Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: książki

czwartek, 09 lutego 2017

Właśnie kończę czytać "Dygot" Jakuba Małeckiego. Książkę kupiłam w piątek i prawie 300 stron czytania już jest za mną.

Tak pięknie namalowanej ballady dawno nie czytałam. Wciągnęłam się od pierwszej strony i mimo tego, że ten rodzaj literatury nie jest moim konikiem, spokojnie mogę dać tej pozycji 9/10. To o czym pisze Małecki pozostawię do wygooglania, bo nie lubię powielać streszczeń widniejących prawie na każdym portalu czytelniczym. Niemniej jednak pan Jakub pisze pięknie, malowniczo, barwnie, czasem strasznie, czasem śmiesznie. Raz zdarzyło mi się uronić łzę i musiałam przestać czytać ponieważ stałam z książką w pociągu i zwyczajnie głupio mi było ryczeć publicznie nad kartkami. Często też unosiłam brwi w zdumieniu nad napisanym tekstem. I właśnie w kontekście tekstu pisanego chciałam opisać swoje doznania. Język jakim posługuje się autor książki jest dla mnie bardzo ważny. I dlatego mimo uwielbienia kryminałów, powieści sensacyjnych oraz horrorów nie ograniczam się tylko do tego działu. Wśród innych form literatury można odnaleźć piękno. Ale też wśród uwielbianych działów można spotkać kicz. To właśnie ze względu na kruchy i łamliwy język Puzyńskiej nie zachwyciłam się jej twórczością. To właśnie z tego samego powodu pan Mróz Remigiusz (którym zachwycają się rzesze fanów) nie podbił mojego serca. To również z tego powodu pani Bonda ostatnio znudziła mnie swoimi wywodami i odstawiłam ją totalnie na boczny tor.

Wciąż pozostaję wierną fanką Kinga, Miłoszewskiego, Ciszewskiego, Świerczka, Krajewskiego, Akunina, Deavera. Być może po sięgnięciu po kolejną pozycję Małeckiego stanie on na półce wśród moich ulubionych ;-)

P.S. Bromm - dziękuję!

Tagi: książki
09:19, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 06 października 2016

Jak zwykle raport z kilku pozycji, jakie ostatnio wpadły w moje ręce. Od pewnego czasu korzystam z zakupów książkowych na stronie Aros.pl - dyskont książkowy (bardzo dobre ceny! polecam) oraz, jeśli mam sprecyzowane potrzeby, zaglądam na olx.pl. Nie zdajecie sobie sprawy ile ludzi wyprzedaje swoje księgozbiory!

Aktualnie czytam biografię Polaka, o którym dość głośno jest w kraju za oceanem, mianowicie w USA. Człowiekiem tym jest Tadeusz Kościuszko - mąż stanu, inżynier, wybitny strateg oraz książę tolerancji. I to mnie właśnie najbardziej urzekło w tym mężczyźnie. Kościuszko zasłynął jako wybawiciel niewolników amerykańskich, polskich chłopów, był zwolennikiem rozdziału państwa i kościoła. Biografię napisał Alex Storożyński, amerykański dziennikarz polskiego pochodzenia. Na chwilę obecną pochłonęłam dopiero 73 strony z 387 więc nic wielkiego nie mam do powiedzenia poza tym, że książkę czyta się bardzo dobrze, luźno, a język i styl autora nie odstrasza.


"Historia prześladowań religijnych" Jonathana Kirsch'a to ostatnia "zaliczona" pozycja. Książkę wydało wydawnictwo Bellona (jedno z moich "najulubieńszych") i kupiłam ją sobie właśnie na olx za... 8 zł + przesyłka.

Książka opisuje dzieje inkwizycji od początku jej istnienia, aż po czasy zaniku. Autor zaznacza jednak, że inkwizycja nie została zlikwidowana do końca ponieważ istnieje do dziś pod nazwą: Kongregacja nauki wiary. To bardzo ciekawe jak Kościół katolicki czujnie pilnuje, aby wiara katolicka nie została stłamszona przez innowierców czy ateistów ;-) Mamy jednak na tyle cywilizowane czasy, że lud nie daje się już tak ogłupiać i zastraszać jak bywało to w czasach średniowiecznych i latach długo po.

Opisy tortur jakie zawarte są w książce występują raptem w kilku akapitach, jednakże potrafią wstrząsnąć wyobraźnią człowieka i dać do zrozumienia czym było sprzeciwienie się władzy kościoła i "woli boskiej". W książce możemy również przeczytać o procesach zmarłych jakie były wykonywane z powodu heretyckiej przeszłości trupa oraz klątwom jakie mógł rzucić na żywych ;-) Przesądy, zabobony oraz stereotypy wszechobecne, były również powodem do przeprowadzenia śledztwa inkwizycyjnego, a co za tym szło - wydaniem wyroku i najczęściej spaleniem na stosie heretyka.

Inkwizycja wytępiła przedstawicieli chrześcijaństwa zwanych katarami. Rozprawiła się również z waldensami, gdzie przy lekturze ich poczynań oraz obrządków, niejednokrotnie zastanawiałam się kto bardziej pasuje do interpretowania słów biblijnych. Okazało się, że przedstawiciele inkwizycyjni, papieże i inni księża zazdrościli katarom i waldensom ich skromności, pokory, prawdziwego oddania drugiemu człowiekowi. Katarzy i waldensi szczerze przestrzegali postu, prawdziwie wierzyli w Boga opisanego w Biblii. Zazwyczaj po aresztowaniu heretyka inkwizycja w ramach kary przejmowała majątek oskarżonego, co wiązało się z przyszłą nędzą rodziny heretyka, a co za tym szło: wzbogaceniem się przedstawicieli kościoła.

Źródłem nienawiści inkwizycyjnej byli też Żydzi. Prześladowani i zmuszani do przejścia na jedyny i słuszny katolicyzm często emigrowali do innych, przyjaznych krajów (np. Polski). Instytucja inkwizycji była najgorsza w krajach takich jak Hiszpania oraz Francja.

Książka bardzo, bardzo ciekawa, wciągająca, zaskakująca i na pewno wnosząca do wiedzy czytelnika bardzo dużo cennych informacji. Osobiście polecam:

Na koniec zdanie o "kryminale", który wpadł mi w ręce po przypadkowo ujrzanym tytule w rękach pani w autobusie ;-) Remigiusz Mróz napisał cykl kryminalny o bohaterach z kancelarii adwokackiej. Temat fajny, dość ciekawy, po przeczytaniu recenzji na różnych portalach stwierdziłam, że to może być dobry zakup. Niestety - pomyliłam się.

Nie dotarłam do końca książki, bo .... tego się nie da czytać. Serio. Wczoraj wieczorem rozmawiałam z moim Pierworodnym, czy to może ja jestem jakaś dziwna i wybrzydzam wśród książek, którymi zachwycają się miliony czytelników. Otóż nie - mój syn ma podobne zdanie na temat pozycji jaka ma być przez niego czytana. To jest właśnie styl pisarza. Nie wiem jak to opisać profesjonalnie, bo ani nie kończyłam studiów filologicznych, ani nigdzie nie znalazłam recenzji skupiającej się na tym właśnie aspekcie. A to przecież jest tak bardzo ważne, jak książka jest napisana. Sam pomysł i treść nie wystarczą. Na marginesie dodam, że lubiana przeze mnie Bonda (polska królowa kryminałów) ostatnio też coś zaczęła psuć swój język na poczet krótkich zdań, opisów równoważnikowych oraz dialogów bez ładu i składu. Taka jest też "Kasacja" pana Remigiusza. Nie podobali mi się od początku główni bohaterowie - pani adwokat chamska, ordynarna, pyskata. Wszystko byłoby ok, przecież i tacy bohaterowie muszą istnieć, ale właśnie język jakim ta pani została opisana pozostawia wiele do życzenia. Jej partner - młody, ciapkowaty, spokojny adwokacik to znowu próba skrajnego opisu mężczyzny, który jada krewetki i nie bywa w knajpie Hard Rock Cafe. To pozycja dla młodzieży. Zdecydowanie. Pełno tu równoważników zdań, a dialogi są tak skonstruowane, jakby pan Mróz stał na osiedlu i notował rozmowy dresiarzy. Szczerze nie polecam.

P.S. znalazłam na FB wpis jednej dziewczyny, która napisała: nie rozumiem zachwytu książkami pana Mroza? Przecież to dno. Polubiłam jej wpis i niestety zgodziłam się.


 

Tagi: książki
09:28, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 marca 2016

Mamy wodę. W końcu można się wykąpać, a nie śmierdzieć od 5.00 rano ;-) A co robi brudny człowiek siedząc w domu? Czyta, dzierga, albo szyje. Przynajmniej taki człowiek jak ja ;-) Udziergałam świąteczną kurkę i podkładki dla kuzynki na 50 urodziny:

Na urodziny jedziemy w sobotę. 

A co czytam? Bardzo fajną książkę Marka Świerczka "Bestia". Z opisu wydawcy: "Rok 1864. Powstanie styczniowe dogorywa. Kapitan Julian Basowski, Polak w carskiej armii (...) usiłuje rozwiązać zagadkę brutalnych mordów, których ofiarą padają rosyjscy żołnierze. Przekonuje się jednak, że chłodny racjonalizm, któremu hołduje, zawodzi w obliczu ponurej prawdy."

Książka mnie zachwyciła. Nie miałam kasy, żeby ją sobie kupić, więc pożyczyłam z biblioteki. Ale Marek Świerczek wydał jeszcze dwie pozycje: Dybuk i Skowyt i jeśli trafi się jakiś trójpak w promocyjnej cenie na pewno sie skuszę :-)

W książce jest wszystko co lubię: szybkie dialogi, czterech żołdaków szukających przygód, mrok, tajemnica wilkołaka, aż nie mogę doczekać się końca. Są wstawki fonetyczne zwrotów po rosyjsku (kolejny plus), ale minusem jest spis tłumaczeń zamieszczony na końcu książki. Niby rosyjski znam, ale nie kończyłam rusycystyki i niektóre zwroty są mi obce. Czytając taką książkę trudno jest co kilka kartek zaglądać na jej koniec. Ja bym dała odnośniki na dole strony, ale się nie znam, wydawcą nie jestem. 

W każdym razie - polecam. Kolejny ciekawy polski twórca. 

A tym czasem idę wstawić pranie - w końcu mamy już wodę! 

piątek, 21 sierpnia 2015

Ta ustawa działa! Chodzi oczywiście o podręczniki szkolne. W tym roku moja Mańka dostanie książki ze szkolnej biblioteki. Dokupić trzeba będzie tylko ćwiczenia i podręcznik językowy, a to, według moich obliczeń powinno zamknąć się w 100 zł. Super! Do tego Pierworodny będzie w klasie maturalnej więc odpadną wszystkie przedmioty zawodowe, a co za tym idzie zakup tematycznych książek. 

I nareszcie zmierzamy w stronę normalności kiedy to podręczniki można będzie sobie przekazywać. Wymusi to na rodzicach pilnowanie swoich pociech, żeby książki szanowały, nie bazgrały w nich, bo będą służyć młodszym kolegom. Oby jak najwięcej takich pomysłów :-) 

wtorek, 23 czerwca 2015

Odetchnąwszy nieco od literatury fachowej postanowiłam znowu sięgnąć po to, co lubię, a mianowicie historię i biografie. To obok zacnych kryminałów mój ulubiony dział książkowy. Pamiętam jak moja Mama zaczytywała się w Grzesiuku, Kosińskim, Redlińskim; wszystkie te książki, które zdołała zakupić, piętrzą się jak dawniej na szafie w starym mieszkaniu mojego ojca (mam nadzieję…). Mnie pozostają wspomnienia i nieograniczony dostęp do biblioteki ;)

 

Aktualnie zanurzam się w historii „Nałkowska i jej mężczyźni” Iwony Kienzler. Pani Iwona to „naczelna” pisarka wydawnictwa Bellona, które zresztą bardzo sobie cenię. Ostatnio skończyłam czytać luźną biografię Marii Konopnickiej, o której środowiska katolickie mówią, że to wieszczka narodowa i prawie że ich święta. Jakiś czas temu krążył po necie dość ciekawy mem przedstawiający Konopnicką z podtytułem: narodowcu! czy wiesz, że śpiewając „Rotę” rozpowszechniasz twórczość Marii Konopnickiej, która żyła przez lata w związku z Marią Dulębianką.

Po ostatniej lekturze nie mam tak do końca pewności, czy Konopnicka z Dulębianką tworzyły związek erotyczny, ale na pewno były wiernymi sobie przyjaciółkami. O Konopnickiej ówczesne tabloidy ;) pisały jak o „rozwydrzonej bezbożnicy”, której „książeczka jest na wskroś fałszem przejęta, a myśl jej bezbożna i bluźniercza”. Pani Konopnicka „rzuciła w twarz kościołowi (…) nędzną zniewagę”. W tekście Iwony Kienzler można zauważyć, że „Konopnicka była osoba wierzącą”, ale „jej wiara nie idzie do Boga przez kruchtę”. Podobno „do końca życia piętnowała politykę Watykanu i jawne kwestionowanie przez Kościół osiągnięć nauki, dewocję i wdzieranie się kleru w intymne sprawy ludzkie”. Jakby Konopnicka żyła w dzisiejszych czasach… ;)

Co do charakteru autorki „Naszej szkapy” to trochę wyczytałam tam swoich cech. Konopnicka nie chciała w dojrzałości wieku zamieszkać z żadnym ze swoich dzieci: „jeśli zaś zamieszkam z nimi, ulegnę fatalnej, duchowej depresji”, szukała samotni; „swojego, cichego ogrodu z własnym drzewkiem”, wcześnie zostawiła męża, który nie umiał zadbać o gospodarstwo i wciąż posyłała mu pieniądze zarobione na pisaniu i tłumaczeniach. Nawet na zdjęciach rodzinnych podobno skrywała się gdzieś z boku, nie szukając rozgłosu, ani nie chcąc bywać w tłumie. I zdanie najpiękniejsze (IMHO) „że mi sił nie brakło, winna to jestem (…) mojej fizycznej organizacji i (…) dumie pewnej, która mi nie pozwoliła prosić o nic nikogo.”

Iwona Kienzler „Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica” wydawnictwo Bellona. Polecam.


Wśród biografii, które posiadam i przeczytałam są historie życia: Davida Bowiego, Freddiego Mercury’ego , Fridy Kahlo, Marka Niedźwieckiego, Wielkiego Liberace, Marii I Tudor (oczekuje na przeczytanie), Kleopatry, Henryka VIII, Elżbiety I, Rasputina, Romanowów.

Wśród biografii, które niewątpliwie kiedyś przeczytam ;) są historie życia: Beksińskich, Lennona, Joanny Szalonej, Sokratesa, Tadeusza Żeleńskiego-Boya i może coś jeszcze bym znalazła… 

 

Praktycznie są już wakacje, można zabrać się za lekturę, ale… jak się jeździ rowerem na mopa, to się czytać tak nie da ;) No chyba, że deszczowe będzie to lato ;)

Tagi: książki
19:25, sokramka
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 kwietnia 2015

Na urodziny dostałam trochę książek i jestem z tego powodu niezmiernie zadowolona. Sama też uskrobałam sobie odrobinę grosza i zakupiłam coś nie coś dla nakarmienia oczu. Tak więc po kolei:

Zachłyśnięta literaturą polską, głównie Miłoszewskim i Bondą postanowiłam rzucić się w wir dalszego poznawania polskich pisarzy i przeczytałam "Motylka" Katarzyny Puzyńskiej. No i nieźle się przejechałam. To znaczy chcę książkę obronić, bo ma bardzo ciekawą fabułę, wtrącenia retrospekcji (które osobiście bardzo lubię) i obecność głównego zbrodniarza, którego poznajemy poprzez jego wewnętrzne myśli. Jednak po analizie moich osobistych doznań i wątpliwości "dlaczego mnie to nie zachwyciło?" doszłam do wniosku, że Katarzyna Puzyńska w 606 stronach pakuje za dużo zbędnych opisów. Jak w "Nad Niemnem" Orzeszkowej ;) Potem stwierdziłam, że ten zabieg to jej zboczenie zawodowe ponieważ jest ona psychologiem. No i jeszcze jedno, co razi mnie nie tylko wśród polskich pisarzy: krótkie bardzo mało treściwe zdania, dużo równoważników, które powodują, że treść czyta się od jednego zdania akapitu i przeskakuje na następny. Nie trzeba czytać treści w głębi bo i tak nic mądrego się czytelnik nie dowie. Pierwszy z brzegu przykład z Puzyńskiej:

"Wszędzie było pełno śniegu. To skandal, że odśnieżanie w Brodnicy szło tak opornie! Gdyby zdrowie jej na to pozwalało, pani Barczewska sama chwyciłaby za szuflę i usunęła zwały śniegu. Z jej bolącymi stawami nie było to jednak możliwe. Mogła natomiast zająć się koordynacją prac. Znała się na tym doskonale. Chrząknęła zadowolona z siebie."

Co mnie obchodzą bolące stawy pani Barczewskiej? I trzy ostatnie zdania połączyłam w jedno, złożone o płynnej konstrukcji, która ładnie wpadłaby w oko. Ale to moja, subiektywna ocena. "Motylek" czyta się jak serial o małomiasteczkowej ludności, o ich zaletach i przywarach, a w międzyczasie można domyślać się kto zabił zakonnicę i dlaczego? Nie porwało mnie, ale daję plus za pomysł no i za zakończenie, bo chyba tylko tym jednym Kasia Puzyńska mnie zaskoczyła.

Kolejna pozycja, którą pochłonęłam to "Kolekcjoner skór", której autorem jest Jeffery Deaver. Ci, którzy pamiętają "Kolekcjonera kości", który został  przeniesiony na ekran, będą zadowoleni. Ja byłam ;) Treść nawiązuje poniekąd do "Kolekcjonera kości" ponieważ mamy tych samych bohaterów i wątki, które pojawiły się wcześniej. Nawet sam morderca podejrzewany jest o kopiowanie poprzedniego zbrodniarza. Deaver jak zwykle od początku książki prowadził mnie szybko i uatrakcyjniał kolejne motywy. Tutaj mamy do czynienia z człowiekiem, który zabija swoje ofiary tatuując im wzory trucizną. Wzory mają znaczenie, są to bowiem wyrazy, które mają po pewnym czasie złożyć się w jednolitą całość. Zakończenie również zaskakujące choć od początku znamy godność mordercy. Bardzo polecam :)

Aktualnie pożeram kryminał medyczny autorstwa Tess Gerritsen "Infekcja". Giną starzy ludzie, cierpiący na chorobę Alzheimera, przebywający w luksusowym domu opieki. Jestem już na 254 stronie z 406 i mogę śmiało stwierdzić, że postawię tej książce wysokie noty. 

Co do samego czytania to zauważyłam u siebie tez pragnienie różnorodności. Czytając drugi tom opowieści o prokuratorze Szackim Miłoszewskiego, na trzeci już nie miałam ochoty. Łaknęłam zmiany i nowego, świeżego "mięsa" ;) Po "Infekcji" mam zamiar właśnie dla odmiany zmierzyć się z Gają Grzegorzewską, boję się tylko, czy się nie zawiodę jak w przypadku Puzyńskiej. Ale bądźmy dobrej myśli. 

Osobiście zastanawiam się jak można zachwycać się takim grafomaństwem jakim jest Paulo Coelho, czy modny ostatnio Grey, który fruwa po internecie w wielu śmiesznych memach i nazywany jest "50 twarzy Sreya" ;) Czytałam, żeby własnie móc wypowiadać się w języku wroga :) Bo żeby coś skrytykować trzeba się z tym zapoznać. 

Tagi: książki
07:40, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 listopada 2014

Ani na gnidę. Znaczy się zwaną przeze mnie dawną moją przyjaciółkę - depresję. Energia jesienna mnie rozpiera, a ja spalam ja z każdą minutą. Nie mam czasu na kłótnie z chłopem, a nawet jak coś mnie w Szanownym irytuje, to zwyczajnie się pod nosem uśmiecham i mówię sobie w głowie: "tak, tak, biedny, stary misio pogubił się w domowych obowiązkach".

To tytułem wstępu.

A co do bardzo dobrze spędzonego ostatnio czasu: na sobotni wieczór urwałam się z zajęć na "wagary". Poszłam z Bezcielesną na wykład dotyczący prostytucji w Warszawie na przełomie XIX i XX wieku. Moja droga koleżanka już coś nie coś o tym nasmarowała, miałam wkleić aktywny link, bo to umiem, ha! Ale komp mojego dziecka coś ma w edytorze (to nie chrom) i nie mogę nawet linka do Jej wpisu wkleić. Jak bardzo chcecie poczytać o czym był wykład zapraszam na blog Bezcielesnej ;) Bo nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że zakupiłam egzemplarz książki wprost od autora, zdobywszy jednocześnie jego autograf.

Lektura już została przez mnie pożarta, bowiem wystarczyły cztery przejazdy autobusem na trasie: dom - uczelnia oraz dzisiejsze, nudne jak flaki z olejem wykłady.

Do domu wracałam niespiesznie wiedząc, że zastanę w nim armaggedon; jak zwykle zresztą po moim całoweekendowym wyjściu na uczelnię. Ale mężczyźni to przecież jakiś podgatunek i szkoda na nich zdzierać struny głosowe, a moje tym bardziej. Tylko do lodówki zaglądają co 10 minut, czy aby tam się coś zmieniło, coś przybyło. Ale ja kocham swojego Misia-Pysia-Brudaska i wolę sobie w duchu pomyśleć jaki to on biedny żuczek, bo "przy garach się nastał cały dzień i tak się zmęczył" - to jego osobiste słowa jakby co ;)

No ale koniec końców sprzątaczką to ja jestem tylko chwilowo/zawodowo więc niech łaskawie szanowny pan po sobie te piętrzące się góry talerzy, misek i garów co je nabrudził sam posprząta. Kiedy? A tego to nie wiem - wróżką nie jestem. Zmywarkę ma pustą, wystarczy załadować, wielki mi wyczyn. A jak będę potrzebowała talerz, to sobie drugi wezmę z szafki i po sobie zmyję.

Tak więc uśmiech z twarzy nie znika, humor dobry jest, jutro nowy tydzień, wyzwań moc; musze pojechać po decyzję o przyznanym stypendium, dokończyć rękawiczki na drutach dla Mani, czytać dalej Miłoszewskiego.

Jest co robić. Jest moc :) 

czwartek, 13 listopada 2014

I to całkiem dobrze, w moim mniemaniu oczywiście, bo nie każdy musi lubić powieści kryminalne, które treścią potrafią wciągnąć aż po samo dno. Taki typ literatury preferuję. Od zawsze drażniły mnie ckliwe harlekiny, opowieści snute na kanwie miłości i zdrady, pocałunków i romansów, fuj.

Jakiś czas temu poznałam twórczość Anny Fryczkowskiej czytając jej książkę „Kobieta bez twarzy”. Potem już poszło gładko, zaczęłam bliżej interesować się literaturą z działu kryminalistyki, sensacji, dochodzeń policyjnych i tak dotarłam do Marka Krajewskiego. Cykl o Edwardzie Popielskim zaczęłam od tomu piątego pt. „W otchłani mroku”. Ale nie żałuję. Nic czego nie dowiedziałam się z poprzednich tomów nie wpłynęło na treść piątej powieści. Muszę wrócić do bohatera Popielskiego, choć język Marka Krajewskiego jest zgoła inny niż piszących kobiet – przyznaję się bez bicia, że wymaga większego skupienia ;)

Potem była Katarzyna Bonda. Jej „Tylko martwi nie kłamią” pochłonęła mnie bez reszty. Wielowątkowość i różnorodność postaci zachwyciła mnie bezgranicznie. Zresztą Fryczkowska pisze w podobnym stylu, choć wiadomo na swój sposób inaczej. Mam ochotę sięgnąć po inne pozycje pani Ani ze względu na jej zainteresowanie gender, a poza tym kończę właśnie przygodę z Bondą. „Tylko martwi nie kłamią” jest pozycją, która zagości na mojej półce na stałe ponieważ zdołałam uskubać sobie trochę na tę książkę i nie żałuję. Zresztą kasa wydana na literaturę nigdy nie będzie wydana na darmo. Dom bez książek jest domem pustym, bez duszy, bez życia, bez zainteresowań.

Na koniec Zygmunt Miłoszewski (tylko rok młodszy ode mnie ;)) Spotkanie z nim zaczęłam od książki „Bezcenny” i od razu się zakochałam! Nie dość, że kryminał, to jeszcze z historią w tle, a to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Miłoszewski też stworzył cykl o prokuratorze rozwiązującym zagadki w trzech miastach Polski. Mam na ten cykl chrapkę. Podobno sfabularyzowano jego pierwszą powieść o Teodorze Szackim – zmieniono głównego bohatera na bohaterkę, która nijak nie przypomina pierwowzoru książkowego. Filmu nie widziałam i nie mam ochoty oglądać.

W najbliższym czasie będę mieć co czytać. Do tego z utęsknieniem czekam na powieść niejakiej Alicji M, której debiut literacki stoi u mnie na półce z osobistą dedykacją!!! To jest dopiero zdobycz. Mam też książki z dedykacją Marii Szyszkowskiej oraz Marii Borowej. Fakt faktem, że debiut A. M. nie jest strzalem w mój gust, ale pierwsze koty za płoty ;)

Literatura polska jest, istnieje i ma się całkiem dobrze, trzeba tylko znaleźć odpowiedni dział i się nim po prostu zainteresować. W dobie przepychanek i wydawnictw „Krzak” trudno jest dobremu pisarzowi, skromnemu, ale zdolnemu przebić się przez setki bełkotu pisanego przez sfrustrowane małolaty, czy rozwódki ze znajomościami w wydawnictwie. No i ważna jest też promocja. O Katarzynie Bondzie znalazłam nawet artykuł w GW, było też o niej w damskich czasopismach.

Warto czytać- bo wtedy pisarz ma dla kogo pisać.

Tagi: książki
16:08, sokramka
Link Komentarze (11) »
niedziela, 24 sierpnia 2014

Albo z domu, żeby nie pozabijać wzrokiem innych. Dziś przekroczyłam dawno nieprzekraczaną przeze mnie granicę. Myślałam, że uduszę z rana wszystkich domowników, albo poćwiartuję, albo wydłubię oczy, albo dokonam innej zbrodni, która doprowadziłaby mnie do wirtualnego kicia. Wystarczyło jedno słowo, zapalnik, żeby wywołać u mnie pożar emocji. Tak więc o 9.00 założyłam swoje piękne, wygodne, szare kaloszki kupione za 30 zł w jednym z supermarketów i wyszłam z domu. Takie coś zdarza mi się raz na jakiś czas. Mówię innym, że tak mam i mają mnie zostawić w spokoju póki nie przejdzie.

Po drodze lałam łzy, a z nieba lał się deszcz. Dobrze, że nikt mnie nie widział. Wybrałam podróż komunikacją miejską, bo z takim bagażem emocji wolałam nie wsiadać za kierownicę. Poza tym, tam gdzie jechałam nie miałabym nawet gdzie zaparkować.

Spacerowałam w deszczu i rozmyślałam. Wstąpiłam do księgarni, takiej która otwarta jest w niedzielę. Kupiłam sobie na pocieszkę biografię mojego guru radiowego, Marka Niedźwieckiego. Książkę już przeczytałam. Polecam. Dla kogoś kto zna tę niezwykłą postać, biografia pisana w pierwszej osobie będzie smacznym kąskiem. Czyta się książkę tak, jakby Marek siedział obok i opowiadał o swoim życiu.

Po wyjściu z księgarni zobaczyłam przez szybę pozycję, na którą również miałam ochotę. Ale ta kasa…. Przeszłam się po centrum handlowym i wróciłam się do księgarni. Nie mogłam sobie darować nowej książki Kinga „Pan Mercedes”. W sumie wydalam ponad 70 zł. A w moim przypadku to poważne nadszarpnięcie budżetu. Trudno. Miałam chandrę i musiałam z niej jakoś wyjść. Kinga już czytam. Zapowiada się ekscytująco.

Potem postanowiłam wsiąść w jakiś autobus komunikacji miejskiej i w celu przeczytania biografii Niedźwiedzia pojeździć trochę po Mieście. Głupie, co? Ale jak ma się nieugiętą potrzebę bycia sam na sam ze sobą, to jest to najlepsze wyjście. Skierowałam się więc na pętlę. Byłam w dzielnicy, w której spędziłam większą część swojego życia. O dziwo po drodze, niechcący spotkałam koleżankę. Była z psem na spacerze. Młoda wdowa, która zna moją sytuację życiową zaciągnęła mnie na kawę do siebie, choć ja nie bardzo chciałam. Do tego zaczynałam mieć objawy migreny. Ta franca jak mnie dopada, to nie daje mi żyć. Migrena oczywiście, nie koleżanka.

Wypiłam kawę, zjadłam na raz dwa prochy przeciwbólowe, pogadałam, aż w końcu poszłam. Miałam zamiar przeczytać wreszcie tę biografię. Zaczęło mi się kręcić w głowie i powoli czułam, że mam mroczki przed oczami, aha, znaczy się aura idzie. Popędziłam więc do sklepu po tabliczkę czekolady i zeżarłam ją na środku ulicy. Przeszło.

Potem jeszcze dostałam smsa od koleżanki z miejsca, w którym mopuję. Sms był miły, sympatyczny i przewidywał dobry czas przyszły. Zobaczymy. W ogóle ta koleżanka to taki chodzący anioł stróż, choć ja w anioły nie wierzę, ta kobieta jest wcieleniem dobra.

W końcu zrobiła się godzina 15.00 i postanowiłam wrócić do domu, który moim domem nie jest i nie lubię go tak nazywać. To miejsce mojego meldunku, hotel i przechowalnia ubrań. Szanowny dzwonił do mnie w międzyczasie, ale odrzucałam jego połączenia.

Opowieść Marka udało mi się przeczytać w domu, przy pieczeniu chleba. Obiadu żadnego nie było, bo przecież MNIE nie było, a co za tym idzie – kucharka zastrajkowała. Starszy syn jechał na kanapkach, a małż żywił córkę piątkową pomidorówką z ogrodowych pomidorów. Musiał tylko dogotować makaron. Przeżyli.

Ból głowy trochę odpuścił, ale mimo wieczoru wciąż czuję jego obecność. Oczy mam spuchnięte. Nie wiem, czy od płaczu, czy od aury, czy od pogody. Zaraz idę spać. Jutro poniedziałek, bardzo dobrze, wezmę się za pracę, po pracy mam do załatwienia parę urzędowych spraw. To poprawnie wpłynie na moje samopoczucie. A w międzyczasie będę czytać „Pana Mercedesa”.

 

poniedziałek, 26 maja 2014

Szybko zleciał. Cały zeszły tydzień stresowałam się zbliżającą, letnia sesją. Już w piątek nie poszłam na wieczorne zajęcia, bo kończyłam referaty z prawa karnego. Oddałam je w niedzielę.

Sobota była bardzo gorącym dniem, a ja okropnie odczuwam takie temperatury; w zimę mogę na siebie założyć tysiąc swetrów i palić meblami w piecu ;) a w taki upał z własnej skóry się nie rozbiorę. Cierpiałam w ławce. Jednak ok. godziny 13.00 zerwałam się z reszty zajęć, idąc na tzw wagary. Umówiłam się z Bratem, że pojedziemy na targi książki. Przed stadionem była taka smażalnia, że dość już miałam w połowie drogi. Ale jednak udało mi się zakupić trzy interesujące pozycje z zakresu historii, w cenach po 9.90 każda. Na takie zakupy intelektualne jeszcze mnie stać ;)

Nie wchodziliśmy na koronę, bo tam bilety – płatne. Szkoda, bo mogłam się zobaczyć z Bezcielesną. Ale nie mieszkamy na skrajnych końcach Polski, żeby móc się kiedyś spotkać.

Wracając do domu wiedziałam, że trwa w nim mały remoncik. W piątek zostawiłam mieszkanie nadające się do użytku. Zmywarka i zlew puste, kosz na brudy oczyszczony, tak więc miałam świadomość, że po powrocie zastane sajgon. Nie myliłam się – z tym, że przymknęłam oczy na taki stan rzeczy, gdyż w łazience zobaczyłam podwieszany sufit z zamontowanym oświetleniem. To będzie teraz jedyne pomieszczenie, które jest wyremontowane na tip-top w czasie remontu ciągnącego się od trzech lat. Kiedyś może staniemy na nogi pod względem finansowym i wyremontujemy resztę pomieszczeń, a zwłaszcza kuchnię.

W niedzielę miałam pierwszy egzamin z sesji. Trochę się bałam, ale w kolektywie pracuje się lepiej ;) Dobrze, że czasem tak można. Poszło gładko.

Wracając z uczelni wstąpiłam na wybory. Taka powinność. Potem wypchnęłam chłopa. Spytał: na kogo głosowałaś? Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Odparł: aha, to ja pójdę za twoim tokiem. Syn mój zażartował, że mogłam go wcześniej urodzić, bo 18 lat kończy dopiero we wrześniu. Ale potem dodał, że sobie to odbije i pójdzie zagłosować w wyborach  samorządowych.

W tym tygodniu mam jeszcze dyżur na drugim obiekcie. Dodatkowo chwyciłam drugie sprzątanie, po swoim mopie. Fakt, że tylko na dwa dni, ale ja się chyba zajebię. Do tego Mała w domu, jakiś obrzydliwy kaszel się przypałętał i zapisałam ją na wizytę. Rano płakała, że boli ja głowa. Łzy były prawdziwe więc Młoda została w domu.

A późnym wieczorem muszę doprowadzić chałupę do stanu używalności. Odkurzacz i mop w ręku mojego chłopa to jak nagana, bądź kara. Staram się rozumieć, bo wykonał kawał dobrej, remontowej roboty. On w ogóle WSZYSTKO w domu robi sam. Elektrykę, wodno-kan. ogrzewanie, malowanie, tynkowanie, łażenie po dachu, koszenie trawki, sadzenie ogórków, pomidorów, robienie mebli ;) No to sprzątnąć po nim chyba mogę ;)

 
1 , 2