Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: praca

czwartek, 18 października 2018

Lubię czasem we własnej kuchni prowadzić filozoficzne dyskusje na różne tematy. Lubię też czasem jak mój Pierworodny uczestniczy w tych dyskusjach, bo wiele mądrego ma do powiedzenia i najczęściej sprzecza się z Szanownym. Zazwyczaj moje chłopy mają odmienne zdanie, ale obserwacja tych różnic strasznie mnie bawi. Nie ma w tym nic zdrożnego, wulgarnego, agresywnego – ot dwaj panowie próbują się wzajemnie przekonać, który ma rację. Mój syn często sypie argumentami książkowymi, popartymi jakimiś dowodami, relacjami, publikacjami, których się naczytał, natomiast mój mąż argumentuje swoje racje doświadczeniem i sytuacjami, w których się znalazł.

Wczorajszy wieczór dotyczył… atmosfery w pracy. Zaczęło się od moich opowieści na temat służbowej kawki organizowanej codziennie w dziale, w którym pracuję. Podkreślałam, że na początku jakoś to mogłam znieść, ale z czasem stało się to dla mnie męczące i nie mam ochoty codziennie o stałej porze odrywać się od wyznaczonych sobie zadań i opowiadać co będę gotować na obiad, albo jakie buty sobie ostatnio kupiłam. Do tego tematy rozmów diametralnie odbiegają od moich zainteresowań i spojrzenia na świat. Nie umiem zachwycać się nowym złotym łańcuszkiem koleżanki, nie zwracam też uwagi (jak inne) na „za krótką spódnicę Iksińskiej”. Dlatego też najczęściej siedzę i przytakuję albo i nie. Bezproduktywnie wytrącam minuty z cennego czasu. Dodam tylko, że odprawy służbowe, gdzie poruszamy sprawy sekcji odbywają się osobno, raz w tygodniu.

Mój mąż stwierdził, że niestety, ale jest to sfera budżetowa i takie „opierdalanki” służbowe występowały za komuny i to pozostało w miejscu, w którym pracuję. Że przerwa na kawę kiedyś w urzędzie była święta i nic się nie załatwiło, dopóki szanowna pani urzędniczka nie skończyła tej przerwy. Że kawa, papierosek i ploteczki były nieodzownym elementem codziennej pracy pań pracujących w biurach. Na co mój syn postawił kontrę, zupełnie nie zgadzając się z tezą Szanownego i jego analiza mojej atmosfery z pracy otarła się o… korpo.

Pierworodny wywnioskował, że takie zachowanie mojego kierownika i akceptacja tego procederu przez jego zastępczynię wynikają z nowego modelu zarządzania ludźmi. Że aktualnie „korpo” to już nie są białe kołnierzyki, rozliczane z indywidualnego wyniku pracy ponad normę, tylko próba zrobienia z pracownika swojego przyjaciela, a nawet coś w rodzaju członka „rodziny”. Że teraz nowoczesny szef korpo musi znać prywatne życie swoich pracowników, żeby np. w czasie tragicznego zdarzenia  pocieszyć go, wesprzeć, albo jeśli stanie się coś dobrego, żeby razem z pracownikiem świętować radość.

I tu mała dygresja: niedawno szefowi szefów naszej instytucji zmarł teść. Poszła fama po całej jednostce. Wyznaczono delegację składającą się z trzech osób w celu pojechania na pogrzeb. Do tego zbierane były datki na wieniec. Oczywiście z zastrzeżeniem, że są nieobowiązkowe. Ja nie dałam, ale uniknęłam tego w sposób bardzo dyplomatyczny, tak, że moje koleżanki z działu nawet nie wiedziały, że się wyłamałam. O sensie takiego postępowania nie będę pisać, bo moim skromnym zdaniem to wszystko zależy od człowieka. Ja czułabym się idiotycznie gdyby zakład pracy zrzucił się na wieniec pogrzebowy dla zmarłej mi osoby. To moja osobista sprawa jak będę przechodzić to wydarzenie.

Tak więc rozmowa rodzinna trwała prawie 2 godziny, bo zaczęliśmy zahaczać o wiele tematów, które jak gałęzie drzewa wychodziły po drodze, w trakcie dyskusji. Było też o schodach ruchomych, na których musimy odpowiednio się zachować, o podziale na stronę dla stojących i stronę dla idących szybciej. Mój mąż nie jest w stanie tego zrozumieć i nawet ja próbowałam go przekonać, że wynika to z kultury i że jeśli ktoś ma ochotę stać na schodach ruchomych, niech stoi, ale niech nie blokuje drogi przejścia tym, którzy chcą zrobić to szybciej. Szanownego teza polega zaszufladkowaniu schodów ruchomych do „przewożenia”, bo są „ruchome”, a nie bo są „schodami” :-)

Potem była polityka w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi i tu – mimo wspólnego stanowiska co do kierunku naszych politycznych myśli – też było wiele argumentów różniących się od siebie, co do sposobu wyboru. Bo np. mój syn jest przekonany, że pierwsza tura wyborów na prezydenta miasta jest turą, gdzie możesz oddać głos na dowolnego kandydata (zgodnie z przekonaniami), bo i tak żaden z kandydatów nie osiągnie 50+1%, żeby wygrał. A druga tura jest właśnie wyborem na „mniejsze zło” pomiędzy dwoma kandydaturami. Natomiast mój mąż uważa, że już w pierwszej turze należy wykluczyć dojście do podium złu i głosować za tym, który ma największe poparcie po tej lepszej stronie.

Nie ukrywam, że wszyscy we trójkę jesteśmy przeciwni, aby pan Byle-Jaki rządził stolicą i w tym zakresie jesteśmy zgodni.

A jutro mam dzień wolny w związku z terapią Mani. Zapewne powstanie o tym jakiś wpis tematyczny.

Tagi: Mąż praca syn
08:05, sokramka
Link Komentarze (9) »
środa, 03 października 2018

Nie piszę ostatnio ponieważ nie dzieje się dobrze i chcę uniknąć publicznego umartwiania się nad sobą. Po pierwsze: pijany teść, który doprowadza mnie i Szanownego do rozstrojów nerwowych swoja postawą, zachowaniem i brakiem umiaru. Ten umysł już się skończył i nie widać poprawy. Ten typ już kroczy ku samounicestwieniu i z tej drogi powrotu już nie ma. Dziadek ma zaniki pamięci, wpiera innym sytuacje, który nie miały miejsca, które sobie wyobraził. Przebił mi kolejny raz opony, a jak został tym razem przyłapany na gorącym uczynku, stwierdził, że chciał sobie gałązkę uciąć do wazonu. Tylko pytanie: skąd? Z trawy? Wylądował parę dni temu w szpitalu, bo podobno zemdlał w aptece i ludzie wezwali do niego karetkę. Zrobili mu badania i okazało się, że ma marskość wątroby, anemię, niedożywienie, wysoki cukier i wiele innych złych wyników. To już jest chodzący zgon.

Po drugie: kłopoty szkolne Mani. Nie ustają, a wręcz zaczynają przybierać świadomą postać u dorastającej nastolatki z brakiem energii i tendencją do depresyjnych myśli. Może to i moja wina? Napiszę tylko, że wróciliśmy na drogę wsparcia korzystając z pomocy mojej kochanej koleżanki Bezcielesnej. To dzięki jej koleżankom, znajomym znajomych, będziemy teraz uczęszczać na terapię rodzinną, która już rozpoczęła się jedną, długą wizytą. W podsumowaniu wszyscy troje jesteśmy z pani psycholog zadowoleni, bo to jest chyba nareszcie ten specjalista, który dosłownie czyta w naszych umysłach. A ja już nie mam siły walczyć ze słabościami mojego dziecka.

Moje robótki stanęły w martwym punkcie. Przyszykowałam do wysyłki ostatnie rękawiczki w prezencie, ale jak zobaczyłam jak cudnie koleżanka wydziergała poszewki na podusie to mi się wstyd zrobiło, że te rękawiczki mogą się jej nie spodobać. Trzymam więc w aucie przesyłkę gotową do puszczenia i muszę się w końcu zdecydować ją wysłać.

Kolejną robótką jest serweta na nowe mieszkanie innej koleżanki. Plan był dobry, zamierzenia wspaniałe, tylko jak oko zaczęło patrzeć na rosnący twór, okazało się, że coś znowu nie pasuje. Jakieś takie brzydkie, wychodzi nie to, co się miało w wyobrażeniach.

Światełkiem w tunelu mroku może być moja kolejna zmiana pracy, tym razem na lepszą, dwa razy więcej płatną (!), z dojazdem do centrum miasta. W końcu będę miała gdzie i kiedy czytać książki. Ale sprawy są na razie w powijakach i nie znam szczegółów. Jestem za to „wciągnięta” do listy pewnych kandydatów na dane stanowisko. Mam czekać na sygnał, który zabrzmi może z końcem roku…

środa, 11 kwietnia 2018

Będzie z dziedziny działu kadr. Przyjmując się do pracy musiałam oczywiście przedłożyć kadrowej zestaw moich świadectw z poprzednich miejsc pracy. Co oczywiście uczyniłam. Dodatkowo pokserowałam na miejscu papiery, żeby pani było łatwiej skompletować moją teczkę.

Któregoś dnia zostałam zaczepiona przez panią kadrową i poproszona „na słówko” do pokoju. Okazało się, że pani kadrowa zapomniała o moim jednym świadectwie, przez co w mojej pensji brakowało roku do wysługi lat. Strasznie, ale to strasznie mnie przepraszała i powiedziała, że nawet odda mi te pieniądze za zaległe trzy miesiące przy najbliższej okazji, żebym tylko nikomu o niczym nie mówiła.

Poczułam się idiotycznie, bowiem pierwszy raz mi się taka sytuacja zdarzyła. Analizując później paski z wynagrodzeniem, stwierdziłam, że rzeczywiście brakuje mi tego procenta w wysłudze. Ale ten brak wypadał przez trzy miesiące. Nie mogłam spać przez ten incydent i nie wiedziałam co mam zrobić.

Ponieważ jestem w tej komfortowej sytuacji, że nasz sekcyjny kierownik jest moim kolegą, poszłam więc do niego z tym problemem. Ufam mu, bo jako pracownik na kierowniczym stanowisku spełnia się w tej roli. Powiedział na spokojnie, że tę sprawę trzeba załatwić normalnie – zgodnie z literą prawa, żebym nie przyjmowała od kadrowej żadnych pieniędzy, że ta kasa musi do mnie trafić drogą oficjalną czyli wyrównaniem. Z racji tego, że tak jak kiedyś wspominałam – to jest mała jednostka budżetowa – każdy tam zna się z każdym, ściągają do pracy swoich znajomych, członków rodzin, mój kierownik zna sekcję księgowości. Załatwił więc tę sprawę swoimi drogami i w tym miesiącu mam dostać wyrównanie. Poprosił mnie również o sprawdzenie paska, czy wszystko będzie się zgadzać. Jednak bocznymi kanałami dowiedziałam się, że kadrowa (mimo że super fajna dziewczyna) ma już na koncie jakieś wpadki i kierownictwo ją obserwuje. Poczułam się głupio, bo przecież prosiła mnie, żebym nikomu o jej wpadce nie mówiła, ale przecież to są moje pieniądze więc jak mogłabym brać na siebie odpowiedzialność za czyjeś potknięcia?

To kolejny powód do głębszych przemyśleń – jak funkcjonować w takim miejscu, bo przecież to nie korpo – tam każdy pracuje na luzie, wyrzucony może być tylko ten, kto nie ma wielkich pleców, lub serio nabroił.

Sprawa przycichła, kadrowa kiwa mi głową z uśmiechem na korytarzu, nie czuję jakichś negatywnych fluidów. Mam nadzieję, że od przyszłego miesiąca sprawa przycichnie już na dobre.

Tagi: praca
09:10, sokramka
Link Komentarze (7) »
niedziela, 18 lutego 2018

Przed rozpoczęciem weekendu odbyłam dwudniowe szkolenie z zakresu moich obowiązków, które aktualnie wykonuję. Ze szkolenia wyszłam niezmiernie zadowolona albowiem prowadził je człowiek specjalizujący się w zamówieniach publicznych oraz z wykształcenia był prawnikiem. Brał więc niejednokrotnie czynny udział w sprawach sądowych dotyczących sporów pomiędzy wykonawcami a zamawiającymi. Co chwilę sypał z rękawa przykładami. Ze szkolenia otrzymałam certyfikat, który jutro powędruje do mojej teczki personalnej. Szkolenie bowiem zostało sfinalizowane przez mojego pracodawcę, a wysłana zostałam bezpośrednio przez mojego aktualnego szefa. 

W sobotę potrzebował detoksu. A ponieważ wcześniej zorganizowałam spotkanie z koleżankami ze studiów, zebrałyśmy się w gruzińskiej knajpie, popijając piwo lub wino oraz zajadając się gruzińskimi potrawami. Bardzo mi brakowało towarzystwa tych akurat osób ponieważ w ich towarzystwie zawsze czułam się... normalnie. To kobiety, które: nie zazdroszczą, nie oceniają, nie doradzają na siłę, słuchają i same mają wiele rzeczy do opowiadania. Spotkanie trwało kilka ładnych godzin ;-) 

W domu zaś Szanowny szykował kiełbaski "chorizo", coś na wzór hiszpańskich tradycyjnych kiełbasek leżakujących w suchym i chłodnym miejscu. Wiadomo, że zawsze rodzime potrawy będą smakować inaczej, ale biorąc chyba najlepszy, dostępny przepis spróbuje się chociaż znaleźć blisko oryginału. Kupiłam bowiem w piątek półtuszkę wieprzową, którą zamówiłam kilka dni wcześniej. Wracając z pracy zgarnęłam świnkę po drodze ze sobą. Miałam w bagażniku niezły towar :-D Już w sobotę z samego rana mój kochany chłop rozprawił się z mięsem, dzieląc na odpowiednie porcje. Co zostało - zmieliłam bądź pokroiłam na gulaszowe porcje i znowu zamrażarka jest pełna. W razie wojny mamy jeszcze słoiki smalcu ze skwarkami, leżakujące w piwnicy ;-) 

A dziś z samego rana znowu wskoczyłam na rower i zrobiłam rundkę po niedalekim terenie. Potem pojechaliśmy na zakupy i w domu każdy zajął się własną robotą. Mam w planach nowe "dziergadełka", kilka zrobionych do dnia dzisiejszego na pewno zamieszczę w najbliższym wpisie. Pojawiają się regularnie na Insta. 

Z pozdrowieniami dla Wszystkich!

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Za oknem pora, którą lubię bardzo. Ale jak się to przełoży na życie codzienne – aura ta nie jest przyjazna na przykład kierowcom ;-) Odkąd dojeżdżam do pracy ponad 30 km w jedną stronę, zaczynam tęsknić za wiosną lub w miarę chłodnym latem. Z wielu powodów: po pierwsze jazda w środku nocy nie należy do komfortu prowadzenia samochodu, tym bardziej, że jestem krótkowidzem i astygmatykiem. Obraz dalszy niż 50 m zwyczajnie staje się dla mnie niewyraźny. Po drugie: zimową porą, kiedy sypnie śnieg, wiejskie drogi, lub międzyleśne szlaki (a takimi zdarza mi się jeździć do pracy) nie są tak odśnieżane jak drogi miejskie. Zdejmuje się wtedy nogę z gazu i trzeba wyjść wcześniej z domu, żeby na 7.00 zdążyć do roboty.

Ale zimowa aura w takim miejscu gdzie obecnie pracuje ma również swoje plusy. Otóż ta miejscowość, która według mnie powinna nazywać się Wypiździewo ;-) urzeka mnie swoim leśnym malowaniem. Już nie mogę się doczekać jak zobaczę ten las wiosną. Na jesieni podobno pracownicy zbierają tu grzyby! Takie miejsce pracy ma swój urok. Z daleka od smogu miasta i ryku samochodów.


Taki mam widok z okna (aktualnie), a poniżej miejscowy futrzak, którego wszyscy dokarmiają przynosząc pani sprzątającej saszetki i puszki dla sędziwego sierściucha. Ja już oczywiście też zdążyłam się wkupić w łaski czworonoga, przyniosłam bowiem zestaw kocich saszetek.


Moja córka też cieszy się z zimowej aury, a w dniu kiedy sypnął pierwszy, większy śnieg, ulepiła przed domem ogromnego bałwana. Po drodze miała dwunaste urodziny, na które zaprosiła sobie trzy koleżanki. Parę dni wcześniej zorganizowała sobie „piżama party”, po którym cztery koleżanki zostały na noc. Oczywiście po wcześniejszym umówieniu się z ich rodzicami. Wierzcie mi – pięć nastolatek pozostałych na noc jest gorsze niż stado bawołów przelatujących przez sawannę. Z racji przeżywania opieki nad męską częścią ludzkości – zdecydowanie wolałam trzech nastoletnich pasierbów i mojego osobistego syna niż niewinne (wydawałoby się) dziewczęta ;-)


Tort urodzinowy był mojego autorstwa (jak zwykle), smakował tak jak wyglądał czyli chyba dobrze ;-)

A w międzyczasie powstał prezent urodzinowy dla mojej wieloletniej koleżanki, z którą kiedyś pracowałam. Miałam liczyć sobie czas jaki poświęciłam tej serwetce, ale okazało się, że o tym zapomniałam. Jednakże licząc od dnia rozpoczęcia i biorąc pod uwagę wolne wieczorne godzinki po powrocie z pracy, zajęło mi to tydzień.

Wuala:

Serwetka ma 63 cm średnicy, robiłam ją szydełkiem nr 2 i zużyłam prawie cały motek kordonka Aria 5 w kolorze naturalnym. 

A pamiętacie rękawiczki pięciopalczaste, takie z wełenki melanżowej w szarych odcieniach? Otóż zostały mi skonfiskowane i aktualnie należą do mojej córki ;-) Powiedziała, że są takie ciepłe (wełna 60% + akryl 40%), że ona musi je mieć. Wychodzi na to, że muszę udziergać sobie nową parę ;-)

Czas leci, my coraz starsi, ale upodobania wciąż pozostają te same ;-) 

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dzieje się. Lubię jak się coś dzieje, bo mój umysł nie zaprząta sobie wtedy szarych komórek głupotami. W piątek pożegnałam się oficjalnie z moimi koleżankami i kolegami z pracy. Dostałam prze-pię-kny prezent w postaci kubków z kotami, w komplecie z pieprzniczką i solniczką, oczywiście tez w kształcie kotów ;-) O takie cudo razy 4:

Dziś zamierzam iść do lekarza i poprosić o L4 do końca tygodnia. W tym wolnym czasie nadrobię zaległości szydełkowe oraz powysyłam resztę kartek świątecznych. Przyznam, że w dobie internetyzowania wszystkiego jak popadnie, klasyczne wysyłanie listów sprawia mi ogromną radość i nie zaprzestanę tego, póki będę miała do kogo ;-) A ostatnio pojawiła się dodatkowa osoba.

W związku ze śmiercią mojego ojca postanowiłam poinformować o tym wydarzeniu jego najmłodszego brata, z którym miałam jako dziecko najlepsze stosunki. Najbardziej go lubiłam i widziałam w nim najmądrzejszą część rodziny mojego ojca. Bardzo bałam się napisać do wujka, ale w końcu przemogłam się, bo jeśli by mnie odrzucił, wtedy wiedziałabym, że nie ma co ciągnąć dalej tej sprawy.

Wujek jednak mi odpisał. I bardzo mnie zaskoczył, bo mimo otrzymania ode mnie złej wiadomości o śmierci jego brata, chce znajomość utrzymać. Będzie to oczywiście proces długi, albowiem budowanie relacji rodzinnych to nie pstryknięcie palcami, tym bardziej, że mamy „w plecy” około 30 lat… Cieszę się niezmiernie, bo zaczynam widzieć jak bardzo skrzywiona jest moja psychika przez to, że utrzymywałam kontakt tylko z jedną stroną rodzica, a i tak siostry mojej Mamy to płytkie, pozbawione wyobraźni, proste osoby. Już kiedyś pisałam, że wstydzę się sióstr swojej Mamy, bo w zasadzie nawet nie ma o czym z nimi rozmawiać. A jeśli już rozpoczęło się jakiś temat, to zazwyczaj i tak kończyło się na wypominkach z ich strony. Dlatego też ograniczyłam do minimum z nimi kontakty już dawno.  

Wujek ze strony mojego zmarłego ojca miał 16 lat, kiedy ja się urodziłam. Postanowili zrobić go moim chrzestnym. Pamiętam wakacje u niego, pamiętam jego nauki przyrody (wujek kocha ptaki, jest leśnikiem, rysownikiem, nauczycielem), pamiętam jego łagodny głos i sposób bycia. Totalne przeciwieństwo mojego ojca – agresora. Najważniejsze jest jednak, że zaczynamy coś budować, a właściwie odbudowywać, bo mimo mojej alienacji i niechęci do bywania na rodzinnych zjazdach, gdzieś tam, w środku czegoś zawsze mi brakowało. Być może gdybym widziała zwyczaje panujące w rodzinie mojego ojca, mój stosunek do rodzinnych zjazdów byłby inny. Ale to tylko gdybania i przypuszczenia. Na pewno wątek rodzinny po stronie miecza rozwinie się z czasem.

A tym czasem ;-) muszę wstawić drugie pranie i pojechać dziś do lekarza po L4. Pojechać mogę już swoim nowym autkiem! Bowiem w sobotę pojechałam z Szanownym kupić (moją już) niebieską strzałę! W tym tygodniu staruszek będzie mi montował instalację gazową i od nowego roku, do nowej pracy będę śmigać jak się patrzy ;-) Kupiony został Peugeot 206, taki mniej więcej jak na foci i nawet w takim kolorze.

Jeździ się bombowo. Samochód został sprawdzony i dokładnie obejrzany przez mój „autoryzowany serwis domowy”, czyli Szanownego – mechanika z zawodu.

Z nowym tygodniem – czas się brać za robotę! Miłego!

wtorek, 28 listopada 2017

Zdaję sobie sprawę, że pisanie o pracy może być dla niektórych nieprzyjemne, a nawet wkurzające, ale może niech nie czytają, niech się nadmiernie nie stresują, ja opisać muszę...

Otóż złożyłam już wypowiedzenie w swoim dotychczasowym miejscu pracy. Od bardzo długiego czasu nie czułam już takiego komfortu psychicznego jakim jest możliwość samodzielnego odejścia z pracy, a nie przeżywanie stresu związanego ze zwolnieniem. Sama byłam zdziwiona jak szybko szef wszystkich szefów podpisał mój wniosek, ale biorąc pod uwagę zmiany jakie dokonują się w tym miejscu, szybkie tempo składania przez niego podpisów jest chyba nieuniknione. 

Teraz czas obejrzeć się za samochodem, albowiem dojazd do nowego miejsca pracy będzie mnie wynosić 30 km w jedną stronę. Ale nie ma tego złego - droga jest prosta jak strzała i do tego będę jeździć pod prąd - kiedy wszycy będą mknąć do pracy, do miasta, w korkach, ja z tego miasta będę wyjeżdżać. 

Nowe miejsce pracy położone jest w środku lasu. Dojazd bez samochodu jest tam raczej niemożliwy, lub możliwy za pośrednictwem kolei miejskiej, która kursuje...raz na godzinę. Auto musi więc być sprawne, inaczej grozić będzie pobranie urlopu na żądanie ;-) Dlatego też skorzystałam z dobrodziejstw mojego banku, wyrobionych znajomości i pobrałam (jeszcze przed zwolnieniem się) kredyt gotówkowy na preferencyjnych warunkach, który aktualnie czeka sobie na koncie na uruchomienie. Znowu usiądę za kierownicą! 

Uciekam stąd ponieważ "źle się dzieje w państwie duńskim" i nie widać perspektyw na poprawę. Tak niestety bywa, że w związku z przeformatowaniem się jednostek służbowych jedni na tym skorzystają, a inni stracą. Ja tracić nie chcę, wolałam zyskać przez wcześniejszy ruch. Tak się złożyło, że zbiegiem okoliczności w moim nowym miejscu pracy potrzebowano dwóch osób na zastępstwo. Jedna będzie zatrudniona od pierwszego grudnia, a ja od stycznia nowego roku. Potem zrobi się z tego umowę na czas nieokreślony. Zostałam o tym zapewniona - moim kierownikiem będzie mój kolega ze starego (jeszcze obecnego) miejsca pracy. 

Zmiany uwielbiam - przemeblowania, remonty, ruchy wewnątrzspołeczne, tak więc cieszę się. Zapewne zdążę jeszcze wykorzystać zaległy urlop i może pojadę na wystawę do Poznania ;-) ale pójdę pewnie tez na L4, żeby spokojnie przygotować się do nowych obowiązków. Ale o tym na pewno wspomnę kiedy indziej...

Tagi: praca
19:58, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 listopada 2017

Dzieje się. I nie tylko w moim najbliższym otoczeniu, ale i u znajomych i znajomych znajomych. Najpierw więc zacznę od siebie:

Brat mój dopiero dziś został wypisany ze szpitala po niefortunnym wycięciu zwykłego, wydawać by się mogło, wyrostka. Miał jakieś komplikacje, przetrzymali go w sumie dwa tygodnie. Dobrze, że już jest w domu. Bywało już tak, że pisał mi dołujące wiadomości oraz przesyłał kody i piny do swoich tajnych sekretów. Ale teraz dodatkowo posiedzi jeszcze w domu trzy tygodnie na zwolnieniu. Ma dobry humor i to jest najlepsze.  

Służbowo nie dzieje się dobrze albowiem nadeszła w moim zakładzie pracy restrukturyzacja, która poniesie ze sobą brzydkie konsekwencje m.in. zwolnień ludzi, którzy moim zdaniem powinni na stanowiskach zostać. Jednak co kraj to obyczaj, co szef to inne decyzje. 

W związku z tymi ruchami kadrowo-sekcyjnymi, postanowiłam uciec z tego bałaganu i znowu rozsyłałam swoje CV w celu poprawienia sobie samopoczucia i być może znalezienia świętego spokoju. Nadzieja matką głupich, ale każdą matkę trzeba kochać ;-) Może z końcem tygodnia okaże się, że nastąpią zmiany, według których będę musiała prędko zakupić jakiś samochód, bo dojazd do nowej pracy nie będzie komfortem komunikacyjnym. Ale o tym na pewno napiszę w odrębnym wpisie. 

Dobrej, wtorkowo-środowej nocy...

Tagi: brat praca
20:51, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 29 marca 2017

Rok już minął jak siedzę w tutejszej budżetówce i wciąż nadziwić się nie mogę jak działają niektóre systemy. Na przykład taka komunikacja: przychodzi sobie oficjalnie pismo od jakiegoś przedsiębiorcy X. Pismo zostaje zeskanowane i wciągnięte do lokalnego systemu. Powiedzmy, że kancelaria robi to w poniedziałek o 9.00. Następnie pismo zostaje przekazane (elektronicznie) do głównego szefa instytucji, bo w dokumencie nie jest napisane nazwisko, a tylko nazwa naszej instytucji. A nawet jeśli byłoby zaadresowane: Sz. P. Jadzia Iksińska i tak najpierw musiałby podpisać się pod pismem szef nasz główny. Szef nasz główny, kochany ;-) dokonuje w tym wewnętrznym systemie przekazania pisma z notatką osobistą lub bez do szefa pododdziału, którego uważa za właściwy. Ów szef pododdziału przekazuje następnie ten dokument w formie elektronicznej na szefa sekcji w swoim pododdziale, który następnie przekazuje ten dokument do osoby, która jest właściwym adresatem rzeczonego pisma.

Przyjmując, że pismo wpłynęło do kancelarii w poniedziałek, szef główny odczytał je i zadekretował (powiedzmy) w poniedziałek o 13.00, a następny szef odczytał je i puścił dalej we wtorek o 11.00, to osoba zainteresowana dostaje dokument np. w środę o 9.00.

Czasami, jeśli wiemy drogą nieoficjalną, że jakieś pismo ma do nas dotrzeć i że będziemy odpowiedzialni za jego realizację, kontaktujemy się z firmą X wcześniej, za pomocą służbowego maila, żeby chociaż móc wypracować sobie podłoże do najbliższej pracy.

Albo np. przychodzą dane do złożenia zamówienia. Dane są niekompletne. Ja lub koleżanka olałybyśmy sprawę i te braki uzupełniły sobie z internetu bądź z dokumentów z poprzednich lat. A tutaj należy napisać pismo przewodnie za pomocą wewnętrznego systemu z potwierdzeniem i podpisem elektronicznym głównego szefa, do autorów danych, że są niezgodne z regulaminem i należy je uzupełnić (!)

Jakie to jest marnowanie czasu! Ale cóż - pewnych rzeczy się nie przeskoczy i należy sztywno trzymać się "zasad regulaminu" ;-) Jest to niestety zatęchły system biurokratyczny, który skutkuje tym, że każdy krok jest ściśle odnotowany (smycz służbowa) ale jednocześnie powoduje, że czas realizacji danego zadania wydłuża się niemiłosiernie. A jakie dzieją się tu rzeczy jeśli dana sprawa przechodzi "z rąk do rąk" na zasadzie "spychologii: "to nie moje, ja nic o tym nie wiem". :-))))))))

Tymczasem taką właśnie sprawą zajmuję się od zeszłego czwartku. Jutro minie tydzień jak jest ona nierozwiązana, a mogłabym załatwić ją osobiście w ciągu dwóch dni.

Miłej, spokojnej środy!

Tagi: praca
13:06, sokramka
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 marca 2017

Pracuję już ponad rok w tej państwowej instytucji i wciąż dziwię się niektórym standardom, ale widać trzeba przywyknąć i stosować powszechnie obowiązujące tu zasady ;-) Otóż kiedy piszemy oficjalne pisma w takim specjalnym panelu komputerowym, oprócz określonych zwrotów do danych osób trzeba też stosować metodę tzw. "lania wody". Źle widziane jest pismo, które zawiera tylko jedno merytoryczne pytanie. Trzeba to rozwłóczyć, najlepiej zaczynając od powstania świata ;-) "W związku z tym, że pada obfity deszcz, i w związku z tym iż nie mam parasola, z konieczności wyjścia na zakupy oraz potrzeby dokonania uzupełnienia pustych półek lodówki, zwracam się z prośbą o wydanie mi płaszcza przeciwdeszczowego, który sprawi, że moje zakupy będą przebiegać komfortowo oraz w atmosferze poczucia bezpieczeństwa" :-D :-D :-D

To oczywiście mój prywatny wymysł na potrzebę wpisu blogowego, ale tak to mniej więcej wygląda. Cóż - instytucja państwowa kieruje się innymi torami myślenia. 

Cały tydzień zapracowałam sobie na weekendowy odpoczynek (po mojemu). Miałam do przygotowania dwa wnioski do jednego zadania. Systematycznie więc od poniedziałku dłubałam w danych uzupełniających i w piątek miałam już spokój. Ale nie ma lekko - czekają na mnie nowe zadania i nowe służbowe zakupy. 

Coś o Mani - moje dziecko już nie chodzi na lekcje gitary. Brzdąka sama u siebie w pokoju, natomiast zaczęła chodzić na zajęcia z pianina...do szkoły. Po lekcjach idzie tam z koleżanką z równoległej klasy i uczy się grać u pani od muzyki. Oczywiście po cichu zadałam sobie pytanie: "jak długo? i czy wytrzyma do końca roku szkolnego?" ;-) 

Mam zamiar również przenieść ją do drugiej grupy z języka angielskiego. Mania płacze przy odrabianiu lekcji i nie może się nadziwić jakim cudem znalazła się w tej "lepszej" poziomem grupie, a nie w tej słabszej. Rozmawiałam już z nauczycielem, który stwierdził, że nie widzi, żeby moja córka odstawała od grupy. On widzi inne dzieci kwalifikujące się do przeniesienia, ale nie Mania. Postanowił porozmawiać z nią na najbliższej lekcji, być może namówi ją, żeby została. Jeśli jednak ona się uprze - wtedy dokonamy przenosin. 

Wczoraj dostaliśmy premie kwartalne. To jest dopiero super sprawa. Pensje niskie, a raz na trzy miechy wpada kasa, która jest prawie połową wynagrodzenia. W końcu będziemy mogli z Szanownym rozpocząć budowę łóżka dla Mani - do tej pory było za zimno - Szanowny uwielbia pracować na dworze. No i sezon rowerowy trzeba już otworzyć! Nie mogę się doczekać. 

Miłego weekendu!

Mały update: w środę byłyśmy z Manią znowu na warsztatach plastycznych. Tematem pracy było wykonanie laleczek z drewnianych spinaczy do bielizny. Pozwolę sobie pokazać nasze dzieła. Ale oczywiście inni też ciężko pracowali i ich prace były jeszcze piękniejsze! 

Laleczka dyskotekowa jest wykonana przez moją córkę, a laleczka panna młoda jest mojego autorstwa :-) 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7