Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: brat

wtorek, 14 listopada 2017

Dzieje się. I nie tylko w moim najbliższym otoczeniu, ale i u znajomych i znajomych znajomych. Najpierw więc zacznę od siebie:

Brat mój dopiero dziś został wypisany ze szpitala po niefortunnym wycięciu zwykłego, wydawać by się mogło, wyrostka. Miał jakieś komplikacje, przetrzymali go w sumie dwa tygodnie. Dobrze, że już jest w domu. Bywało już tak, że pisał mi dołujące wiadomości oraz przesyłał kody i piny do swoich tajnych sekretów. Ale teraz dodatkowo posiedzi jeszcze w domu trzy tygodnie na zwolnieniu. Ma dobry humor i to jest najlepsze.  

Służbowo nie dzieje się dobrze albowiem nadeszła w moim zakładzie pracy restrukturyzacja, która poniesie ze sobą brzydkie konsekwencje m.in. zwolnień ludzi, którzy moim zdaniem powinni na stanowiskach zostać. Jednak co kraj to obyczaj, co szef to inne decyzje. 

W związku z tymi ruchami kadrowo-sekcyjnymi, postanowiłam uciec z tego bałaganu i znowu rozsyłałam swoje CV w celu poprawienia sobie samopoczucia i być może znalezienia świętego spokoju. Nadzieja matką głupich, ale każdą matkę trzeba kochać ;-) Może z końcem tygodnia okaże się, że nastąpią zmiany, według których będę musiała prędko zakupić jakiś samochód, bo dojazd do nowej pracy nie będzie komfortem komunikacyjnym. Ale o tym na pewno napiszę w odrębnym wpisie. 

Dobrej, wtorkowo-środowej nocy...

Tagi: brat praca
20:51, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 03 listopada 2017

Dziś mam wolne. Wzięłam dzień urlopu ponieważ Mańka się rozchorowała, a zwolnienia nie chciałam brać. "Spotkał katar Katarzynę, Katarzyna pod pierzynę" i dalej już jak w tym wierszyku - Mania musiała dwa dni zostać w domu i się podkurować. Na szczęście to nic groźnego, bo po pierwszej dobie już zaczyna normalnie mówić bez chrypki i nadmiernych gilów z nosa ;-) 

Choroba za to dopadła mojego Brata i to na poważnie. We wtorek wylądował na ostrym dyżurze z powodu koszmarnych bólów brzucha. Alarmował mnie już w nocy, że sobie nie może z tym poradzić i dopiero o 7.00 we wtorek zdecydował się na przyjazd do szpitala. Okazało się, że ma atak wyrostka robaczkowego i trzeba mu było wyciąć te ślepą kiszkę. Latałam więc przez kilka dni do niego na oddział będąc donosicielem czystych rzeczy, owocków, gazetek do czytania i robiąc za wypełniacz nudy. Dziś Brata mogą wypuścić. Zwolnienia dostanie zapewne trzy tygodnie albo i więcej. A pomyśleć, że niedawno był na... miesięcznym urlopie :-)))) Niedługo jego współpracownicy zapomną jak on wygląda. 

Szanowny też po tygodniowym katarze, tylko ja się trzymam. Wiadomo - złego licho nie bierze ;-) 

W międzyczasie powstaje prezent dla Pierworodnego.... Jak mi wyjdzie, to będę z tego MEGA dumna, albowiem kosztuje mnie dużo pracy i cierpliwości. A tę ćwiczę u siebie z największą starannością. Oczywiście nie omieszkam się pochwalić, choć najprędzej znajdzie się wśród fotek na Instagramie ;-)  

 

Tagi: brat córka
14:37, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 listopada 2016

Po dokonaniu tego wpisu mogę się spodziewać negatywnych komentarzy, ale co mi tam. Do pewnych rzeczy w życiu się dojrzewa, na inne patrzy się po latach ze złamanej perspektywy. Generalnie - człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera. I choćby zapierał się przy jednej opinii przez kilkadziesiąt lat, to zapewne po jakimś czasie odmieni mu się w danym temacie.

Będzie o relacjach rodzinnych pomiędzy mną, moim Synem, a moim Bratem.

Kiedyś popełniłam taki wpis, na końcu którego napisałam, że gdybym miała wybierać pomiędzy moim Bratem, a Szanownym, w sytuacji stresowo, powiedzmy, "rozwodowej", wybrałabym Brata. I teraz, z perspektywy czasu wiem, że to było bardzo błędne stwierdzenie.

Zacznę od tego, że robi się ze mnie indywidualistka większa, aniżeli byłam nią do tej pory. Być może sprawiła to obecna praca, w której się spełniam i czuję się dobrze. Nie będę wahać się użyć stwierdzenia, że czasem bywam "ważna-bagażna". Mam tego świadomość. I być może mam inne spojrzenia na wiele spraw. Może są one skrzywione, nie wiem.

Mój Brat nie ma gdzie mieszkać, koczuje u ciotki na wsi, do mnie przyjeżdża na gotowanie sobie obiadów na trzy dni zapasu oraz zostawia brudy do prania, zabiera czyste. Nie mogę go wziąć do siebie, bo po pierwsze: nie przepada za nim mój Szanowny, po drugie: nie mam wystarczająco miejsca na lokatora, a po trzecie i najważniejsze: mój Brat chyba nie chciałby koczować w takim kołchozie.

Mój indywidualizm objawia się ostatnio skierowaną frustracją właśnie w stronę mojego Brata. Nie umniejsza to mojej siostrzanej miłości do niego (bo to w końcu mój rodzony Brat), ale irytowały mnie jego pewne zachowania. Przyjeżdżał około południa, siedział 5-6 godzin, oglądał filmy, korzystał z internetu, pierdział w krzesło. Takie tam... Niby nic, a jednak na dłuższą metę zaczynało to wkurzać. Do tego wtryniał swój nos w moje decyzje remontowe. Ja to widziałam - przynajmniej tak odbierałam - jako krytykę moich wyborów. "te szafki to byle jakie, ale kran do zlewu spoko", "ja bym sobie takich kontaktów nie kupił, najlepsze to te firmy X". Niby nie powinno być to odbierane jako napaść, ale mnie coś trzaskało w środku.

Do tego mam poważne problemy z Pierworodnym. Małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - i tak dalej. Syn mój repetuje ostatnią klasę technikum, w której miał już w tym roku kalendarzowym zdawać maturę. Do wczoraj siedział w domu, pierdział w krzesło i nie zrobił NIC, żeby zrealizować choć część planu ratującego jego dupę. Czekał. Czekał na termin wizyty w poradni, potem czekał na wynik badań, później czekał na decyzję, marnując kilka dobrych miesięcy na znalezienie choćby najmniej płatnej, ale jakiejś pracy. Uciekły mu chęci do zarobkowania, a nawet już w harcerstwie nie udziela się tak jak dawniej. Nie sprząta, rzadko kiedy sobie pierze (ale pierze) i posiada wymagania: "kup mi książkę", "czy dołożysz mi do nowego telefonu?". Pyskuje. Wypomina. Nie szanuje. Drwi. Szydzi. Dokucza siostrze.

W pewnym momencie nie wytrzymałam i pewnego dnia wywołałam awanturę. Wszelkie próby szukania wsparcia u Brata kończą się od pewnego czasu jego stwierdzeniem: "oboje jesteście siebie warci." Fakt. Być może ma rację, ale ja z wychowywania mojej Mamy nie to pamiętam. Nie umywa się rąk, kiedy ktoś ma jakiś problem "bo mnie to nie dotyczy".

Zaraz ktoś mi napisze: "przecież sama kiedyś pisałaś, że nie lubisz jak Ci się Brat wtrąca w wychowanie Twoich dzieci". Tak! Jak się wtrąca - nie lubię. Nie lubię kiedy ktoś wywraca mój system wychowania do góry nogami i podważa mój autorytet. Ale w sytuacji kiedy osobiście zwracam się o poradę/pomoc od "mężczyzny", o zwrócenie uwagi na chamskie zachowanie dwudziestolatka, oczekuję minimalnego wsparcia od Brata. Nawet Szanowny - świadomie odsunięty przeze mnie 15 lat temu od spraw wychowawczych mojego Syna, potrafi więcej włożyć pomocy w problem kiedy go o to poproszę.

Nie wiem czy zrobiłam się zołzowatą jędzą, ważną "panią biurwą", nie wiem czy przekraczamy aktualnie "trudny wiek" mojego Pierworodnego, czy może przechodzimy z Bratem "kryzysy wieku średniego". W każdym razie Brat teraz przyjeżdża na krótko, pod moją nieobecność, robi sobie żarcie, zabiera czyste rzeczy, po czym zmywa się cichaczem. Oczywiście robi to po ustaleniach z Młodym, który musi być obecny w domu, bo inaczej Brat nie wejdzie.

Najgorsze jest to, że oni jako faceci za moimi plecami dogadują się między sobą. Mój Brat i moj Syn. Doskonale to rozumiem. Chyba mam za dużo mężczyzna na metr kwadratowy mojego życia (to tekst Bezcielesnej ;-)) Chociaż ostatnio Szanowny jest moim prawdziwym przyjacielem, partnerem takim, o jakim tylko mogłabym marzyć. Mimo jego wad nabytych i wrodzonych idzie się z nim dogadać na całej linii. Zaczynamy tworzyć taki magiczny team jak kiedyś moja Mama, ja i mój Brat, kiedy byliśmy nastolatkami... Może to czas przemian? Może to czas jakiegoś nowego rozdziału? Wiem jedno - uświadamiam mojego Syna, że trzymać go do starości nie będę i nie będę płakać kiedy w końcu się wyprowadzi na jakieś "swoje". Marzę o tym od jakiegoś dłuższego czasu. Nie rozumiem matek, które na siłę trzymają swoje dorosłe dzieci, bojąc się, nie wiem: o siebie, o swoją samotność? o niesamodzielność dzieci? Każdy musi zderzyć się z rzeczywistością i jej doświadczyć, bo nie ma innej szkoły życia. Nie ma życia bezproblemowego, bezstresowego.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Mania w końcu gdzieś ruszy tyłek na więcej niż jeden dzień :-) W piątek wyjeżdża z koleżanką i jej mamą (moją koleżanką ;-)) na weekend z poniedziałkiem włącznie. Zaproszenie dostała już dwa tygodnie temu, a ja strasznie się ucieszyłam, że chociaż odrobinę będzie mogła poczuć wakacji. Tym bardziej, że z koleżanką bardzo się lubią, chodzą razem na basen, a od tego roku szkolnego będą widywać się tylko na przerwach. Tamta dziewczynka poszła do sportowej klasy - moja Mańka została w zwykłej. 

Będzie też o Dziadku. Dawno o nim nie pisałam, bo go obserwowaliśmy. I zaobserwowaliśmy poprawę. Wzięło się to stąd, że nowa "narzeczona" teścia bardzo go pilnuje i dba o niego. To jakaś stara miłość z lat młodości więc tym bardziej oprócz uczucia działa jakaś tam nostalgia. Narzeczona jest wdową, ale niestety z pewnych powodów nie może z dziadkiem wziąć ślubu. Spotykają się więc u niej w mieszkaniu, czasem ona przyjedzie tutaj (sporadycznie), razem byli też w sanatorium i na wakacjach nad morzem. I co jest w tym wszystkim najważniejsze: że teść nie pije. Czasem jak jest sam obali jakieś piwko, ale to już nie są małpki, czy litry z kolegami. Ufff jaka ulga...

Brat też szczęśliwy. Zadzwonił do mnie, że jego sytuacja finansowa jest aktualnie czysta jak łza. Może zacząć planować kupno mieszkania i potrzebuje na to jakieś pół roku. Brat sam mnie poinformował, nie kontrolowałam go. Wiem, że może dla innych osób wyda się to dziwne, ale my sami czujemy potrzebę kontaktowania się w chwilach dobrych i złych. To nie jest tak, że ja jego, czy on mnie kontroluje. Kiedy odebrałam dyplom pierwszą osobą, którą powiadomiłam był właśnie Brat. Kiedy on prowadzał się z dziewczynami znałam ich imiona i wiedziałam jakie są, bo Brat sam odczuwał potrzebę opowiadania o tym. To samo działa w drugą stronę. 

I w lekkim nawiązaniu do spraw domowych ;-) sytuacja małżeńska znowu jest optymistycznie poprawna. No bo jeśli ludzie kłócą się najczęściej o pieniądze, to zawsze jakaś burza wisi w powietrzu. A ostatnio mieliśmy nagły wydatek związany z awarią pieca do wody i centralnego. Niestety, będę wiśnia i kuchnią sie nie pochwalę. Zabrakło na blaty, kontakty, wszystko znowu stanęło. Wychodzi na to, że to taka nasza tradycja domowa - żadna inwestycja nie może być wykonana od A do Z. 

Nie przestaję się jednak uśmiechać - od października wracam na uczelnię, Mania zacznie czwartą klasę, a Pierworodny przygotowania do matury. Ach, zapomniałam wspomnieć, że od powrotu z obozu dzielnie chłopak pracuje :-) Będzie miał na nowe buty i na swoje, prywatne wydatki. Duma mnie rozpiera!

Poza tym gdzieś wyczytałam bardzo fajne słowa: "chcesz być szczęśliwy - to bądź." To jestem ;-) 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Będzie rodzinnie, ale i trochę smutno. Brat mój i Szanowny nie są specjalnie ze sobą zakumplowani. Tzn Szanowny ma w czterech literach osobę mojego Brata, który to godzi się z taką postawą szwagra. Wynika to jeszcze z przygody z kilku lat wstecz, kiedy to Brat mój zawiązał pewien układ z moim teściem, ale zła sytuacja życiowa nie pozwoliła mu się z tego wywiązać do końca. Jednak po pewnym czasie wyraził skruchę, uregulował stosunki z moim teściem oraz przyszedł ostatnio do Szanownego i przeprosił go za wszystko (teść bluzgał na mojego Brata do swojego syna). 

I tu znalazłam się nagle między młotem, a kowadłem, albowiem mąż mój nie chce zakopać wojennego topora ze szwagrem. Niby taki dobroduszny, święty, muchy by nie skrzywdził, a jednak zadry za pazuchą nosi. 

Mój Brat znajduje się obecnie w tragicznej sytuacji lokalowej. Stracił mieszkanie, które znajdowało się w kamienicy odzyskanej przez spadkobierców dawnych właścicieli. Z pierwszą ciotką nie udało mu się zamieszkać. Druga ciotka zaczyna już ingerować w jego życie i zmusza do postępowania według jej reguł. Zresztą od zarania dziejów wiadomo, że nawet z najlepszym członkiem rodziny nie da się swobodnie stworzyć harmonii. Każdy musi mieszkać na swoim. 

Brat przywozi swoje brudne ciuchy do mnie do prania, jada na mieście, bądź stołuje się u mnie. Pakuje mu czasem żywność w słoiki, bo on nie ma gdzie sobie sam tego przygotowywać. Wszystko to robię za plecami Szanownego ponieważ któregoś dnia, gdy się spotkali mąż mój nawet nie chciał podać ręki mojemu Bratu. Nie chce go oglądać, ani mieć z nim nic wspólnego. Powiedział, że nie życzy sobie osoby mojego Brata w tym domu i nie wybaczy mu tych kilku lat potknięć. Sprawa zapewne mogłaby się rozwiązać samoistnie, ale wtedy teść musiałby się pożegnać z tym światem, bowiem o to najbardziej Szanownemu chodzi: o gadanie dziadka. Teść wciąż wypomina błędy mojego Brata, skarżąc się do Szanownego, a Szanowny nie może już tych utyskiwań słuchać. Dodam, że Brat przeprosił i mojego teścia i męża, ukorzył się i uregulował wszystkie niejasne sprawy. 

Któregoś dnia pożarłam się z Szanownym. Powiedziałam, żeby nie kazał mi wybierać pomiędzy dwoma facetami, których kocham. Inaczej, ale jednak kocham. Szanowny odparł, że skoro tak, to proszę bardzo: mogę się wynieść już dziś do "braciszka" i zamieszkać z nim pod mostem. Ostra to była wymiana zdań. I dlatego zawsze miałam wkładaną do głowy niezależność. Żeby nikt nigdy nie mógł mnie niczym szantażować. 

Doszło do tego, że z Bratem spotykam się na mieście i przekazujemy sobie rzeczy poza domem. Ale pocieszam się tym, że Brat ma w planach kupno kawalerki pod Miastem po nowym roku. Jeśli nie znajdzie sobie do tego czasu partnerki życia ;-) tam będziemy mogli się spokojnie widywać. 

Poza tym wiem, że w niejednej rodzinie istnieją zaognione konflikty, które bardzo trudno czasem przez lata rozwiązać. Nie jestem więc osamotniona, ale z drugiej strony to nie jest żadne usprawiedliwienie postępowania mojego męża. Jeśli jednak kiedykolwiek sprawa stanęłaby na ostrzu noża i miałabym dokonywać potwornego wyboru, zdecydowanie wybrałabym Brata i zostawiła Szanownego. 

Rzekłam. 

Tagi: brat Mąż
12:24, sokramka
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 09 czerwca 2014

Zawsze sobie powtarzam – nie narzekaj, inni mają gorzej, wyciągaj z życia, to co masz najlepsze, najcenniejsze i karm się  tym. To bardzo dobre zdanie dla każdego. Czasem jednak przychodzi taka chwila, że ma się ochotę wyć – dlaczego? Dlaczego choroba? Dlaczego niepowodzenia w pracy? Dlaczego brak wsparcia w rodzinie? I inne.

Weekend miałam szkolny. Sesja. Wkuwanie w poprzednich tygodniach dało mi cztery 5 i jedną 4 z dotychczasowych egzaminów. Pozostały mi dwa ostatnie, chyba najgorsze, bo opisowe i z dosyć zawiłego materiału. Dam radę, przecież jakoś muszę. Najgorsze jest to, że przed każdą sesją cholernie się stresuję. Jestem już chyba za stara na takie przeżycia, chociaż nauka daje mi wiele satysfakcji. Chodzenie na uczelnię też odbieram zawsze jako przyjemność wyjścia z domu (jak dla mnie nie przyjaznego) spotykam się z bardzo fajnymi ludźmi, zawiązałam kilka bliższych znajomości i to mnie pcha do przodu.

Powrót do domu po „męskich” rządach zawsze napawa mnie zniesmaczeniem. W szczegóły już wnikać nie będę. Tego nie da się już zreformować. Dodać tylko mogę, że zmieniły się przyzwyczajenia dziadka – już nie robi domówek (przynajmniej ostatnio) teraz wypływa na szerokie wody restauracji i knajp dla samotnych. Ile pieniędzy przepije? To tylko on sam i kelner raczą wiedzieć.

Dobił mnie niedzielny wieczór, kiedy to Brat napisał mi wiadomość, że ciotka, z którą mieszka od pewnego czasu, nie chce wpuścić go do domu. Przypuszczałam, że taki stan rzeczy kiedyś nastąpi bowiem ciotka od dzieciństwa przejawiała symptomy choroby psychicznej, tylko każdy to ignorował. W ogóle moja rodzina jest dziwna, czasem się jej wstydzę, ale rodziny się nie wybiera, rodzinę się ma. Ciotka ma 69 lat i prawdopodobnie schizofrenię, jest nałogowym palaczem, starą i bezdzietną panną. Od urodzenia mieszka w tym samym mieszkaniu. Kiedy została tam tylko ze swoją matką, a moją babcią, maltretowała ją psychicznie. Stąd ucieczki mojej babci w drugie małżeństwo, stąd szukanie pomocy u najmłodszej ze swoich córek – mojej Mamy.

Próbowałam się do ciotki dodzwonić, żeby wpuściła mojego Brata, bo on ma tam swoje rzeczy, klucze od pracy. Nie odbierała. Postawiłam na nogi część rodziny – zadzwoniłam do najstarszej z sióstr mojej Mamy, potem do jej córki, a mojej siostry ciotecznej. Wszystkie doszłyśmy do wniosku, że trzeba mojego Brata stamtąd ewakuować, tylko to on sam musi podjąć tę decyzję. Ciotka jest psychicznym zagrożeniem dla otoczenia, może nawet i fizycznym, bo jest nieobliczalna.

Ręce mi się trzęsły kiedy pisałam smsy i rozmawiałam z rodziną. Miałam już wsiadać w samochód i jechać do Brata jakoś mu pomóc. W końcu ciotka odebrała telefon od mojej siostry. Z bluzgami na ustach łaskawie wpuściła Brata do mieszkania. Dziś będę rozmawiać z Bratem na temat jego dalszego pobytu w tamtym miejscu. Czy ma sens.

Do tego dochodziły jakieś głupie docinki mojego męża. Szanowny i Brat mają pewien nierozwiązany problem i z tego powodu Brat unika Szanownego, a Szanowny pogardza moim Bratem.

Miałam też stresa związanego z moim starszym dzieckiem, ale o tym inny wpis.

Moja Mama mawiała zawsze, że pragnie najbardziej na świecie jednego – świętego spokoju. To piękny dar od losu, który nie zawsze można sobie zafundować.

09:34, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 maja 2014

Szybko zleciał. Cały zeszły tydzień stresowałam się zbliżającą, letnia sesją. Już w piątek nie poszłam na wieczorne zajęcia, bo kończyłam referaty z prawa karnego. Oddałam je w niedzielę.

Sobota była bardzo gorącym dniem, a ja okropnie odczuwam takie temperatury; w zimę mogę na siebie założyć tysiąc swetrów i palić meblami w piecu ;) a w taki upał z własnej skóry się nie rozbiorę. Cierpiałam w ławce. Jednak ok. godziny 13.00 zerwałam się z reszty zajęć, idąc na tzw wagary. Umówiłam się z Bratem, że pojedziemy na targi książki. Przed stadionem była taka smażalnia, że dość już miałam w połowie drogi. Ale jednak udało mi się zakupić trzy interesujące pozycje z zakresu historii, w cenach po 9.90 każda. Na takie zakupy intelektualne jeszcze mnie stać ;)

Nie wchodziliśmy na koronę, bo tam bilety – płatne. Szkoda, bo mogłam się zobaczyć z Bezcielesną. Ale nie mieszkamy na skrajnych końcach Polski, żeby móc się kiedyś spotkać.

Wracając do domu wiedziałam, że trwa w nim mały remoncik. W piątek zostawiłam mieszkanie nadające się do użytku. Zmywarka i zlew puste, kosz na brudy oczyszczony, tak więc miałam świadomość, że po powrocie zastane sajgon. Nie myliłam się – z tym, że przymknęłam oczy na taki stan rzeczy, gdyż w łazience zobaczyłam podwieszany sufit z zamontowanym oświetleniem. To będzie teraz jedyne pomieszczenie, które jest wyremontowane na tip-top w czasie remontu ciągnącego się od trzech lat. Kiedyś może staniemy na nogi pod względem finansowym i wyremontujemy resztę pomieszczeń, a zwłaszcza kuchnię.

W niedzielę miałam pierwszy egzamin z sesji. Trochę się bałam, ale w kolektywie pracuje się lepiej ;) Dobrze, że czasem tak można. Poszło gładko.

Wracając z uczelni wstąpiłam na wybory. Taka powinność. Potem wypchnęłam chłopa. Spytał: na kogo głosowałaś? Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Odparł: aha, to ja pójdę za twoim tokiem. Syn mój zażartował, że mogłam go wcześniej urodzić, bo 18 lat kończy dopiero we wrześniu. Ale potem dodał, że sobie to odbije i pójdzie zagłosować w wyborach  samorządowych.

W tym tygodniu mam jeszcze dyżur na drugim obiekcie. Dodatkowo chwyciłam drugie sprzątanie, po swoim mopie. Fakt, że tylko na dwa dni, ale ja się chyba zajebię. Do tego Mała w domu, jakiś obrzydliwy kaszel się przypałętał i zapisałam ją na wizytę. Rano płakała, że boli ja głowa. Łzy były prawdziwe więc Młoda została w domu.

A późnym wieczorem muszę doprowadzić chałupę do stanu używalności. Odkurzacz i mop w ręku mojego chłopa to jak nagana, bądź kara. Staram się rozumieć, bo wykonał kawał dobrej, remontowej roboty. On w ogóle WSZYSTKO w domu robi sam. Elektrykę, wodno-kan. ogrzewanie, malowanie, tynkowanie, łażenie po dachu, koszenie trawki, sadzenie ogórków, pomidorów, robienie mebli ;) No to sprzątnąć po nim chyba mogę ;)

środa, 09 kwietnia 2014

Albo taki dzień, albo naprawdę mam ostatnio niż psychiczny. Zresztą wydarzenia minionych dni na pewno nie były budujące. 

Sprzątam w pracy, przychodzę do domu i sprzątam w domu. Po przeprowadzce Brata do cioci mam trochę więcej mebli i sprzętów i to też trzeba było uporządkować, poprzestawiać, poprzesuwać , powycierać z kurzu. Nie neguję przemeblowania domowego, bo to się czasem przydaje i tak trzeba, ale za dużo tego na raz.

Ta przeprowadzka zmęczyła mnie psychicznie. Do końca nie wiedziałam czy ciocia zaakceptuje „intruza” w jej mieszkaniu, ale na szczęście zrozumiała, że oboje są sobie potrzebni. Poza tym jest jeszcze kupa spraw urzędowych, papierkowych, organizacyjnych. Mam nadzieję, że Brat wszystkiego sobie dopilnuje.

Sprzątanie to też tak naprawdę syzyfowa moja praca, bo nikt z domowników mi nie pomaga. System karteczkowy upadł odkąd wyprowadził się Scareface. Uszak nie zamierza nic w domu robić, bo on już jedną nogą jest w kawalerce rodziców Okularnicy. Jej rodzice budują od lat dom pod Miastem i w końcu chyba w tym roku się tam wyprowadzą. Okularnica dostałaby do zamieszkania kawalerkę. Wtedy Uszak zamieszkałby z nią. Rodzeństwo Okularnicy jeszcze poszłoby z rodzicami. Ale plany planami, a nic nie jest jeszcze pewne i jak się mieszka TU to niestety, ale trzeba po sobie brodzik przemyć i raz na jakiś czas kibel przetrzeć. Niestety, służby nie mam.

Szanowny uparcie powtarza, że w domu może robić wszystko – gotować, budować meble, rąbać drzewo na opał, przestawiać meble, zajmować się dziećmi, szyć (bo umie!) nawet prać ręcznie, ale mam go nie zmuszać do sprzątania, bo tego po prostu nie znosi i już. I ja to rozumiem i zdążyłam się do tego przyzwyczaić.

Młodego wiecznie w domu nie ma, a to zbiórka, a to hufiec, a to spotkanie z przyjaciółmi. Z jednej strony dobrze, bo nie siedzi przed komputerem (jak np. Uszak) i ma jakieś zadania do wykonania.

Do tego śmierć naszej kotki wczoraj, dobiła moją psychikę. Już jestem zmęczona. Wieczorem nawet poruszyliśmy temat opieki nad zwierzakami: kochamy zwierzęta, lubimy się nimi zajmować, właściwie jesteśmy kociarzami. Ale po co dawać dom takim znajdkom, skoro za chwilę przychodzi śmierć znienacka i ten dom zabiera. Powiedzieliśmy sobie, że to za dużo – dwa zdechłe koty na przełomie jednego roku. Na pewno w najbliższym czasie nie przygarniemy żadnego zwierzaka.

Pracy nie szukam od pewnego czasu, nie przeglądam ogłoszeń, nie wysłałam aplikacji. Jestem zrezygnowana. Niby na kursie usłyszałam, że ze mną nie ma sensu pracować, bo umiem dużo i praktycznie. Dostałam nawet „certyfikat” ukończenia warsztatów, który mogę sobie do pieca wrzucić, bo ma znikomą wartość. To znowu taka chwila załamania psychicznego, potrzebuję chyba chwilowej porady od Bezcielesnej: trzy razy K; kawa, książka, kocyk, za szybko chcę żyć, albo za intensywnie, w zbyt wiele rzeczy się angażuję i potem na własną prośbę mam garść problemów. Choć wiem, że pisałam o tym jak bardzo nie lubię leniuchować ;)

Czasem przychodzą mi do głowy takie leniwe myśli jak np. „fajnie by było, gdyby zadzwoniła koleżanka/kolega i spytała: czy ty jeszcze szukasz pracy? Bo moja znajoma szuka pracownika”, ale to są tylko myśli, bo na własny sukces trzeba zapracować.

Mam teraz zjazd, maraton trzydniowy. Jak wyjdę z domu w piątek o 16.00 to wrócę w niedzielę po 19.00. To taka metafora, bo przecież do własnego łóżka będę wracać, a propo’s  „do własnego łóżka”.  Ostatnio również jestem przemęczona migracją nocną mojej córki. Wieczorem kładzie się tylko „na chwileczkę” do naszego wyrka, potem jest czytanie, następnie buzi i wędruje do swojego pokoju. W nocy przychodzi, kładzie się przy tatusiu (Szanowny śpi z brzegu, ja od ściany) i śpi do rana. Do tego przychodzi do naszego łóżka kot. Jestem niewyspana. Ostatnie noce wynoszę się więc do łóżka córki i spokojnie oraz wygodnie zasypiam. Mała strasznie się kopie, a Szanowny chrapie. Pasują więc do siebie jak ulał.

Z tego wszystkiego próbuję wyciągać pozytywne epizody. To, że kończę pracę ok. 11.00 – 12.00, to, że z trzech kotków zostały nam jeszcze dwa, to, że mam inteligentne dzieci nie zainfekowane żadną zewnętrzną przypadłością społeczną, to, że mój mąż jest nad wyraz pracowity i pomysłowy, z igły widły zrobi i to, że wciąż mam nadzieję na lepsze jutro. Czasem myślę sobie jak Scarlet: "Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro". Czekam na prawdziwą wiosnę, aż w końcu odpalę Mercedesa (mój rower osobisty ;)) Wyżyję się wtedy na jakiejś długiej trasie, samotnie, albo z Szanownym.

 

czwartek, 03 kwietnia 2014

Przy okazji opróżniania starego mieszkania Brata, natknęliśmy się z Rodzonym na kalendarze książkowe w ilości kilku sztuk, tylu ile lat pracowała moja Mama u swojej chlebodawczyni. Mama była tam na początku pomocą domową, gdzie opiekowała się wielkim domem, gotowała, sprzątała, zajmowała się psem i kotami oraz prasowała, a potem państwo doktorostwo zatrudniło Mamę na stałe jako rejestratorkę medyczną. Oboje byli lekarzami –neurologami i prowadzili własny gabinet.

Pamiętam jak Mama w czasie choroby mówiła mi i podkreślała, żeby po jej śmierci spalić te kalendarze. Był to bowiem zapis z lat, korespondencji Mamy i Doktorowej. Mama przyjeżdżała do pracy kiedy lekarze wychodzili do swoich państwowych prac. Wychodziła, kiedy ich jeszcze nie było. W ciągu tych kilku lat powstała kanwa niezłej telenoweli. Zapis codzienności dwóch kobiet.

„Kochana Pani A. proszę wyprasować męża koszule, wiszą na wieszaku, pozdrawiam serdecznie. M”.

„Kochana Pani M. na obiad ogórkowa, gulasz i kasza gryczana. Wyczyściłam srebra. Dzwoniła pani X, umówiłam na wizytę na wtorek. Pies narobił pod drzwiami jak przyszłam. Pozdrawiam serdecznie. A”.

„Kochana Pani A. W piątek przyjdzie hydraulik. Na stole leżą dla Pani czasopisma. Pozdrawiam serdecznie. M”

Były tez takie wpisy:

„Kochana Pani M. Urodziła mi się wnusia, obie dziewczyny dobrze się czują. Zięć zachwycony jakby pierwszy raz został ojcem. Pozdrawiam serdecznie, A.”

Na początku kazałam Bratu zostawić  te zapiski. Wtedy, kiedy Mama dopiero co nas opuściła. Cieszyło mnie każde słowo czytane, pisane Jej ręką. Teraz jakoś dziwnie mi było trzymać te kalendarze w ręku. Z każdym słowem wracały wspomnienia, które tak bolały ostatnie lata, które doprowadziły mnie do ciężkiej depresji i osamotnienia.

Dziś wrzuciłam te kalendarze do pieca. Powiedziałam sobie w duchu, że nie może być tak, żebym do końca SWOICH dni żyła życiem Mamy. Jej życia nic już nie wróci, to ja żyję i ja mam się uśmiechać i rozdawać dobre fluidy innym.

Poza tym zaczęło mnie ogarniać dziwne uczucie nienawiści. Nienawiść ta kierowana była do Mamy, z pretensją, że mnie zostawiła, opuściła, a takich myśli mieć nie chciałam. Za długo walczyłam z demonami przeszłości, koszmarami nocnymi, żeby do tego wracać. Nie zrozumie tego nikt, kto nie miał tak bliskich i mocnych więzi z rodzicem.

Fotografia Mamy ze swoimi wnukami wisi nad moim łóżkiem. To wystarczy. Trzeba żyć dniem dzisiejszym i czasem pomyśleć o jutrze.

Tagi: brat mama
19:42, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 kwietnia 2014

Tym razem pracowity umysłowo i fizycznie. Mam nabitą ostatnio głowę sprawami Brata. Nie są to sprawy wesołe, raczej przygnębiające, ale są do wyjaśnienia i załatwienia. Brat musi się wyprowadzić z mieszkania, które zajmował od ponad 20 lat. Mieszkaliśmy tam razem – Mama, Brat ja i Młody. Najpierw wyprowadziłam się ja, potem zmarła nasza Mama, a teraz Brat musi je opuścić. Takie życie i nic się nie da już zmienić. Kamienicę odzyskał spadkobierca dawnych właścicieli i ogólna sytuacja nie pozwala Bratu na przebywanie tam dłużej.

W piątek do szkoły nie poszłam. Zafundowałam sobie oficjalne wagary. Pojechałam do Brata pomóc mu przebierać rzeczy. Zostały tam jeszcze różne garnki, talerze, zasłony po Mamie, które leżały w szafach, a których Brat nie używał, ale nie wyrzucił po śmierci Mamy. Postanowiłam część zabrać z przeznaczeniem użytkowania, a część przeznaczyliśmy na śmietnik. Zeżartą przez rdzę, albo draśniętą zębem czasu.

W sobotę pojechałam na uczelnię samochodem. Odstawiłam swoją pszczółkę na podwórko Brata, a on miał ja załadować rozmontowanymi meblami. Okazuje się, że taka Micra naprawdę potrafi wiele do siebie przyjąć ;) Otrzymałam od Brata trzy regały na książki (wraz z częściową zawartością) dwie komody, a w tygodniu zabiorę duży, dębowy (rodzinny) stół. Do przejęcia mam jeszcze pralkę, termę i kuchenkę. Ktoś zapyta – gdzie Brat teraz będzie mieszkał? Otóż znalazło się rozwiązanie w postaci mieszkającej dwie ulice dalej ciotki. Starszej siostry naszej Mamy. To ta palaczka, panna bez rodziny, która na początku sceptycznie była nastawiona na prowadzenie wspólnie tego wózka, ale jak się potem okazało – oboje są sobie po prostu potrzebni.

Brat niestety musiał też zrobić rewolucję w drugim pokoju cioci, w którym kiedyś mieszkała nasza babcia. Po 8 latach śmierci naszej babci wciąż można było odnieść wrażenie, że ona tam nadal mieszka. Ciotka niczego nie posprzątała po śmierci swojej matki począwszy od ubrań, a skończywszy na kilogramach torebek reklamowych pakowanych jedna w drugą. Pokój babci będzie teraz pokojem mojego Brata.

Niedziela też była pracowita. Dobrze, że na uczelni miałam tylko jedne zajęcia, mogłam szybko uwinąć się w mieszkaniu Brata i przywieźć do domu kolejną partię mebli. Mój samochód powinien nazywać się Nissan Tir ;)

W domu też czekała praca. Szanowny kończył wiatrołap. Właśnie zamierzał zająć się malowaniem, kiedy usłyszałam i zobaczyłam jego jęki i stęki. Co do tego rodzaju pracy przyznam szczerze, że oprócz malowania ścian i odkurzania, mój mąż może wykonywać każdą inną robotę. Złapałam się więc za pędzel, a staremu kazałam w zamian wypakować meble z samochodu. Generalnie mamy śliczny wiatrołap ze światełkiem, panelami sufitowymi i czujką przed wejściem. Cudo. Jak się wchodzi to jak do willi, gorzej po przekroczeniu progu ;) przedpokój jest następnym elementem ciągnącego się w nieskończoność remontu.

Wczoraj składałam regały, ustawiałam książki, mam nareszcie miejsce, żeby przytaszczyć resztę księgozbioru ze strychu od dziadka. Komody trafiły do pokoju Młodego. Nareszcie widzę porządek, ład i wszystko zaczyna mieć swoje miejsce. I tu znowu przewija się kwestia pieniędzy – nie mając ich w nadmiarze nie mogliśmy inwestować w meble. I najfajniejsze – mam swoją szufladę na nici, nożyczki, gumy i inne akcesoria szyciowe. Nic mi już nie zginie.

Dużo jeszcze pracy przede mną. Trzeba bowiem przypilnować, żeby Brat zadbał o swoje papierkowe sprawy. Nie mówię, że tego nie umie robić (jak np. mój mąż) ale wiem, że każdy człowiek ma chwilę zwątpienia i rezygnacji. Brat ma we mnie wsparcie w każdej sytuacji. Wie, że może na mnie polegać. Wie, że nie odmówię mu pomocy.

 
1 , 2