Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: mama

poniedziałek, 02 marca 2015

Tyle lat skończyłaby dziś moja Mama, gdyby żyła.

Skorzystałam z tego, że moje mopowanie zajmuje mi kilka godzin porannych i po 11.00 wybrałam się na cmentarz. Podejrzewam, że pracując na normalnym etacie, ośmiogodzinnym, nie miałabym takiej szansy. Na miejscu uprzątnęłam nagrobek, zapaliłam znicz. Cmentarz był prawie pusty. Podróż minęła mi na czytaniu książki, pożyczonej od koleżanki z pracy. 

Muszę poszukać jakiegoś specyfiku na granit. Literki wycięte na nagrobku zaczynają zlewać się z kolorem kamienia w jakim są zrobione. Przydałoby się coś, co ten napis rozjaśni. 

Mama lubiła muzykę z szerokiego wachlarza. Jeden z Jej ulubionych utworów:

czwartek, 03 kwietnia 2014

Przy okazji opróżniania starego mieszkania Brata, natknęliśmy się z Rodzonym na kalendarze książkowe w ilości kilku sztuk, tylu ile lat pracowała moja Mama u swojej chlebodawczyni. Mama była tam na początku pomocą domową, gdzie opiekowała się wielkim domem, gotowała, sprzątała, zajmowała się psem i kotami oraz prasowała, a potem państwo doktorostwo zatrudniło Mamę na stałe jako rejestratorkę medyczną. Oboje byli lekarzami –neurologami i prowadzili własny gabinet.

Pamiętam jak Mama w czasie choroby mówiła mi i podkreślała, żeby po jej śmierci spalić te kalendarze. Był to bowiem zapis z lat, korespondencji Mamy i Doktorowej. Mama przyjeżdżała do pracy kiedy lekarze wychodzili do swoich państwowych prac. Wychodziła, kiedy ich jeszcze nie było. W ciągu tych kilku lat powstała kanwa niezłej telenoweli. Zapis codzienności dwóch kobiet.

„Kochana Pani A. proszę wyprasować męża koszule, wiszą na wieszaku, pozdrawiam serdecznie. M”.

„Kochana Pani M. na obiad ogórkowa, gulasz i kasza gryczana. Wyczyściłam srebra. Dzwoniła pani X, umówiłam na wizytę na wtorek. Pies narobił pod drzwiami jak przyszłam. Pozdrawiam serdecznie. A”.

„Kochana Pani A. W piątek przyjdzie hydraulik. Na stole leżą dla Pani czasopisma. Pozdrawiam serdecznie. M”

Były tez takie wpisy:

„Kochana Pani M. Urodziła mi się wnusia, obie dziewczyny dobrze się czują. Zięć zachwycony jakby pierwszy raz został ojcem. Pozdrawiam serdecznie, A.”

Na początku kazałam Bratu zostawić  te zapiski. Wtedy, kiedy Mama dopiero co nas opuściła. Cieszyło mnie każde słowo czytane, pisane Jej ręką. Teraz jakoś dziwnie mi było trzymać te kalendarze w ręku. Z każdym słowem wracały wspomnienia, które tak bolały ostatnie lata, które doprowadziły mnie do ciężkiej depresji i osamotnienia.

Dziś wrzuciłam te kalendarze do pieca. Powiedziałam sobie w duchu, że nie może być tak, żebym do końca SWOICH dni żyła życiem Mamy. Jej życia nic już nie wróci, to ja żyję i ja mam się uśmiechać i rozdawać dobre fluidy innym.

Poza tym zaczęło mnie ogarniać dziwne uczucie nienawiści. Nienawiść ta kierowana była do Mamy, z pretensją, że mnie zostawiła, opuściła, a takich myśli mieć nie chciałam. Za długo walczyłam z demonami przeszłości, koszmarami nocnymi, żeby do tego wracać. Nie zrozumie tego nikt, kto nie miał tak bliskich i mocnych więzi z rodzicem.

Fotografia Mamy ze swoimi wnukami wisi nad moim łóżkiem. To wystarczy. Trzeba żyć dniem dzisiejszym i czasem pomyśleć o jutrze.

Tagi: brat mama
19:42, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 kwietnia 2014

Tym razem pracowity umysłowo i fizycznie. Mam nabitą ostatnio głowę sprawami Brata. Nie są to sprawy wesołe, raczej przygnębiające, ale są do wyjaśnienia i załatwienia. Brat musi się wyprowadzić z mieszkania, które zajmował od ponad 20 lat. Mieszkaliśmy tam razem – Mama, Brat ja i Młody. Najpierw wyprowadziłam się ja, potem zmarła nasza Mama, a teraz Brat musi je opuścić. Takie życie i nic się nie da już zmienić. Kamienicę odzyskał spadkobierca dawnych właścicieli i ogólna sytuacja nie pozwala Bratu na przebywanie tam dłużej.

W piątek do szkoły nie poszłam. Zafundowałam sobie oficjalne wagary. Pojechałam do Brata pomóc mu przebierać rzeczy. Zostały tam jeszcze różne garnki, talerze, zasłony po Mamie, które leżały w szafach, a których Brat nie używał, ale nie wyrzucił po śmierci Mamy. Postanowiłam część zabrać z przeznaczeniem użytkowania, a część przeznaczyliśmy na śmietnik. Zeżartą przez rdzę, albo draśniętą zębem czasu.

W sobotę pojechałam na uczelnię samochodem. Odstawiłam swoją pszczółkę na podwórko Brata, a on miał ja załadować rozmontowanymi meblami. Okazuje się, że taka Micra naprawdę potrafi wiele do siebie przyjąć ;) Otrzymałam od Brata trzy regały na książki (wraz z częściową zawartością) dwie komody, a w tygodniu zabiorę duży, dębowy (rodzinny) stół. Do przejęcia mam jeszcze pralkę, termę i kuchenkę. Ktoś zapyta – gdzie Brat teraz będzie mieszkał? Otóż znalazło się rozwiązanie w postaci mieszkającej dwie ulice dalej ciotki. Starszej siostry naszej Mamy. To ta palaczka, panna bez rodziny, która na początku sceptycznie była nastawiona na prowadzenie wspólnie tego wózka, ale jak się potem okazało – oboje są sobie po prostu potrzebni.

Brat niestety musiał też zrobić rewolucję w drugim pokoju cioci, w którym kiedyś mieszkała nasza babcia. Po 8 latach śmierci naszej babci wciąż można było odnieść wrażenie, że ona tam nadal mieszka. Ciotka niczego nie posprzątała po śmierci swojej matki począwszy od ubrań, a skończywszy na kilogramach torebek reklamowych pakowanych jedna w drugą. Pokój babci będzie teraz pokojem mojego Brata.

Niedziela też była pracowita. Dobrze, że na uczelni miałam tylko jedne zajęcia, mogłam szybko uwinąć się w mieszkaniu Brata i przywieźć do domu kolejną partię mebli. Mój samochód powinien nazywać się Nissan Tir ;)

W domu też czekała praca. Szanowny kończył wiatrołap. Właśnie zamierzał zająć się malowaniem, kiedy usłyszałam i zobaczyłam jego jęki i stęki. Co do tego rodzaju pracy przyznam szczerze, że oprócz malowania ścian i odkurzania, mój mąż może wykonywać każdą inną robotę. Złapałam się więc za pędzel, a staremu kazałam w zamian wypakować meble z samochodu. Generalnie mamy śliczny wiatrołap ze światełkiem, panelami sufitowymi i czujką przed wejściem. Cudo. Jak się wchodzi to jak do willi, gorzej po przekroczeniu progu ;) przedpokój jest następnym elementem ciągnącego się w nieskończoność remontu.

Wczoraj składałam regały, ustawiałam książki, mam nareszcie miejsce, żeby przytaszczyć resztę księgozbioru ze strychu od dziadka. Komody trafiły do pokoju Młodego. Nareszcie widzę porządek, ład i wszystko zaczyna mieć swoje miejsce. I tu znowu przewija się kwestia pieniędzy – nie mając ich w nadmiarze nie mogliśmy inwestować w meble. I najfajniejsze – mam swoją szufladę na nici, nożyczki, gumy i inne akcesoria szyciowe. Nic mi już nie zginie.

Dużo jeszcze pracy przede mną. Trzeba bowiem przypilnować, żeby Brat zadbał o swoje papierkowe sprawy. Nie mówię, że tego nie umie robić (jak np. mój mąż) ale wiem, że każdy człowiek ma chwilę zwątpienia i rezygnacji. Brat ma we mnie wsparcie w każdej sytuacji. Wie, że może na mnie polegać. Wie, że nie odmówię mu pomocy.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Miewam ich bardzo dużo, od zawsze. Odkąd pamiętam opisywałam je w pamiętnikach pisanych ręcznie, teraz naszła mnie refleksja z nimi związana, miewam też deja vu. 

Nie wierze w sny, ich proroctwa, dla mnie jest to przetworzona myśl człowieka, słowa jakie wypowiadał w ciągu dnia, myśli krążące wokół jakiegoś tematu, jakieś skrywane pragnienia, wymieszane w umyśle jak w wielkim kotle do bigosu. Nie wierzę też w deja vu jako coś, co już się wydarzyło - a ja dziwnym trafem przeżywam to jeszcze raz. Samo zjawisko opisywane jest przez mądrych jako "złudzenie pamięciowe". Kiedyś będąc starszą nastolatką próbowałam o tych zjawiskach czytać u Freuda i Junga, ale wtedy szybko mnie ten temat znużył. 

Kto oglądał Incepcję z Leonado di Caprio, ten wie, jak może wyglądać wyimaginowany świat snu. Co umysł ludzki może stworzyć w swojej głowie. Ja właśnie miewam takie sny: kolorowe, pełne szczegółów, a treść czasem bywa i dla mnie niezrozumiała. Przemieszczanie się w różne miejsca w trybie natychmiastowym (teleportacje) widok we śnie z mojej perspektywy, czasem "wychodzę" z siebie i oglądam swoje zachowania. Różne też bywają moje sny pod względem sensu. Zdarzył mi się kiedyś sen, w którym siedziałam z koleżankami na ławce w parku, piłyśmy piwo i nagle... odpadła mi głowa, potoczyła się za ławkę, a ja wciąż widziałam wirujący świat, zieleń drzew i zdziwienie moich koleżanek. 

Miewam też sny w snach. To znaczy: śnię, że śnię. Potem się budzę i opowiadam komuś (najczęściej mojej Mamie) co mi się śniło, a potem budzę się już naprawdę. 

Po śmierci mojej Mamy nie było nocy, żeby mi się nie przyśniła. W realnym świecie zdarzały mi się wyjątkowo przypadki "zobaczenia" Mamy na podwórku, na ławce, w tłumie ludzi na przystanku, takie chore zwidy, ale bardzo realne i wcale nie wywołujące u mnie strachu. Na samym początku po Jej śmierci śniła mi się w okropnym stanie (Mama została skremowana, takie było Jej życzenie). We śnie Mama przychodziła do mnie z kikutami rąk i nóg, gdzie zamiast dłoni i stóp miała przekrwione bandaże. Śmiała się, że uciekła im z pieca, że ich wykołowała. Zawsze się uśmiechała, zawsze witała mnie z głową pełną pomysłów. 

Potem te sny "znormalniały". Mama już miała kompletne ciało, była zawsze ładnie ubrana i cały czas pogodna. Nigdy nie miała do mnie żadnych pretensji, a ja tak strasznie chciałam się do niej przytulić i nigdy nie mogłam. Mama... znikała. 

Parę tygodni temu (kiedy Gnida chciała znowu zagarnąć moje ja) Mama znowu mi się przyśniła. Długo rozmawiałyśmy, a potem Ona stała się tak bardzo realna, że aż nie mogłam wytrzymać, żeby Ją zapytać: "Mamo, ty żyjesz?", na co Mama odpowiedziała mi bardzo wyraźnie: "nie córeczko, ja umarłam, tylko ty mnie widzisz". Od tamtej pory Mama nie pojawia się w moich snach. 

Minął dopiero krótki czas od tamtego snu, a nie zdarzało mi się, żebym nie miała snu z Mamą dłużej niż tydzień od poprzedniego. Moja refleksja krąży wokół myśli, że może mój umysł, po pięciu latach zmagania się z utratą bliskiej osoby, wreszcie dał sobie spokój. Mój mózg, na własne życzenie wysłał mi sygnał, żebym wreszcie nie myślała o Mamie jak o żywej osobie, żebym w końcu ją pochowała w myślach. Jeśli nie przyśni mi się moja Mama w ciągu najbliższych tygodni, potwierdzi to moja teorię. 

Cholera, ale mam zrytą banię.

Tagi: mama sny
21:24, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 kwietnia 2013

 Takie pytanie pojawia się zawsze u mojego Pierworodnego, kiedy potrzebuje pieniędzy na swoje, drobne wydatki. Tak jak dziś rano. I co ja mam wtedy robić? Siedemnastoletni chłopak, który już nie jest dzieckiem, a jeszcze nie mężczyzną, chciałby już gospodarować się jak dorosły. Sama wiem z własnego doświadczenia, jak szybko chciałam mieć swoje pieniądze, żeby nie żebrać od Mamy.

 Młody nie ma wymagań, którym nie mogłabym sprostać, ale w przypadku permanentnego braku kasy może się okazać, że nawet najprostsze prośby nie mogą się ziścić. Rozumiałabym odmowę dawania pieniędzy gdyby chodziło o papierosy (Młody jest harcerzem – nie pali) rozumiałabym odmowę nawet w przypadku kupna Młodemu idiotycznych gier komputerowych, które aż roją się od przemocy, krwi i durnych misji do przejścia. Ale Młody ma inne potrzeby. „Mamo, za tydzień wychodzi nowa saga fantasy, trzy tomy będą, kupisz mi?”, „Mamo, ja już nie mam co czytać, może pojedziemy do Empiku?”, „Mamo, potrzebuję cztery dychy na czołówkę (latarkę taką na głowę), jedziemy na rajd i będę jej w lesie potrzebował”. No weź i nie daj.

 Młody jest dzieckiem wyrozumiałym, wie, że jak nie mam to nie dam, ale widzę po jego minie, że wolałby aby kasa była swobodnie dostępna. Może nie w formie płynącej rzeki, żeby się we łbie poprzewracało ;) ale tak, aby nie trzeba było sobie niczego odmawiać.

 Z ojcem Młodego mam dobry, poprawny kontakt. Jednak Były nie wykazuje inicjatywy w dogadzaniu własnemu synowi. I tu nie ma się co dziwić – siedemnaście lat braku kontaktu, sporadyczne spotkania, na których w żadnym razie nie można nawiązać więzi emocjonalnej. No i nie jest to związane z moim chorym egoizmem – Były po prostu nie chciał mieć dzieci i zwyczajnie się na nas wypiął. Po latach odnowił kontakt kiedy wystąpiłam o podwyższenie alimentów i tu okazało się, że jest normalnym, pracującym facetem, bez zobowiązań (nie założył drugiej rodziny) i nagle przypomniał sobie, że ma dziecko… Coś próbował, ale nieudolnie. Tak więc syn nasz zdany jest tylko na łaskę i niełaskę własnej matki ;)

 Kiedy żyła moja Mama, dawała Młodemu coś w rodzaju kieszonkowego. Drobne kwoty co miesiąc (10, 20 zł) dla ucznia podstawówki nie były żadną rozpustą. Ale Babci już nie ma, dziadka w ogóle chłopak nie zna i klops.

 Wujek – mój Brat rodzony. Właściwie to on sam potrzebuje pomocy. Wożę mu porcje obiadowe, bo nie zawsze on sam ma pieniądze i ochotę na przygotowywanie posiłków. Komornik na pensji, po opłaceniu rachunków niewiele zostaje na życie. Z jednej strony dobrze, że nie ma rodziny, ciężko by im było. Może kiedyś popełnię wpis o losach lokatorów odzyskiwanych kamienic. Sama byłam w identycznej sytuacji co mój Brat obecnie. Nie mogę mu nie pomagać.

 Młody czasem zarobi sobie trochę grosza u Prezesa. Tak nazywamy człowieka, który prowadzi pewną fundację i współpracuje z młodymi ludźmi od lat. Kiedyś byłam do niego wrogo nastawiona. Miałam nawet podejrzenia pedofilskie, ale okazało się, że człowiek ów ma po prostu zbyt mocno wyrobiony instynkt opiekuńczy i lubi włazić w czyjeś życie z butami, bo swojego nie ma.

 Syn będzie miał zatem bardzo dobre CV, kiedy w końcu zapragnie pójść do pracy. Wolontariat, mnóstwo zainteresowań, teraz zaczął praktyki zawodowe. I obawiam się, że historia będzie musiała się powtórzyć – ja byłam zmuszona pójść do pracy w wieku 18 lat. Nie uczyłam się dalej, pracowałam. Młody pewnie też po skończeniu technikum rozpocznie karierę zawodową, bo na studia dzienne chyba nie będzie mnie stać. Ale myślę, że nie powinno to wyjść nam wszystkim na złe. Chociaż do jego matury pozostało kilka lat, może się coś zmieni do tego czasu? Młody uczy się odpowiedzialności za swoje czyny już od pierwszej klasy S.P. Odkąd został harcerzem. Wszystkie podejmowane przez niego decyzje muszą być przemyślane. Owszem, robił błędy i przysparzał mi nie lada kłopotów (jak większość gimnazjalistów chyba) ale to już minęło. Były nawet wpisy o tym na moim starym, zielonym blogu.

 I mów tu, że pieniądze szczęścia nie dają… Ale nie ma gorszej nędzy jak nie ma pieniędzy. No proszę jakie te stare przysłowia są prawdziwe ;)

poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Ostatnio nudy. Wiosnę już widać za oknem jak stara się wedrzeć w każdą, zaśnieżoną szczelinkę. Szanowny wreszcie posadził pomidorki. Tak jak w zeszłym roku będzie miał swoją małą „plantację”.

 Ale nie o warzywkach miało być. W niedzielę odwiedziłam z Małą Bezcielesną i jej córkę. W zasadzie nie mam przyjaciółek, tylko mnóstwo znajomych, do których mam zaufanie albo nie. Do Bezcielesnej mam. Dziewczynki szybko złapały bakcyla zabawy, a my miałyśmy czas na kawę i plotki. Weszłam na temat jej relacji z Byłym i naprzemiennej opieki nad ich córką. Mając zgoła inne doświadczenie nad wychowywaniem dzieci, do tej pory odnosiłam wrażenie, że moja koleżanka chcąc korzystać ze swojego wolnego czasu podrzuca perfidnie dziecko ojcu, jak kukułka niechciane jajko. Wiem, że moja otwartość i zadawanie pytań wprost często wyjaśnia wiele niedomówień. Tak się stało i tym razem. Doświadczenia jakie Bezcielesna ma w związku z rodzicielstwem wskazują, że jej Były doskonale sprawdza się w roli ojca. To ojciec obcina paznokcie ich córce, to ojciec myje głowę, to w końcu ojciec nie miał problemów z odpieluchowaniem dziecka.

 Moje poglądy diametralnie się więc się zmieniły, sama pochodzę z rodziny, gdzie pierwsze skrzypce grała Mama. O ojcu wypowiadałam się (i wypowiadam nadal) pogardliwie, choć w pewnym stopniu już o nim zapomniałam i wytarłam z pamięci. Dla mnie mój ojciec umarł, choć żyje nadal, gdzieś tam, w swojej samotni. Nawet słowo „tata” nie jest w stanie przejść mi przez gardło, zawsze będzie to mój „ojciec”.

 Wspomnienia o nim mam prawie żadne. Wciąż nieobecny w domu, jako kierowca dużych samochodów wiecznie był w rozjazdach i z dziećmi widywał się podczas weekendów. Przywoził prezenty z Rosji, Czechosłowacji, a ja byłam z Mamą i tylko z nią potrafiłam organizować sobie czas. Potem był jeszcze młodszy brat i to nasza „święta trójca” tworzyła zgrany zespół.

 Ojciec nie umiał się nami cieszyć, kiedy Mama radziła mu wspólny spacer, zabawę, zazwyczaj stawał się wtedy sztywny i niedostępny. Nie umiał przytulać, chwalić, uśmiechał się „na pokaz”. Taki obraz ojca wyniosłam z domu. Ten obraz pogłębił się mocniej, kiedy Mama w końcu postanowiła wziąć z nim rozwód. Miałam 13 lat. Dla dziecka to najgorszy okres w życiu. Widząc swoją najbliższą osobę (Mamę) utożsamiającą się z drugą połową rodziny, na pewno wypaczyłam sobie obraz kobiety – matki, żony, kochanki. Kiedy młoda dziewczyna widzi wbijającą gwoździe w ścianę fest babkę, naprawiającą zepsuty mikser, czy malującą ściany własną matkę, wyobraża sobie zapewne, że tak jest normalnie. Że każda kobieta to potrafi, bo jej Mama tak robi. Do tego „męskiego” wizerunku mojej Mamy brakowało jej tylko prawa jazdy i wykształcenia mechanika. Niestety, lub stety, była krawcową ;)

 Do tego dochodzi zaufanie do drugiej osoby – Bezcielesna mając pełne zaufanie do ojca swojego dziecka, po prostu może bez obaw zostawiać je pod opieką Byłego. Ja nie miałam nigdy zaufania do swojego Szanownego, bo traktował dzieci jak porcelanowe miseczki. Kiedy urodziła się Mała brał ją na ręce tak delikatnie, że bałam się, że mu upadnie. Szanowny do dziś nie umie zajmować się dziećmi w sensie opiekuńczo – wychowawczym. Kiedy wracam wieczorem po zjeździe nasza córka często ma poczochrane włosy, jest ubrana byle jak, albo w ogóle łazi w piżamie, o jedzeniu też można by podyskutować, jak tatuś zgłodnieje to i córka się załapie ;) Dobrze, że Mała ma już 7 lat i umie otwierać lodówkę. Kwestie porządku domowego oraz zasad również są mojemu mężowi obce. Za to nie można odmówić Szanownemu organizacji czasu dla rozrywki. Mąż zawsze znajdzie zajęcie, które nie pozwoli córce siedzieć przed telewizorem. Zawsze będzie jakiś teatrzyk, wycinanki, malowanki, lepienie z plasteliny, budowanie domu z krzeseł, pomaganie przy wypieku ciasta, pomaganie przy drobnych pracach mechanicznych. I chęci są ogromne, nic nie jest sztywne/udawane. O ten czas nie muszę się martwić – dziecko jest emocjonalnie spełnione.

 Ja ze swoim ojcem nie byłam spełniona emocjonalnie. Ten komfort dawała mi Mama. Dziś pewnie jestem kobietą wypaczoną, bo po pierwsze miałam w domu Mamę „z penisem”, a po drugie podświadomie związałam się z mężczyzną, który swoją ogładą i śmiertelnym spokojem, cierpliwością zaimponował mi. Z jakimś „macho” zapewne bym się żarła co dzień, aż do upływu krwi ;)

 I tak sobie po wczorajszym spotkaniu pomyślałam: skoro ja mogłam ufać własnej matce, jak przyjaciółce, skoro mogłam jej ufać jak najlepszemu ojcu, to dlaczego inni nie mogą ufać swoim byłym mężom/żonom, sąsiadom? Przecież spełnienie emocjonalne można znaleźć wszędzie.

niedziela, 03 marca 2013

Gdyby żyła, wczoraj kończyłaby 58 lat. Moja Mama miała wczoraj urodziny. Zodiakalna rybka, tak jak ja ;) Cudowna przewodniczka, mentorka, autorytet. Mądra, obdarzona oazą spokoju kobieta. Wyrozumiała, a jednocześnie inteligentnie życiowa. Moja największa przyjaciółka, mój lekarz, moja nauczycielka. Zawsze chciałam być taka jak Ona. Pewnie, że nie jestem, bo każdy musi być przede wszystkim sobą. Mamy siostry były zazdrosne o nasze relacje brata z Mamą. Kiedyś któraś powiedziała, że to chore - tak kochać matkę. Może i chore; nie wiem, musiałby ocenić to fachowiec. 

W 2008 r. pokonał Ją rak. Jeden z najgorszych złośliwców. Długo wypominałam sobie, że zbyt mało robiłam, żeby Jej pomóc, wesprzeć Ją, ale psychiatra uświadomił mi powagę sprawy i zdołałam się pogodzić z Jej śmiercią. 

Dobrze zapamiętać Jej obraz na zdjęciach sprzed choroby: uśmiechniętej, jeszcze nie osiwiałej kobiety, w objęciach swoich wnuczków. 

Kocham Cię Mamo!

Tagi: mama urodziny
09:03, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 lutego 2013

 Niedawno czytałam obszerny reportaż o polskiej młodzieży, która mieszka z rodzicami do 30 r. ż. albo i dłużej. Powodów było wiele; ekonomia życia, wygoda, lenistwo, etc. Na podstawie tej analizy zrobiłam sobie bilans mojego życia; tak osobistego, jak i młodzieży współmieszkającej ze mną. Wyniki są oczywiście subiektywne, bo jednostronne – moje.

 Mając lat 19 moja Mama wyszła za mąż, w rok później urodziłam się ja. Mama mieszkała ze swoją matką i trzema starszymi siostrami. Tłumaczyła mi potem, że ślub był dla niej tak naprawdę wyjściem z nielubianego domu. Alternatywą dla monotonii babińca w jakim przyszło jej żyć. Ciągłe kłótnie z siostrami, przypatrywanie się zawiści, zazdrości, Mama miała tego dość. Poznała mojego ojca i szybko zdecydowała się na dorosłe życie.

 Ja miałam 21 lat kiedy zostałam matką. Mieszkałam oczywiście z Mamą i młodszym bratem. Jednak atmosfera domowa była tak cudowna, że do głowy mi nie przyszło wyprowadzać się. To Mama wierciła mi dziurę w brzuchu o zagospodarowanie sobie własnego kąta dla siebie i mojego syna. To Mama tłumaczyła mi, że nawet najlepszy rodzic z czasem może stać się przeszkodą. To dzięki niej zrozumiałam, że na „swoim” jest lepiej niż na „wspólnym”. Takie jest moje zdanie wyssane z mlekiem matki ;)

 Uszak za chwilkę skończy 24 lata. Jest dorosły, choć swoim zachowaniem bliżej mu do naszej Małej. Oczywiście moim zdaniem najlepiej jakby poszedł już na swoje. I nie mówię tu o wyrzucaniu, bo dom ma potencjał, można go przebudować, rozbudować, a nawet jeśli nie ma się kasy na takie inwestycje, to wystarczy zamurować jedno wejście, aby wchodzić drugim – swoim. Uszak zajmuje pokój po SS – to ponad 24m2. Niejedna para z dzieckiem mieszka w tak „wielkiej” kawalerce. Sama tego doświadczyłam przez prawie 3 lata. Cóż stoi na przeszkodzie, żeby wygospodarować sobie na tym terenie WC i maluśką kuchenkę? W domu można dokonywać zmian jak się chce jeśli tylko warunki na to pozwalają, a te tutaj są. Przeszkodą jest lenistwo i brak własnej inicjatywy. Uszak zarobione pieniądze woli wydać na nowe gry, które potem testuje godzinami. Nawet jak odwiedza go Okularnica. Przeszkodą jest też wygodnictwo; kiedy Szanowny robił podmurówkę wokół domu machanie łopatą przez Uszaka było nie lada wysiłkiem.

 Nie ukrywam, że usamodzielnienie się Uszaka to moje marzenie związane egoistycznie z moją wygodą. Poszłyby w niepamięć tony okruchów zostawianych codziennie po porannym robieniu śniadania przez chłopaka. Miałabym o kilka rzeczy mniej do prania, nie musiałabym się wyginać umysłowo w sprawie korzystania z tego samego kompletu garnków, talerzy, misek. Uszak przecież sam sobie kucharzy. W końcu mielibyśmy fajne wspomnienia i ciekawe rozmowy podczas (np.) niedzielnego obiadku, który zrobiłabym z okazji ich wizyty.

 Scareface to ostatnio temat rzeka. Chłopak stacza się po równi pochyłej wlewając w siebie piwo litrami, a czasem coś mocniejszego. Rozumiem, że wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem. Jego pokój zaczyna przypominać jaskinię Golasa za czasów najgorszego bytowania chłopaka pod tym adresem. Brakuje tylko butelek z moczem. Scareface dość często nie wraca do domu po pracy, pojawia się po dwóch dniach, po zapijanej imprezie służbowej organizowanej przez kolegów.  Najgorsze jest to, że Szanowny w ogóle nie wspiera mnie w ogarnięciu chałupy. Wprowadzając politykę bierności powiedziałam jasno i wyraźnie, że moje działania spowodowane są biernością innych mieszkańców tego domu i ja się zarżnąć nie dam.

 Mojemu Młodemu już od dawna tłumaczę, żeby tak się uczył i tak się organizował w życiu, aby mógł się w pewnym momencie wyprowadzić, poczuć smak wolności i samodzielności. Zresztą wydaje mi się, że wychowywałam go (sama) tak, żeby nie był kaleką społecznym. Z tego jestem najbardziej dumna. Porównując umiejętności życiowe mojego syna i pasierbów to niebo a ziemia. To obraz oczywiście wielce subiektywny,  nie ma się czemu dziwić, ale ujmując w ocenie nawet najprostsze działania, Scarface nawet nie umie załatwić prostej rzeczy w banku/urzędzie. Nie zna struktury państwa, nie wie jakie prawa mu przysługują.

 Paradoksalnie wyprowadzka Golasa z domu może mieć zbawienne skutki na jego postrzeganie świata. Siedzenie w tym domu powoduje destrukcję wnętrzności. Mnie kiedyś przyjaciółka powiedziała, że ten dom działa na mnie okropnie. Jestem jego więźniem. Wszystko tu krąży bez ładu i składu, a ja chcąc to wszystko poukładać jestem całkowicie bezradna.

 Wtrącający się teść, bezpłciowy mąż, leniwe pasierby i buntujący się syn. Czekam tylko aż Mała zacznie rozumieć otaczający ją świat. Choć zauważyłam, że zaczyna krytykować swojego ojca i najstarszego brata za bałaganiarstwo i zaniki pamięci. Czyżby wpływ matki dawał się we znaki? ;)

10:11, sokramka
Link Komentarze (4) »
piątek, 01 lutego 2013

 Uczę się do egzaminu z socjologii, który odbędzie się już w niedzielę i tak sobie myślę, czytając te wszystkie wiadomości o rodzinie, grupach społecznych, kulturze, wartościach i zasadach, społecznej komunikacji, postawach i władzy, że moja osoba niestety, ale nie kwalifikuje się w żadne większe kanony. Szukam nie wiadomo czego, mam specyficzne poglądy na świat, nie umiem się integrować, jestem ufoludkiem z planety Ziemia.

 Do tego bardzo lubię samotność, gdzie gros naukowców twierdzi, że żaden człowiek nie umie żyć w samotności, że to istota społeczna, przystosowana do życia w stadzie. Paradoksalnie jestem bombardowana od lat przez członków mojego stada – jestem otoczona dziećmi (swoimi i nie swoimi) bardzo rodzinnym mężem, który ubolewa nad niemożnością robienia wielu rzeczy wespół ze mną, a najlepiej jakbyśmy wszyscy mieszkali w jednym pokoju i jedli z jednej miski. Co najmniej jak w „Konopielce”, tylko bardziej kulturalnie.

 Dom, w którym mieszkam nie sprzyja alienacji, za którą strasznie tęsknię. Każde pomieszczenie jest przechodnie i gdybym chciała „zaszyć się” w ciszy i spokoju to zostaje mi tylko kibel. Naukę w tygodniu rozpoczynam zazwyczaj po 6 rano, kiedy Szanowny z Uszakiem pojadą do pracy, a Scareface i mój Pierworodny jeszcze śpią. Mała już zaprzestała chodzenia na Zimę w mieście. Przestało jej się podobać, bo nie znalazła zbyt wielu znajomych (w ogóle się nie zintegrowała) a poza tym „jest mało zabawek”. Siedzi więc ze mną w domu w ciągu dnia do godz. 15.30 kiedy muszę lecieć na mopa.

 Nigdy nie miałam własnego pokoju, o którym marzyłam. Mama po rozwodzie szwendała się po całej rodzinie i nie mieliśmy tak naprawdę swojego miejsca. Kiedy już to mieszkanie się znalazło, Mama potrafiła w jednym pokoju pomieścić dwoje dzieci i jeszcze swój kącik do spania. „Salonem gościnnym” zawsze była kuchnia. Z tęsknota wspominam „swój pokój” jaki miałam po drugiej stronie regału, który rozdzielał pokój na pół. Mogłam zapraszać koleżanki, wieszać na ścianie ulubionych artystów i swoje rysunki, a mój brat „za ścianą” bawił się klockami i nikt sobie w drogę nie wchodził. Razem siadaliśmy tylko do kolacji, albo niedzielnego obiadu.

 Chcę podkreślić, że nie czuję się zwierzęciem stadnym, a los takim stadem mnie obdarzył. Chcę też podkreślić, że nauczona jestem obronności własnego terytorium. Chodzi mi właśnie o ten przysłowiowy kąt na rysunki i plakaty, o miejsce, w którym stoi moje i tylko moje łóżko, o to, że mogę w spokoju zamknąć się w świecie ulubionej książki, a nie co chwila ktoś mnie rozprasza. Chodzi mi też o to, że lubię układać sobie sztućce w szufladzie w taki, a nie inny sposób i nie chciałabym, żeby mi jakaś „synocha” przekładała po swojemu.  

 Wiem, że w budowaniu własnego kąta duży wpływ mają warunki mieszkaniowe. Czasem wielopokoleniowa rodzina gnieździ się w dwóch pokojach małego mieszkania. Ale generalnie nawet w jednym pokoju można wyodrębnić każdemu jego własny świat.

 Kiedy robiłam rewolucję w domu, w którym mieszkamy, dziadek (po wcześniejszym wyrażeniu zgody, bo to jego dom, ale jednak my zajmujemy te pokoje) wyraził dezaprobatę moim pomysłom: jeden pokój zdążyłam pomalować w dwóch kolorach oddzielając w ten sposób część naszą i Małej (bo córka śpi w jednym pokoju z rodzicami). Następnie zdążyłam pozamieniać otwory na drzwi w pokojach przechodnich pomiędzy Młodym i Scarefacem. Niestety nie starczyło mi już kasy na postawienie ścianek działowych, żeby każdy z nich miał swój, odrębny pokój. Teść skwitował moje pomysły jako durne i porównał je do dzielenia świniom w chlewie koryta z osobna. Jego spojrzenie na rodzinne zamieszkiwanie jest podobne jak w przypadku Szanownego: wszystko RAZEM.

 Mam nadzieję, ze uda mi się w końcu znaleźć robotę, która pozwoli mi dokończyć remont chałupy. Teraz nawet wstydzę się kogokolwiek zaprosić. Jedynie panie z OPSu mówią mi, ze niejedną biedę i nie takie warunki już widziały i żebym się nie przejmowała. Chciałabym też wyremontować kuchnię, żeby można było wieczorem usiąść, wypić herbatę i w ciszy coś poczytać, przejrzeć prasę, porozmawiać bez świadków.

 Tak bym chciała, ale ja ufolud jestem przecież ;)

13:49, sokramka
Link Komentarze (1) »
środa, 31 października 2012

 Jak co roku, od czterech lat, odkąd nie żyje moja Mama postanowiłam pojechać na cmentarz ciut wcześniej niż to przewiduje kalendarz. Po pierwsze – Mama również tak robiła: unikała nadrzędnych dat świąt wszelakich na odwiedziny, jazdy i spotkania. Po drugie: zawsze były swoje dzieci na pierwszym miejscu, a dopiero potem dalsza rodzina i tłok na ulicach. Ja podtrzymuję tę tradycję. Po trzecie – nie chciałam gnieździć się w komunikacji miejskiej z innymi „śledziami”. I miałam rację.

 Po zaprowadzeniu Małej do szkoły wyjechałam o 8.00 do centrum mojego miasta naładować sobie kartę komunikacji miejskiej. Opieka Społeczna pozwoli mi jeździć aż do 2014 r! Też byłam tym faktem zdziwiona, ale taki okres obejmuje mój kontrakt socjalny podpisany z OPS.

 Potem zaczęła się przygoda wycieczkowa do celu zwanego cmentarzem. Na początku było w miarę dobrze. W moim mieście komunikacja ma dość wygodne połączenia, a przejazd z mojego miejsca zamieszkania na cmentarz, to wyprawa z jednego krańca miasta na drugi. Najgorsze się zaczęło gdy zbliżałam się do przystanku autobusu jadącego bezpośrednio do celu. Zbliżający się pojazd napawał mnie optymizmem (tym bardziej, że ta linia kursuje co pół godziny), jednak gdy go zobaczyłam kiedy podjechał – mina mi zrzedła. Autobus był wypchany do granic możliwości. Ludzie z przystanku chcieli wcisnąć się na siłę, ale ci, którzy byli już w środku nie byli w stanie bardziej się ugnieść. Osobiście zrezygnowałam. Przeraziłam się, ze nie dojadę do Mamy i zadzwoniłam do brata, żeby znalazł mi w necie inne połączenie. Sama skierowałam się na pętlę tegoż autobusu, czyli cofnęłam się o jeden przystanek. Jakież było moje zdziwienie kiedy ujrzałam podobny tłum ludzi co na przystanku poprzednim. Ale teraz pomyślałam, że nie odpuszczę. Przyjechał pusty autobus i wszyscy jak szarańcze rzucili się do drzwi. Tu mała dygresja: średnia wieku pasażerów owego autobusu równała się 65 (!) Jechałam więc geriatryczną puszką na sardynki.

 Na pętli – wiadomo – pan kierowca musiał swoje odstać. W tym czasie pasażerów przybywało. Jedni pchali się na siłę, inni czekali chyba na następny kurs. W końcu kierowca odpalił silnik i pojechaliśmy. Wtedy również dostałam wiadomość od brata o innym połączeniu, ale już mi się nie chciało wysiadać. Stałam dość daleko od drzwi czując starczy oddech na plecach i z każdej innej strony.

 Po drodze były przystanki, wiadomo kierowca miał obowiązek się na nich zatrzymywać, ale nikt nie był w stanie wsiąść do autobusu. Byli tacy, co rzucali mięsem w stronę kierowcy za taki stan rzeczy. Najczęściej moherowe babcie. Podjechaliśmy również na przystanek, na którym stał dziki tłum geriatrycznych sardynek. Dwie harde babcie próbowały wepchać się nie bacząc na uwagi pasażerów. Jedna z nich krzyknęła:

- Dalej ludzie, no dajcie wejść!

- Gdzie pani się pcha! Tu nie ma miejsca,

- To pani przejdzie tam dalej, tam jest miejsce! (to ta jedna z moherowych sardynek)

- Nie mam się gdzie przesunąć, tu stoją wózki, mamy sobie nogi połamać? (takie wózki bagażowe, nie dziecięce)

 W tym momencie widzę jak moher łapie się za poręcze drzwi i całą swoja masą (a miała jej trochę) wciska tłum do środka autobusu. Słychać – auuuuuuuuu! – za chwilę – rusz tę dupę! – potem – ty stara żmijo!

 Wywiązała się pyskówka ugniatanych moherów. W końcu kierowca nie wytrzymał i wyłączył silnik na znak protestu, że nie jedzie dalej z takimi awanturującymi się babciami. Geriatryczne sardynki rozpoczęły polemikę:

- No widzi pani, przez panią kierowca nie pojedzie dalej,

- Przez mnie? Jakby się pani posunęła dalej to by nie było problemu,

- Oszalała pani? To mamy sobie tu nogi połamać bo pani chce jechać tym kursem???? Wysiądź pani z tego autobusu!

- Ani mi się śni! – i z impetem pchnęła się do przodu powodując wstrząs w środkowym wejściu. Ale skutek był taki, że znalazło się miejsce na domknięcie drzwi autobusowych. Kierowca odpalił ponownie silnik, zamknął drzwi i ruszyliśmy. Po drodze usłyszałam równie śmieszący mnie komentarz:

- Kierowca jak widzi, że ma pełno ludzi to w ogóle nie powinien się zatrzymywać na przystankach, przecież my tu i tak wszyscy na cmentarz jedziemy.

 Po dojechaniu na miejsce w pojeździe zostały może dwie osoby. Gapą byłam bo nie wzięłam zapałek ani niczego co mogłoby rozpalić knot w moim zniczu dla Mamy, a że ja niepaląca jestem to nawet nic w zanadrzu nie miałam. Wczoraj zdążyłam kupić sobie niezbędne akcesoria taniej w supermarkecie i tylko ognia mi było brak. Zdziwiona zaczęłam szukać jakiegoś kiosku – zapomnij – wszędzie stoiska z chryzantemami, zniczami, obwarzankami i pańską skórką. W końcu kupiłam paczkę zapałek za 30 gr. od handlarza zniczami.

 Posiedziałam chwilkę u Mamy, uprzątnęłam niewielki grób (mama spopielona, prochy w urnie) i zaczęłam wracać do domu. Z powrotem już takich przygód nie miałam, ale obliczając całość czasu, który poświęciłam na odwiedziny u Mamy wyszły mi cztery godziny.

 Wracając już byłam myślami na wieczorze umówionym z Maliną. Jedyna taka okazja, gdzie mogę przyjemnie spędzić wieczór na fajnym spotkaniu z historią, a tu taki zonk: Pierworodny mi oświadcza, że on ma harcerskie spotkanie pod kryptonimem: „akcja znicz”, Szanowny pracuje do 18.00, w domu będzie pewnie przed 20.00, Uszak pojechał do swojej panny, Scareface do pracy na 17.00, a ja wśród tylu domowników nie mam komu zostawić Małej pod opieką. Ostatnia myśl – dziadek! Ale i tu niestety myśl ta legła w gruzach, bowiem teść mój już od rana zapijał smutki i nie bardzo wiedział, czy to już czwartek, czy jeszcze środa.

 O byciu samotną matka wśród masy ludzi będzie kiedyś osobny wpis.

Tagi: ludzie mama
17:39, sokramka
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2