Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: życie

sobota, 09 czerwca 2018

Czasem uczestniczymy niechcący w życiu naszych znajomych. Słuchamy ich narzekań i nie wierzymy, że tak się może dziać. Ale czasem też zostajemy poproszeni o pomoc. O taką pomoc zostałam niedawno poproszona przez moją koleżankę. Otóż dziewczyna jest w moim wieku i … rozstaje się z mężem. To, że podjęła taki krok, akurat mnie nie dziwi, bowiem jej mąż to gburowaty prostak, używający jako argumentów swoich łap. Damski bokser w jednym określeniu. Znam ich odkąd nasze córki zaczęły chodzić razem do jednej klasy czyli już ok. 7 lat z zerówką licząc łącznie. O tym, że coś tam może się złego dziać domyślałam się dawno, ale nie chciałam się wtrącać ani dopytywać. Jestem doświadczona ojcem – agresorem więc niejako widziałam w oczach córki mojej koleżanki znajomy strach przed ojcem.

Koleżanka poprosiła mnie czy byłabym w stanie zeznawać w sądzie po jej stronie, a przeciw jej mężowi. Zgodziłam się bezwarunkowo i wtedy dopiero dziewczyna otworzyła się przede mną i opowiedziała jak zaślepiona była do tej pory w tym związku. Na szczęście mąż mojej koleżanki nie zrobił jej tak wielkiej krzywdy jak mój ojciec mojej mamie, ale i tak musiała zrobić sobie obdukcję.

Nigdy nie zaakceptuję jakiegokolwiek rodzaju przemocy. Nigdy. Ktoś kto używa łap do argumentowania swoich racji jest dla mnie zwykłym chamem i prostakiem. Tak więc w piątek miałam dzień wolny, bo w samo południe odbyła się sprawa w sądzie. Mąż mojej koleżanki jest według mnie na przegranej pozycji chociaż obstawia cały czas argumenty o tym, jaki to on był dobry ojciec i we wszystkim aktywnie uczestniczył. Owszem – był zawsze na wszystkich zebraniach i szkolnych imprezach, ale jego zachowanie było agresywne, roszczeniowe i większość rodziców gasiła jego zapał do przechwycenia kontroli nad grupą. Używał też słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne. Na tym Sąd nie dał się oszukać, bo ja jako świadek potwierdzałam to, co koleżanka wniosła w pozwie. A ważne jest to, co się widziało, a nie to, co jest czyjąś opinią. Dostałam nawet od Sądu pytanie: „czy czułam się bezpiecznie w domu państwa X, przychodząc z córką w odwiedziny?” Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie.

Po południu spotkaliśmy się przypadkiem z panem X na ulicy. Spytał dlaczego mam do niego pretensje i czy możemy o tym porozmawiać. Odburknęłam mu, że nie ma co liczyć na rozmowę ze mną ponieważ jestem po stronie jego (niestety wciąż) żony i zdania nie zmienię. Po wymianie kilku nieprzyjemnych kwestii rzucił mi hasłowo, że jestem wredna. Cóż. Żal tylko koleżanki, bo Sąd wyznaczył kolejną rozprawę na jesień, a jeśli i ta nie zakończy się pomyślnym rozwiązaniem, państwo X szarpać się będą jeszcze na wiosnę przyszłego roku.

Na moim starym, zielonym blogu jest jeden z ostatnich wpisów, w którym zaznaczam, że byłam świadkiem rozwodu moich znajomych. Ale tamta sytuacja był zgoła inna. Tam ludzie rozwiedli się z klasą. Za obopólną zgodą, bez szarpania się. Po prostu im nie wyszło i oboje doszli do wniosku, że ciągnąć tego dalej nie ma sensu. Złożony był wniosek o rozwód bez orzekania o winie, ale i tak przy takich sprawach wymagani są świadkowie ze względu na dobro małoletnich dzieci. Musiałam więc (tak jak i wczoraj) opowiadać o sytuacji domowo-materialnej córki moich znajomych. Rozwód otrzymali już po tej drugiej sprawie.

poniedziałek, 12 lutego 2018

W nowych miejscach pracy poznajemy nowych ludzi. Widzimy bliżej ich spojrzenie na świat, na otaczających innych ludzi. Mamy prawo do oceny. Jeśli nie chcemy przebywać/kontaktować się z osobami, które nas denerwują/irytują/drażnią lub inaczej wpływają na nasze samopoczucie to staramy się ich omijać. Przynajmniej ja tak robię. Gorzej gdy z taką osobą trzeba współpracować i narzuca nam ona swój światopogląd, nie zawsze zgodny z własnym.

Na szczęście ja trafiłam na kogoś, kto ma inne zupełnie spojrzenie na otaczający go świat, współpracuję z tym kimś, ba – siedzę w jednym pokoju, ale nie jestem tłamszona i przekonywana do „jednej tylko racji” ;-) Prowadzimy dość dobre konwersacje.

A myśl pojawiła się w związku z informacją, jaką moja wspomniana koleżanka przeczytała na Fb, że jakaś kobieta wyrzuciła dziecko na śmietnik, bo obawiała się męża, a mąż dzieci więcej nie chciał. Próbowałam z nią dyskutować, ale w miarę rozwoju tematu jej argumentacja powaliła mnie z nóg. Powiedziałam: że to się pewnie stało z powodu braku edukacji seksualnej w jej domu, na co usłyszałam: „co ty opowiadasz! To nie ma nic wspólnego z edukacją seksualną”. Wtedy podałam argument depresji poporodowej. Usłyszałam: „co? Nie ma czegoś takiego jak depresja poporodowa. To są wymysły rozkapryszonych panienek. Mogła usunąć ciążę jak jej nie chciała.” Wtedy odparłam, że może nie miała pieniędzy na zabieg, bo przecież aborcja jest u nas zabroniona. No i ten argument rozwalił mnie na kawałki: „to mogła wziąć pożyczkę.” Potem już była fala hejtu: „co to za baba! Ja nie mogę takich rzeczy czytać. Mogła oddać do adopcji, a nie wyrzucać na śmietnik”.  Kiedy próbowałam forsować jej zdanie, że nie można tak potępiać człowieka nie znając go osobiście, usłyszałam, że ona przecież nigdzie o niej nie wypisuje, nic nie komentuje publicznie, po prostu ma takie zdanie. Doszłam do wniosku, że tu się z nią zgodzę: na hejt mojej koleżanki chciałam ją równie mocno shejtować. Tak samo było w przypadku wyprawy Tomka i Eli na Nangę. Koleżanka „zjechała” równo Tomasza za „brak odpowiedzialności”, że „zostawił dzieci”, i „kim on jest, żeby sobie realizować tak niebezpieczne hobby”. Całość jej wypowiedzi była napełniona nienawiścią do Tomka i ocenianiem go jako „nienormalnego”, jakby mało było jego rodzinie hejtu z zewnątrz…

Pomyślałam sobie dziś: kim jesteśmy, że oceniamy w tak brutalny sposób? Kiedy zadałam to pytanie mojej koleżance, przerwała mi wywód i zaczęła mówić z innej strony zagadnienia. Bardzo ją lubię, tak jak lubię większość osób, które mają inne spojrzenie na ludzi niż ja, ale potrafimy bez awantury wymienić się swoimi poglądami, ale dojrzałam chyba do momentu, kiedy lata leczonej depresji i posiadanie bardzo złożonego charakteru doprowadziło mnie do nieoceniania w tak brutalny sposób. Kiedyś potrafiłam oficjalnie i głośno zazdrościć wypowiadając (np. w rozmowie z Bratem) słowa: „po chuj im ten samochód? Nie mają na co pieniędzy wydawać?” albo równie mocno skrytykować znajomego lub potępić koleżankę za czyn, jaki popełnili, a w sumie do końca nie znałam przyczyn tego czynu.

Teraz myślę inaczej, ale ludzie się zmieniają. Przeraża mnie tylko, że ta „wolność wypowiedzi” idzie za daleko. Wystarczy spojrzeć na rozrastające się hordy narodowców. Przecież im wolno. Mają zapewnioną konstytucyjnie wolność wypowiedzi, ale jednocześnie konstytucja zabrania propagowania faszyzmu lub innego ustroju totalitarnego, a już nie wspominając o mowie nienawiści. Gdzie jest ta granica? W którym momencie nam wolno oceniać, a w którym lepiej powstrzymać się od powiedzenia, że „był/była głupia”? Przecież pisząc ten tekst sama oceniłam i shejtowałam swoją koleżankę z pracy ;-)

Tagi: ludzie życie
17:05, sokramka
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dzieje się. Lubię jak się coś dzieje, bo mój umysł nie zaprząta sobie wtedy szarych komórek głupotami. W piątek pożegnałam się oficjalnie z moimi koleżankami i kolegami z pracy. Dostałam prze-pię-kny prezent w postaci kubków z kotami, w komplecie z pieprzniczką i solniczką, oczywiście tez w kształcie kotów ;-) O takie cudo razy 4:

Dziś zamierzam iść do lekarza i poprosić o L4 do końca tygodnia. W tym wolnym czasie nadrobię zaległości szydełkowe oraz powysyłam resztę kartek świątecznych. Przyznam, że w dobie internetyzowania wszystkiego jak popadnie, klasyczne wysyłanie listów sprawia mi ogromną radość i nie zaprzestanę tego, póki będę miała do kogo ;-) A ostatnio pojawiła się dodatkowa osoba.

W związku ze śmiercią mojego ojca postanowiłam poinformować o tym wydarzeniu jego najmłodszego brata, z którym miałam jako dziecko najlepsze stosunki. Najbardziej go lubiłam i widziałam w nim najmądrzejszą część rodziny mojego ojca. Bardzo bałam się napisać do wujka, ale w końcu przemogłam się, bo jeśli by mnie odrzucił, wtedy wiedziałabym, że nie ma co ciągnąć dalej tej sprawy.

Wujek jednak mi odpisał. I bardzo mnie zaskoczył, bo mimo otrzymania ode mnie złej wiadomości o śmierci jego brata, chce znajomość utrzymać. Będzie to oczywiście proces długi, albowiem budowanie relacji rodzinnych to nie pstryknięcie palcami, tym bardziej, że mamy „w plecy” około 30 lat… Cieszę się niezmiernie, bo zaczynam widzieć jak bardzo skrzywiona jest moja psychika przez to, że utrzymywałam kontakt tylko z jedną stroną rodzica, a i tak siostry mojej Mamy to płytkie, pozbawione wyobraźni, proste osoby. Już kiedyś pisałam, że wstydzę się sióstr swojej Mamy, bo w zasadzie nawet nie ma o czym z nimi rozmawiać. A jeśli już rozpoczęło się jakiś temat, to zazwyczaj i tak kończyło się na wypominkach z ich strony. Dlatego też ograniczyłam do minimum z nimi kontakty już dawno.  

Wujek ze strony mojego zmarłego ojca miał 16 lat, kiedy ja się urodziłam. Postanowili zrobić go moim chrzestnym. Pamiętam wakacje u niego, pamiętam jego nauki przyrody (wujek kocha ptaki, jest leśnikiem, rysownikiem, nauczycielem), pamiętam jego łagodny głos i sposób bycia. Totalne przeciwieństwo mojego ojca – agresora. Najważniejsze jest jednak, że zaczynamy coś budować, a właściwie odbudowywać, bo mimo mojej alienacji i niechęci do bywania na rodzinnych zjazdach, gdzieś tam, w środku czegoś zawsze mi brakowało. Być może gdybym widziała zwyczaje panujące w rodzinie mojego ojca, mój stosunek do rodzinnych zjazdów byłby inny. Ale to tylko gdybania i przypuszczenia. Na pewno wątek rodzinny po stronie miecza rozwinie się z czasem.

A tym czasem ;-) muszę wstawić drugie pranie i pojechać dziś do lekarza po L4. Pojechać mogę już swoim nowym autkiem! Bowiem w sobotę pojechałam z Szanownym kupić (moją już) niebieską strzałę! W tym tygodniu staruszek będzie mi montował instalację gazową i od nowego roku, do nowej pracy będę śmigać jak się patrzy ;-) Kupiony został Peugeot 206, taki mniej więcej jak na foci i nawet w takim kolorze.

Jeździ się bombowo. Samochód został sprawdzony i dokładnie obejrzany przez mój „autoryzowany serwis domowy”, czyli Szanownego – mechanika z zawodu.

Z nowym tygodniem – czas się brać za robotę! Miłego!

sobota, 22 kwietnia 2017

...pożegnać się z wpisami na dłużej. W zasadzie to nic takiego ekscytującego się nie dzieje, mam pracę, która w jakiś sposób daje mi satysfakcję, choć finansowo nie jest to na poziomie korporacyjnym, ale przecież nie jest to najważniejsze - najważniejsza jest stabilizacja ;-) 

Rodzinnie nic szczególnego się nie dzieje, Pierworodny w końcu doszedł do etapu matury i najprawdopodobniej pójdzie do pracy i jednocześnie na zaoczne studia. Bardzo mnie to cieszy, bo utrzymywanie kolejne lata dorosłego, wiecznego studenta nie uśmiechało mi się ;-) Praca uszlachetnia, praca u podstaw, pamiętacie... ;-) 

Mania jak to Mania - nic się nie zmienia, wciąż nieśmiała, skromna, bojaźliwa, ustępliwa, choć ma własne zdanie i najlepiej wypowiada je w domowych pieleszach :-) 

No i Szanowny - mój najukochańszy mąż na świecie - bycie z nim to najlepszy prezent od losu. Uwaga - napisałam "z nim" a nie "przy nim" to kolosalna różnica, bo wciąż uważam, że małżeństwo to partnerstwo, a nie hierarchia wyższości/niższości. I tego też nauczyłam się będąc bezrobotną; kiedy moja "wyższość" nagle została podeptana, Szanowny zawsze stał po mojej stronie. Ze swoimi wadami i ułomnościami. Ale był. I za to go kocham i szanuję. Kobieta, która chce być "przy mężu", albo chce by on był jej "opiekunem" a nie partnerem, moim zdaniem ma jakieś kompleksy. Ale to jest moje zdanie i nikt nie musi się ze mną zgadzać ;-) 

Pasierbowe życie już prawie w ogóle do mnie nie dociera. Synowie mają swoje rodziny, nie narzucają się nam - z czego oboje z Szanownym bardzo się cieszymy. Na te kilka dni wiosennych świąt chłopcy zazwyczaj jeździli po rodzinach swoich kobiet i do byłej żony mojego męża - SS. Do taty tylko dzwonili, a my mieliśmy czas dla siebie - tak "dla siebie", if You know what I mean ;-)

Tak więc może zamieszczę kiedyś jeszcze jakieś foty kotów, albo nowego ubranka dla lalki, ale raczej "życiowych" wpisów już za wiele nie będzie. Może wspomnę czas kiedy będę broniła swojej pracy magisterskiej, a to już niedługo!!! Bloga nie chcę kasować, zbyt dużo tu emocji i prawdy życiowej. Mam poniekąd w głowie plan, który w ukryciu realizuję (dotyczy to nowego bloga), ale nie chcę go teraz ujawniać, nie każdemu taka tematyka by się spodobała. Na pewno zaś zaglądać będę do Was - myszki, Bożeny, jol-ene, ciapary, gwiezdnej, która idzie na koncert zespołu Metallica !!!!!!!!, nieokrzesanej, greenbaby, bezcielesnej, brommby, fischerka i innych...

Ślę ciepłe pozdrowienia i idę oglądać film z Szanownym na Showmaxie. Dzisiejsze wyprawy do kina są przeznaczone dla burżujów - bilety drogie jak diabli, a i ja klasy burżujskiej nie lubię ;-)   

Tagi: życie
20:00, sokramka
Link Komentarze (10) »
środa, 21 grudnia 2016

...będzie inaczej. Ponieważ nigdy nie przepadałam za świątecznym czasem, za tym zgiełkiem, za gonitwą po sklepach za prezentami, za szybkim krojeniem warzyw na sałatkę, wszystko mnie wkurzało. I tak nigdy nie starałam się dostosować do reszty gospodyń ;-) domowych, które myją okna "przed świętami", lepią pierogi - ja już się nalepiłam, już sobie obiecałam, że więcej swoich bolących nadgarstków poświęcać nie będę ;-)

W tym roku Święta wypadają podczas weekendu. Ja pracuję do samego końca, do piątku, tak więc nawet nie będę się szarpać z żadnymi "przygotowaniami". Choinkę jak co roku kupi Szanowny w ostatniej chwili (bo dobra cena) i ubierze ją z Manią. Choinka to symbol świecki, tak jak obdarowywanie się prezentami. Opłatkiem u mnie się nie dzieli od lat, odkąd pamiętam. I też w związku z tym będę miała święty spokój ;-) ponieważ dziadek wiecznie narzekał, że wieczór wigilijny u mnie nie jest taki jak potrzeba. Raczej nie jest taki jakim on by chciał. Wiele razy słyszałam, że nie szanuję tradycji (jakiej tradycji? czyjej? bo nie mojej) Kiedyś też usłyszałam, jak skarżył się przez telefon, że "mu wnuczki do komunii nie puściłam". A czy moja Mania jest jego własnością? Nikomu krzywdy nie robię nie poddając córki indoktrynacji religii katolickiej.

Tak więc spędzimy te trzy dni wolnego od zgiełku czasu we czwórkę. Szanowny, Pierworodny, Mania i ja. No i oczywiście nasze koty :-) Nastawiam się na upieczenie ciast, ale dopiero w niedzielę lub poniedziałek, kiedy nikt do niczego mnie nie będzie gonił. Z rzeczy nie tak słodkich nie będzie żadnego karpia (nikt z nas tej ryby nie lubi), za to przygotujemy z Szanownym dla siebie śledzie w oleju z cebulką. W zeszłym tygodniu mój kochany mąż uwędził zamarynowane trzy tygodnie wcześniej schaby, balerony i kiełbasy. Mamy więc zapas mięsiwa nawet jakby miały być miesiąc zamknięte sklepy ;-)

Co do prezentów to córka dostanie nowy plecak szkolny, o którym marzyła, Szanowny nową, ciepłą bluzę, ja zamarzyłam o nowym zegarku, a Syn mój dostał ode mnie opłacony kurs prawa jazdy :-)

Nie spodziewamy się gości albowiem Była zaprosiła swoich synów z synowymi i wnukami tradycyjnie na pogaduszki świąteczne. U niej jest to zorganizowane z pełną okrasą obrzędów kościoła katolickiego, włączając pasterkę. Tak więc synowie Szanownego chyba nie dadzą rady obskoczyć wszystkich domów ;-)

Fajnie jest czuć wolność, kiedy nic nie trzeba. Kiedy robi się coś z przyjemności, a nie z przymusu. Kiedy czas dla siebie ma być czasem wymarzonym, a nie wypoconym. Nawet jeśli ten czas ma trwać tylko trzy dni.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Jakiś czas temu pisałam o Okularnicy i zaniedbaniach względem jej dziecka. Myszka zainspirowała mnie do pewnych przemyśleń związanych z odpowiedzialnością rodzicielską. Oto moje refleksje:

Wychowywała mnie i mojego Brata tylko Mama. Nasz ojciec nie chciał (nie mógł/nie potrafił) uczestniczyć w tym procesie. Wyniosłam z domu obraz kobiety niezależnej, za wszystko odpowiedzialnej i skazanej na własne decyzje. Mając już swoje dziecko (które także wychowywałam sama) nie dopuszczałam innego scenariusza jak poleganie tylko na sobie i niedopuszczanie facetów do swojego życia.

Oczywiście będąc już matką spotykałam się z facetami, ale nigdy nie marzyłam o byciu "żoną", "piastunką domowego ogniska", nie chciałam być częścią jakiejś układanki. Najważniejsze było dla mnie moje dziecko. Spotykając na swojej drodze Szanownego też myślałam tylko o luźnym związku. On nie miał jeszcze rozwodu, ja własnego lokum, bardzo mi pasował układ na odległość. Kiedy w końcu zamieszkałam z Pierworodnym "na swoim", Szanowny wprowadził się i nagle zobaczyłam, że kręci się po "moim rewirze" jakieś obce ciało ;-) Z przyzwoitości (i w zakochaniu) musiałam przyzwyczaić się do intruza. Dużo mnie kosztowało przestawienie się na model trzyosobowy.

Z przykładów życiowych: to Szanowny wyszedł pierwszy z inicjatywą o wspólnym dziecku, mimo, że sam już miał synów i ja swojego też, to Szanowny zaproponował po kilku latach wspólnych ślub, na którym była już nasza córka, choć ja nie nalegałam, a on miał za sobą jedno nieudane małżeństwo. Widać uznał, że pasujemy do siebie i możemy być czymś więcej niż tylko parą kochanków.

Po latach widzę, że samotne macierzyństwo uczy odporności wobec świństw na tym świecie. Ale SM to nie do końca taka wspaniała perspektywa. Mimo tego, że kobieta będzie całą sobą pokazywać światu, że daje radę. Widziałam to z czasem na przykładzie mojej Mamy. Choć zapewniała mnie, że żadne szurające kapcie nie zakłócą jej miru domowego, to często siedząc samotnie wieczorami zagadywała mojego Brata. Teraz wydaje mi się, że niechcący uszkodziła jego psyche i to dlatego mój Brat wciąż jest sam. Szuka ideału.

Zazdrościłam Bezcielesnej, że tak bez oporów zostawia córkę na weekendy swojemu Byłemu, że nie ma obaw, czy mała będzie dopilnowana, uczesana, nakarmiona. Przyznam, że ze mnie wychodziła zawsze diablica, która najlepiej wiedziała co mojemu dziecku jest potrzebne i że ten "tatuś" nie poradzi sobie w opiece nad dzieckiem.

Duży błąd, chyba niestety wynikający z mojej przeszłości.

Dziecko ma oboje rodziców. Spotyka się plemnik z jajeczkiem - tego nie da się zmienić ;-) I nawet jeśli nie wierzy się w siły przerobowe tatusia czy mamusi, to należy dać szansę na wykazanie się. Oczywiście pomijam fakt rodziców alkoholików, narkomanów, tych co o dzieciach zapominają, zostawiając w domach dziecka.

Co do mojego pasierba, Okularnicy i ich dziecka - to oczywiście Myszka ma dużo racji. Tatuś tez powinien uczestniczyć w walce o dobro dziecka. Nawet jeśli (tak jak mój pasierb) pracuje po 10-12 godzin. Ale przecież weekendy ma wolne. Nie jest Fiutosławem Płodzimierzem i swój rozum ma. Obecność pasierba w życiu małego jest mimo wszystko znacząca, bo tatuś bawi się z synkiem, czasem nakarmi, ale moim zdaniem powinien też wspierać Okularnicę w jej opiece nad ICH WSPÓLNYM, chorym dzieckiem.

Dziś mam zgoła inne podejście do życia z chłopem. Dużo się nauczyłam i uczę nadal. Dawno temu już Czubaszkowa pisała, że faceta nie da się zmienić. Typ jest do zaakceptowania, albo...zmiany modelu ;-) Ale przecież to samo działa w drugą stronę - kobiet też się nie da tak łatwo zmienić. Poza tym: nobody's perfect ;-)

Mój pasierb popełnia wiele błędów, ale jest trochę bystrzejszy od matki swojego dziecka. Powinien więc wziąć odpowiedzialność za ich oboje: dziecko i jego matkę. Myślę, że wtedy - angażując się w realne kłopoty, mogliby pomóc temu małemu powoli wychodzić na prostą. Nadmienię, że czeka chłopca kolejna operacja rozszczepu, rehabilitacja oraz wzmożona opieka intelektualna (mały wykazuje objawy opóźnienia umysłowego).

Chłopy - bierzcie się do roboty, a baby - poluzujcie trochę cugle i dajcie im się wykazać ;-) Nie wiem czy zdołałam w pełni przekazać o co mi chodziło, ale ogólnie życie ludzkie jest porąbane ;-) Koty mają łatwiej :-)))))