Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: mężczyźni

wtorek, 07 lutego 2017

Mamy w pracy nowego pracownika. Koleś jest lekko po czterdziestce, jest bardzo miły, sympatyczny, zabawny, rozmowny, towarzyski...oj za dużo chwalenia. No właśnie. Po mojemu ma jedną wadę: wszystkie panie całuje w rączkę na powitanie. Fuuuj. Z racji mojego podejścia do spraw damsko-męskich, czyli spłaszczania wizerunku kobiety i mężczyzny, otwarcie powiedziałam do naszego kolegi (zachowując jednocześnie pełną kulturę i uśmiech), że ze mną proszę witać się "po męsku". Najlepiej gdyby uścisnął mi dłoń i na tym poprzestał. Kolega oczywiście odwzajemnił uśmiech i z nieukrywanym szyderstwem w głosie odparł: "zobaczymy, zobaczymy, prędzej czy później się złamiesz". No na takie teksty to ja zawsze byłam cięta i mój obrzydliwy charakter powodował, że zawsze robiłam na przekór.

Kolega zajmuje pokój obok, ale zawsze przychodzi do nas i kulturalnie wita kolejny dzień pracy. Dziewczyny, z którymi siedzę już powoli mają dość tego savoir-vivre, ale żadna nie ma odwagi, żeby jemu to powiedzieć. Na samym początku kolega usłyszał ode mnie jasną deklarację i mam teraz spokój. Nie próbuje mnie lizać po dłoni na siłę :-P

I teraz mnie zastanawia: czy koleżanki są za mało asertywne? Czy może myślą, że nie wypada urazić kolegi mówiąc mu otwarcie, że to się im już nie podoba? A poza tym czytałam zasady dobrego wychowania i całowanie kobiet po łapkach w miejscu pracy jest nie na miejscu. Ale kolega widać, że chce być blisko pań. Nawet bardzo blisko ;-) Ja staram się zawsze zachować ten bezpieczny mur, granicę bliskości, która według psychologów wynosi długość wyciągniętej przed siebie ręki.

Chwilowo sytuacja się nie zmienia i nie wiem czy któraś odważy się otwarcie zaprotestować, że nie ma ochoty na cmokanie w łapki ;-) W każdym razie nowy kolega jest obecnie powodem naszych codziennych plotek.

czwartek, 03 listopada 2016

Po dokonaniu tego wpisu mogę się spodziewać negatywnych komentarzy, ale co mi tam. Do pewnych rzeczy w życiu się dojrzewa, na inne patrzy się po latach ze złamanej perspektywy. Generalnie - człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera. I choćby zapierał się przy jednej opinii przez kilkadziesiąt lat, to zapewne po jakimś czasie odmieni mu się w danym temacie.

Będzie o relacjach rodzinnych pomiędzy mną, moim Synem, a moim Bratem.

Kiedyś popełniłam taki wpis, na końcu którego napisałam, że gdybym miała wybierać pomiędzy moim Bratem, a Szanownym, w sytuacji stresowo, powiedzmy, "rozwodowej", wybrałabym Brata. I teraz, z perspektywy czasu wiem, że to było bardzo błędne stwierdzenie.

Zacznę od tego, że robi się ze mnie indywidualistka większa, aniżeli byłam nią do tej pory. Być może sprawiła to obecna praca, w której się spełniam i czuję się dobrze. Nie będę wahać się użyć stwierdzenia, że czasem bywam "ważna-bagażna". Mam tego świadomość. I być może mam inne spojrzenia na wiele spraw. Może są one skrzywione, nie wiem.

Mój Brat nie ma gdzie mieszkać, koczuje u ciotki na wsi, do mnie przyjeżdża na gotowanie sobie obiadów na trzy dni zapasu oraz zostawia brudy do prania, zabiera czyste. Nie mogę go wziąć do siebie, bo po pierwsze: nie przepada za nim mój Szanowny, po drugie: nie mam wystarczająco miejsca na lokatora, a po trzecie i najważniejsze: mój Brat chyba nie chciałby koczować w takim kołchozie.

Mój indywidualizm objawia się ostatnio skierowaną frustracją właśnie w stronę mojego Brata. Nie umniejsza to mojej siostrzanej miłości do niego (bo to w końcu mój rodzony Brat), ale irytowały mnie jego pewne zachowania. Przyjeżdżał około południa, siedział 5-6 godzin, oglądał filmy, korzystał z internetu, pierdział w krzesło. Takie tam... Niby nic, a jednak na dłuższą metę zaczynało to wkurzać. Do tego wtryniał swój nos w moje decyzje remontowe. Ja to widziałam - przynajmniej tak odbierałam - jako krytykę moich wyborów. "te szafki to byle jakie, ale kran do zlewu spoko", "ja bym sobie takich kontaktów nie kupił, najlepsze to te firmy X". Niby nie powinno być to odbierane jako napaść, ale mnie coś trzaskało w środku.

Do tego mam poważne problemy z Pierworodnym. Małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - i tak dalej. Syn mój repetuje ostatnią klasę technikum, w której miał już w tym roku kalendarzowym zdawać maturę. Do wczoraj siedział w domu, pierdział w krzesło i nie zrobił NIC, żeby zrealizować choć część planu ratującego jego dupę. Czekał. Czekał na termin wizyty w poradni, potem czekał na wynik badań, później czekał na decyzję, marnując kilka dobrych miesięcy na znalezienie choćby najmniej płatnej, ale jakiejś pracy. Uciekły mu chęci do zarobkowania, a nawet już w harcerstwie nie udziela się tak jak dawniej. Nie sprząta, rzadko kiedy sobie pierze (ale pierze) i posiada wymagania: "kup mi książkę", "czy dołożysz mi do nowego telefonu?". Pyskuje. Wypomina. Nie szanuje. Drwi. Szydzi. Dokucza siostrze.

W pewnym momencie nie wytrzymałam i pewnego dnia wywołałam awanturę. Wszelkie próby szukania wsparcia u Brata kończą się od pewnego czasu jego stwierdzeniem: "oboje jesteście siebie warci." Fakt. Być może ma rację, ale ja z wychowywania mojej Mamy nie to pamiętam. Nie umywa się rąk, kiedy ktoś ma jakiś problem "bo mnie to nie dotyczy".

Zaraz ktoś mi napisze: "przecież sama kiedyś pisałaś, że nie lubisz jak Ci się Brat wtrąca w wychowanie Twoich dzieci". Tak! Jak się wtrąca - nie lubię. Nie lubię kiedy ktoś wywraca mój system wychowania do góry nogami i podważa mój autorytet. Ale w sytuacji kiedy osobiście zwracam się o poradę/pomoc od "mężczyzny", o zwrócenie uwagi na chamskie zachowanie dwudziestolatka, oczekuję minimalnego wsparcia od Brata. Nawet Szanowny - świadomie odsunięty przeze mnie 15 lat temu od spraw wychowawczych mojego Syna, potrafi więcej włożyć pomocy w problem kiedy go o to poproszę.

Nie wiem czy zrobiłam się zołzowatą jędzą, ważną "panią biurwą", nie wiem czy przekraczamy aktualnie "trudny wiek" mojego Pierworodnego, czy może przechodzimy z Bratem "kryzysy wieku średniego". W każdym razie Brat teraz przyjeżdża na krótko, pod moją nieobecność, robi sobie żarcie, zabiera czyste rzeczy, po czym zmywa się cichaczem. Oczywiście robi to po ustaleniach z Młodym, który musi być obecny w domu, bo inaczej Brat nie wejdzie.

Najgorsze jest to, że oni jako faceci za moimi plecami dogadują się między sobą. Mój Brat i moj Syn. Doskonale to rozumiem. Chyba mam za dużo mężczyzna na metr kwadratowy mojego życia (to tekst Bezcielesnej ;-)) Chociaż ostatnio Szanowny jest moim prawdziwym przyjacielem, partnerem takim, o jakim tylko mogłabym marzyć. Mimo jego wad nabytych i wrodzonych idzie się z nim dogadać na całej linii. Zaczynamy tworzyć taki magiczny team jak kiedyś moja Mama, ja i mój Brat, kiedy byliśmy nastolatkami... Może to czas przemian? Może to czas jakiegoś nowego rozdziału? Wiem jedno - uświadamiam mojego Syna, że trzymać go do starości nie będę i nie będę płakać kiedy w końcu się wyprowadzi na jakieś "swoje". Marzę o tym od jakiegoś dłuższego czasu. Nie rozumiem matek, które na siłę trzymają swoje dorosłe dzieci, bojąc się, nie wiem: o siebie, o swoją samotność? o niesamodzielność dzieci? Każdy musi zderzyć się z rzeczywistością i jej doświadczyć, bo nie ma innej szkoły życia. Nie ma życia bezproblemowego, bezstresowego.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Jakiś czas temu pisałam o Okularnicy i zaniedbaniach względem jej dziecka. Myszka zainspirowała mnie do pewnych przemyśleń związanych z odpowiedzialnością rodzicielską. Oto moje refleksje:

Wychowywała mnie i mojego Brata tylko Mama. Nasz ojciec nie chciał (nie mógł/nie potrafił) uczestniczyć w tym procesie. Wyniosłam z domu obraz kobiety niezależnej, za wszystko odpowiedzialnej i skazanej na własne decyzje. Mając już swoje dziecko (które także wychowywałam sama) nie dopuszczałam innego scenariusza jak poleganie tylko na sobie i niedopuszczanie facetów do swojego życia.

Oczywiście będąc już matką spotykałam się z facetami, ale nigdy nie marzyłam o byciu "żoną", "piastunką domowego ogniska", nie chciałam być częścią jakiejś układanki. Najważniejsze było dla mnie moje dziecko. Spotykając na swojej drodze Szanownego też myślałam tylko o luźnym związku. On nie miał jeszcze rozwodu, ja własnego lokum, bardzo mi pasował układ na odległość. Kiedy w końcu zamieszkałam z Pierworodnym "na swoim", Szanowny wprowadził się i nagle zobaczyłam, że kręci się po "moim rewirze" jakieś obce ciało ;-) Z przyzwoitości (i w zakochaniu) musiałam przyzwyczaić się do intruza. Dużo mnie kosztowało przestawienie się na model trzyosobowy.

Z przykładów życiowych: to Szanowny wyszedł pierwszy z inicjatywą o wspólnym dziecku, mimo, że sam już miał synów i ja swojego też, to Szanowny zaproponował po kilku latach wspólnych ślub, na którym była już nasza córka, choć ja nie nalegałam, a on miał za sobą jedno nieudane małżeństwo. Widać uznał, że pasujemy do siebie i możemy być czymś więcej niż tylko parą kochanków.

Po latach widzę, że samotne macierzyństwo uczy odporności wobec świństw na tym świecie. Ale SM to nie do końca taka wspaniała perspektywa. Mimo tego, że kobieta będzie całą sobą pokazywać światu, że daje radę. Widziałam to z czasem na przykładzie mojej Mamy. Choć zapewniała mnie, że żadne szurające kapcie nie zakłócą jej miru domowego, to często siedząc samotnie wieczorami zagadywała mojego Brata. Teraz wydaje mi się, że niechcący uszkodziła jego psyche i to dlatego mój Brat wciąż jest sam. Szuka ideału.

Zazdrościłam Bezcielesnej, że tak bez oporów zostawia córkę na weekendy swojemu Byłemu, że nie ma obaw, czy mała będzie dopilnowana, uczesana, nakarmiona. Przyznam, że ze mnie wychodziła zawsze diablica, która najlepiej wiedziała co mojemu dziecku jest potrzebne i że ten "tatuś" nie poradzi sobie w opiece nad dzieckiem.

Duży błąd, chyba niestety wynikający z mojej przeszłości.

Dziecko ma oboje rodziców. Spotyka się plemnik z jajeczkiem - tego nie da się zmienić ;-) I nawet jeśli nie wierzy się w siły przerobowe tatusia czy mamusi, to należy dać szansę na wykazanie się. Oczywiście pomijam fakt rodziców alkoholików, narkomanów, tych co o dzieciach zapominają, zostawiając w domach dziecka.

Co do mojego pasierba, Okularnicy i ich dziecka - to oczywiście Myszka ma dużo racji. Tatuś tez powinien uczestniczyć w walce o dobro dziecka. Nawet jeśli (tak jak mój pasierb) pracuje po 10-12 godzin. Ale przecież weekendy ma wolne. Nie jest Fiutosławem Płodzimierzem i swój rozum ma. Obecność pasierba w życiu małego jest mimo wszystko znacząca, bo tatuś bawi się z synkiem, czasem nakarmi, ale moim zdaniem powinien też wspierać Okularnicę w jej opiece nad ICH WSPÓLNYM, chorym dzieckiem.

Dziś mam zgoła inne podejście do życia z chłopem. Dużo się nauczyłam i uczę nadal. Dawno temu już Czubaszkowa pisała, że faceta nie da się zmienić. Typ jest do zaakceptowania, albo...zmiany modelu ;-) Ale przecież to samo działa w drugą stronę - kobiet też się nie da tak łatwo zmienić. Poza tym: nobody's perfect ;-)

Mój pasierb popełnia wiele błędów, ale jest trochę bystrzejszy od matki swojego dziecka. Powinien więc wziąć odpowiedzialność za ich oboje: dziecko i jego matkę. Myślę, że wtedy - angażując się w realne kłopoty, mogliby pomóc temu małemu powoli wychodzić na prostą. Nadmienię, że czeka chłopca kolejna operacja rozszczepu, rehabilitacja oraz wzmożona opieka intelektualna (mały wykazuje objawy opóźnienia umysłowego).

Chłopy - bierzcie się do roboty, a baby - poluzujcie trochę cugle i dajcie im się wykazać ;-) Nie wiem czy zdołałam w pełni przekazać o co mi chodziło, ale ogólnie życie ludzkie jest porąbane ;-) Koty mają łatwiej :-)))))