Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: dom

piątek, 30 czerwca 2017

Najpierw będzie o wodzie, bowiem gdy jej nie ma - ciężko w życiu ;-) Otóż nastąpiła znowu awaria, która zdarzyła się już w tym domu, a którą sobie przypomniałam dzięki wspaniałym tagom (głównie chodzi o czas). Jak się dobrze oznaczy wpisy na blogu, to potem można szybko przypominać sobie co, gdzie i kiedy ;-)

Wracając do braku wody - nie pojawił się gejzer podwórkowy, ale zbyt często pracował hydrofor. Szanownego to zaczęło niepokoić. Wczorajszy dzień poświęcił więc na znalezienie usterki. Musiał wziąć dzień wolny. Kiedy o 8.00 rozpoczął kopanie dziury w ziemi, w miejscu w którym znajduje się zawór zwrotny, zakończył pracę dopiero przed 20.00. Okazało się, że zawór znów pękł (tak jak w 2014r.) i znowu trzeba było go wymieniać. Ale Szanownego gryzła przyczyna pęknięć tych nowych zaworów. Po jego analizie okazało się, że dawno temu "fachowcy", tacy raczej przypominający tych z programu Usterka ;-) źle zamontowali rurę. Została ona niewłaściwie wypoziomowana i pod naprężeniem powodowała mikro uszkodzenie zaworu, który w końcu musiał pęknąć. Tak więc oprócz zaworu Szanowny postanowił wymienić również rurę, aby ten rodzaj usterki nie pojawiał się już nigdy.

Kiedy więc stał i kopał tę dziurę, ja stałam obok niego i wycierałam mu pot z twarzy i głowy, który lał się z niego strumieniami. Z czymś mi się ta sytuacja kojarzyła, ale nie będę się śmiać z cudzych wierzeń ;-) Ciężka to praca. Bardzo. Sama próbowałam przewalić ze cztery łopaty, ale mąż mnie przegonił mówiąc, że "będzie mnie bolał potem kręgosłup".

Woda w miarę szybko się pojawiła i mamy nadzieję, że nie zaskoczy nas kolejna usterka, choć może pojawić się brak wody w studni. Wtedy to już nastąpi inna bajka. Już Szanowny nie pomoże, trzeba będzie wezwać fachowców do wywiercenia nowej. Tylko Fachowców, a nie "fachowców" ;-)

W temacie drzewa zaś: kiedy pojawił się przepis o możliwości wycinki drzew z własnej posesji bez specjalnych zezwoleń, ludzie zaczęli nagminnie je usuwać. Czasem miejsca i ilość tych wycinek były niezrozumiałe, ale nawet sam dziadek wspomniał, że to dobry przepis. W końcu można zrobić coś u siebie bez pytania.

No i zrobił.

Po jego stronie stał wielki iglak. Proszę nie pytać jaki - nie znam się, nie była to jednak sosna - sosenkę rozpoznam, w każdym razie drzewo rosło już ponad dach domu, a korzenie wybijały chodnik. Było również podejrzenie, że drzewo próbuje dostać się pod mury chałupy. Wczoraj przyjechała ekipa, drzewo ścięła, gałęzie i mniejsze pieńki zabrali, a szerokie, pokawałkowane pnie zostawili. Dziadek jak to dziadek - bez wódki ani rusz. Wstawiony porozdawał co ładniejsze pieńki sąsiadom. Zostały mu te najbrzydsze, sękate, krzywe. Kiedy przyszedł do Szanownego z pytaniem czy mój mąż chce te pieńki np. na stołki, czy jakieś inne rzeczy, Szanowny spojrzał się z politowaniem na ojca i powiedział: "tatuś, weź sobie to drewno na opał, bo co ładniejsze to sąsiadom oddałeś, a ja bym nie tylko sobie, ale i tobie stołeczków porobił".

Niestety dziadek nie poczuwał się do winy, a Szanowny stwierdził, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, bo to było drzewo po dziadka stronie, dziadek zapłacił i dziadek rozdysponował pieńkami jak chciał. Przykro tylko, że teść pomyślał najpierw o sąsiadach, a później o własnym synu.

Po stronie teścia nie stoi więc już wielki iglak i nie daje cienia na kawałku podwórka. Mam tylko nadzieję, że czyn ten spowoduje ochronę starego już domu i korzenie więcej nie będą podbijać się pod chałupę. Na ocalałym pieńku dziadek chce zrobić sobie stolik. Ciekawe do kogo zwróci się o pomoc w tym temacie? ;-) 

   

08:35, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 maja 2017

Istnieją jednak rzeczy ważne i ważniejsze, które uwierają jak przeprana metka w swetrze. Myślałam, że dobry czas zostanie na dłużej, ale jednak ta ciepłota ciała nie każdemu pasuje. Mam już wewnętrzne schizy polegające na tym, że to wszystko moja wina, że to ja nie potrafię upilnować miru domowego...

Ale w czym rzecz.

To, że mam pasierbów wiadomo. Że mieszkałam z nimi - też wiadomo, że jeden z nich mieszka w tym samym domu co my - też jest rzeczą wiadomą. Nie mogę narzekać, bo kontakt ze wszystkimi mam w miarę dobry, poprawny. Inne kobiety tworząc patchworkową rodzinę mają gorzej. Wiem, bo często czytając forumowe wpisy na gazecie, napatrzyłam się na wylewane żale. Ja też tych żali wylałam wiele, ale myślałam, że nastała jakaś stabilność w stosunkach międzypokoleniowych, a jednak to wraca jak bumerang.

Mój Pierworodny chodzi na kurs prawa jazdy. Obiecałam mu to jakiś czas temu, że zasponsoruję mu prawko jak tylko wyrwę się z finansowego dołka. Słowa dotrzymałam, on zresztą też - bo nawalił ze szkołą, ale jakoś doszedł do tej matury i aktualnie zdaje po kolei wszystkie egzaminy. O ten właśnie kurs prawa jazdy poszło i od tego się zaczęło. 

Tak więc w czasie jakiegoś luźnego wieczoru usłyszałam, że jak Scareface (syn Szanownego) skończył zawodówkę to musiał "szybko znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do domowego budżetu". Racja. Wprowadziłam te zasadę ponieważ uważałam, że 300 zł z pensji młodego chłopaka (bez żony/dziewczyny/dziecka i innych zobowiązań) to nie jest jakieś wielkie obdarcie ze skóry. Tym bardziej, że kiedy Scareface kończył szkołę to w domu się nie przelewało. Mieszkał z nami, korzystał jak każdy z nas z pralki, prądu, gazu, śmiecił tak samo jak my, albo może i więcej. Moje wyjaśnienia, że kiedy mój syn zda maturę, pójdzie do pracy i tak samo będzie się musiał dokładać i pewnie jeszcze opłacać za swoje studia, nie zostały przyjęte z aprobatą. Cóż.

Nikt Scareface'owi nie broni zwrócić się do mamusi (swojej) i tatusia (swojego), babci bądź dziadka o zasponsorowanie kursu prawa jazdy. Mój syn ma tylko mnie i żadni inni sponsorzy nie wchodzą w grę. 

Nie jestem też święta jeśli chodzi o pilnowanie porządku. Po pierwsze nie należę do osób, które kochają się w mieszkaniach - muzeach. Każdy normalny dom musi mieć magiczne krzesełko, na które można rzucić ciuszek, w każdym normalnym domu musi stać w zlewie choć jeden talerz czy miska, i każdy normalny dom musi mieć choć trochę okruchów czy kocich/psich kłaków na dywanie ;-) W domach "sterylnych" boję się siadać na fotel/kanapę, bo jeszcze "ubrudzę". Tak więc mój syn, za przykładem mamusi ma takie krzesełko, ma taki stos talerzy (na biurku) i ma też okruszki/papierki/rachunki na podłodze. Jego pokój jest jednak mały i niestety przechodni. Pierworodny w nim tylko śpi, albowiem całymi dniami zazwyczaj nie ma go w domu - albo harcówka, albo hufiec, albo spotkania z kolegami na mieście, lub organizowanie kolejnych wycieczek dla zuchów bądź harcerzy młodszych, albo jakieś kursy, szkolenia, czy nauka czegoś innego. On na komputer, dom i dziewczyny nie ma czasu. Kiedy próbuję odbijać pretensje o porządku mojego syna, które brzmią: "bo on ma bałagan, a to pokój przechodni i wszystko widać", mojego męża nic nie wzrusza. Na argumenty, że jego najmłodszy syn, Golas prowadził tak porządek w pokoju, że nos od smrodu sam odpadał, Szanowny tylko odbija piłeczkę, że mój syn niedługo będzie robił tak samo...

Może dorabiam dupie uszy i dramatyzuję, ale odkąd urodziłam Pierworodnego założyłam sobie, że stanę na głowie, ale nie dopuszczę do zejścia mojego dziecka na boczne drogi i doprowadzę do jego właściwego wychowania. Czy to się spełniło okaże się w jego samodzielnym, dorosłym życiu. Nie pozwoliłam też nikomu obcemu wtrącać się w zasady jakie zastosowałam, ani żadnej ciotce, ani Bratu, ani tym bardziej Szanownemu, który nie potrafił zapanować nad własnymi synami.

Najgorsze są więc kłótnie o "moje, twoje, nasze". Nigdy żadna ze stron nie będzie miała w pełni racji. Już nie twierdzę, że tylko "mojsza" racja jest na wierzchu, ale widzę ogromną dysproporcję między mną, moim synem, a Szanownym i jego chłopakami. Czy ktoś broni albo zazdrości inwestować w swoje wykształcenie lub zainteresowania? Czy porządek na biurku to jedyny priorytet życiowy człowieka? Czy serio - "wykształcony człowiek nie zostawia brudnych skarpet na podłodze"? - to argumenty mojego męża w stronę mojego syna. A tak na marginesie - odezwał się "czyścioch", który po każdej większej robocie (cięcie, rżnięcie, kiełbasy czy inne oleisto-ogrodowe rzeczy) nie zostawia po sobie widoku sali operacyjnej, tylko wciąż muszę go napominać, że zostawia po pracy krajobraz jak po bitwie...

Najgorsze jest być zależnym od kogoś. Jak mantrę powtarzam słowa mojej Mamy: "umiesz liczyć - licz na siebie". I wiem - jestem zależna mieszkaniowo od mojego męża, bo ten dom nigdy nie będzie mój. Wkładam do głowy mojemu Pierworodnemu, żeby jak najszybciej stąd spieprzał, bo nic tu nigdy jego nie będzie. Mnie w sumie też by się przydało jakieś maleńkie mieszkanko - choćby 20m2, gdzie mogłabym na starość kłaść swoje ciuszki na magicznym krzesełku, a kubeczek na zastawionym książkami stole i nic nikomu do tego. Póki Szanowny żyje jego synowie są grzeczni. Ale kto wie jak będą mnie traktować kiedy mojemu mężowi przyjdzie pora odejść z tego świata? Niby mnie zapewnia, że przecież "cię lubią i krzywdy ci nie zrobią", poza tym "współwłaścicielką będzie nasza Mania więc ona cię nie wyrzuci". Ale nawet w najlepszych rodzinach ludzie ludziom podkładają świnie.

Czasem myślę, że najlepiej żyć samemu. Albo nie - żyć z kotami, najlepiej trzema albo pięcioma :-))))

P.S. Justek - jeśli masz ochotę obedrzeć mnie z historii życiem pisanych - bierz i jedz ile chcesz ;-) Przecież masz już doświadczenie w tym zakresie. Bezcielesna - to również zdanie dla Ciebie :-)   

środa, 22 lutego 2017

... z tymi rachunkami? Jak zwykle temat śliski, bo o pieniądzach ludzie chyba nie lubią gadać. A trzeba. Ja mówię zawsze wprost, czy to dobrze czy źle. Mój mąż nie lubi tego tematu i unika go jak diabeł święconej wody i to na mojej głowie zawsze siedzą najgorsze zmory.

Sytuację mieszkaniową mam jaką mam. Dobrze, że od dłuższego czasu nie dzielę już wspólnej kuchni ani z dziadkiem, ani z żadnym z moich pasierbów. Ale "zespolona" jestem z nimi wspólnymi: rachunkiem za ścieki, za śmieci i w podatku za chałupę. O ile mój pasierb stara się wywiązywać z comiesięcznego dokładania do rachunków (ale szczegóły później), o tyle teść ma to głęboko w zadzie i chyba nic się już do jego śmierci nie zmieni. Odkąd oddzieliliśmy się od niego jako osobna jednostka rodzinna i odkąd nie kłócimy się w zakresie podziału kasy za zużyty gaz czy prąd, dziadek ma (mówiąc językiem bardzo nieliterackim) wyjebane na koszty związane z obsługą domu. W swoim mieszkaniu teść ma swoje liczniki za gaz i energię. Opłaca je, ale gęga za każdym razem jaki to on jest biedny (ale na wódkę ma zawsze). Kiedyś przynosił mi pieniądze i rachunek, żebym mu opłaciła, bo on nie ma siły iść na pocztę. Raz mnie oszukał i dał rachunek, a kasa miała być przyniesiona później, czekał ponoć na emeryturę.  Złotówki na oczy nie zobaczyłam, a teść mi później wpierał, że mi kasę dawał tylko ja teraz chcę go oszukać i wyciągnąć pieniądze. Zapewne nie zrobił tego celowo, bo to już i demencja starcza i skutki alkoholizmu, ale kto go tam wie... Od tamtej pory przestałam pośredniczyć w opłacaniu jego rachunków. Przerzucił się więc na Scareface'a i jego młodą żonę. Wiem, że oni też już mu nie pomagają, bo w ten sam sposób nie dał im kasy na rachunek za komórkę.

Scareface jest podpięty podlicznikiem do naszego licznika energii. Wie ile ma do zapłaty i stara się przynosić kasę co miesiąc. Jednak jeśli nie ma "bata" nad głową w postaci papierowego rachunku, czy nawet wiadomości na @,(tak jak to robią firmy obsługujące swoich klientów) trzeba mu przypominać. Młodzi żyją tylko z jednym zobowiązaniem za energię (z gazu nie korzystają).

Nie mam kłopotów z artykułowaniem problemu, ale wychodzi na to, że tylko ja robię z tego większe utrapienie niż by się wydawało. Mój mąż pensję przynosi w zębach do domu, zostawia sobie drobne na cały miesiąc i wali go cała reszta. Dopiero jak podstawię mu rachunki pod nos, wtedy otwiera szeroko oczy. Nie przeczę, że odpowiedzialność za domowe rachunki mam we krwi i dobrze mi z tym, ale nie lubię jak robi się ze mnie raroga czyhającego na cudzą kasę. Przecież ten dom jest wspólny, razem mieszkają tu trzy rodziny, a nikt oprócz naszej nie ponosi odpowiedzialności za ogólny stan domu. Zimową porą Scareface odśnieżał, tak więc mogę go trochę wybronić.

Od samego początku (od młodości) kiedy zaczęłam zarabiać jakiekolwiek pieniądze nigdy nie miałam ich w stu procentach "dla siebie". Może dlatego jestem tak wyczulona na szastanie groszem bądź nie myślenie o opłatach. A one są przecież najważniejsze. Mojego Syna uczę gospodarowania złotówką. Ma swoją półkę w lodówce, je co chce i co sam sobie kupi. Zarabia jakieś drobne, okazjonalnie, ma alimenty i z tego ma się utrzymać. Nie płacę za jego bilet miesięczny, pierze sobie we własnych środkach czystości. Ale jak pójdzie do pracy to będzie choć trochę musiał dołożyć się do rachunków i zapłacić samodzielnie za swój rachunek telefoniczny.

Nie wiem już jak mam rozgrywać te śliskie tematy, bo mój chłop problemu nie widzi, tylko jak zobaczy teraz (niedługo) wysokość rachunku za energię to zdębieje. Ja go oczywiście opłacę, ale wtedy nie będzie miał obiadków do pracy codziennie. To samo z podatkiem za chałupę, nie wynosi on niestety 100 zł i jakoś z tej opłaty trzeba wybrnąć.

A najgorsze jest to, że ten dom nigdy nie będzie moją własnością.

14:30, sokramka
Link Komentarze (8) »
środa, 21 grudnia 2016

...będzie inaczej. Ponieważ nigdy nie przepadałam za świątecznym czasem, za tym zgiełkiem, za gonitwą po sklepach za prezentami, za szybkim krojeniem warzyw na sałatkę, wszystko mnie wkurzało. I tak nigdy nie starałam się dostosować do reszty gospodyń ;-) domowych, które myją okna "przed świętami", lepią pierogi - ja już się nalepiłam, już sobie obiecałam, że więcej swoich bolących nadgarstków poświęcać nie będę ;-)

W tym roku Święta wypadają podczas weekendu. Ja pracuję do samego końca, do piątku, tak więc nawet nie będę się szarpać z żadnymi "przygotowaniami". Choinkę jak co roku kupi Szanowny w ostatniej chwili (bo dobra cena) i ubierze ją z Manią. Choinka to symbol świecki, tak jak obdarowywanie się prezentami. Opłatkiem u mnie się nie dzieli od lat, odkąd pamiętam. I też w związku z tym będę miała święty spokój ;-) ponieważ dziadek wiecznie narzekał, że wieczór wigilijny u mnie nie jest taki jak potrzeba. Raczej nie jest taki jakim on by chciał. Wiele razy słyszałam, że nie szanuję tradycji (jakiej tradycji? czyjej? bo nie mojej) Kiedyś też usłyszałam, jak skarżył się przez telefon, że "mu wnuczki do komunii nie puściłam". A czy moja Mania jest jego własnością? Nikomu krzywdy nie robię nie poddając córki indoktrynacji religii katolickiej.

Tak więc spędzimy te trzy dni wolnego od zgiełku czasu we czwórkę. Szanowny, Pierworodny, Mania i ja. No i oczywiście nasze koty :-) Nastawiam się na upieczenie ciast, ale dopiero w niedzielę lub poniedziałek, kiedy nikt do niczego mnie nie będzie gonił. Z rzeczy nie tak słodkich nie będzie żadnego karpia (nikt z nas tej ryby nie lubi), za to przygotujemy z Szanownym dla siebie śledzie w oleju z cebulką. W zeszłym tygodniu mój kochany mąż uwędził zamarynowane trzy tygodnie wcześniej schaby, balerony i kiełbasy. Mamy więc zapas mięsiwa nawet jakby miały być miesiąc zamknięte sklepy ;-)

Co do prezentów to córka dostanie nowy plecak szkolny, o którym marzyła, Szanowny nową, ciepłą bluzę, ja zamarzyłam o nowym zegarku, a Syn mój dostał ode mnie opłacony kurs prawa jazdy :-)

Nie spodziewamy się gości albowiem Była zaprosiła swoich synów z synowymi i wnukami tradycyjnie na pogaduszki świąteczne. U niej jest to zorganizowane z pełną okrasą obrzędów kościoła katolickiego, włączając pasterkę. Tak więc synowie Szanownego chyba nie dadzą rady obskoczyć wszystkich domów ;-)

Fajnie jest czuć wolność, kiedy nic nie trzeba. Kiedy robi się coś z przyjemności, a nie z przymusu. Kiedy czas dla siebie ma być czasem wymarzonym, a nie wypoconym. Nawet jeśli ten czas ma trwać tylko trzy dni.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Mimo strasznie napiętego końca roku i masy pracy służbowej czuję się wyśmienicie! Energia mnie rozpiera, uśmiecham się, nie choruję, jakby życie moje toczyło się w innym wymiarze, na przekór tego, co dokoła się dzieje. Nawet nie mam chwili dla moich ukochanych drutów, szydełka czy igły... Ledwo zdążyłam podpisać kilka kartek świątecznych i puścić w Polskę ;-) 

Nie ukrywam, że mój nastrój spowodowany jest stabilizacją finansową, na którą pozwoliła mi praca w resorcie ;-) Oczywiście wynagrodzenie moje nie daje mi możliwości kupna nowego samochodu :-D ale np. mam spokojną głowę kiedy opłacę rachunki i mogę sobie pozwolić na spełnianie marzeń w postaci ratalnego zakupu.

Nie oszukujmy się, że w dzisiejszym, kapitalistycznym świecie bez pieniędzy można wyżyć. Nie da się. Sama świadomość, że możesz opłacić dziecku dodatkowe zajęcia (moja córka chodzi na lekcje gitary), że możesz spokojnie dać na koncert, na wycieczkę szkolną, że córka nie czuje się gorsza od innych, bo czegoś tam nie ma, jest budująca. Choć nie samą kasą człowiek żyje.

Co do uczuć wyższych, to już dawno sygnalizowałam, że pożycie moje i Szanownego pływa na wyżynach głębokiej miłości małżeńskiej ;-) Aż nie do uwierzenia i nie chcę zapeszać, ani krakać, żeby nie było spadku ;-)

Tymczasem biorę się za pracę, bo przed końcem roku mam jej mnóstwo!

:-*

Mały update: moje samopoczucie ma tym bardziej tendencję wzrostową ponieważ dziadek wyjechał ze swoją narzeczoną do sanatorium na całe dwa tygodnie! Wraca dopiero po nowym roku. Żadnych awantur, żadnego alkoholu, żadnego smrodu papierosów, czysty spokój :-)

Tagi: dom Mąż praca
12:21, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 07 grudnia 2016

Dziadek sprzedaje dom :-))) Zostaniemy bez mieszkania. Szanowny, Mania, Pierworodny i ja. Z drugiej strony Scareface, Blondyna i Królewna.

To oczywiście bujdy na resorach, bo teść krzyczał wszem i wobec w pijackim transie. Tego jeszcze nie było, ale zostanie chyba potraktowane jako hit roku. Teoretycznie dom wart jest jakieś 200-250 tys. To ruina, która została wybudowana w latach 30 ubiegłego wieku. Więcej jest warta ziemia, bo dzielnica znajduje się w dobrym miejscu miasta. Ale i tak jesteśmy w szoku jakie pomysły przychodzą do głowy ojcu...

Biskich spotkań z alkoholikiem ciąg dalszy zapewne nastąpi...

poniedziałek, 05 września 2016

Korzystając z możliwości wzięcia urlopu (ach, jaki to jest cudowny przywilej!) czwartek i piątek siedziałam w domu. Na rozpoczęcie roku szkolnego Mani miałam nie iść, ale córka tak mnie prosiła, że poszłam choćby z powodu posłuchania czy szkoła będzie komentować nadchodzące reformy. Wszyscy łącznie z panią dyrektor i wychowawczynią mówili: zobaczymy jak to będzie.

Mania, już uczennica piątej klasy, z reformy nie jest zadowolona. To, że będzie miała przez następne cztery lata tę samą wychowawczynię, napawa ją zgrozą. Ale cóż zrobić. Na szczęście smutek zastąpiła radość planu na nowy rok, ponieważ w poniedziałek i środę na pierwszej godzinie jest religia. Będzie więc Młoda chodziła w te dni na drugą lekcję ;-)

Remont kuchni trwa. Wypadły dodatkowe wydatki, które niestety musiały zostać poniesione i niestety kawałek oszczędności, które już zaczynałam sobie tworzyć nadszarpnęłam. Poza tym w takim domu jak ten, w którym mieszkam nic się kupy nie trzyma. Ściany są krzywe, podłoga nieckowata, wszystko trzeba albo naginać, albo tuszować, albo docinać. Ale nie ma jak współpraca z moim kochanym Szanownym - ten to potrafi wszystko naprawić, zrobić, wykorzystać, przerobić i zamontować :-)

Sobotę wykorzystałam na czas z córką i jej koleżanką. Na warszawskich Polach Mokotowskich trwały zawody "Latających psów". To nic innego jak turniej łapania dysku popularnie zwanego frisbee. Dziewczyny bawiły się świetnie oglądając zawody, potem było zaganianie owiec, kaczek, a następnie psie skoki do basenu. Ja już trochę mniej się bawiłam- moja fobia przed tłumem dała o sobie znak. Z tego tez powodu nie poszłam na Noc Pragi. Mojej ukochanej dzielnicy, w której się wychowałam i gdzie jestem już trzecim, praskim pokoleniem. Ale nadrobił to mój Brat, będąc na koncertach i spotykając się z kumplami "z dzielni" ;-)

W niedzielę pracowaliśmy już z chłopiną razem w tej remontowanej kuchni. Potem przeszliśmy na ogród, powyrywaliśmy co się dało, zebraliśmy ostatnie plony fasolki, ogórków, dyni. Pomidory zielone powędrowały do piwnicy, na zimę dojrzeją :-)

Doznałam szoku, kiedy moja dziesięcioletnia córka oświadczyła, że chce iść do kina z koleżanką. Sama. No w końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz. Zdziwiłam się, że zaczyna puszczać sama tę niewidzialną smycz, ale to było pozytywne zdziwienie, bo w końcu musi się zacząć usamodzielniać. Dziewczyny były na Epoce lodowcowej, podobno film super i nie żałowały.

A dziś dzień jak co dzień, od rana roboty mnóstwo. Biorę się zatem za pracę, bo premii nie będzie ;-) Miłego poniedziałku!

środa, 24 sierpnia 2016

Takimi słowami kończyła się niemalże każda moja rozmowa z Mamą, kiedy dyskutowałyśmy o babci, o jej Alzheimerze, o jej dziwactwach i zagrożeniach dla innych oraz siebie.

Ale nie miało być o mojej babci. Będzie o moim teściu. Gdybym nagle straciła dach nad głową z powodu jakiegoś wybuchu bądź pożaru, zapewne się o tym dowiecie szybko.

Parę dni temu siedzieliśmy wieczorem w swoim pokoju, Szanowny, Mania i ja. Córka bawiła się w domek zbudowany z koców, chłop grzebał w internecie, a ja jak zwykle coś tam dziergałam. W pewnym momencie mnie olśniło, bo od kilkunastu minut słyszalny był gwizdek czajnika z mieszkania dziadka. Wspomniałam o tym Szanownemu, a wtedy i Mania włączyła się do rozmowy mówiąc, że słyszy ten gwizdek już od czasu budowania swojego domku. Szanowny wstał, poszedł na stronę ojca, żeby sprawdzić co się dzieje. Po powrocie opowiedział, że dziadek zasnął oglądając mecz i nie słyszał jak gwiżdże mu czajnik (!)

Wczoraj Scareface miał telefon w ciągu dnia od dziadka, żeby z łaski swojej zajrzał do jego mieszkania, bo dziadek chyba zostawił na gazie gulasz. Scareface był na spacerze więc musiał wrócić się z drogi do chałupy. Zastał spalony garnek, bo gulasz dawno już wykipiał. Gaz z kuchenki ulatniał się, bo płomień został zduszony przez kipiący gulasz. W chałupie śmierdziało gazem i wystarczyła iskra.... Aż mi się nie chce tego pisać.

Kiedy teść wrócił wieczorem do domu był już tak napruty, że ledwo trzymał się na nogach. A gdy Szanowny wrócił z pracy poszedł do ojca spróbować z nim pogadać. Nie było mowy. Dziadek siedział na schodach do swojego mieszkania i burczał pod nosem: "przecież ja nie piłem, ja tylko tak... wietrzę się".

Jesteśmy przerażeni, bo dzieje się coraz gorzej. Narzeczona dziadka nie chce i nie może z nim zamieszkać, a w dni kiedy wyczuje, że teść zaczyna tankować po prostu do niego nie dzwoni. Byli teraz razem dwa tygodnie w sanatorium, dziadek nie wypił ani kropelki więc teraz musi sobie ten "stracony czas" odbić.

Strasznie.

Będę dziś dzwonić do ubezpieczyciela w sprawie odnowienia polisy. Dom jest niby stary, postawiony w 1935r, lepiej byłoby go zburzyć i postawić coś na nowo, ale jednak mieszkać gdzieś trzeba...

czwartek, 03 marca 2016

Kolejna awaria. Otagowanie wpisów na blogu ma tę fajną zaletę, że mogę sobie szybko przypomnieć jakieś ważne wydarzenia. A jedno takie powtórzyło się po prawie dwóch latach. Otóż: znowu nie mamy wody. Tym razem strzeliła rurka od hydroforu, a że stało się to w środku nocy, piwnica została zalana po kostki i jeszcze trochę. 

Jak zwykle wstałam o 5.20 i chcąc dokonać ablucji odkręciłam kran pod prysznicem. I co? I nic. Nawet jedna kropla nie ściekła. Szanowny wskoczył do piwnicy i natychmiast wyłączył hydrofor. Jeszcze trochę, a zalałoby silnik. 

Dobrze, że w KP istnieje coś takiego jak urlop na żądanie ;-) Wykorzystałam więc jeden dzień z czterech mi przysługujących. Dobrze też, że Mania bierze prysznic wieczorem, to rano tylko ząbki przeczochrała w wodzie z czajnika ;-)

Takie są uroki mieszkania w domku. Za chwile się okaże, że kończy się studnia, a na wiercenie nowej potrzeba więcej aniżeli 150 zł, jak dziś na rurki do hydroforu. Ale nie kraczmy...  

Tagi: awaria dom
09:14, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 sierpnia 2015

Mania w końcu gdzieś ruszy tyłek na więcej niż jeden dzień :-) W piątek wyjeżdża z koleżanką i jej mamą (moją koleżanką ;-)) na weekend z poniedziałkiem włącznie. Zaproszenie dostała już dwa tygodnie temu, a ja strasznie się ucieszyłam, że chociaż odrobinę będzie mogła poczuć wakacji. Tym bardziej, że z koleżanką bardzo się lubią, chodzą razem na basen, a od tego roku szkolnego będą widywać się tylko na przerwach. Tamta dziewczynka poszła do sportowej klasy - moja Mańka została w zwykłej. 

Będzie też o Dziadku. Dawno o nim nie pisałam, bo go obserwowaliśmy. I zaobserwowaliśmy poprawę. Wzięło się to stąd, że nowa "narzeczona" teścia bardzo go pilnuje i dba o niego. To jakaś stara miłość z lat młodości więc tym bardziej oprócz uczucia działa jakaś tam nostalgia. Narzeczona jest wdową, ale niestety z pewnych powodów nie może z dziadkiem wziąć ślubu. Spotykają się więc u niej w mieszkaniu, czasem ona przyjedzie tutaj (sporadycznie), razem byli też w sanatorium i na wakacjach nad morzem. I co jest w tym wszystkim najważniejsze: że teść nie pije. Czasem jak jest sam obali jakieś piwko, ale to już nie są małpki, czy litry z kolegami. Ufff jaka ulga...

Brat też szczęśliwy. Zadzwonił do mnie, że jego sytuacja finansowa jest aktualnie czysta jak łza. Może zacząć planować kupno mieszkania i potrzebuje na to jakieś pół roku. Brat sam mnie poinformował, nie kontrolowałam go. Wiem, że może dla innych osób wyda się to dziwne, ale my sami czujemy potrzebę kontaktowania się w chwilach dobrych i złych. To nie jest tak, że ja jego, czy on mnie kontroluje. Kiedy odebrałam dyplom pierwszą osobą, którą powiadomiłam był właśnie Brat. Kiedy on prowadzał się z dziewczynami znałam ich imiona i wiedziałam jakie są, bo Brat sam odczuwał potrzebę opowiadania o tym. To samo działa w drugą stronę. 

I w lekkim nawiązaniu do spraw domowych ;-) sytuacja małżeńska znowu jest optymistycznie poprawna. No bo jeśli ludzie kłócą się najczęściej o pieniądze, to zawsze jakaś burza wisi w powietrzu. A ostatnio mieliśmy nagły wydatek związany z awarią pieca do wody i centralnego. Niestety, będę wiśnia i kuchnią sie nie pochwalę. Zabrakło na blaty, kontakty, wszystko znowu stanęło. Wychodzi na to, że to taka nasza tradycja domowa - żadna inwestycja nie może być wykonana od A do Z. 

Nie przestaję się jednak uśmiechać - od października wracam na uczelnię, Mania zacznie czwartą klasę, a Pierworodny przygotowania do matury. Ach, zapomniałam wspomnieć, że od powrotu z obozu dzielnie chłopak pracuje :-) Będzie miał na nowe buty i na swoje, prywatne wydatki. Duma mnie rozpiera!

Poza tym gdzieś wyczytałam bardzo fajne słowa: "chcesz być szczęśliwy - to bądź." To jestem ;-) 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5