Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: koty

czwartek, 14 czerwca 2018

Na prośbę mojej blogowej koleżanki zamieszczam sesję plenerową sierściuchów :-) 

Zdjęcia są z 30 maja, tak więc dziś kociaki wyglądają już inaczej, są większe i ważą po ok. 680 gramów (waga kuchenna jest ekstra w takich przypadkach!) Chłopcy mają się świetnie (mam prawie 100% pewności, że wszystkie trzy są płci męskiej) i noszą imiona: Rudzik, Tofik i Bryś :-) 

A wesoło mamy.....

Tagi: koty
20:42, sokramka
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 maja 2018

Od zawsze chcieliśmy z Szanownym mieszkać z więcej niż jednym/dwoma kotami. Jako zwolenniczka przygarniania bezdomniaków namawiałam męża na poszukanie jakiejś świeżo rozmnożonej kociej rodzinki. Jednak Szanowny zaczął mnie przekonywać, że obcy kot przez pierwsze dni będzie „wrogiem” dla już zadomowionego, będą sobie strzelać fochy zanim do reszty przyzwyczają się do siebie i zaczął mnie namawiać na rozmnożenie własnej kociej rodzinki. Oczywiście zetknął się ten pomysł z moim protestem, bo przecież jako zwolenniczka kastracji i sterylizacji nie mogłam sobie pozwolić na ten ruch. Ale bezmyślne rozmnażanie zazwyczaj wiąże się z tym, że właściciel kota/psa nie ma co zrobić z młodym potomstwem, a szukanie nowych domów bywa uciążliwe. U nas nie byłoby tego problemu, bo wszystkie oseski zostałyby z nami. Tak więc dałam się przekonać, że dopuścimy naszą Psotuchę do jakiegoś kocura i zostanie mamą nowego pokolenia, które będzie częścią naszego stada ;-) 4 maja urodziły się cudne trzy sraluchy, gdzie dwa z nich są rude chyba na moje zamówienie (bo zawsze chciałam przygarnąć rudzielca). Mama jest bardzo dzielna i opiekuńcza, a w nas ma prawdziwą podporę – głaszczemy ją kiedy tylko tego potrzebuje, karmimy frykasami i najlepszą karmą, a maluchy są lepsze niż ekran komputera: można całymi dniami siedzieć i gapić się w te drobne kiełbaski. Tak więc aktualnie jestem „kocią mamą” pięciu sztuk futrzaków, co mnie osobiście cieszy, bo śmieję się sama z siebie. Daleko mi do Villasowej, bo to jest pięć kociaków, a nie sto pięć ;-) ale i tak będzie nam wesoło. Lepiej się śmiać niż martwić, a tych dołów spotykałam ostatnio za dużo na swojej drodze.

Tagi: koty
08:09, sokramka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 22 stycznia 2018

Za oknem pora, którą lubię bardzo. Ale jak się to przełoży na życie codzienne – aura ta nie jest przyjazna na przykład kierowcom ;-) Odkąd dojeżdżam do pracy ponad 30 km w jedną stronę, zaczynam tęsknić za wiosną lub w miarę chłodnym latem. Z wielu powodów: po pierwsze jazda w środku nocy nie należy do komfortu prowadzenia samochodu, tym bardziej, że jestem krótkowidzem i astygmatykiem. Obraz dalszy niż 50 m zwyczajnie staje się dla mnie niewyraźny. Po drugie: zimową porą, kiedy sypnie śnieg, wiejskie drogi, lub międzyleśne szlaki (a takimi zdarza mi się jeździć do pracy) nie są tak odśnieżane jak drogi miejskie. Zdejmuje się wtedy nogę z gazu i trzeba wyjść wcześniej z domu, żeby na 7.00 zdążyć do roboty.

Ale zimowa aura w takim miejscu gdzie obecnie pracuje ma również swoje plusy. Otóż ta miejscowość, która według mnie powinna nazywać się Wypiździewo ;-) urzeka mnie swoim leśnym malowaniem. Już nie mogę się doczekać jak zobaczę ten las wiosną. Na jesieni podobno pracownicy zbierają tu grzyby! Takie miejsce pracy ma swój urok. Z daleka od smogu miasta i ryku samochodów.


Taki mam widok z okna (aktualnie), a poniżej miejscowy futrzak, którego wszyscy dokarmiają przynosząc pani sprzątającej saszetki i puszki dla sędziwego sierściucha. Ja już oczywiście też zdążyłam się wkupić w łaski czworonoga, przyniosłam bowiem zestaw kocich saszetek.


Moja córka też cieszy się z zimowej aury, a w dniu kiedy sypnął pierwszy, większy śnieg, ulepiła przed domem ogromnego bałwana. Po drodze miała dwunaste urodziny, na które zaprosiła sobie trzy koleżanki. Parę dni wcześniej zorganizowała sobie „piżama party”, po którym cztery koleżanki zostały na noc. Oczywiście po wcześniejszym umówieniu się z ich rodzicami. Wierzcie mi – pięć nastolatek pozostałych na noc jest gorsze niż stado bawołów przelatujących przez sawannę. Z racji przeżywania opieki nad męską częścią ludzkości – zdecydowanie wolałam trzech nastoletnich pasierbów i mojego osobistego syna niż niewinne (wydawałoby się) dziewczęta ;-)


Tort urodzinowy był mojego autorstwa (jak zwykle), smakował tak jak wyglądał czyli chyba dobrze ;-)

A w międzyczasie powstał prezent urodzinowy dla mojej wieloletniej koleżanki, z którą kiedyś pracowałam. Miałam liczyć sobie czas jaki poświęciłam tej serwetce, ale okazało się, że o tym zapomniałam. Jednakże licząc od dnia rozpoczęcia i biorąc pod uwagę wolne wieczorne godzinki po powrocie z pracy, zajęło mi to tydzień.

Wuala:

Serwetka ma 63 cm średnicy, robiłam ją szydełkiem nr 2 i zużyłam prawie cały motek kordonka Aria 5 w kolorze naturalnym. 

A pamiętacie rękawiczki pięciopalczaste, takie z wełenki melanżowej w szarych odcieniach? Otóż zostały mi skonfiskowane i aktualnie należą do mojej córki ;-) Powiedziała, że są takie ciepłe (wełna 60% + akryl 40%), że ona musi je mieć. Wychodzi na to, że muszę udziergać sobie nową parę ;-)

Czas leci, my coraz starsi, ale upodobania wciąż pozostają te same ;-) 

sobota, 06 stycznia 2018

Witaj nowy 2018 roku! 

Od września 2017 wśród moich tworów pojawiło się wiele nowych. Starałam się wrzucać regularnie na Insta, ale teraz sobie uświadomiłam, że nie wszystko. W czasie jesiennych wieczorów oraz weekendów wolnych od służbowej pracy, powstawały rękawiczki dla mnie i nie tylko oraz inne, różne dziwoty ;-)

Rękawiczek z pięcioma palcami nauczyłam się robić szybko i prędko tę umiejętność wykorzystałam robiąc komplet dla siebie: 

Oraz dla Pierworodnego:

Powstały też rękawiczki z jednym palcem dla znajomej "na zamówienie". 

Nie lubię robić na zlecenie, bo strasznie się stresuję, że produkt nie będzie spełniał oczekiwań zamawiającego, ale koleżanka była bardzo wyrozumiała i zakazała mi się denerwować ;-) Powiedziała, że z dumą będzie nosić to, co wydziergam.

W grudniu zaczęłam szaleć ze świątecznymi ozdobami. Powstał Mikołajek, który wyjechał do UK, do koleżanki, która będzie niedługo mamą. Mikuś ma jeszcze złotą klamrę na pasku, ale zdjęcie zrobiłam przed wymyśleniem tego ozdobnika ;-) 

Jak szaleć to szaleć i na tzw. "rozdawnictwo" udziergałam podkładki pod kubki, które rozdałam koleżankom w starej pracy na pożegnanie oraz wysłałam koledze mieszkającemu w UK. 

Koleżanka, o której wspomniałam - ta z UK, będzie mamą, a więc wraz z Mikusiem posłałam jej buciki dla noworodka. O takie: 

Zdjęcie nie oddaje całej słodkości tych pantofelków, bo aparat zamiast złapać ostrość bucików wolał upajać się naturą w tle :-P

Na bazie wzoru na buciki już w tym roku wyprodukowałam następne, dla młodego mężczyzny, który niebawem pojawi się na świecie:

Rosyjskie strony internetowe oraz ichnie filmiki na YT zawierają wiele pożytecznych instrukcji oraz wzorów ;-)

Nie byłabym sobą gdybym nie pochwaliła się Szanownym! On także produkował, ale w swoim zakresie robótek ręcznych. Powstał piec do centralnego na olej opałowy (chcemy przyoszczędzić gazu) oraz domek na rowery i sprzęt podwórkowy:

A koty się lenią i cieszą nasze oczy swoim beztroskim zachowaniem:

Wszystkiego najlepszego na co czekacie w nowym, 2018 roku!

:-*

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Na Insta wstawia się szybko - ot ze smartfona wrzuca się foto na aplikację i ma się już obraz do pokazywania. Z blogiem jest trochę gorzej, bo zdjęcie należy najpierw obrobić, żeby odpowiednia wielkość się zmieściła ;-) 

A więc wrzucam kilka ubranek wykonanych ostatnio dla Maniutkowych lalek. Niektóre zostały zrobione kilka tygodni temu, a inne np. wczoraj.

Biała sukienka zrobiona szydełkiem:

Sukienka ze starych skarpet Mani, które miały iść do utylizacji ;-)

Z podobnie starych skarpet powstały legginsy. Druga skarpeta zapewne posłuży na uszycie legginsów długich ;-)

Wiosna idzie więc należy lalki zacząć ubierać zwiewnie. Np. w sukienkę w kwiaty:

Muszę się też pochwalić dłubaninką Mani. Z moją małą pomocą (wskazówki słowne oraz jedna ręczna) uszyła swoją pierwszą spódniczkę dla lalki:

Kot się lenił:

A my piekliśmy chlebki, ciasta czekoladowe, serniki i graliśmy w karty. Dobrze, że już jutro normalny dzień pracy, bo nawet pogoda nie nastrajała do czynów ogródkowo-podwórkowych.

Miłego! 

20:22, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 sierpnia 2016

Od zeszłej środy mamy nowego członka rodziny. A właściwie członkinię klanu :-) Kicia przyszła do nas od mojej zaprzyjaźnionej koleżanki, której trafiła się znajdka akurat w stanie wskazującym na skorzystaniu z życia ;-)

Nasza kicia to trikolorka. Podobno bardzo trudny charakter i ciężki do opanowania, ale akurat ja lubię ciężkie przypadki, bo sama do lekkich nie należę ;-)

Już pierwszego dnia zdołała poznać wszystkie nasze trzy pokoje, łazienkę i kuchnię. Wdrapała się bez większego problemu na dwumetrowy drapak, czym wprawiła w osłupienie naszego dorosłego juz Urwiska. Niestety, jak to w przypadku wprowadzania nowego zwierza do stada, Urwis się jeszcze oswaja z nowym nabytkiem. Obrażony nocuje na ganku i tylko na żarcie przychodzi o ustalonych porach. Ale nie ma tego złego - akceptuje małą i nawet kilka razy ją liznął. Ona oczywiście chciałaby wejść z nim w układ zabawowo - rozrywkowy; zaczepia go bowiem, trącając łapką jego ogon naznaczony na czubku małą, białą "diodką". Ale Kocisko się nie daje, odchodzi śmiertelnie poważny jakby chciał powiedzieć: "z gówniarzami się nie zadaję" :-)

Psota zdążyła już zwalić ze stołu nasze smartfony, w nocy pospadały książki z regału, po którym spacerowała, a kuwetka jest też dobrym miejscem do zabawy - te ziarenka tak fajnie wyskakują jak się je trąca ;-)

Tak więc mamy żywy telewizor i jeśli kotka nie śpi humory nam dopisują od samego patrzenia. Oczywiście Urwiska głaszczemy kiedy tylko możemy, choć on i tak spaceruje naburmuszony, że jakiś sraluch mu się krząta po jego terytorium ;-) Jeszcze niedawno bawił się tasiemką, gałązką z drzewa, a teraz się taki śmiertelnie poważny zrobił :-) Ale do czasu. Jeszcze się zaprzyjaźnią. Nie przechodzimy tego pierwszy raz.

Bardzo trudno uchwycić ją na foto, jest tak szybka i sprytna, że trzeba poczekać, aż zacznie układać się do spania.

Tagi: koty
11:13, sokramka
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 czerwca 2016

Dużo, wiele i mnóstwo. Od soboty choruję. Tzn nie jest to coś, co powaliłoby mnie z nóg (bo mnie tak łatwo nie jest powalić ;-)) ale jednak ból gardła i gile dokuczają dość mocno. Mija tydzień więc według powiedzenia ludowego powinnam z przeziębienia już jutro wyjść ;-)

W pracy wniosek za wnioskiem leci, w międzyczasie staram się robić rzeczy poza planem, przydzielane mi na "cito". Dobrze się w tym czuję i spełniam się zawodowo. Dowiedziałam się również, że od lipca czekają nas jakieś podwyżki. W zasadzie nie będą to jakieś ogromne pieniądze, tylko sumy rzędu 150-200 zł (brutto) ale zawsze coś. Proszę pamiętać, że pracuję w budżetówce więc tutaj tylko kierownictwo obraca kwotami wyższymi niż średnia krajowa ;-)

W domu oczekiwanie na nowego lokatora, a właściwie lokatorkę. Mamy już "zaklepaną" małą kotkę, urodzoną niedawno przez kotkę u zaprzyjaźnionej koleżanki. Cieszymy się bardzo. Kocię jednak musi mieć 12 tygodni, żeby bezpiecznie zabrać je od mamy. W planach jest już imię dla kotki - Frytka ;-)

Z wieści poza domowych: dowiedzieliśmy się, że pacholę, po operacji zespolenia rozszczepu podniebienia, niestety będzie cierpiało na następnej. Przyczyną jest podobno... niedbalstwo rodziców. Szczegółów nie znam, ale wiem tylko, że dziecku wszystko się rozłazi mimo operacji. Miała być w planach już tylko kosmetyka twarzy, a tu się okazuje, że ponownie trzeba będzie usypiać do operacji. Przykre to i choć wielokrotnie powtarzałam, że to nie moje małpy i nie mój cyrk, jest mi zwyczajnie szkoda tego dziecka, bo rodzice jednak udowadniają, że nie dorośli do pełnienia tej funkcji. To im jest bardziej potrzebna opieka.

Zaraz koniec roku szkolnego: Mania wychodzi z czwartej klasy z bardzo dobrymi ocenami i zachowaniem wzorowym. Szczerze to jestem zdziwiona, bo ta jej absencja powinna przynajmniej obniżyć zachowanie o jeden stopień, ale widać pani dała jej szansę. Co do psychologicznych potworów, walczymy z nimi nadal: np. poniedziałek był znów dniem wagarów. W czwartek byłam u szkolnej psycholog, którą bardzo lubię i cenię za profesjonalne podejście do zawodu. Namawiała mnie na ukończenie badań w poradni, mimo naszych (moich i Mani) oporów i antypatii do tamtejszej psycholog. Argumentowała to tym, że to będzie jakby "kara" dla Małej, że w ramach jej zaniedbywania szkoły musi cierpieć w nielubianym miejscu. Wiem, że żeby zamknąć badanie w poradni potrzeba tylko jeszcze jednej wizyty. Potem będzie wystawiona opinia i koniec. Tak więc rozważę ten pomysł.

Jeśli wyrobię się do końca czerwca z obrobieniem wszystkich moich papierów, będę mogła spokojnie iść na zasłużony urlop od 1 sierpnia. Na to tylko czekam....

wtorek, 26 kwietnia 2016

Nie będzie dobrych wieści. Zdechła mi wczoraj czarna kotka :-( Jest mi tak cholernie przykro, bo aż przychodzą nam z Szanownym takie myśli do głowy, że szkoda brać jakiekolwiek zwierzę do domu, bo zginie. 

Najpierw mieliśmy Psotkę. Psota była trikolorką. Pobyła u nas ze trzy tygodnie i... zniknęła. Wyszła i nie wróciła. Tak jakby komuś się spodobała i ktoś ją sobie przygarnął. Potem my przygarnęliśmy Tygryska, a za rok wzięliśmy do pary czarną Pumę. Pisałam o tym gdzieś na blogu, jak Tygrys zginął pod kołami samochodu. Zakopany jest w ogródku. Później wzięliśmy dwupak - brata z siostrą. To była Aszka i Urwis. Kiedy Aszka skończyła rok również zginęła pod kołami samochodu. 

Puma wczoraj rano jak zwykle wróciła na posiłek, który im codziennie szykuję. Usiadła i zamknęła oczy. Była totalnie osowiała, ale nie miała żadnych obrażeń ani widocznych ran. Nic nie zjadła i położyła się pod krzesło. Kiedy Mania wróciła ze szkoły pod naszym łóżkiem znalazła kałużę krwi. Potem Szanowny mówił, że było jakieś pół szklanki. Okazało się, że kotka pod łóżkiem wykrwawiła się z przewodu pokarmowego. Na pyszczku miała resztki śliny i łapki były również od tego wilgotne. Tak jakby chciała sobie coś usunąć z pyszczka. 

Zakopaliśmy ją w ogródku obok Aszki i Tygrysa. Strasznie przykro. 

Mamy kilka teorii co do śmierci kotki: 
a) potrącenie przez samochód - brak oznak zewnętrznych, uszkodzenie narządów wewnętrznych, po czym smierć,
b) zjedzenie trucizny - nie wiem, trutki na szczury, w konsekwencji zatrucie i śmierć,
c) zjedzenie myszy, która wcześniej zjadła trutkę - konsekwencje j.w.
d) w końcu nawet jakaś nie wykryta choroba nowotworowa, jakis wrzód, guz, który pękł i spowodował wykrwawienie,

Nie znamy przyczyny, a sekcji zlecać nie będziemy. To i tak kotu życia nie wróci.  

Wiem, może ktoś powie, że jesteśmy nieodpowiedzialni biorąc kota do wychodzącego domu, licząc się z tym, że wpadnie pod samochód, albo ktoś kota ukradnie. Ale nie wyobrażam sobie więzić zwierzęcia w domu, w którym warunki pozwalają mu na swobodne przebywanie na wolności. W bloku, na piętrze - rozumiem, ale nie na działce. Sama widziałam wiele razy jak moja ciotka, posiadająca dwa psy i kotkę, zakazała wypuszczać jej na dwór. Tam u ciotki akurat do samochodów daleko, jeden pies po sąsiedzku, większych zagrożeń niet. Kotka ciotki non stop siedzi w oknie i miauczy. Psy wychodzą - kotce nie wolno. Do tego kocie wc to zwykła kuweta wyłożona.... gazetami, bo ciotka twierdzi, ze kotu wszystko jedno. 

Mówcie sobie co chcecie, ale po wakacjach mamy zamiar przygarnąć kolejnego kociaka potrzebującego domu. Urwis nie może być sam.

Puma skończyła w tym roku 5 lat. 

Tagi: koty
19:19, sokramka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Miał być naukowo-uczelniany, ale pojechałam tylko podstemplować legitymację i stwierdziłam, że więcej stracę siedząc na nudnych wykładach, niż będąc w tym czasie w domu. I rzeczywiście. Do skończenia był kocyk ;-) do posprzątania wykładzina w przedpokoju z ptasich piór (efekt kociego śniadania). Potem przyjechali do nas Scareface z Blondyną i Królewną.

W domu obserwowałam przyrodę. Tak, tak - ja obserwowałam przyrodę ;-) ale kwiatów nadal nie lubię i chyba się nie przekonam. No chyba, że kiedyś..... i nie mów nigdy - nigdy ;-) Otóż okazuje się, że mamy w oczku żaby, które złożyły skrzek. Tak więc będą kijanki i małe żabki. Już można usłyszeć o świcie i wieczorami miłe da ucha żabie gruchanie. Boimy się tylko czy czasem nasze koty nie będą chciały potraktować żabek jako przystawkę przed obiadem :-( Ale miejmy nadzieję, że tak nie będzie.

Kocyk ukończyłam w niedzielę. Został spakowany i w najbliższym czasie powędruje do Królewny. Niedzielny obiad skończył się w końcu otwarciem sezonu grillowego, zimnym piwem i siedzeniem obok chłopa i córki na ławce podwórkowej. Miło.

A poniżej moja przyroda domowa:

I ukończony kocyk:

Miłego poniedziałku! I całego nadchodzącego tygodnia ;-)

 

środa, 30 marca 2016

Serwetka ma średnicę 40 cm. Jest kilka błędów, ale dla laika są niewidoczne ;-)

Kocyk się robi. Wymiary elementów to 10x10 cm. Jak będzie cały skończony też wstawię.

I proszę się nie pytać kiedy ja to dziergam ;-) bo będzie wstyd na cały kraj :-D Dobrze, że pralka pierze sama i dzieci nie muszę przewijać, hi hi ;-)

A na koniec wiosenny leniuch:

09:34, sokramka
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3