Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: bezrobocie

niedziela, 21 kwietnia 2013

Ktoś poprosił mnie o opisanie swoich osobistych przemyśleń na temat bezrobocia. Muszę więc dokonać zaległego wpisu.

Niedługo minie rok odkąd jestem bez stałego zajęcia, bez perspektyw i bez jakiegokolwiek punktu odniesienia w sprawach mojej pracy zawodowej.  Bezrobocie to taki stan umysłu, który dzieli się na kilka etapów. Samo przejście na „ciemną stronę mocy” ze strony formalnej nie ma znaczącego wpływu na ogólne samopoczucie. Jazda bez trzymanki zaczyna się dopiero po pewnym czasie.

Kiedy pojawia się wizja utraty w miarę stałej, etatowej pracy, człowiek nie dopuszcza myśli, że to go może w jakiś sposób dotknąć. Oczywiście nadmieniam, że te przemyślenia nie dotyczą utraty własnej firmy. Prowadzącą DG nigdy nie byłam. No i spis myśli dotyczy tylko i wyłącznie stanu mojego umysłu.

Będąc bezrobotną dostałam nagle mnóstwo wolnego czasu. Zaczęło się więc załatwianie zaległych spraw: urzędowych, domowych, rachunkowych, na które do tej pory najzwyczajniej nie miałam czasu. Zaległy urlop, brak pośpiechu, wszystkie prace domowe zrobione od A do Z. Zaległe mycie okien, pranie dywaników, poduch (w moim przypadku był to „rewelacyjny czas” na utratę pracy – maj, ciepło, słonecznie – dalekie od depresji myśli). I tu mała dygresja: wszyscy, którzy zechcą zajrzeć na mój stary, zielony blog z tego okresu mogą widzieć wpisy depresyjne, ale były one raczej spowodowane sytuacją rodzinną, aniżeli samą utratą pracy.

Na początku wyzwala się pokłady energii, które jeszcze są zakorzenione „pracowym” systemem. Szukanie nowej pracy jest bardzo intensywne; wiedzą wszyscy znajomi, rodzina, a samo szukanie pracy traktowane jest również jako… praca. Idę więc po rady do doradcy zawodowego, robię sobie porządne CV, chętnie zapisuję się też na różne warsztaty, szkolenia. Żyję z oszczędności, które nie są zbyt wielkie, ale pozwalają na zwyczajne przeżycie. Nareszcie mam czas na spokojne pójście do sklepu i zrobienie obiadu na czas powrotu męża i dzieci. Czuję się tak samo odpowiedzialna za rodzinę, jak w sytuacji posiadania statusu osoby zatrudnionej.

Szukam zajęcia, żeby nie wyjść z wprawy. Zaczynam wygrzebywać materiały mojej Mamy i teścia, żeby zacząć szyć. Może nie będę wiecznie biurwą? Szukam na siebie pomysłu: może torby zakupowe? Może łapki kuchenne? Może piórniczki dla dzieci? Pacynki? Ubranka dla lalek? Okazuje się, że mam teraz mnóstwo czasu na szycie, ogłaszam się koleżankom, publikuję swoje prace na FB, działam, jestem sprężona. Szmat mam tyle, że głowa boli, nie dość, że zostało mi po Mamie – krawcowej, to jeszcze mam prezent od teścia – krawca; na strychu jego domu przewala się pełno materiałów. Raj. Zaczynam projektować. To będzie to, co lubię: szycie dla innych, z pasją i przyjemnością, a w dodatku będzie z tego zarobek.

Marzenia są jednak ulotne. Robię mały, domowy biznes plan. W międzyczasie psuje mi się moja maszyna, tę którą daje mi dziadek za chwilę też szlag trafia. Zaczynam być wściekła. Z biznes planu wynika, że musiałabym mieć szwalnię, żeby zarobić na siebie i dzieci. Oglądam oferty innych w Internecie i zaczynam wątpić w swój talent i siłę przebicia. Może brak mi dobrego „menadżera”? ;) Do pracy na szwaczkę mnie nie wezmą – nie mam ku temu odpowiednich kwalifikacji, jestem samoukiem i do tego wybrzydzającym leniwcem – nie mam chęci szyć damskich sukienek, ani garsonek, mnie się podobają uszyte przeze mnie pacynki ;)

Pomysł upada, ale życie musi toczyć się dalej. Zaczyna brakować kasy. Mąż nie jest w stanie utrzymać czteroosobowej rodziny. Cieszę się z relacji z pasierbami, bo przynajmniej oni dorzucają się do domowego budżetu, ale i tak brak jednej pensji zaczyna być dokuczliwy. Na warsztatach poznaję panią, która wspomina o pracach społecznie użytecznych. Na przerwie proszę o kontakt w sprawie takich prac – biorę już co popadnie, nawet jeśli jest to pomoc na szkolnej kuchni za 300 zł miesięcznie. Działam, jestem aktywna, bo przecież „szukanie pracy, to też praca”.

Zaczyna się okres dojrzewania frustracji. W moim przypadku jest to okres obawy o powrót Gnidy (depresji). Od momentu utraty pracy to jakieś kilka miesięcy. Do tego dochodzą wciąż nowe problemy domowe, które nijak nie pomagają w problemach zawodowych. No i wieczny brak wsparcia rodziny. Mąż nie potrafiący nawet rozmawiać o braku pracy, córka za mała na rozmowy egzystencjalne, matki brak, zostaje tylko syn, którego strach obarczać własnymi problemami.

Dostaję również szansę podwyższenia sobie tych śmiesznych poborów sprzątaniem w biurze u koleżanki. Już mi nie zależy czy mnie tam znają, czy nie – liczy się kasa i jako taka praca. Kiedy wdrażam się pomału w system prac społecznie użytecznych, okazuje się, że kontrakt musi mi się skończyć, bo Miasto nie daje więcej zarobić bezrobotnym. 5 miesięcy pracy za 300 zł idzie w łeb. Zostaje jeszcze poranny mop, na szczęście. W międzyczasie robię sobie bilans wysłanych przeze mnie CV, jest tego kilkaset sztuk. Rozmowy kwalifikacyjne, które staram się rejestrować również nie mają realnego oddźwięku. Psychicznie wysiadam, zatracam nadzieję, że kiedykolwiek wrócę do żywych zawodowo.

Jak szalona rzucam się na kolejne sprzątania, więcej i więcej, bo przecież kasy potrzeba, rachunki są do opłacenia, dzieciom buty trzeba kupić, dać na wycieczkę no i prozaicznie starać się żyć. Niestety mój kręgosłup nie daje rady z podwójnym mopem (porannym i wieczornym) i odmawia posłuszeństwa. Rezygnuję ze sprzątania rano. Cały czas zaczepiam ludzi, który spotykam w swoim otoczeniu i po bliższym kontakcie oraz analizie charakteru tej osoby, moja odwaga podpowiada mi rozmowę o zasłyszany gdzieś wolny etat. Jedynie to, że jestem dumna ze swoich kontaktów międzyludzkich pozwala mi na utrzymanie uśmiechu przed lustrem. Nie mam lęków przed zawieraniem nowych znajomości, nie boję się ludzi, mam jednak tę świadomość, że niektórzy mogą mnie odbierać jak odmieńca. Z wielu już ust usłyszałam: ty, z takim doświadczeniem nie możesz znaleźć pracy? Coś słabo szukasz, albo: po co ci te studia jak i tak nie możesz znaleźć pracy… To boli jak szpila pod żebrem.

Niedługo minie rok jak jestem bez stałego zajęcia (powtarzam zdanie z początku wpisu). Dopada mnie żal i zaczyna ogarniać rozdrażnienie. Ostatnio nie mam władzy w palcach, żeby poszukać w necie jakichkolwiek ogłoszeń o pracę. Nie chce mi się. Spada mi ta (z początku bezrobocia) chęć i motywacja. Jest jednak coś, co sprawia, że usprawiedliwiam moje przyzwyczajenie do takiego stanu. Mam czas dla dzieci – rano nie spieszę się do szkoły, nie poganiam Małej przy ubieraniu się, myciu, czesaniu. Odbieram ją zaraz jak skończy lekcje. Mogę w ciągu dnia zrobić dużo w domu, na spokojnie uczyć się do sesji. Jednak wciąż czuję ogromny niedosyt, bo żyjemy w skrajnej biedzie. Nie mówię, że moja praca pozwoliłaby na postawienie drugiej chałupy, ale dom aż się prosi, żeby mu pomalować ściany, wymienić karnisz w kuchni, wyremontować ganek… Wstydzę się zapraszać ludzi do środka, bo mamy dziury w podłodze, obdrapane ściany, niedokończony remont podziału pokojów i kozę na środku. Do tego podczas zimy wisiała taka kotara chroniąca przed napływem większego mrozu do mieszkania. Kiedy czytałam blog kuratora (na marginesie życia – w zakładkach) co i raz pojawiał się opis takiej „szmaty”, czułam się jak w melinie. No a poza tym – kiedy ja sobie uzbieram na tę moją emeryturę? Zlecenie ze sprzątania nie może trwać wiecznie.  

Do bycia bezrobotnym można się przyzwyczaić, tylko czy takie przyzwyczajenie doprowadzi do czegoś konstruktywnego? Dobrze, że nie palę i nie piję. Czasem żrę jak oszalała co mi popadnie w ręce. Dla rozładowania złych emocji.

Ku pokrzepieniu serc i odejściu od negatywnego wydźwięku tego wpisu, dodam, że znalazłam fantastyczny demot na FB o treści: „nie pisz: bezrobotny, pisz: specjalista do zarządzania nadwyżką wolnego czasu” ;)

Tagi: bezrobocie
19:43, sokramka
Link Komentarze (9) »