasach, albo wracam pociągiem, który omija miejski gwar. Pieniądze, bo nie wydaję np. 300 zł na benzynę miesięcznie, tylko korzystam z miesięcznego-studenckiego. A sytuacje zdarzają się różne.

Jechałam kiedyś autobusem, który był przepełniony ludźmi, ale jeszcze można było się wcisnąć. Słychać było dziwne warczenie co jakiś czas. Kiedy przesunęłam się bliżej siedzeń okazało się, że na jednym z nich siedzi mężczyzna mocno śpiący i... chrapiący jak niedźwiedź ;-) Nie był to żaden menel - ot facet po prostu był śpiący ;-)

Innym razem wsiadł chłopak w wieku ok 35-39 lat ze złamaną nogą, o kulach. Nikt niestety miejsca mu nie ustąpił. A wydawało się, że równouprawnienie to transakcja obustronna. Bo kiedy my kobiety walczymy o dostęp do "męskiego" świata, to chyba powinnyśmy dać dobry przykład i odwzajemnić się tym samym mężczyznom. Czy facet ze złamaną nogą wzbudza mniej współczucia niż kobieta??? Dodam, że siedziały w autobusie w większości młode dziewczyny, które albo też spały, albo czytały książkę, albo miały słuchawki w uszach.

Mała dygresja: mój syn stwierdził, że w komunikacji miejskiej powinna być specjalnie wyznaczona strefa z miejscami siedzącymi dla czytających książki ;-) Uniknęłoby się wtedy wielu pasażerskich nieporozumień.

Zdarzyło mi się też kiedyś być świadkiem omdlenia kobiety. Kobietę pochwycono i posadzono. Pani mogła mieć jakieś 50+. Wysiadła na tym samym przystanku co ja. Przed pracą zawsze wchodzę sobie do pobliskiego sklepiku po śniadanie. Kiedy wracałam zobaczyłam, że owa kobieta leży na chodniku, nad nią zebrał się tłum, a z daleka słychać było sygnał karetki. Zakończenia tej historii nie znam :-(

Podróż komunikacją to również bardzo dobra okazja do nadrobienia pozycji czytelniczych. Nie ukrywam, że cały czas szaleję i czytam, czytam, czytam. Mam w planach: życie Curie-Skłodowskiej, Bodo, Kościuszko oraz "Przewodnik po depresji" Jastruna.

Miłego czwartku!

Tagi: ludzie miasto
08:50, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 09 marca 2016

Z każdym dniem dowiaduję się coraz to nowszych rzeczy związanych z panującymi tu zasadami. Np w poniedziałek miałam urodziny. Dziewczyny kilkanaście dni temu pytały mnie, czy obchodzę imieniny czy te drugie. Pytały też kiedy je obchodzę. Myślałam, że to tak z czystej ciekawości. Sama chciałam zrobić im niespodziankę i upichciłam ciasto, które przyniosłam do pracy celem wniesienia tzw. "wkupnego" oraz przy okazji pochwalenia się kolejną, mijającą wiosną. Jakież było moje zdziwienie kiedy w poniedziałek zaczęłam rozdzielać kawałki ciasta, a jedna z dziewczyn zatrzymała mnie ruchem ręki mówiąc: pozwól, że zespół złoży ci życzenia. A na koniec dostałam...kopertę. Nie ukrywam, że dawno nie spotkałam się z takim objawem obchodzenia urodzin/imienin. Miło. Dobrze, że ciastuszko wszystkim smakowało ;-)

We wtorek był Dzień Kobiet. Wzięłam sobie dzień urlopu, bo miałam zaległe wizyty u specjalisty. Ale dziewczyny opowiadały mi, że co roku jest o 14.00 spotkanie pań z resztą kadry, symboliczne wręczenie kwiatka, życzenia i...do domu. Półtorej godziny wcześniej. No proszę - resort robi swoje od lat niezmiennie.

Z okazji świąt wielkanocnych i tych grudniowych również organizowane są spotkania. Każdy kto chce płaci składkę, a potem w wyznaczonym dniu schodzi się do sali konferencyjnej i wspólnie zajada jajeczko/pierożka. Jak zapewne się szanowni czytacze domyślają - mnie na tych spotkaniach nie będzie widać. Pociesza mnie też fakt, że jedna z moich koleżanek z pokoju również nie chodzi na takie spektakle. Będziemy się więc alienować wspólnie ;-)

Tagi: ludzie praca
13:15, sokramka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 08 września 2015

...od dwóch lat, odkąd czyszczę kible tym szmatławcom w mundurach, odwarknęłam jednemu takiemu. Kiedyś, ktoś próbował zgadywać cóż to za służby, które odbierają usługi firmy sprzątającej, w której się znajduję, ale ja nadal będę trzymać buzię na kłódkę ;-)

Otóż więc, jeden taki, karypel ledwo podrośnięty, metr dwadzieścia w kapeluszu był dziś świadkiem mojej rozmowy z zaprzyjaźnioną koleżanką, która to umartwiona moim brakiem codziennego uśmiechu spytała o co chodzi. A chodzi o to, że szarpnęłam się znowu na dodatkowego mopa. Latam jak kot z pęcherzem, z jednego obiektu na drugi. Fakt jest faktem, że z kwoty zarobionej w jednym miejscu, która jest poniżej najniższej krajowej, mogę wskoczyć na kwotę podwojoną. Miejsce niby jest ohydne, obskurne, prawie same śmierdzące szatnie i męskie kible, ale zawsze jakiś grosz. 

No więc gadam sobie na lajcie, próbuję wyciągnąć zza zasłony mroku uśmiech, gdy moja kumpela normalnie, żartobliwie zadała pytanie: "no to po co sobie to sprzątanie wzięłaś, jak się tak męczysz?". Odpowiedziałam: "bo zwyczajnie potrzebowska jestem". Na co mój kolega-karypel odparł z westchnieniem: "no a któż dziś nie jest potrzebowski?" A mnie jakby się zapalnik odpalił, wrzód pękł, albo bomba wybuchła. Z błyskawicą w oku odpysknęłam mu następująco: "ty mi nie porównuj swoich zarobków, z wszelkimi przywilejami z moją "jałmużną" i w ogóle, weź i mnie nie denerwuj!" Po czym wyszłam trzaskając drzwiami. 

Ech.

Kolega-konus zapewne kwestii tej nie wypowiedział celowo i aby mnie upokorzyć, ale dla mojego ego to było jak iskra. No bo tak: siedzi taki na dupie, w mundurze, palcem w bucie kiwa, nie ma żadnych obowiązków i cztery tysie przytuli. Na zwolnienie idzie z katarkiem, urlopu ma miesiąc i pół, a żonka (pracująca w tej samej instytucji) przytula ze dwa i pół tysia. Dla mnie to i może dziesięć tysi przytulać, ale niech nie mówi, że jest potrzebowski. No chyba, że są "potrzeby" i POTRZEBY. 

W sumie to śmiać mi się potem chciało, bo kolega-karypel poszedł skarżyć się do żonki ;-) Ja mu oczywiście powiedziałam, że nic do niego osobiście nie mam, tylko jestem na tyle szczera, żeby mówić, co mi wisi na języku. A jeszcze jak to dotyka bolesnych, finansowych spraw, to juz w ogóle. 

A będąc bliżej spraw służbowych, to wcale może mi się nie udać przebywanie dłużej na drugim mopie. Coś się nie zgadza na płaszczyźnie czasowej. Jedni chcą sprzątaczki od rana i drudzy. No nie rozerwę się. Poza tym, w pierwotnym miejscu też jakieś krzywe kluchy się dzieją i okazać się może, że nagle zostanę i bez tego mopa. 

To będzie tragedia.

Zmieniłam sobie CV, zmieniłam formę listu motywacyjnego na bardziej rozrywkowo-niekonwencjonalny. Chodzę na rozmowy (nie ma ich dużo, ale średnio jedna w tygodniu wypada) i nadal nic. Koleżanka powiedziała, że mam głowę. Gdybym miała plecy zamiast głowy ;-) na pewno praca by się szybko znalazła. Ale to nieprawda. Mam mądre koleżanki, które znalazły pracę i to bez protekcji, bez pleców i do tego z ogłoszeń lokalnych. Jakoś może i mnie coś trafi. 

Byle nie szlag.

Finansowe, sztywne przemyślenia rekompensuje sobie czytadłami. Tego sobie nigdy nie mogę odmówić. Ten świat - tam - na kartkach papieru jest przynajmniej niezobowiązujący ;-)

środa, 06 maja 2015

Z powodu cienkiego portfela otrzymuję różne rzeczy od różnych osób. Ciuchy dla Mani, meble używane, nie gardzę też garnkami, ręcznikami jeśli tylko rzeczy te nadają się do użytku i jeżeli osoba darująca nie traktuje mnie jak śmietnik. 

Ostatnio w miejscu gdzie mopuję jedna z pracownic poprosiła mnie do swojego samochodu. W bagażniku miała siatkę dziewczęcych ubranek i siatkę męskich butów. Rzeczy były w doskonałym stanie - prawie jak nowe. Buty męskie wyglądały jakby facet założył je raz, przeszedł się w nich do sklepu i potem zdjął z jakiegoś niezrozumiałego powodu. Do tego były to rzeczy markowe, bo owa pani kasy ma jak lodu. Widać to po niej. Niestety po wnikliwym obejrzeniu ciuchów i butów stwierdziłam, że ubranka są za małe na moją Manię, a rozmiar butów niestety nie dorównuje numeracji żadnego z moich panów. Podziękowałam grzecznie i odmówiłam przyjęcia siatek. Na co pani bez zastanowienia żachnęła się ze stwierdzeniem: 

- No to co ja teraz z tym zrobię? Przecież nie będę tego wozić w samochodzie?!

I niewiele myśląc - bach - do stojącego obok kontenera ze śmieciami. Zdążyłam tylko zapowietrzyć się jak ryba, bo przecież gdyby dała mi chwile do namysłu wzięłabym te siaty dla moich koleżanek - samotnych matek, bądź mam znajdujących się po prostu w trudnej sytuacji finansowej. Poza tym jeśli nie chciała tego wozić w samochodzie mogła wrzucić do kontenera z używana odzieżą. Nie ważne komu - ale komuś by się to przydało. A tak - poszło na wysypisko. 

Aż zabolało. 

Kiedy ja miałam dobrze i mogłam śmiało powiedzieć, że opływam w dostatek, nigdy niczego nie wyrzucałam. Nie wiem - może wynikało to z tego, że pochodzę z biednego domu i szanuję wszystko co pochodzi z pracy moich dwóch rąk. Tytuł wpisu może mało adekwatny do sytuacji jakie mnie spotkała, ale zastanawiam się co kieruje takimi osobami? Wszechobecny dobrobyt? Snobizm? Egoizm? Chęć pokazania się z tej bogatszej materialnie strony? Dlaczego ludzie marnują jedzenie, wodę, ubrania, dlaczego przepuszczają przez palce masę pieniędzy? Czy to się dzieje według idei, że żyje się tylko raz?

Nie rozumiem. 

Tagi: bieda ludzie
14:28, sokramka
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Wykonywanym obowiązkom przez pracowników miejsca, w którym mopuję. Nadziwić się nie mogę za co ci ludzie otrzymują swoje wynagrodzenie, które i tak wielkie nie jest, ale posiada trzynastkę, premie i różne inne przywileje. Dziwię się postępującemu lenistwu, czytaniu gazet/książek pod biurkami i niewiedzy z zakresu branży, w której siedzą. Interesuje ich tylko plan wykonany na dziś/jutro, według zlecenie na papierze, które musi być skserowane pierdylion razy, podpisane dwa pierdyliony razy i odłożone do miliona niepotrzebnych segregatorów. Zastanawiam się czy jest to wina systemu, jaki panuje w tejże instytucji, czy jest to wina zakurzonych, przeterminowanych regulaminów, czy wina leży w tym, że wciąż jest to budżetówka, która niestety istnieć musi. 

Kiedy pracowałam w firmie budowlanej (prywatnej) mój ośmiogodzinny czas był za krótki na realizację zleconych zadań. Po przyjściu do biura nie było czasu na kawkę, ciastuszko, tylko trzeba było łapać zamówienia i je zwyczajnie dawać natychmiast do realizacji na produkcję. Często bywało tak, ze już w piątek szykowaliśmy zamówienia na poniedziałek, aby z samego rana zarzucić chłopakom robotę. Jadło się w przelocie, słuchawkę od telefonu zabierało się do Wc, bo a nóż ktoś zadzwoni i będzie chciał coś zamówić. W biurze pracowałyśmy dwie: ja i z koleżanką. 

Mam wrodzony pęd do pracy. W domu nie umiem usiedzieć bezczynnie dłużej niż 10 minut. Wyszukuję sobie zajęcia: "może czas wstawić pranie? może zmywarkę włączę?" co nie oznacza, że mój dom wygląda jak muzeum, nie. W sytuacji zajętych rąk mózg inaczej funkcjonuje i nie stara się wpędzić mnie w zbędne myśli, często depresyjne. Niepotrzebne mi już są. 

W takich instytucjach jak ta, gdzie sprzątam, często rodzą się idiotyczne plotki i pomówienia, bo ludzie z nudów wymyślają sobie problemy. To tu można spotkać panią Marysię, która obgada pania Zosię jakiego to ona ma męża pijaka. A Waldek z szóstki to chyba ma kochankę, bo taki ostatnio wypachniony przychodzi... Przyznam się nawet, że jedna z "życzliwych" mi osób doniosła mi, że panie z pokoju (...) zazdroszczą mi tego, że idę na kilka godzin do pracy i zgarniam kilka stówek... Szok! Mogę się z tymi paniami zamienić na stanowiska. Naprawdę. Moim zdaniem to też wynika z nudy i braku zajęć dla rąk, a co za tym idzie dla umysłu. 

Fakt jest faktem, że moje poszukiwanie pracy bierne nie jest i co i raz jakaś akcja się zdarza. Pocieszam się tym, że może z kopią odebranego dyplomu coś się poruszy bardziej. Natomiast strasznie mnie smuci moja prywatna statystyka, gdzie wśród znajomych i rodziny ok 80% osób jest albo w trakcie poszukiwania pracy, albo za chwilę bez niej zostaną. I to bez względu na posiadane wykształcenie. 

Tagi: ludzie praca
14:04, sokramka
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4