Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: ludzie

poniedziałek, 25 czerwca 2018

W sobotę byłam na ślubie mojej koleżanki ze studiów, której wykonałam w prezencie jedną z moich serwet. Ślub był kościelny więc mogłam przekonać się jak wygląda takie wydarzenie, bowiem ostatni ślub w budynku sakralnym pamiętam z lat młodzieńczych, kiedy byłam nastolatką i za mąż wychodziła moja siostra cioteczna. Niestety, zostałam wtedy zatrudniona do… opieki nad psem i podczas całego wydarzenia stałam przed kościołem z czworonogiem na smyczy. Na drugi ślub kościelny mojego brata ciotecznego nie poszłam, bo akurat byłam wtedy na kolonii. Później odechciało mi się chodzić na takie imprezy, a poza tym moja okrojona jednostronnie rodzina nie kwapiła się do zawierania małżeństw. Zresztą mój brak wiary umacniał się z czasem i nie zależało mi na bywaniu w takich miejscach.

W sobotę było inaczej. Państwo młodzi już nie tacy młodzi, bo wiekowo krążą wokół pięćdziesiątki, ale oboje wyglądali zjawiskowo. Ona z poprzednim partnerem nie miała ślubu, a on z pierwszą żoną nie miał ślubu kościelnego. Postanowili więc zawrzeć konkordatowy. Bardzo podobała mi się sukienka panny młodej, nie była biała, bo raczej być nie mogła, ale i moja koleżanka wyglądała w niej przepięknie. Nigdy bym nie powiedziała, że ma tyle lat ile ma. Spokojnie niejedna trzydziestka mogłaby pozazdrościć jej figury.

Gości było niewiele, tylko najbliższa rodzina i koleżanki z pracy. No i my – dwie kumpele ze studiów. Początkowo siedziałam razem z innymi w ławce kościelnej, a gdy już państwo młodzi przyrzekli sobie małżeńskie obietnice, wyszłam na koniec kościoła i spokojnie przesiedziałam sobie resztę mszy w ostatniej ławce.

Ślub odbył się w największym kościele w mojej dawnej dzielnicy – Bezcielesna, byłam w Twoich okolicach, a na mojej dawno zamieszkałej ulicy ;-) Druga z koleżanek, z którą przyszłam, opowiadała mi, że budynek niedawno został odnowiony, odrestaurowany, wstawione zostały nowe witraże oraz… położony dywan na środku. W każdym razie kościół jako budowla architektoniczna prezentuje się wspaniale.

Po ślubie wyszliśmy przed budynek i zaczęliśmy składać młodej parze życzenia. A potem było wspólne fotografowanie. Ponieważ autorem zdjęć była również nasza wspólna znajoma z pobliskiego zakładu fotograficznego, atmosfera nie była taka sztywna. Ja chyba też czułam się inaczej, swobodniej, przebywając z osobami, które bardzo dobrze znam i są z mojej rodzimej dzielnicy.

Na marginesie mogę dodać, że w sobotę również za mąż wyszła była żona mojego męża ;-) Jak widać – każda potwora znajdzie swego amatora. Niech im się szczęści i wiedzie.

Pogoda dopisała, bo było trochę słońca, trochę zachmurzenia i upał na szczęście nie zagościł. Dziś mam dzień wolny. Czekam na paczkę z włóczkami, albowiem mam już dwa następne pomysły na prezenty, a jeden twór będę robić na zamówienie, co mnie (podejrzewam) strasznie zestresuje.

Miłego poniedziałku!

sobota, 09 czerwca 2018

Czasem uczestniczymy niechcący w życiu naszych znajomych. Słuchamy ich narzekań i nie wierzymy, że tak się może dziać. Ale czasem też zostajemy poproszeni o pomoc. O taką pomoc zostałam niedawno poproszona przez moją koleżankę. Otóż dziewczyna jest w moim wieku i … rozstaje się z mężem. To, że podjęła taki krok, akurat mnie nie dziwi, bowiem jej mąż to gburowaty prostak, używający jako argumentów swoich łap. Damski bokser w jednym określeniu. Znam ich odkąd nasze córki zaczęły chodzić razem do jednej klasy czyli już ok. 7 lat z zerówką licząc łącznie. O tym, że coś tam może się złego dziać domyślałam się dawno, ale nie chciałam się wtrącać ani dopytywać. Jestem doświadczona ojcem – agresorem więc niejako widziałam w oczach córki mojej koleżanki znajomy strach przed ojcem.

Koleżanka poprosiła mnie czy byłabym w stanie zeznawać w sądzie po jej stronie, a przeciw jej mężowi. Zgodziłam się bezwarunkowo i wtedy dopiero dziewczyna otworzyła się przede mną i opowiedziała jak zaślepiona była do tej pory w tym związku. Na szczęście mąż mojej koleżanki nie zrobił jej tak wielkiej krzywdy jak mój ojciec mojej mamie, ale i tak musiała zrobić sobie obdukcję.

Nigdy nie zaakceptuję jakiegokolwiek rodzaju przemocy. Nigdy. Ktoś kto używa łap do argumentowania swoich racji jest dla mnie zwykłym chamem i prostakiem. Tak więc w piątek miałam dzień wolny, bo w samo południe odbyła się sprawa w sądzie. Mąż mojej koleżanki jest według mnie na przegranej pozycji chociaż obstawia cały czas argumenty o tym, jaki to on był dobry ojciec i we wszystkim aktywnie uczestniczył. Owszem – był zawsze na wszystkich zebraniach i szkolnych imprezach, ale jego zachowanie było agresywne, roszczeniowe i większość rodziców gasiła jego zapał do przechwycenia kontroli nad grupą. Używał też słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne. Na tym Sąd nie dał się oszukać, bo ja jako świadek potwierdzałam to, co koleżanka wniosła w pozwie. A ważne jest to, co się widziało, a nie to, co jest czyjąś opinią. Dostałam nawet od Sądu pytanie: „czy czułam się bezpiecznie w domu państwa X, przychodząc z córką w odwiedziny?” Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie.

Po południu spotkaliśmy się przypadkiem z panem X na ulicy. Spytał dlaczego mam do niego pretensje i czy możemy o tym porozmawiać. Odburknęłam mu, że nie ma co liczyć na rozmowę ze mną ponieważ jestem po stronie jego (niestety wciąż) żony i zdania nie zmienię. Po wymianie kilku nieprzyjemnych kwestii rzucił mi hasłowo, że jestem wredna. Cóż. Żal tylko koleżanki, bo Sąd wyznaczył kolejną rozprawę na jesień, a jeśli i ta nie zakończy się pomyślnym rozwiązaniem, państwo X szarpać się będą jeszcze na wiosnę przyszłego roku.

Na moim starym, zielonym blogu jest jeden z ostatnich wpisów, w którym zaznaczam, że byłam świadkiem rozwodu moich znajomych. Ale tamta sytuacja był zgoła inna. Tam ludzie rozwiedli się z klasą. Za obopólną zgodą, bez szarpania się. Po prostu im nie wyszło i oboje doszli do wniosku, że ciągnąć tego dalej nie ma sensu. Złożony był wniosek o rozwód bez orzekania o winie, ale i tak przy takich sprawach wymagani są świadkowie ze względu na dobro małoletnich dzieci. Musiałam więc (tak jak i wczoraj) opowiadać o sytuacji domowo-materialnej córki moich znajomych. Rozwód otrzymali już po tej drugiej sprawie.

poniedziałek, 12 lutego 2018

W nowych miejscach pracy poznajemy nowych ludzi. Widzimy bliżej ich spojrzenie na świat, na otaczających innych ludzi. Mamy prawo do oceny. Jeśli nie chcemy przebywać/kontaktować się z osobami, które nas denerwują/irytują/drażnią lub inaczej wpływają na nasze samopoczucie to staramy się ich omijać. Przynajmniej ja tak robię. Gorzej gdy z taką osobą trzeba współpracować i narzuca nam ona swój światopogląd, nie zawsze zgodny z własnym.

Na szczęście ja trafiłam na kogoś, kto ma inne zupełnie spojrzenie na otaczający go świat, współpracuję z tym kimś, ba – siedzę w jednym pokoju, ale nie jestem tłamszona i przekonywana do „jednej tylko racji” ;-) Prowadzimy dość dobre konwersacje.

A myśl pojawiła się w związku z informacją, jaką moja wspomniana koleżanka przeczytała na Fb, że jakaś kobieta wyrzuciła dziecko na śmietnik, bo obawiała się męża, a mąż dzieci więcej nie chciał. Próbowałam z nią dyskutować, ale w miarę rozwoju tematu jej argumentacja powaliła mnie z nóg. Powiedziałam: że to się pewnie stało z powodu braku edukacji seksualnej w jej domu, na co usłyszałam: „co ty opowiadasz! To nie ma nic wspólnego z edukacją seksualną”. Wtedy podałam argument depresji poporodowej. Usłyszałam: „co? Nie ma czegoś takiego jak depresja poporodowa. To są wymysły rozkapryszonych panienek. Mogła usunąć ciążę jak jej nie chciała.” Wtedy odparłam, że może nie miała pieniędzy na zabieg, bo przecież aborcja jest u nas zabroniona. No i ten argument rozwalił mnie na kawałki: „to mogła wziąć pożyczkę.” Potem już była fala hejtu: „co to za baba! Ja nie mogę takich rzeczy czytać. Mogła oddać do adopcji, a nie wyrzucać na śmietnik”.  Kiedy próbowałam forsować jej zdanie, że nie można tak potępiać człowieka nie znając go osobiście, usłyszałam, że ona przecież nigdzie o niej nie wypisuje, nic nie komentuje publicznie, po prostu ma takie zdanie. Doszłam do wniosku, że tu się z nią zgodzę: na hejt mojej koleżanki chciałam ją równie mocno shejtować. Tak samo było w przypadku wyprawy Tomka i Eli na Nangę. Koleżanka „zjechała” równo Tomasza za „brak odpowiedzialności”, że „zostawił dzieci”, i „kim on jest, żeby sobie realizować tak niebezpieczne hobby”. Całość jej wypowiedzi była napełniona nienawiścią do Tomka i ocenianiem go jako „nienormalnego”, jakby mało było jego rodzinie hejtu z zewnątrz…

Pomyślałam sobie dziś: kim jesteśmy, że oceniamy w tak brutalny sposób? Kiedy zadałam to pytanie mojej koleżance, przerwała mi wywód i zaczęła mówić z innej strony zagadnienia. Bardzo ją lubię, tak jak lubię większość osób, które mają inne spojrzenie na ludzi niż ja, ale potrafimy bez awantury wymienić się swoimi poglądami, ale dojrzałam chyba do momentu, kiedy lata leczonej depresji i posiadanie bardzo złożonego charakteru doprowadziło mnie do nieoceniania w tak brutalny sposób. Kiedyś potrafiłam oficjalnie i głośno zazdrościć wypowiadając (np. w rozmowie z Bratem) słowa: „po chuj im ten samochód? Nie mają na co pieniędzy wydawać?” albo równie mocno skrytykować znajomego lub potępić koleżankę za czyn, jaki popełnili, a w sumie do końca nie znałam przyczyn tego czynu.

Teraz myślę inaczej, ale ludzie się zmieniają. Przeraża mnie tylko, że ta „wolność wypowiedzi” idzie za daleko. Wystarczy spojrzeć na rozrastające się hordy narodowców. Przecież im wolno. Mają zapewnioną konstytucyjnie wolność wypowiedzi, ale jednocześnie konstytucja zabrania propagowania faszyzmu lub innego ustroju totalitarnego, a już nie wspominając o mowie nienawiści. Gdzie jest ta granica? W którym momencie nam wolno oceniać, a w którym lepiej powstrzymać się od powiedzenia, że „był/była głupia”? Przecież pisząc ten tekst sama oceniłam i shejtowałam swoją koleżankę z pracy ;-)

Tagi: ludzie życie
17:05, sokramka
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Mija już jakiś czas odkąd rząd wprowadził swój sztandarowy program 500+. Z własnej obserwacji mogę dojść do kilku wniosków, które będą i chwalić i jednocześnie krytykować tę formę pomocy rodzinom.

Otóż na pierwszy ogień pójdzie rodzina mojej znajomej. Mają dwoje dzieci, jedno w wieku szkolnym, drugie w wieku przedszkolnym. Oboje pracują zawodowo i są ludźmi wykształconymi, otwartymi na nowości, no i przede wszystkim są antypisiakami ;-) Pieniądze na drugie dziecko oczywiście pobierają. Ponieważ ich zarobki nie należą do niskich, mogą sobie pozwolić, aby te pieniądze przeznaczać bezpośrednio na dziecko fundując tej starszej dziewczynce dodatkowe lekcje angielskiego lub prywatne zajęcia tematyczne. To, że mają nagle 500+ więcej nie wzbogaca ich nadmiernie, bo sami zarabiają tyle, że i bez tego wsparcia mają fundusze na utrzymanie dzieci. Posiadanie drugiego dziecka było ich zamierzeniem jeszcze przed rządami obecnej władzy.

Druga rodzina, którą pozwolę sobie wziąć na tapetę, to samotna matka z dwójką dzieci (każde z innym), bezrobotna, słabo wykształcona i poglądami krążąca wokół obecnego rządu. Mama ta nie poczuwa się do obowiązku pracy ponieważ, jak sama uważa – pracy nie może dla siebie znaleźć (coś jakby z Kiepskiego), a poza tym brak jej opieki nad młodszym dzieckiem (dwulatek). Siedzi więc kobieta w domu i pobiera: 500+ x 2, z racji bezrobocia i braku dochodów, 1000 zł alimentów od ojca jednego dziecka i 850 zł alimentów od ojca drugiego dziecka. Do tego dochodzi wypłacany zasiłek rodzinny, który jest niezwykle niski, ale zawsze – 95zł na młodsze z dzieci oraz 124zł na starsze z dzieci. Po zsumowaniu jej dochodów nawet ja tyle nie dostaję wynagrodzenia ))w budżetówce. Tak więc nasuwa się pytanie, które wspomniana mama sama kiedyś zadała: po co pracować??? Starsze z dzieci ma problemy w szkole, wiem, że na korepetycje mama „nie ma pieniędzy”.

Dodatkowo mogę jeszcze podać przykład jednego z moich pasierbów, który mając dziecko po operacji oraz niepracującą kobietę, nie korzysta z możliwości dodatkowego zarobku w soboty, tłumacząc to tym, że im wystarcza 500+, rodzinne oraz dodatek z tytułu niepełnosprawności dziecka (niedawno wywalczonej). Co do kwestii ostatniej – nie będę się rozpisywać ponieważ to drażliwa sprawa i nikt kto dokładnie problemu nie zna, nie będzie chciał wchodzić w polemikę. W każdym razie to kolejna rodzina, która jako przykład swoją postawą pokazuje, że pracować nie trzeba – państwo da.

Zawsze uważałam, że praca uszlachetnia, jakakolwiek, czy to będzie sprzątanie, czy obsługa kasy, czy intratne stanowisko za biurkiem bądź kierownicą służbowego samochodu. Sama pracy nie posiadając imałam się różnych zajęć. Nie siedziałam w domu i nie czekałam, aż mąż „mi da”, albo „dostanę od państwa”. Brakuje mi w tej chwili odpowiednich słów, żeby dokładnie nakreślić mój światopogląd w tej sprawie. Nie piętnuję ludzi bezrobotnych, bo czasem różne rzeczy się w życiu zdarzają, ale nie można przedstawiać tylko postawy roszczeniowej. Należy przede wszystkim dawać coś swoimi czynami i z tego czerpać korzyści.

Moim zdaniem 500+ jest nieodpowiednim programem, wprowadzonym tylko i wyłącznie jako wyborcza kiełbasa, bo nie wszyscy spośród naszych obywateli potrafią z tego rozdawnictwa korzystać. Poza tym to mielenie naszych wspólnych pieniędzy. Nikt nie dostaje nic „z nieba”. Nie jesteśmy społeczeństwem na tyle dojrzałym, by móc porównywać się do innych obywateli Europy, którzy inteligentnie rozporządzają swoimi pieniędzmi. Tylko najgorsze jest to, że nie ma żadnej rozsądnej alternatywy dla tego pomysłu. PO już wspomniała, że gdy na powrót dojdzie do władzy, to nie dość, że nie zlikwiduje tego programu, to dorzuci jeszcze parę groszy na pierwsze dziecko. Czy nasz kraj na to stać??

wtorek, 04 kwietnia 2017

Po co nam blogi? Do czego? Czy publiczne obnażanie się z własnych przeżyć i emocji ma czemuś służyć? Ze swojego punktu widzenia mogę tylko rzec, że mój blog traktowany jest przeze mnie jako forma pamiętnika. Pisałam od dawna, a w sieci dodatkowo dzięki blogosferze poznałam kilka interesujących, z mocną dawką zdrowej inteligencji, osób ;-)

Osobiście szukam blogów, które mają jakiś szablon myślowy, są nakierowane np na opisywanie tras rowerowych, ukazywanie talentu (blogi szyciowe, dziergadełkowe, malarskie), ale jeśli taki blog zawiera również sprecyzowane perturbacje życiowe, np. proces rozwodowy czy opiekę nad zwierzętami, też zawieszę tam swoje oko. Jeśli blog jest jednak zlepkiem codziennych, nudnych wpisów w typie: "dziś byłam, robiłam, jadłam, spałam" nie chce mi się tam dłużej siedzieć i czytać.

Sama doskonale wiem, że moja blogosfera jest właśnie takim pamiętnikiem codzienności. Nie musi nikogo interesować, co się u mnie dzieje, ale wiem też, że są tacy, co zaglądają. Ponieważ sama lubię czytać biografie znanych osób, zastanawiałam się nad poszukaniem blogu, w którym ktoś będzie opisywał swoje życie od czasów narodzin. Od tego co pamięta, co zapisał w głowie na podstawie zdjęć i wspomnień.

Przyszło mi teraz tez na myśl, że blox ostatnio pofiksował w ustawieniach i jeśli autor bloga nie zorientował się w odpowiednim momencie, nie jest przyjemnością przeglądanie stron. Np takie otagowanie wpisów: jeśli chcę na danym blogu przeczytać wpisy dotyczące tylko słowa: seks, wyskoczą mi strony, w których ktoś inny otagował swoje wpisy tym słowem. A ja chcę poczytać wpisy tego jednego autora - nie wszystkich. Niestety - trzeba zmienić to w ustawieniach, żeby była jasność.

W ogóle pisanie bloga zobowiązuje do utrzymywania jakiegoś określonego porządku, ładu, jedności stylistycznej - i tu przykładem godnym polecenia jest Bożenowa Sekretarka Blog pisany w jednym, cudownym, radosnym stylu, który czyta się (przynajmniej przeze mnie) fenomenalnie, ale nie zawsze chce się komentować ;-) W każdym razie takich blogów więcej poproszę. 

Kiedyś z zapałem przeczytałam blog dziewczyny, która miała podobne przeżycia do moich - jako "macocha" dla dziecka swojego męża walczyła z przeciwnościami dnia codziennego. Do tego miała na wychowaniu własne dziecko oraz opiekowała się końmi (o ile dobrze pamiętam). Potrafiłam wpisy z wielu lat przeczytać jednym tchem w ciągu kilku dni. Blog nazywał się "Wielkie pranie". Został niestety już zamknięty. Podobnie z blogiem kuratora "Na marginesie życia". Tak mnie zainteresował, że zaległe wpisy przeczytałam ciurkiem w ciągu kilku dni. Teraz jestem na bieżąco. 

Nie lubię blogosfery na Onecie, gdzie zaczynałam. Tam wyciąga się co ciekawsze wpisy i publikuje na głównej stronie. Ja nie potrzebuje rozgłosu, dlatego uciekłam na Blox.

Piszmy, czytajmy, poznawajmy się, kontaktujmy - wszak żyjemy w świecie naszpikowanym technologią internetową. Cóż, książki papierowe czytać należy nadal, ale o ilu ciekawych pozycjach dowiedziałam właśnie przeglądając blogi czytelnicze ;-)

Tagi: blogi ludzie
11:29, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 grudnia 2016

A gdyby tak bojkotować sklepy sprzedające żywe karpie? Sorry za wpis o rybach, ale już nie mogę.

Tradycja polską jest jedzenie na wigilię karpia. Najpierw jednak trzeba go zakupić, najlepiej żywego, aby potem móc go utłuc w wannie, poszatkować na dzwonka i usmażyć lub włożyć pod galaretę.

To nie jest moja tradycja. Nigdy nie była - Mama nie lubiła karpia i go nie kupowała - ja mam podobnie. Obrzydzenie mnie bierze i wstręt ogarnia kiedy widzę w sklepach te "wanny" pełne karpi, które zgniecione między sobą jak sardynki w puszce próbują łapać dostępne powietrze w wodzie. Potem taka ekspedientka wyławia dla klienta jednego z tych karpi, waży i ... wkłada w reklamówkę. Droga tej ryby ze sklepowej wanny do domowej wanny jest straszna. Ludzie najczęściej rzucają rybę do koszyka pomiędzy inne zakupy i zwierze szamocząc się w reklamówce zdycha w męczarniach.

Oj tam, oj tam, ktoś napisze - to "tylko" ryba, to tradycja, tak było zawsze.

Ok. Ale jesteśmy ludźmi. Uczymy się, ewoluujemy. Nasze zachowanie od wieków się zmienia. Gdybyśmy chcieli utrzymywać wieloletnią tradycję, to mężczyźni zdobywaliby nas, kobiety, waląc pałką w łeb i szarpiąc do domu za włosy.

Ewolucja kulturowa to także inne spojrzenie na rytualne uboje zwierząt. To nie powinno się dziać w XXI wieku. Nie mówię, że każdy od dziś ma zostać wegetarianinem, bo człowiek ma żuchwę przystosowaną do gryzienia mięsa, ale może w przyszłości się okazać, że poddani ewolucji ;-) zaczniemy stosować inne diety, np. pastylkowe i nasze zęby zmienią kształt.

Drodzy, jedzcie sobie te karpie, ale nie kupujcie ich żywych. Nie każcie dzieciom patrzeć jak zwierze poddawane jest nieludzkiemu traktowaniu. Ja też jadam mięsko i ostatnio nawet obrabiałam półtuszę wieprzową, z której mam zapas wędlin i kiełbas. Ale wiem, że świniak był ubity w sposób humanitarny, a nie zadźgany za stodołą przez pijanego chłopa.

Moja koleżanka, która mięsko lubi jeść jak mało kto, ma taką teorię, która deczko ją usprawiedliwia w tym uwielbieniu wieprzowiny. Twierdzi, że świnki rosną na drzewach i dojrzewające spadają na ziemię, gotowe do zjedzenia ;-)

Za wegetarianina się nie uważam, myślę też, że niejedzenie mięsa i ryb wiąże się ściśle z wyznawaniem jakiejś ideologii, do której mi daleko. Ale przestrzeganie humanitarnych zasad współżycia ze światem zwierzęcym chyba nie jest mi obce. Karpie żyją i czują, to, że nie wydają głosu nie upoważnia nas, ludzi, do tak obrzydliwego ich traktowania.

08:22, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 listopada 2016

Mamy takich sąsiadów za płotem, z którymi utrzymujemy dość dobre, koleżeńskie stosunki. Sąsiedzi są w wieku raczej mojego Szanownego (przypominam różnicę wieku między nami - 11 lat), ale rozmawia się z nimi bardzo przyjemnie i nigdy nie mieliśmy żadnych zatargów. Sąsiedzi mają jedno dziecko - dorosłą już pannicę, mieszkającą na stałe poza granicami kraju.

Któregoś dnia przyszło mnie i Szanownemu do głowy, że coś sie musiało stać z Nim. Jego samochód nie stał na podwórku, nie było widać Jego podczas prac ogródkowych, nie On wychodził z psem tylko Ona. Ponieważ On miał pracę w ruchu drogowych, pomyśleliśmy, że dostał jakieś dalsze zlecenie i dlatego Go nie widać. W końcu Szanowny nie wytrzymał i zapytał Jego teściowej (z którą wspólnie mieszkają) co się stało z zięciem? Otrzymał odpowiedź: a poszedł do innej pani...

Moja zaprzyjaźniona blogerka napisała ostatnio o adoratorach, którzy krążą wokół niej, pytajac czy to męski kryzys wieku średniego? ;-) Próbowaliśmy sami analizować sytuację, czy i naszemu sąsiadowi nie odbiła szajba, ale doszliśmy do wniosku (znając Ich życie), że jednak nie.

Nie jestem zwolenniczką utrzymywania związku/małżeństwa na siłę. Ale nie jestem też zwolenniczką rozwodu bez powodu. Bo "tak". To wszystko jest bardzo złożone. Jako DDRR sama miałam zapędy do rozwalenia mojego małżeństwa, które po osobistej analizie jest chyba najlepszym związkiem na świecie i byłam najgorszą i najgłupszą, gdybym podjęła kroki rozwodowe. Co innego moja Mama: Ona była bita, szykanowana, sprawdzana, szkoda słów. Krok ku wolności osobistej to było najlepsze co mogła w swoim krótkim życiu zrobić. I mimo traumy jaką nam rodzice zafundowali, jestem Mamie za ten rozwód wdzięczna.

Ale nie o tym. Nasi sąsiedzi są (jeszcze) małżeństwem od prawie 30 lat. To długi staż. Ale od kilku lat (przynajmniej od czasu kiedy tam mieszkam) nie widziałam, żeby ten związek nazwać "dobrym małżeństwem". Wszędzie chodzili osobno - ona do kościoła sama, on na zakupy sam. W zasadzie tylko w czasie Świąt wyjeżdżali razem, bo zabierali ze sobą teściową/matkę, starszą już osobę. On w ogrodzie zapieprzał jak głupi - koszenie, pielenie, dbanie o tuje. Jej nigdy nawet z grabiami nie widziałam. On przy samochodach od rana do wieczora, w piwnicy, przy piecu, koło domu, rozpalał grilla. Jej nigdy nie widziałam nawet z jedną siatką zakupów, nigdy nie wyszła z psem, nie widziałam, żeby myła okna...

Gwoździem do trumny była opowiedziana kiedyś przez starszą panią historia, że ona im zmienia pościel i każde z nich ma osobną kołdrę. Hmm... uważam, że wykładnią zgodnego małżeństwa/związku jest spanie w jednym łóżku, pod jedną kołdrą. Zawsze można się przytulić, za łapkę złapać, no i innych rzeczy skosztować ;-) Sama wiem po sobie, że jak się wkurzałam na Szanownego to wyciągałam kołdrę z szafy i spałam w przeciwnym do niego kierunku ;-) Taki foch. A u nich foch trwa już od wielu lat. Ale o tym potem.

Któregoś dnia, kiedy miałam dzień urlopu starsza pani zaprosiła mnie na herbatę. Lubię ją, czasem zrobię drobne zakupy (gazetki, jakaś meliska) bo córka nie ma dla niej nigdy czasu. Pani zwierzyła mi się, że zięć wyprowadził się do innej kobiety, że jej córka ma to głęboko w dupie i nie będzie walczyć o męża. Potem zjawił się On. Akurat kończyłam rozmowę i chciałam wychodzić. Sąsiad wziął psa na spacer i odprowadził mnie do bramy. Po drodze miał ogromną potrzebę wygadania się i chyba... wytłumaczenia. Usłyszałam, że zamierzał Ją zostawić już od kilku ładnych lat, ale zawsze było "coś". A to córka szła do komunii, to nie (argumenty Jej - żony), a to córka zdawała maturę, to nie był dobry moment, a to zdawała na studia, to też nie był dobry moment na rozwód. Powiedział mi też, że zawsze miało być tak, jak Ona chciała - wakacje - tylko według jej potrzeb, kredyty - tylko za jej wymaganiami, samochód chciała - kupił jej i wiecznie mało... Katalizatorem stała się w końcu znajomość z kobietą prawie 15 lat młodszą. Wynajmują razem mieszkanie. On zrobił sobie zęby, w dniu spotkania ze mną był ogolony, wypachniony, ładnie ubrany, naprawdę niezłe ciacho jak na faceta po 50.

Znamy ich oboje i wiemy, że coś z tych jego opowieści było prawdą. Choć wiadomo, każdy kij ma dwa końce. Dlatego uważam, że o małżeństwo czy związek dwóch osób muszą dbać obie strony. Wiem to po sobie, że jeśli będzie się za dużo wymagać a za mało dawać, to rusztowanie szybko runie. I nie ma sensu być razem tylko aby być. Albo dla dzieci, albo dla rodziców, marazm w małżeństwie i nuda zabija wszelkie uczucia. Trzeba nauczyć się drugiej drugiej osoby, rozmawiać, pytać o potrzeby. Mój Szanowny jeszcze się tego uczy, bo on w zasadzie żadnych potrzeb większych nie ma, ale też uczymy się siebie wzajemnie.

W sumie to kibicujemy z Szanownym Jemu. Nasz sąsiad to bardzo pracowity człowiek, nie palący, nie pijący, wesoły (teraz bardziej - wcześniej przygaszony). Gdzie tkwi przyczyna rozpadu tego związku - nie nam wnikać. Na pewno źle się działo od lat i przyznam szczerze, że to było widać. To były dwa cienie przemykające obok siebie i oprócz przymusowych, rodzinnych wyjazdów nasi sąsiedzi nic nie robili razem. A to jest przecież bardzo ważne, żeby mimo dbania o własne zainteresowania i spełnianie swoich osobistych potrzeb, być partnerem w codziennym życiu.

czwartek, 15 września 2016

Znowu jestem w trójce klasowej. Nie żałuję tego kroku (zgłosiłyśmy się same z koleżanką, z którą już przerabiałyśmy ten temat wcześniej). Teraz znowu mamy kontrolę nad klasą i jesteśmy w stanie ogarnąć składki, wpłaty, różne wycieczki i prezenty dla dzieci.

I o finansach właśnie będzie refleksja.

Na pierwszym zebraniu nie mogliśmy się dogadać w kwestii składki klasowej na różne rzeczy dla naszych dzieci - prezenty mikołajkowe, na zakończenie roku, kwiaty dla nauczycieli... Dla jednych 5 zł miesięcznie było za dużo, inni chcieli 10 zł. W końcu nie doszło do porozumienia i postanowiłyśmy napisać taką "wklejkę" dla rodziców, żeby się sami określili ile mają wpłacać kasy na swoje, przecież, dzieci.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem czy są jakieś ustalenia odnośnie składek. Opowiedziałam jej więc o "wklejkach". Koleżanka natychmiast odparła, że to niesprawiedliwe, żeby jeden dawał 5 zł, drugi 10, a trzeci nawet 2. Ona jest samotną matką, zawsze dawała pieniądze, opłacała wszystkie potrzebne rzeczy, a rodzice, którzy "rozbijają się" samochodami olewali temat i nie płacili nigdy nawet złotówki. Ale prezent dla dziecka to chcieli. No to teraz ona teraz z zemsty za poprzednie lata nie będzie płaciła nic. Niech inni się postarają i utrzymują jej córkę.

Zdębiałam.

Nie przypuszczałam, że usłyszę to z jej ust. Owszem - dziewczyna jest prosta, z małej miejscowości, w politykę się nie angażuje, ale bywa miła, uśmiechnięta, dba o tę swoją córkę najlepiej jak potrafi, pracuje i nic złego nie można o niej powiedzieć. Dlaczego rodzice nie myślą o swoich dzieciach? W sumie nic za darmo nie ma. Brak wyobraźni niektórych mnie czasem poraża. Przecież to tak jakby poszła ze swoją małą do sklepu i kupiła jej jakiś drobiazg z własnego portfela. Tak my - trójka klasowa zbieramy te składki, żeby potem sprawić radość jakimś drobnym podarunkiem dzieciom z naszej klasy. Nawet pierdołą, ale dzieci zawsze się ucieszą. Warto też docenić każdą wpłaconą złotówkę, czy to będzie zadeklarowane pięć czy dziesięć zł. 

Nie bardzo rozumiem takiego myślenia "z zemsty nie będę dawać składek, niech inni dają". Z jakiej zemsty? Za co? Co jej ktoś personalnie zrobił? Od razu kojarzą mi się ci rodzice, którzy otrzymują 500+ i rezygnują z zatrudnienia, bo dostają kasę "za nic". Za darmo to teraz nawet w mordę się nie dostanie, bo trzeba przynajmniej czymś zasłużyć, np mówieniem po niemiecku, albo egzotycznym wyglądem.

Czy koleżanka wpłaci jakąś symboliczną kwotę - nie wiem. Rabanu nie będziemy robić, to będzie jej decyzja. Na szczęście takich rodziców mamy niewielu i poradzimy sobie z budżetem klasowym.

Wczoraj drukując te wklejki przeanalizowałam sobie rodziców, którzy jeszcze nic nie zapłacili, ani składki, ani obowiązkowych opłat za koncerty, czy zbliżającą się wycieczkę. I wyszło, że profil społeczny tych rodziców jest bardzo zróżnicowany. Są wśród nich rodzice pracujący w telewizji, ale są też samotne matki i rodzice patologiczni. Nie ma reguły.

Najważniejsze, że jako trójka klasowa będziemy dobrze dysponować wspólną kasą. Pamiętam jak prowadziłyśmy buchalterię w klasach 1-3, rodzice mieli wszystkie informacje w dzienniczkach - ile jest kasy, na co zostało wydane, jakie są dalsze propozycje.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Trochę żałuję, że nie jeżdżę autem do pracy, bo zaczynam się czuć jak niedzielny kierowca ;-) Do sklepu po zakupy i może na uczelnię dwa razy w miesiącu. Ale z drugiej strony poruszając się komunikacją miejską oszczędzam czas, pieniądze i do tego bywam świadkiem różnych sytuacji. Czas oszczędzam, bo nie stoję w korkach, pędzę po buspasach, albo wracam pociągiem, który omija miejski gwar. Pieniądze, bo nie wydaję np. 300 zł na benzynę miesięcznie, tylko korzystam z miesięcznego-studenckiego. A sytuacje zdarzają się różne.

Jechałam kiedyś autobusem, który był przepełniony ludźmi, ale jeszcze można było się wcisnąć. Słychać było dziwne warczenie co jakiś czas. Kiedy przesunęłam się bliżej siedzeń okazało się, że na jednym z nich siedzi mężczyzna mocno śpiący i... chrapiący jak niedźwiedź ;-) Nie był to żaden menel - ot facet po prostu był śpiący ;-)

Innym razem wsiadł chłopak w wieku ok 35-39 lat ze złamaną nogą, o kulach. Nikt niestety miejsca mu nie ustąpił. A wydawało się, że równouprawnienie to transakcja obustronna. Bo kiedy my kobiety walczymy o dostęp do "męskiego" świata, to chyba powinnyśmy dać dobry przykład i odwzajemnić się tym samym mężczyznom. Czy facet ze złamaną nogą wzbudza mniej współczucia niż kobieta??? Dodam, że siedziały w autobusie w większości młode dziewczyny, które albo też spały, albo czytały książkę, albo miały słuchawki w uszach.

Mała dygresja: mój syn stwierdził, że w komunikacji miejskiej powinna być specjalnie wyznaczona strefa z miejscami siedzącymi dla czytających książki ;-) Uniknęłoby się wtedy wielu pasażerskich nieporozumień.

Zdarzyło mi się też kiedyś być świadkiem omdlenia kobiety. Kobietę pochwycono i posadzono. Pani mogła mieć jakieś 50+. Wysiadła na tym samym przystanku co ja. Przed pracą zawsze wchodzę sobie do pobliskiego sklepiku po śniadanie. Kiedy wracałam zobaczyłam, że owa kobieta leży na chodniku, nad nią zebrał się tłum, a z daleka słychać było sygnał karetki. Zakończenia tej historii nie znam :-(

Podróż komunikacją to również bardzo dobra okazja do nadrobienia pozycji czytelniczych. Nie ukrywam, że cały czas szaleję i czytam, czytam, czytam. Mam w planach: życie Curie-Skłodowskiej, Bodo, Kościuszko oraz "Przewodnik po depresji" Jastruna.

Miłego czwartku!

Tagi: ludzie miasto
08:50, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 09 marca 2016

Z każdym dniem dowiaduję się coraz to nowszych rzeczy związanych z panującymi tu zasadami. Np w poniedziałek miałam urodziny. Dziewczyny kilkanaście dni temu pytały mnie, czy obchodzę imieniny czy te drugie. Pytały też kiedy je obchodzę. Myślałam, że to tak z czystej ciekawości. Sama chciałam zrobić im niespodziankę i upichciłam ciasto, które przyniosłam do pracy celem wniesienia tzw. "wkupnego" oraz przy okazji pochwalenia się kolejną, mijającą wiosną. Jakież było moje zdziwienie kiedy w poniedziałek zaczęłam rozdzielać kawałki ciasta, a jedna z dziewczyn zatrzymała mnie ruchem ręki mówiąc: pozwól, że zespół złoży ci życzenia. A na koniec dostałam...kopertę. Nie ukrywam, że dawno nie spotkałam się z takim objawem obchodzenia urodzin/imienin. Miło. Dobrze, że ciastuszko wszystkim smakowało ;-)

We wtorek był Dzień Kobiet. Wzięłam sobie dzień urlopu, bo miałam zaległe wizyty u specjalisty. Ale dziewczyny opowiadały mi, że co roku jest o 14.00 spotkanie pań z resztą kadry, symboliczne wręczenie kwiatka, życzenia i...do domu. Półtorej godziny wcześniej. No proszę - resort robi swoje od lat niezmiennie.

Z okazji świąt wielkanocnych i tych grudniowych również organizowane są spotkania. Każdy kto chce płaci składkę, a potem w wyznaczonym dniu schodzi się do sali konferencyjnej i wspólnie zajada jajeczko/pierożka. Jak zapewne się szanowni czytacze domyślają - mnie na tych spotkaniach nie będzie widać. Pociesza mnie też fakt, że jedna z moich koleżanek z pokoju również nie chodzi na takie spektakle. Będziemy się więc alienować wspólnie ;-)

Tagi: ludzie praca
13:15, sokramka
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4