Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: warsztaty

sobota, 25 marca 2017

Pracuję już ponad rok w tej państwowej instytucji i wciąż dziwię się niektórym standardom, ale widać trzeba przywyknąć i stosować powszechnie obowiązujące tu zasady ;-) Otóż kiedy piszemy oficjalne pisma w takim specjalnym panelu komputerowym, oprócz określonych zwrotów do danych osób trzeba też stosować metodę tzw. "lania wody". Źle widziane jest pismo, które zawiera tylko jedno merytoryczne pytanie. Trzeba to rozwłóczyć, najlepiej zaczynając od powstania świata ;-) "W związku z tym, że pada obfity deszcz, i w związku z tym iż nie mam parasola, z konieczności wyjścia na zakupy oraz potrzeby dokonania uzupełnienia pustych półek lodówki, zwracam się z prośbą o wydanie mi płaszcza przeciwdeszczowego, który sprawi, że moje zakupy będą przebiegać komfortowo oraz w atmosferze poczucia bezpieczeństwa" :-D :-D :-D

To oczywiście mój prywatny wymysł na potrzebę wpisu blogowego, ale tak to mniej więcej wygląda. Cóż - instytucja państwowa kieruje się innymi torami myślenia. 

Cały tydzień zapracowałam sobie na weekendowy odpoczynek (po mojemu). Miałam do przygotowania dwa wnioski do jednego zadania. Systematycznie więc od poniedziałku dłubałam w danych uzupełniających i w piątek miałam już spokój. Ale nie ma lekko - czekają na mnie nowe zadania i nowe służbowe zakupy. 

Coś o Mani - moje dziecko już nie chodzi na lekcje gitary. Brzdąka sama u siebie w pokoju, natomiast zaczęła chodzić na zajęcia z pianina...do szkoły. Po lekcjach idzie tam z koleżanką z równoległej klasy i uczy się grać u pani od muzyki. Oczywiście po cichu zadałam sobie pytanie: "jak długo? i czy wytrzyma do końca roku szkolnego?" ;-) 

Mam zamiar również przenieść ją do drugiej grupy z języka angielskiego. Mania płacze przy odrabianiu lekcji i nie może się nadziwić jakim cudem znalazła się w tej "lepszej" poziomem grupie, a nie w tej słabszej. Rozmawiałam już z nauczycielem, który stwierdził, że nie widzi, żeby moja córka odstawała od grupy. On widzi inne dzieci kwalifikujące się do przeniesienia, ale nie Mania. Postanowił porozmawiać z nią na najbliższej lekcji, być może namówi ją, żeby została. Jeśli jednak ona się uprze - wtedy dokonamy przenosin. 

Wczoraj dostaliśmy premie kwartalne. To jest dopiero super sprawa. Pensje niskie, a raz na trzy miechy wpada kasa, która jest prawie połową wynagrodzenia. W końcu będziemy mogli z Szanownym rozpocząć budowę łóżka dla Mani - do tej pory było za zimno - Szanowny uwielbia pracować na dworze. No i sezon rowerowy trzeba już otworzyć! Nie mogę się doczekać. 

Miłego weekendu!

Mały update: w środę byłyśmy z Manią znowu na warsztatach plastycznych. Tematem pracy było wykonanie laleczek z drewnianych spinaczy do bielizny. Pozwolę sobie pokazać nasze dzieła. Ale oczywiście inni też ciężko pracowali i ich prace były jeszcze piękniejsze! 

Laleczka dyskotekowa jest wykonana przez moją córkę, a laleczka panna młoda jest mojego autorstwa :-) 

piątek, 23 września 2016

Ciągniemy warsztaty plastyczne. Mania zachwycona (ja też, oczywiście) mimo tego, że od września program warsztatów wyznaczony jest na miesiąc - jedna rzecz do zrobienia w miesiącu, kiedy komu pasuje. Są cztery tygodnie i cztery dni wyznaczone na spotkanie. My byłyśmy w tym tygodniu w środę.

Tematem był miniaturowy plecaczek/tornisterek do wykonania z filcu oraz ozdobnych tasiemek.

Cóż tu pisać, trzeba pokazać.

Objaśniam: tornisterek ma wymiary 5,5 cm x 4,5 cm. Niebieski jest Mani, pomarańczowy mój ;-) Linijki mają 3,5 cm długości, a długopisiki wykonane są z drutu, z którego zdjęta była izolacja. Ma to imitować końcówkę długopisu ;-) Ten klips wykonany jest z cieniutkiego druciku, który można było dowolnie wyginać, aby stworzył taki właśnie końcowy efekt.

Niesamowicie można się odstresować....

wtorek, 30 sierpnia 2016

Poniedziałki chyba na stałe już będą objęte wizytami w Muzeum Domków dla Lalek ;-) Wczorajszy wieczór również spędziłyśmy z Manią na warsztatach rodzinnych. Tym razem do uszycia był śpiworek dla lalki. Pięknie to mojej córce szło! Igłę sama nawlekała, tylko supełków nie potrafiła robić, ale od tego byłam ja :-)

Jej dzieła plastyczne z warsztatów znajdują się na honorowym miejscu, na półce u niej w pokoju. Jest to też dodatkowa motywacja do utrzymania porządku na półce - musi ją wycierać, żeby rzeczy się nie zakurzyły ;-)

Od września tematyka warsztatów będzie miesięczna. Ale zajęcia będą odbywać się raz w tygodniu, tak więc kto nie zdąży w jednym terminie będzie mógł przyjść sobie w innym. I tak co miesiąc.

Oto śpiworek wykonany rękami mojej dziesięcioletniej córki:

A moje dziergadełka z ostatnich dni prezentują się w taki sposób:

Kurtka jest ze skrawków skórki, rękawy i obłożenie ze zwykłego materiału.

Eksperymentowałam jeszcze z butami. Tym razem wybrałam korek od wina, paseczki skórki i klej butapren :-)

I to by było tyle.A teraz czas wracać do pracy, wnioski czekają ;-)

Miłego!!

wtorek, 23 sierpnia 2016

Przedstawię pisemną relację z wczorajszej wizyty w Muzeum Domków dla Lalek, którą odbyłam wraz z moją Manią. Po obejrzeniu wystawy miałyśmy zarezerwowane miejsce na warsztatach plastycznych, na których wykonywany był miniaturowy latawiec ;-) \

Warsztaty jak już wspominałam we wpisie o walizeczce, odbywają się w Muzeum w każdy poniedziałek wakacji. Tak więc została nam z Manią jeszcze jedna wizyta. Wczoraj było mało osób, zainteresowanie niewielkie. Przed warsztatami postanowiłyśmy zwiedzić salę wystawową, bo to wstyd być tam i TEGO nie zobaczyć.

Brak mi słów, żeby opisać zachwyt w jaki wpadłam. Młoda jakby mniej zachwycona była, ale również podobała jej się sama wystawa. Domki - zabawki z lalkami z różnych epok, przedstawiające różne sytuacje życiowe. Był gabinet weterynarza, był sklep wędliniarski, była apteka, był domek piętrowy, w którym widać było wszystkie pokoje na przestrzał. I te widoczne szczegóły, szczególiki, drobiażdżki przykuwające wzrok... Nawet na poddaszu jednego z domków znajdowały się zwinięte w ruloniki materiały, jakieś bambetle, domowe szpargały :-)

Kocham to Muzeum. Szkoda, że takie małe i eksponatów jest niewiele. Naszą uwagę przykuło też nietypowe wejście na samą salkę muzealną. Drzwi do Narnii - to najlepsze porównanie dla tego zjawiska :-)

Po obejrzeniu wystawy powędrowałyśmy na warsztaty, aby wykonać z patyczków, bibułki i sznureczków muliny mini latawiec. Na Fb na stronie Muzeum powinna pojawić się foto relacja. Już zapisałam nas na następny tydzień, kiedy to będzie szyty (ręcznie!) śpiwór dla lalki. Mania szczęśliwa, a ja tym bardziej. Do tego dowiedziałyśmy się, że na tym warsztaty się nie kończą, że Muzeum planuje nowe spotkania od września, ale w innej oprawie. Też będą skupiać się na samodzielnym wykonywaniu mini rzeczy :-)

Po wyjściu nie mogłyśmy się oprzeć ofercie i kupiłyśmy sobie mini mebelki do samodzielnego złożenia. Dostałyśmy klej Wikol dla wzmocnienia elementów, a ja już mam w głowie projekty pościeli do mini łóżeczka i serwety na szydełku na mini stolik, który Mania wczoraj wieczorem sama złożyła.

wtorek, 19 lipca 2016

W zeszłym tygodniu zapisałam mnie i Małą na warsztaty plastyczne do Muzeum domków dla lalek. O Muzeum dowiedziałam się w tym roku z sieci, a jeszcze pozazdrościłam Bezcielesnej wizyty w tym miejscu.

O warsztatach przeczytałam na FB. Zadzwoniłam w ostatniej chwili, bo ja i Mania zamykałyśmy listę chętnych. Na zajęciach mieliśmy robić walizeczki podróżne z... pudełka po zapałkach. Przy czterech stanowiskach znajdowało się w sumie 9-10 rodzin, nie pamiętam dokładnie. Same baby :-)

Do dyspozycji był kolorowy papier, klej, kolorowe pisaki, szablony według których wycinało się elementy. Zadanie miało być wykonane przez dziecko przy wsparciu rodzica. A już myślałam, że sama wykonam swoją walizeczkę ;-) Ale przecież pudełek po zapałkach w domu pod dostatkiem ;-)

Poniżej prezentuję dzieło mojej córki, która była z siebie dumna jak nigdy! Do tego ukończyłyśmy pracę jako pierwszy zespół, ależ radocha.

Najtrudniej było wykleić środek szufladki walizeczki, ale tym tematem zajęłam się ja, reszta to dzieło Mani. Prawda, że cudne????

Ponieważ córce bardzo się podobało obiecałam jej, że po urlopie zapiszemy się jeszcze raz na warsztaty. Zajęcia trwają do końca wakacji, regularnie w każdy poniedziałek. Bezcielesna, może byście z Wiertką skorzystały???

piątek, 12 kwietnia 2013

Dziś będę płodna we wpisy. Zapomniałam z tego wszystkiego pochwalić się kolejnymi warsztatami. Przypomnę tylko, że jestem objęta kontraktem socjalnym z Ośrodkiem Pomocy Społecznej do 2014 r. Program nazywa się: „Małe kroki do sukcesu” i co jakiś czas wysyłają uczestników na różne zajęcia. W zeszłym roku pisałam o warsztatach z aktywizacji zawodowej, od dziś mam zajęcia pt. „Dobry rodzic”.

Jest nas 11 mam, ale dziś przyszło tylko 8. Ucieszyłam się bo spotkałam trzy dziewczyny z poprzednich, zeszłorocznych zajęć. Oczywiście jak to na początku – kwestia zapoznania, opowiedzenia o sobie i wyznaczenia celu warsztatów: czego oczekuję po zajęciach?

Po wprowadzeniu dwie nasze przewodniczki zaprezentowały program zajęć. Będzie o problemach wychowawczych dzieci, o umiejętności radzenia sobie z buntem nastolatka, o nauce malucha zasad domowych, o konsekwencji i własnej kontroli. Już nie mogę się doczekać. Szkoda tylko, że warsztaty odbywać się tylko przez pięć dni. Warto takie wiadomości głębiej poszerzać.

Tak więc przede mną aktywny tydzień (bo i do konowała zapisać się muszę, mam również zaległą wizytę u koleżanki i umówioną wizytę u dentysty, uff) ale ja się cieszę, bo lubię aktywność. Od jutra weekend naukowy – przede mną kolejny zjazd, muszę nadrobić zaległości.  

A tymczasem sfochowana księżniczka przeprosiła swojego „księcia ze bajki” i pojechali dalej z tym koksem. Okazało się, że moja reakcja wystąpiła dlatego, że się najzwyczajniej, po ludzku o swoje zdrowie boję. Nie lubię „cichych dni”, wolę wyrzucić z siebie jak z katapulty. Dobrze, że mam bardzo wyrozumiałego męża, drugi by mnie za takie chimery zabił ;)  

piątek, 21 września 2012

 Zakończone w ostatnią środę prawie dwutygodniowe spotkania dały mi wiele do myślenia. Spotkałam osoby, które mają różne charaktery, potrzeby życiowe, problemy, no a co najważniejsze: różne nastawienie do życia. Jeszcze dwa lata temu być może zachowywałabym się podobnie do niektórych tam obecnych, ale siła własnej woli i wsparcie bliskich mi osób (i tu niespodzianka: nie męża) pozwoliły mi wyjść z głębokiej depresji.

 Dziś się samorealizuję stosując: „małe kroki do sukcesu”, jestem z siebie bardzo zadowolona.

 Pani Asystent rodzinny niestety nie będzie mogła dziś do mnie przyjść. O możliwościach studiowania dowiem się zapewne w przyszłym tygodniu.

 Wczoraj próbowałam załatwić jedną z nurtujących mnie od dwóch tygodni spraw. Mianowicie nie mogłam odebrać swojego świadectwa ukończenia dwuletniego studium o kierunku: Technik Administracji. Znowu do głosu dochodzą zmory z przeszłości: lata nauki przypadały na 2007-2009. Na trzy miesiące przez zakończeniem IV semestru przestałam chodzić na zajęcia a co za tym idzie zaliczać materiał. Zostałam z przysłowiową ręką w nocniku z trzema przedmiotami bez ocen końcowych. Realizując moje małe kroki do sukcesu, po uprzednim telefonie do szkoły, dopisałam się do IV semestru w tym roku i po kolei zaliczałam zaległości. W czerwcu zdałam indeks i oczekiwałam na odbiór świadectwa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mojego świadectwa nie ma.

 Podczas wakacji skupiałam się na poprawce z matematyki. Dopiero teraz zaczęłam drążyć sprawę tajemniczego zaginięcia dokumentu. Okazało się, że mam do zaliczenia jeszcze jeden przedmiot, o którym żadna z pań sekretarek podczas całego IV semestru nie zdołała mi powiedzieć.

 Problem jest do odkręcenia. Nie byłabym sobą, gdybym nie potrafiła znaleźć recepty ;) Napisałam podanie i już wczoraj byłam umówiona z panem dyrektorem szkoły. Dostałam jednak telefon, że pan musiał udać się do lekarza. Spotkanie zatem przesunięte.

 Dziś prace społeczno-użyteczne, jutro piknik kolejarzy zorganizowany z myślą o dzieciach (dostałam zaproszenie od koleżanki), a w niedzielę być może odwiedzę kolejną znajomą, aby przy smaku kawy i świergoleniu naszych dzieci poplotkować trochę o życiu.

 Najbardziej szkoda mi w tym wszystkim mojego męża, odsuwamy się od siebie niezauważalnie. Ja ewoluuję; po stanach depresyjnych i natłoku problemów próbuję wracać do „żywych”. On wciąż stoi w miejscu i chyba mnie nie rozumie. Na moje delikatnie żartobliwe pytanie: „czy jak pójdę na studia nie będzie ci przeszkadzać, że twoja żona może być lepiej wykształcona?” odpowiedział: „a ucz się, uczennico, mógłbym się tylko wkurzyć, gdybyś zaczęła zarabiać lepiej ode mnie”.

 Mam w głowie wątek o oddalaniu się, właśnie z myślą o Szanownym. Na chwilę obecną staram się ignorować jego postępowanie, ale przecież wpis nie tego dotyczył ;)

piątek, 14 września 2012

 Dzisiejsze spotkanie warsztatowe było bardzo wyczerpujące. Emocjonalnie byliśmy wyprani i wyciśnięci jak ścierka w pralce Frania. Tematem było poczucie własnej wartości, stawianie granic, asertywność. Nie mogłam się opanować i na przerwie nie omieszkałam poruszyć tematu moich relacji z moim mężem.

 Generalnie diabeł tkwi w szczegółach i tam gdzie myślimy, że mamy do czynienia z „normalną”, pełną rodziną, bez większych kłopotów, problemów, wychodzi na to, że emocjonalnie może się tam niezbyt dobrze dziać. O tym, że mój mąż pozbawiony jest jakichkolwiek uczuć wyższych wiedziałam od samego początku. Przepraszam – on te uczucia zna – on ich nie umie artykułować, nie potrafi wyrażać się emocjonalnie. Słowa „kocham cię” były do pewnego momentu ciężkim kamieniem siedzącym w krtani mojej połówki. Mimo wszystko nauczył się ich po pewnym czasie.

 Rodzice Szanownego byli razem do końca (tzn. do śmierci mojej teściowej), a jednak ich życie toczyło się osobno, bardzo obco. Ona żyła i spała w jednym pokoju, on w drugim. Spotykali się tylko przy wspólnym posiłku, kiedy ktoś ich odwiedzał: syn z żoną, córka z mężem, brat, zaprzyjaźniona sąsiadka. Obserwując ich relacje zauważyłam, że ci ludzie się tolerowali, nie wyrażając wobec siebie żadnych emocji. Ten dom był zimny, zamknięty, cichy. Chociaż teściowa spędzała ze mną wiele czasu i była wobec mnie niezwykle otwarta. Dowiedziałam się później, że rodzice mojego męża byli gotowi już na rozstanie; nie rozwiedli się ponieważ stwierdzili, że „dla dzieci” muszą zostać razem.

 Ja jestem z innego domu. Wychowywała mnie samotnie Mama, która rozwiodła się z damskim bokserem. Mimo prób ratowania tego małżeństwa, podejmowanych przez Mamę, nie udało się. W jakimś stopniu odbiło się to na mojej psychice i mam tego świadomość. Patriarchalność nigdy nie została mi ukazana. To kobieta była wzorem do naśladowania, to kobieta musiała wbijać gwoździe, to kobieta wypowiadała jedyne, znaczące zdanie, ostateczne decyzje też należały do niej. Ojciec/mężczyzna nie istniał. Byliśmy bardzo zżytą rodziną, wieczory przepełnione były śmiechem i wspólnymi planami. Gdzie mama tam i my.

 Mój mąż zawsze uważał, że jego dom był „normalny”, mój natomiast nie do końca. Mam nadbagaż emocji, potrafię się kłócić, śmiać do rozpuku, aż mi łzy będą leciały, potrafię z lekkością mówić, że kogoś kocham, doceniam, szanuję i że jestem dumna, tak samo umiem wykrzyczeć nienawiść i rozładować swoją złość. Łatwo przychodzi mi później powrót do stabilności. Generalnie wyglądam jak sinusoida. Szanowny jest tych emocji pozbawiony, jest jak gruba prosta krecha, która ciągnie się w nieskończoność. Lubi wspierać się na mojej osobie, ale pozostawiony sam, wiem, że sobie poradzi, jednak innych ze swojego otoczenia zniszczy. Potrzebuje sternika.

 Każdy dźwiga jakiś bagaż doświadczeń – bywają DDA, ja jestem DDRR, bywają dorośli notorycznie bici w dzieciństwie i albo to będą powielać, albo będą chcieli to w sobie zniszczyć. Przecież moi pasierbowie również mają doświadczenie rodziny, które nie do końca jest pozytywne. Na dzisiejszych zajęciach mieliśmy przykład ogromnych emocji. Uczestniczka popłakała się czytając test zdań niedokończonych. Jednym z nich było: „jestem dumny z…”. Otworzyła się do nas sprawami całkowicie prywatnymi, musieliśmy uświadamiać jej, ze to nie są zajęcia terapeutyczne, ale luźne warsztaty. Trenerka jednak podziękowała za taką szczerość, bo to czasem wyzwala. Uwalniamy się od demonów, które siedzą głęboko w nas.

 Druga z dziewczyn płakała z powodu braku akceptacji siebie. Od tego zazwyczaj się zaczyna – trzeba wyjść z siebie (jak mawiała moja Mama) i spojrzeć na siebie z boku, innymi oczami, by lepiej siebie zrozumieć.

 Odkąd zaczęłam leczyć się na depresję taki ekshibicjonizm emocjonalny strasznie mi się spodobał. Poznawanie siebie i analiza swoich reakcji bardzo mnie fascynuje. Jestem siebie ś w i a d o m a. Przeszłam test lustra, walczę ze swoją agresją, poznałam komunikacyjne uszy von Thuna, staram się nie brać wszystkiego do siebie.

 Jesteśmy dość zgraną grupą, myślę, że po przyszłej środzie będzie nam ciężko się rozstawać.  

 

wtorek, 11 września 2012

 Objęta kontraktem socjalnym zostałam skierowana na kolejne warsztaty. Mają tytuł: „Warsztaty umiejętności społecznych”. Spotkania są trzy razy w tygodniu z małżeństwem psychologów. Grupa liczy sześć osób łącznie ze mną. Forma zajęć przewidywalna, ja jako depresantka po terapii w poradni zdrowia psychicznego, wiem już na czym polegają takie zajęcia. Ale nie zniechęcam się, jest mi bardzo przyjemnie być tą „bardziej oświeconą”, tym bardziej, że po wstępnej integracji i zaznajomieniu się z potrzebami uczestników grupy, trenerzy zrobili sobie ze mnie (można tak powiedzieć) swoją prawą rękę. Wiedzą, że nie mogę się nudzić na klasycznych zajęciach.

 Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie. Przedstawialiśmy się, wiek, coś o sobie, jakie mamy oczekiwania względem warsztatów. Oczywiście w trakcie okazało się, że zaczynamy nawiązywać rozmowy na tematy odbiegające od planu zajęć, ale przecież o to chodzi – uczestnik ma wyjść ze skorupy, ma zacząć być aktywny, musi dostrzegać innych ludzi i pozwolić się być zauważalnym. Ale ja już to wiedziałam ;)

 Potem bawiliśmy się w „wszyscy, którzy…”. Też znałam tę zabawę. Polega ona na ustawieniu krzesełek o jedno mniej niż jest uczestników. W naszym przypadku było to siedem sztuk, ponieważ trenerzy też się bawili. Jedna osoba stoi i mówi: „wszyscy, którzy mają skarpetki”. Zgodnie z prawdą muszą wstać te osoby, które mają te skarpetki i przesiąść się na wolne krzesło, prowadzący również musi znaleźć sobie miejsce. Zostająca osoba bez siedzenia mówi następnie: „wszyscy, którzy mają (np.) krótkie włosy”. I tak dalej, wymyślając dalsze „wszyscy, którzy…”. Ofiar w ludziach nie było, raz tylko zderzyliśmy się dupami z jednym facetem na tym samym krzesełku ;)

 Potem były anonimowe ankiety z pytaniami np.: czy lubię siebie? Ja odpowiedziałam: tak, ale twierdzących odpowiedzi było zaledwie trzy. Druga połowa uczestników siebie nie lubiła. Pamiętam, jak na terapii z moją panią psycholog też odpowiedziałam, że siebie nie lubię, ale to było dawno.

 Wypisywaliśmy swoje mocne i słabe strony, bawiliśmy się w życzenie do złotej rybki, ogólnie poznawaliśmy siebie.  

 Warsztaty trwają pięć godzin, mamy do dyspozycji kawę, herbatę, soki, ciasteczka, w środę będą podobno kanapki. No raj. Godzę to doskonale z dorywczą pracą w szkole ponieważ i tu i tu mam być co drugi dzień. Reasumując: najbliższe dwa tygodnie mam zajęte tak, jakbym miała pracę na cały etat.

 Tylko tych finansów wciąż mało. Wczoraj siedziałam przed komputerem i głowiłam się jak i co opłacać najpierw. Uszak dostał swoją pierwszą „budowlaną” wypłatę, Szanowny jak co dwa tygodnie przyniósł swoją krwawicę, przyszły alimenty Młodego, a ja zsumowałam nasze dochody i w dalszym ciągu brakuje nam na podstawowe rzeczy.

 

Tagi: warsztaty
09:28, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lipca 2012

 Odpowiedź jest tylko i wyłącznie twierdząca. Bilans kompetencji, który dzisiaj wałkowaliśmy obnażył moje pozytywne cechy jak również negatywne. To znaczy nie chcę podkreślać, że nie byłam ich świadoma, ale jednak oswojenie się z nimi na podstawie testów i analiza własnego postępowania, nakreśliła mi tor, którym muszę podążać, aby do czegoś dojść w życiu zawodowym.

 Lubię rozwiązywać testy, lubię siebie poznawać, lubię siebie obnażać (psychicznie, choć sfera cielesna również nie jest mi obca) Być może pisanie bloga również jest jakąś terapią, publicznym obnażaniem się, ekshibicjonizmem, który po czasie pozwala mi analizować swoje błędy w zachowaniu i postępowaniu. Od lat pisałam pamiętniki a teraz forma „spowiedzi” przelewana jest na monitor.

 Na warsztatach analizowaliśmy swoje cechy charakteru, mocne i słabe strony, wartości jakimi kierujemy się w życiu i sferze zawodowej, umiejętności nabyte oraz zdolności, zainteresowania, które miały nakreślić nasze predyspozycje zawodowe. Na koniec pomógł nam John Holland i jego zestaw testów, pokazujący nam sześć typów osobowości zawodowej. Wyszło, że jestem typ społeczny. Chcę pomagać innym ludziom, cenię działalność społeczną, lubię informować, nauczać, wyjaśniać, wspierać, posiadam zdolności interpersonalne.

 Pani doradca zawodowy, która prowadzi z nami te warsztaty powiedziała mi, żebym poważniej zastanowiła się nad młodzieńczymi planami bycia wychowawcą w przedszkolu. Ponieważ barierą dla mnie nie do przeskoczenia w tej chwili jest brak studiów pedagogicznych oraz słuszny wiek (nauczycielki w moim wieku już mają awanse zawodowe na wysokim poziomie), do tej pory wydawało mi się, że praca nauczycielki jest już dla mnie pomysłem nierealnym. Kto zatrudni do opieki nad dziećmi byłą sekretarkę, pomoc księgowej, fakturzystkę, która przez 15 lat życia zawodowego zajmowała się papierkami i z pracą z dziećmi nie ma nic wspólnego?

 Zobaczymy jak zajęcia wpłyną na mnie jutro. Będziemy analizować nasze CV oraz wspólnie zastanawiać się co tak naprawdę musi znajdować się w liście motywacyjnym.

 Chodzę uśmiechnięta choć grosza przy duszy nie mam i czuję widmo odłączonych liczników. Przecież nie może być gorzej niż jest…

 

 

 

Tagi: warsztaty
20:42, sokramka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2