Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: córka

wtorek, 04 lipca 2017

O nieee... chcielibyście pikantne szczegóły z historii łóżkowych ;-) A to tylko taki kontrowersyjny tytuł, ha ha :-) 

Otóż będę się więc chwalić w końcu dziełem Szanownego jakim jest łóżko Mani, które robił jej od dłuższego czasu. Legowisko gotowe jest od dwóch tygodni ale jakoś nie miałam weny, żeby się nim pochwalić. Łóżko jest wykonane z płyty w kolorze niebieskim - na zamówienie naszej córki ;-) ma dwie szuflady na pościel oraz wymiary 200 x 120. To oczywiście wymiary materaca, bo łóżko ma ciut więcej. W planach jest jeszcze uszycie przeze mnie poduch pod plecy, ale nie mam czasu i nie widzę nigdzie żadnego ładnego materiału (oczywiście w odcieniach niebieskiego), żeby sprostać wymaganiom córki ;-) Materiał do wyłożenia dna szuflad jest porządny, ze sztywnej płyty, a nie tak jak robią w tych beznadziejnych Ikeowskich meblach - "że się wygina". Szyny do szuflad mają wysuw pełny co umożliwia dokładną penetrację ich wnętrza np w celu odkurzenia ;-) 

Po obliczeniu kosztów jakie włożyliśmy w wyrko wyszło nam: ok. 1300 zł z materacem. Oczywiście robocizna Szanownego nie jest wliczona, ale zostało mu to wynagrodzone w inny sposób ;-)

Oto i Maniutkowy barłóg, w poszczególnych etapach budowy. Prześcieradło zostało też uszyte - przez mnie. Jest z dwóch mniejszych, dziecięcych i ma gumkę. Deska pod materac jest dodatkowo obciągnięta materiałem, aby ewentualne zadziorki nie zniszczyły w przyszłości materaca, jest on bowiem z tą matą kokosową, na której się śpi wyśmienicie! Przetestowałam osobiście. 





niedziela, 02 kwietnia 2017

Mam dwoje dzieci. Jedno jest już dorosłym facetem, drugie dopiero co wchodzi w młodzieżówkę. Jakoś nie przypominam sobie, żebym miała większe problemy z Pierworodnym w wieku wczesno szkolnym - ot chłopak, który uczył się na samych piątkach, harcerz, społecznik i wolontariusz. Problemy z nim rozpoczęły się dopiero jak zaczął wchodzić w dorosłość, aż w końcu nadszedł taki moment, że ważniejsze dla niego stały się rzeczy poza szkolne i zmuszony był repetować klasę maturalną. 

Ale nie miało być o nim. 

Mania jest wrażliwym dzieckiem. Powiedziałabym nawet, że jest typem nadwrażliwca, choć swój charakterek ma, ale pokazuje go tylko zaufanym osobom, a więc rodzicom i braciom :-) Jej nadwrażliwość objawia się tym, że bywa niesamowicie wstydliwa. Nie poprosi, nie zapyta, nie podniesie ręki na lekcji, sama nie załatwi sprawy. 

Ostatnio znowu pojawiły się nieobecności w szkole. Mania przyznała mi, że nie nadąża za tokiem prowadzenia lekcji przez pana od angielskiego. Poza tym to ona "tego języka nie lubi, nie rozumie i nie daje sobie rady". Oceny jakie przynosiła z tych lekcji to były zazwyczaj czwórki, piątki, czasem trójki. Czyli przeciętnie - ani wybitnie, ani tragicznie. Ponieważ jej klasa podzielona jest na dwa poziomy znajomości tego języka, Mania poprosiła mnie, żebym przeniosła ją do tej drugiej (słabszej) grupy. Sama dziwiła się, w jaki sposób ją przydzielono do tej "mocniejszej" językowo grupy. Zadzwoniłam więc do pana od angielskiego i nakreśliłam sprawę. Jakież było moje zdziwienie kiedy usłyszałam, że pan absolutnie nie widzi powodu, żeby moją córkę przenosić do słabszej grupy, a ponad to, ona sobie doskonale radzi - pytana zawsze jest przygotowana i nawet z ostatniej klasówki dostała piątkę. 

Zamurowało mnie, ale powiedziałam panu, że Mania nie należy do dzieci, które się otwarcie skarżą i problem albo duszą w sobie, albo artykułują dopiero na bezpiecznym dla siebie terenie. Pan zgodził się ją przenieść, bo nie jest to jakby jakiś wielki problem, ale poprosił mnie, czy mógłby przedtem porozmawiać z córką i sam wybadać sprawę. Rozmowa się więc odbyła, ale Mania za nic w świecie nie chciała zmieniać już podjętej decyzji. Miało być przeniesienie i koniec. 

W międzyczasie zmieniła się pani od angielskiego w tej drugiej, słabszej grupie. Moja córka zobaczywszy jak prowadzone są tam lekcje, chyba zrozumiała jaki popełniła błąd przenosząc się ze swojej macierzystej grupy. Efektem tych perypetii jest poniedziałkowy powrót mojego dziecka do starego, znanego już pana. Musiałam oczywiście napisać karteczkę córce, że proszę o ponowne przyjęcie córki do grupy zaawansowanej, bo Mania za nic w świecie nie odważyłaby się tego panu powiedzieć. 

Do tego zauważyłam, że ma ostatnio problemy egzystencjalne, tzn potrafi przysłać mi smsa z zapytaniem: "czy ja (JA - jej matka) nie wiem dlaczego jej się nic nie chce, dlaczego wszystko ją wkurza i denerwuje i nic się nie udaje". Doskonale znam ten stan, tylko dlaczego u mojej córki pojawia się tak wcześnie?

Obserwuję Maniutkowe koleżanki. Dziewczynki są już w takim wieku (11, 12 lat), że niektóre przeglądają się w lusterkach, matki latają z nimi po sieciówkach, kupują modne ubrania, dodatki, są takie, które malują już pazury (!). Mojej nie zależy na modzie, lubi koszulki z emblematami kotów i kolor niebieski. Kiedy jej koleżanki oglądają film "Mamma mia" ona wpatruje się w "Pingwiny z Madagaskaru". I kiedy inne matki martwią się, że dziecko popełni faux pas, albo przyniesie im wstyd swoim zachowaniem, ja mam w dupie konwenanse i martwię się czy czasem moja córka nie zamyka się w jakiejś dziwnej skorupie antyspołecznej. Choć sama nie należę do osób zbytnio towarzyskich, wiem co może czuć moja córka. Nie chciałabym, żeby kiedyś została odludkiem, lub była nadto podatna na jakieś wpływy. 

Moja córka grając na keyboardzie pisze własne piosenki. Na wejściu do swojego pokoju ma napis: "nie wchodzić - pisze piosenkę". Nie przekraczam tej magicznej granicy i nie wykładam otwartych kart. Zechce to sama przyjdzie. I tak zazwyczaj jest. Mania potrafi przyjść do mnie bez powodu, usiąść mi na kolanach i tulić się, tulić się, tulić się.... Odwzajemniam ten gest, bo wiem, że ona właśnie tego teraz potrzebuje. Czasem pytając: "co się stało kochanie?", lub "czy chcesz mi coś powiedzieć córeczko?", pada odpowiedź, że "nic, ja tylko tak... kocham cię..." Często przychodzi jak czterolatek w nocy i prosi o wspólny nocleg, bo spać nie może, bo ma złe sny. Idę więc do niej i z nią śpię. 

Pojawił się w tym roku problem z wakacjami, ponieważ moja córka nie chce wyjechać nigdzie na żadne kolonie czy obozy, na których nikogo nie zna. Z nami nie ma szans nigdzie pojechać, bo po pierwsze nad nudne morze nie lubimy jeździć, a po drugie chcemy w tym roku urlop spędzić trochę pracowicie, wkładając naszą energię w remont domu. Może się jednak okazać, że Maniutek pojedzie z moja koleżanką i jej dzieckiem :-) Jutro będę wszystko wiedziała. 

W każdym razie moja córka dorasta bardzo powoli. Pytania "dorosłe" prawie wcale się nie pojawiają, prędzej usłyszę je z ust jej koleżanek, które ze swoimi matkami pewnie nie rozmawiają. Natomiast moja córka zapyta bardziej "jak to działa, skąd się wzięło", czy "jaki to ma sens". Zawsze może liczyć na moją odpowiedź jeśli tylko ją znam, a nawet jeśli bym jej nie znała, to odpowiem, że nie wiem, ale chętnie dla niej tego poszukam :-) 

Tagi: córka
20:15, sokramka
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 marca 2017

Pracuję już ponad rok w tej państwowej instytucji i wciąż dziwię się niektórym standardom, ale widać trzeba przywyknąć i stosować powszechnie obowiązujące tu zasady ;-) Otóż kiedy piszemy oficjalne pisma w takim specjalnym panelu komputerowym, oprócz określonych zwrotów do danych osób trzeba też stosować metodę tzw. "lania wody". Źle widziane jest pismo, które zawiera tylko jedno merytoryczne pytanie. Trzeba to rozwłóczyć, najlepiej zaczynając od powstania świata ;-) "W związku z tym, że pada obfity deszcz, i w związku z tym iż nie mam parasola, z konieczności wyjścia na zakupy oraz potrzeby dokonania uzupełnienia pustych półek lodówki, zwracam się z prośbą o wydanie mi płaszcza przeciwdeszczowego, który sprawi, że moje zakupy będą przebiegać komfortowo oraz w atmosferze poczucia bezpieczeństwa" :-D :-D :-D

To oczywiście mój prywatny wymysł na potrzebę wpisu blogowego, ale tak to mniej więcej wygląda. Cóż - instytucja państwowa kieruje się innymi torami myślenia. 

Cały tydzień zapracowałam sobie na weekendowy odpoczynek (po mojemu). Miałam do przygotowania dwa wnioski do jednego zadania. Systematycznie więc od poniedziałku dłubałam w danych uzupełniających i w piątek miałam już spokój. Ale nie ma lekko - czekają na mnie nowe zadania i nowe służbowe zakupy. 

Coś o Mani - moje dziecko już nie chodzi na lekcje gitary. Brzdąka sama u siebie w pokoju, natomiast zaczęła chodzić na zajęcia z pianina...do szkoły. Po lekcjach idzie tam z koleżanką z równoległej klasy i uczy się grać u pani od muzyki. Oczywiście po cichu zadałam sobie pytanie: "jak długo? i czy wytrzyma do końca roku szkolnego?" ;-) 

Mam zamiar również przenieść ją do drugiej grupy z języka angielskiego. Mania płacze przy odrabianiu lekcji i nie może się nadziwić jakim cudem znalazła się w tej "lepszej" poziomem grupie, a nie w tej słabszej. Rozmawiałam już z nauczycielem, który stwierdził, że nie widzi, żeby moja córka odstawała od grupy. On widzi inne dzieci kwalifikujące się do przeniesienia, ale nie Mania. Postanowił porozmawiać z nią na najbliższej lekcji, być może namówi ją, żeby została. Jeśli jednak ona się uprze - wtedy dokonamy przenosin. 

Wczoraj dostaliśmy premie kwartalne. To jest dopiero super sprawa. Pensje niskie, a raz na trzy miechy wpada kasa, która jest prawie połową wynagrodzenia. W końcu będziemy mogli z Szanownym rozpocząć budowę łóżka dla Mani - do tej pory było za zimno - Szanowny uwielbia pracować na dworze. No i sezon rowerowy trzeba już otworzyć! Nie mogę się doczekać. 

Miłego weekendu!

Mały update: w środę byłyśmy z Manią znowu na warsztatach plastycznych. Tematem pracy było wykonanie laleczek z drewnianych spinaczy do bielizny. Pozwolę sobie pokazać nasze dzieła. Ale oczywiście inni też ciężko pracowali i ich prace były jeszcze piękniejsze! 

Laleczka dyskotekowa jest wykonana przez moją córkę, a laleczka panna młoda jest mojego autorstwa :-) 

niedziela, 12 marca 2017

Jak już kiedyś pisałam: Mania moja uczy się grać na gitarze. Nie ma oczywiście w tym nic dziwnego ponieważ wiele dzieci chodzi na różne dodatkowe zajęcia. Ale moja córka zapragnęła czegoś więcej: otóż zamarzyła jej się gra na keyboardzie i nauka gry na pianinie. Jakiś czas temu spotkałam się z koleżanką i w luźniej rozmowie wyszło pragnienie mojej Mani. Koleżanka napomknęła, że jej brat chce sprzedać używany keyboard za cenę, za jaką nabył go w UK. Po przeliczeniu na złotówki okazało się, że to wcale nie tak dużo. Keyboard ma wiele funkcji, jest w pełni sprawny i jako instrument do nauki gry na pianinie doskonale się do tego nadaje. Kupiłam więc. 

To było już jakiś miesiąc temu. Instrument najpierw musiał być przeze mnie przetestowany, znam bowiem układ nut na klawiaturze i pamiętam jeszcze kilka utworów ze szkoły średniej. Chodziłam do liceum dla przyszłych nauczycielek - przedszkolanek. Lekcje gry na instrumencie miałam obowiązkowe. 

Tak więc w ciągu tego miesiąca z hakiem moja Mania zdążyła nauczyć się (ze słuchu) "Ody do radości" Bethovena, prostych linii melodycznych w typie: "happy birthday to you", "wlazł kotek na płotek" i parę innych. Ściągnęłam jej z internetu nuty na utwór Beethovena "Do Elizy", który na dzień dzisiejszy gra na dwie ręce, wolno i tylko ten podstawowy motyw, ale gra! Do tego uczę ją czytania nut - gdzie i jaka nuta odpowiada położeniu na klawiaturze oraz jak długo się ją gra. Obie czerpiemy z tego niezłą zabawę.

Kiedy jednak spytałam ją o naukę taką profesjonalną, na lekcjach płatnych, gdzieś w klubie, szkole muzycznej, stanowczo odmówiła. Powiedziała, że woli jak uczy się w domu, ze mną. Nawet zrezygnowała z lekcji gry na gitarze w szkole i sięga po instrument tylko jak jestem w domu i może mnie podpytać czy dobrze wykonuje utwory. 

Zainteresowania mojej córki kłócą się z ogólnie przyjętymi stereotypami. Ponieważ Mania ma umysł ścisły, doskonale radzi sobie z matematyką oraz przyrodą. Odrabianie lekcji z zakresu języka polskiego oraz historii to dla niej kara. Zawsze muszę jej w tym pomagać i siedzieć przy lekcjach. Z prac klasowych z matematyki i przyrody przynosi czwórki, piątki, z polskiego i historii: trójki, czwórki, zdarzyły się też dwójki i jedna pała. 

Słuch moje dziewczę ma, słyszy melodię, potrafi ją odtworzyć, wyczucie rytmu też. Na razie chęci również są i to chyba jest najważniejsze. Jak potoczy się dalej jej zainteresowanie muzyką nie wnikam i tym bardziej nie naciskam. Rozmawiam, pytam. Mania chce być informatykiem (!). Chce chodzić do technikum informatycznego i projektować strony internetowe. Całkiem konkretne plany ;-) Jak to się jednak ułoży - zobaczymy z czasem...

poniedziałek, 06 lutego 2017

Zawsze jak przyjeżdżam w rejony mojej starej dzielnicy ogarnia mnie jakaś taka dziwna melancholia. I niby mieszkam już w nowej dzielnicy mojego miasta prawie 9 lat, a jednak wciąż tęsknie za starymi śmieciami, za kamienicami rozpadającymi się z dnia na dzień, za zaułkami ulic, za klimatem starej warszawskiej Pragi. Nie wiem jak to nazwać: regionalnym patriotyzmem? Będąc właśnie podczas weekendu na uczelni i odwiedzając przy okazji stare śmiecie, poczułam jak tętni we mnie zazdrość, że już nie jestem mieszkańcem tej dzielnicy ;-) W każdym razie sprawy uczelni mam już z głowy - teraz aż do 4 marca mam czas wolny. Tak zwane - ferie ;-)

O sytuacji w domu nie będę się rozpisywać ponieważ dziadek do narzeczonej nie pojechał i miałam to szczęście, że w sobotę wybyłam do szkoły, moja Mania pojechała na łyżwy z koleżanką, Szanowny pracował, a Młody miał jak zwykle jakieś zobowiązania na mieście. Nikogo nie było w domu, a i tak wieczorem słyszeliśmy, że teściowi zginęły pieniądze i ktoś mu wrzucił jego stare spodnie do piwnicy (!) To już nie jest ten umysł co kiedyś. To mózg pracujący na zwolnionych obrotach, podlewany alkoholem.

Mania na spotkaniu łyżwiarskim została sfotografowana (razem z koleżanką) przez jakiegoś pana z agencji, który poprosił o telefon do rodzica. Okazało się w sobotę wieczorem, że pani, która do mnie zadzwoniła reprezentuje agencję, która szuka nowych twarzy do telewizji. Robią teraz casting do nowego serialu dla HBO. Moja córka spytała się czy dzwonili do mnie z tej agencji i powiedzieli, czy ona załapała się na drugą turę, mimo tego, że się załapała odparłam, że nie dzwonili. Skłamałam i byłam pewna, że zrobiłam dobrze. Nie widziałam w jej oczach żalu, a nawet sama dodała: może i dobrze, bo nie wiadomo co to był za pan, a ja bym nie chciała, żeby mnie miliony ludzi oglądali. Mam taką wewnętrzną dewizę, że nie chciałabym "sprzedawać" wizerunku swojej córki do mediów publicznych. Nawet nie zamieszczam jej zdjęć na swoim koncie na FB. Chcę, żeby to ona decydowała o prezentowaniu siebie samej, a z jej wrażliwością trudno byłoby później odkręcać jakieś niewygodne sytuacje.

Z poniedziałku mam jak zwykle dużo roboty. Jeszcze się okazało, że mamy przygotowane wnioski na starych wzorach i wszystkie je musimy poprawiać na nowo. Dzień mam z głowy. Ale przynajmniej czas szybko minie.

wtorek, 17 stycznia 2017

Moja córka dziś kończy 11 lat. W zasadzie to jeszcze dziecko, ale już wchodzące w dział "nastolatki". Największy problem oprócz gry hormonów i ukazujących się co i raz fochów mam z ubraniem jej.

Kupując jej buty na początku sezonu byłam świadoma, że jako JESZCZE dziecko zdąży je zniszczyć nim sezon się skończy. Tak się właśnie stało. To znaczy buty są jeszcze ok, ale wyglądają jakby po nich przeszło stado żubrów ;-) W związku z tym, postanowiłam podczas weekendu pobiegać z nią po sklepach i skorzystać z zimowych wyprzedaży, planując kupno butów dla niej. Niestety, oferta dla dzieci kończy się na rozmiarze 35, natomiast wszystko co na Manię jest dobre, to buty albo na obcasie, albo na koturnie, albo w takim stylu, że moja córka mówi, że "jak dla starych bab" ;-)

Moje dziecko ma rozmiar 39/40. Wskakuje swobodnie w moje obuwie. Kiedy pojechaliśmy na wspólne wakacje, okazało się, że tenisówki, które spakowałam dla niej są na nią za małe. Oddałam jej swoje, świeżo kupione specjalnie na wyjazd. No cóż - dzieci rosną. A jeszcze niedawno przyjmowałam z rozkoszą wszelkie ubranka na małą dziewczynkę. Dziś już śmiało chodzę z nią po sklepach dla dorosłych i wybieram rozmiar ubrań 38/40.

Dziewczę moje ma już prawie 160 cm wzrostu i jakoś nie zamierza na tym poprzestać. Rośnie wzwyż i najgorsze, że wszerz też. Mam cichą nadzieję, że kiedy przyjdzie wiosna i Mania zacznie się więcej ruszać jej waga przełoży się na wzrost.

Tymczasem butów nie kupiłyśmy i myślę sobie, że sroga zima nas już nie dopadnie, bo w tym co zostało Mani na nogach niedługo już pobiega.

Tagi: córka sklepy
09:52, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 października 2016

Dużo pracy, dużo zajęć, mało czasu, wszystko w biegu, ale tak ma być, ja to lubię. Zasadniczo wpis ma być o mojej córce, która rozwija się jak motyl, szukając nowych zainteresowań i hobby, które ją pochłonie.

Od miesiąca chodzi na zajęcia nauki gry na gitarze. Spotkania są raz w tygodniu w jej szkole, zaraz po zakończeniu godzin lekcyjnych. Początkowo na lekcje zaproszone były wszystkie chętne dzieci i było ich mnóstwo. Pierwsze dwie lekcje były darmowe. Ale kiedy pan prowadzący rozdał umowy do podpisania przez rodziców, liczba dzieci drastycznie się zmieniła. No bo przecież nie ma nic za darmo ;-) Ja zapłaciłam, bo zobaczyłam w Mani siebie. Swoją pierwszą i jedyną gitarę kupiłam sobie z oszczędności od rosjan, kiedy w Warszawie, na stadionie kwitł jeszcze niezły handel ;-) Gry uczyła mnie koleżanka mniej więcej kiedy miałam 16-17 lat. Obgryzałam wtedy pazury i było to niezwykle wygodne, kiedy uczyłam się cisnąć struny do progów. Potem doszły papierochy i tanie piwo. Na podwórku kamienicy, w której mieszkałam, wśród dobrych znajomych i ze swoim pierwszym chłopakiem urządzaliśmy wieczorki muzyczne, które krytykowane były przez sąsiadów. Potem w wieku 21 lat urodziłam Pierworodnego i moje ręce zaczęły obejmować małego chłopca, a nie gryf gitary.

Gitara była przeze mnie malowana, ozdabiana wypalaniem wzorów lutownicą ;-) aż nastał jej kres, kiedy to gryf pękł i z żalem oddałam ją Szanownemu na opał :-(

Mój Syn miłość do gitary poczuł w harcerstwie. Mimo tego, że słoń mu na ucho nadepnął ;-) radził sobie nieźle i nauczył się wygrywać parę drobnych akordów. W zeszłym roku pożyczył od kumpla gitarę, z której ten pierwszy nie korzystał w ogóle i za "opiekę" nad sprzętem pozwolił mojemu Synowi potrzymać ją dłużej ;-) Teraz Mania ćwiczy na niej swoje pierwsze kroki gitarowe. Jest podobno w tym niezła, pan ją chwali i ja mogę się pochwalić, że ma słuch. Nie śpiewa, bo się wstydzi, ale czasem gdzieś tam w tle, słyszę jak nuci cichutko swoje ulubione utwory... Ładnie to robi.

W planach mam kupienie jej używanej, taniej gitary, żeby poczuła to na 100%. Kiedy zobaczę, że zajęcia stają się jej pasją zainwestuję w nowy, dobry sprzęt. Na razie obserwuję jak rośnie mi mała, domowa Lita Ford ;-) Długie blond włosy już ma, gitarę ćwiczy, tylko partnera do śpiewania jej brak :-)

wtorek, 18 października 2016

Cały zeszły tydzień poświęciłam szkoleniu, na koniec i tak zdałam, ale nie było innej możliwości. W ogóle nie widzę sensu przeprowadzaniu takiego szkolenia, gdzie ma być tylko sztuka dla sztuki, a efekt finalny i tak nie powala na nogi. Żadne z nas tak do końca nie zrozumiało działania samego SAPa. Żadne z nas nie będzie miało z tego ani satysfakcji, ani premii, ani awansu. Program ma być wprowadzony z początkiem nowego roku, ale pozostaje fraza "ma być". Tak więc ukończenie szkolenia z pozytywną oceną było jak gdyby wliczone w koszty. A dziś wracam na stary, resortowy program, w którym czekają na mnie realizacje umów.

Wczoraj miałam wolny poniedziałek, wykorzystałam go służbowo, prywatnie i... szyciowo. Odkąd mam nowe elementy w maszynie, sprzęt śmiga jak nowy.  Z czasem pokażę co się stworzyło ;-) 

Zdążyłam po drodze wpaść do kina z Manią na bajkę pt. "Sekretne życie domowych zwierzaków". Przyznam szczerze: dupy mi nie urwało ;-) ale moja Mania była zachwycona, co przecież jest w tym wszystkim najważniejsze. Dodam tylko jeszcze jedno: nie dajcie się zwieść tytułowi filmu i zapowiedziom, bo bajka wcale nie opowiada dokładnie o tym, co przedstawiają zajawki. W zasadzie stwierdziłam, że trailery zawierają najlepsze sceny całego filmu, a reszta to nudny, jałowy film dla grzecznych dzieci. Ale to moje prywatne zdanie.

Nauka na uczelni wciąż trwa. To już ostatni rok i pisanie pracy magisterskiej przede mną. Rany jak ten czas zleciał! Dopiero pisałam o wątpliwościach, o demonach i strachach, a tu już pięć lat za mną! Cholercia! Wybrałam już sobie temat pracy, mianowicie będzie to: "Analiza porównawcza kompetencji Prezydenta II i III RP". Już mam spis treści, już mam przygotowany początkowy spis literatury przedmiotowej i czas powoli zabierać się do pisania.

A tym czasem: miłego tygodnia!

09:06, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 23 września 2016

Ciągniemy warsztaty plastyczne. Mania zachwycona (ja też, oczywiście) mimo tego, że od września program warsztatów wyznaczony jest na miesiąc - jedna rzecz do zrobienia w miesiącu, kiedy komu pasuje. Są cztery tygodnie i cztery dni wyznaczone na spotkanie. My byłyśmy w tym tygodniu w środę.

Tematem był miniaturowy plecaczek/tornisterek do wykonania z filcu oraz ozdobnych tasiemek.

Cóż tu pisać, trzeba pokazać.

Objaśniam: tornisterek ma wymiary 5,5 cm x 4,5 cm. Niebieski jest Mani, pomarańczowy mój ;-) Linijki mają 3,5 cm długości, a długopisiki wykonane są z drutu, z którego zdjęta była izolacja. Ma to imitować końcówkę długopisu ;-) Ten klips wykonany jest z cieniutkiego druciku, który można było dowolnie wyginać, aby stworzył taki właśnie końcowy efekt.

Niesamowicie można się odstresować....

piątek, 09 września 2016

Wracamy do gry z walką z psychologicznym potworem. Wtorek 6 września był dniem pierwszej w tym roku nieobecności Mani w szkole. Pojechała normalnie autobusem, spotkała się z koleżanką, poszła do sklepu, zrobiła dla siebie zakupy i.... wróciła się do domu. Zadzwoniła do mnie, że bardzo, ale to bardzo czuje się "podziębiona" i z tego powodu nie idzie do szkoły.

Byłam wściekła. Jeszcze się dobrze rok szkolny nie zaczął, a ona już odwala takie numery. Jednak wieczorem powiedziałam jej, że lepiej jak wróciła do domu niż miałaby się szwendać po osiedlu, będąc na klasycznych wagarach.

Postanowiłam umówić się ze szkolną psycholog (nie tą, u której byłyśmy w poradni p-p) tylko z tą, która towarzyszyła mi parę lat temu w walce z absencją szkolną i zachowaniem Golasa. Część z Was, która sytuacji nie zna może zapoznać się z tematem na moim starym, zielonym blogu.

Tak więc w środę zwolniłam się wcześniej z pracy i wraz z Manią spotkałyśmy się z panią psycholog.

Na początku nie było wesoło. Mania siedziała mi na kolanach i jak zwykle nie chciała się otworzyć. Ale kiedy zauważyła, że kobieta u której jesteśmy naprawdę różni się od dotychczasowych znanych jej osób, zaczęła nawiązywać kontakt. Najpierw słowny, a później wzrokowy.

Fajnie było nam rozmawiać we trzy i dowiadywać się różnych rzeczy o sobie. Ta psycholog jest tak mądra (według mnie) że próbując wyciągać z Mani strachy i demony, sama przytaczała przykłady ze swojego życia, dla porównania sytuacji. Wyszło, że moja córka wręcz nienawidzi swojej wychowawczyni i się jej boi. Że bardzo lubi swoją nauczycielkę od niemieckiego, że nie cierpi się spóźniać i m.in. dlatego nie poszła we wtorek do szkoły (zbyt długo przebywała w sklepie z koleżanką). Napiętnowanie jej śmiechem koleżanek i kolegów z klasy, że się spóźniła, paraliżuje ją niesamowicie. Jest też okropnie zestresowana kiedy ma publicznie odpowiadać przed klasą, albo pisać przy wszystkich na tablicy. Osobiście bardzo dobrze to rozumiem. Choć pamiętam moje występy szkolne, inicjowane przez moją wychowawczynię 1-3, która uważała, że posiadam niebywały talent aktorski i donośny głos. Sparaliżowana strachem musiałam na jakimś apelu śpiewać piosenkę z Akademii Pana Kleksa "Jak rozmawiać trzeba z psem".

Wytłumaczyłam więc mojemu dziecku, że przez ręce pani wychowawczyni przewinęło i przewinie się multum takich "Mań" jak ona i zapewne za jakiś czas nawet z pani pamięci ona zniknie. Wymyśliłam też (co spotkało się z aprobatą pani psycholog), że Mania może sobie wymyślić, że obecna pani wychowawczyni tak naprawdę NIE jest jej rzeczywistym wychowawcą, a jest nią pani od niemieckiego, tak bardzo przez Manię lubiana. Mania będzie miała taką "osobistą" wychowawczynię. Sama tez byłam dumna z tego pomysłu ;-) Dodatkowo psycholog prosiła moją córkę o wykonanie rysunku, na którym mają być różne stworki i zwierzęta, które przedstawiają znane jej osoby z klasy. Taka zabawa we wróżkę - czary-mary, zamieniam panią w dinozaura ;-)

Obie wyszłyśmy zadowolone, to chyba najważniejsze, bo nie ma nic gorszego niż nieodpowiednia terapia dla wrażliwego dziecka. Moja córka na razie do szkoły chodzi. Mam nadzieję, że te spotkania pomogą uporać się jej z demonami szkolnymi. Wiem, rozumiem i czuję jej obawy i strach, bo sama podobnie reagowałam na instytucję szkoły. Tylko, że ja przeżywałam rozwód rodziców, byłam w bardzo mało komfortowej sytuacji. Czas kiedy walczyłam z własnymi demonami to były lata kiedy nie przywiązywano wagi do zdrowia psychicznego dziecka. Teraz czasy się zmieniają. Pomoc jest z wielu stron, tylko trzeba złapać odpowiedni wiatr.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6