Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: dzieci

piątek, 18 grudnia 2015

UWAGA! Wpis będzie zawierać wyrazy wulgarne oraz treści potocznie uznawane za obraźliwe ;-)

Lubię moje młodsze dziecko. Tzn kocham moją córkę, ale lubię jak przychodzi do mnie i opowiada różne rzeczy z życia np szkoły, albo tego, co się dzieje wśród koleżanek. Taki plociuch ze mnie ;-)

Ostatnio przyszła do mnie, usiadła obok i dziwnie zaczęła mówić. Po cichu. "Wiesz, mamuś, jeszcze w pierwszej, drugiej, trzeciej klasie to ta moja szkoła była fajna, a teraz jest taka...no...no taka...zboczona".

W pierwszej chwili pomyślałam, że zaczynają się końskie zaloty chłopaków; jakieś łapanie za cycki, albo zaglądanie pod spódnice. Ale nie. Chodzi o słownictwo. Mania zaczęła opowiadać jak to jej koleżanki i koledzy "porozumiewają się" językiem popularnym i często nie do końca przez nich rozumianym. 

Na początek poszły wszelkie określenia męskiego przyrodzenia. Dzieci znają: fiuty, chuje, kutasy, a ja nie omieszkałam Mani wspomnieć, że kutasiki to były kiedyś bardzo piękne ozdoby ;-) Zdziwiła się. Potem poleciały określenia damskich narządów: cipy, pizdy (znaczenia tego drugiego słowa moja córka nie znała) Wyzywanie się wśród koleżanek w typie: ty dziwko, ty kurwo, jest dla mojej córki nie lada szokiem. Nie ukrywała, że wołają tak dziewczynki ze starszych klas, jak i z jej, czwartej. 

No i na koniec epitety: jebany, pierdolony, to taka norma wśród chłopców. 

W pewnym momencie do pokoju wszedł Szanowny. Na widok taty Mania zawołała: tatuś wyjdź, bo my tu sobie z mamą takie babskie pogaduszki uprawiamy ;-)

Do szkoły, w której uczy się Mańka chodzą różne dzieci. Jest tu zbieranina z okolicznego osiedla, ale jest też część dzieci z osiedla domków jednorodzinnych. Są dzieci z rodzin patologicznych, ale są też i dzieci nowobogackich. Jest nawet córka jednego z redaktorów publicznej telewizji ;-) Nie dziwię sie więc takiemu słownictwu, poza tym nie zabiegałam nigdy, żeby moja córka chodziła do jakiejś "lepszej" placówki. Jak ma się uczyć dobrze, to i na skrzynce z węglem będzie to robić. Owszem, kiedyś przemknęła mi przez myśl szkoła, która nie jest naszym rejonem, ale znajduje się bliżej miejsca zamieszkania. Na szczęście szybko mi przeszło, bo z czasem okazało się, że koleżanki Mani, które tam uczęszczają nie mają czasu na zabawę, wyjścia z domu, bo cały czas się uczą, uczą i uczą. Tyle mają zadawane do domu. 

Na razie są to dopiero początki, juz myślę jakie nowości Mania będzie przynosiła z gimnazjum. Chyba że zmienią się stosunki między nami i przestanie do mnie przychodzić na babskie pogaduszki ;-)

środa, 10 czerwca 2015

Zdawałam sobie z tego sprawę, ze prędzej czy później taka chwila nastąpi. Każdy rodzic zmaga się z troskami dziecka i nieuniknione są sytuacje interwencyjne, o ile rodzicowi zależy na dziecku...

Mania zrobiła dziś znowu cyrk przed szkołą, manifestując niechęć do pójścia na lekcje. Początkowo przeanalizowałam dzisiejszy plan zajęć, ale żadnych "strasznych" lekcji nie miało być. Stwierdziłam więc, że córka znowu symuluje. Kiedy po próbach przekonywania jej i po gruntownej ocenie jej zachowania wywnioskowałam, że to nie są żarty, objęłam inną taktykę. Mimo upartego twierdzenia, że nic się nie dzieje, że ona nie chce iść do szkoły, bo ma dziś "zły dzień", w końcu puściła tama i prawie w spazmatycznym płaczu wyznała mi, że wczoraj koleżanka powiedziała jej, że wygląda jak "grubaska".

Początkowo nie chciało mi się w to wierzyć. Przyjmijmy, że koleżanka ma na imię Marysia. Moja Mania i Marysia siedziały kiedyś w jednej ławce. Ta zażyłość jeszcze do niedawna przekładała się na wzajemne wizytowanie. A tu nagle taki zonk.

Oczywiście nie zmuszałam już córki do pójścia do szkoły i obiecałam, że porozmawiam z mamą Marysi. Ponieważ dobrze znamy się z tą mamą, rozmowa nam się fajnie ułożyła. Marysia ma przeprosić Manię i obiecać, że więcej nie będzie wyśmiewać ani tuszy, ani wyglądu drugiego człowieka.

Nie ukrywam, że moja córka lubi jeść, ale dużo się też rusza, pływa regularnie na basenie i pochodząc z "wysokiej" rodziny (mój mąż i odnoga rodziny jego matki) może z tego nadmiaru ciała kiedyś po prostu wyrośnie. Ostatni bilans styczniowy pokazywał 46 kg wagi i 146 cm wzrostu. Numer buta mojej córki to 37, a ubrania nosi na 164 lub damskie rozmiarówki 34 ewentualnie 36. To masywna dziewczynka.

Zaprzyjaźniona koleżanka powiedziała mi, że Marysia określiła Manię bezmyślnie, nie złośliwie. Być może jest w tym trochę prawdy, ale co, jeśli moja córka napotka kiedyś na prawdziwe złośliwości? Dodam, że moje młodsze dziecko nie umie się odgryzać tak jak to starsze...

Tagi: córka dzieci
15:31, sokramka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 28 lipca 2013

Moja córka dostała zaproszenie na urodziny do swojej koleżanki z klasy. Impreza odbyła się wczoraj. Pogoda z jednej strony dopisała, bo deszcz nam nie dokuczał, ale za to dokuczały nam saharyjskie upały. Dobrze, że koleżanka zorganizowała party w podmiejskim lesie, na placu zabaw, w cieniu sosenek i w otoczeniu hamaków do użytku publicznego.

Koleżanka mojej córki zaprosiła „najwierniejszych” przyjaciół, ale i tak było dziesięcioro dzieci w sumie. Rodziców, którzy przyjechali razem ze swoimi pociechami było tylko troje (łącznie ze mną) no i mama i tata solenizantki. Do jedzenia dzieciaki dostały same „najzdrowsze”, ale i najlepsze rzeczy: chipsy, żelki, chrupki, cukierki, paluszki, do picia była woda, soki różnej maści (dobrze, że nie było coli ;)) No i tort. Miał być lodowy, ale mama-organizatorka powiedziała, że w żadnej cukierni nie spotkała lodowego tortu. W sumie się nie dziwię, przy takim upale…

Po poczęstunku, po zabawie w hamakach i na karuzelach/huśtawkach, dzieci zostały zaproszone na pobliski basen. Moja Mała naszykowała sobie w domu kółko wspomagające (bo jeszcze pływać sama nie potrafi) i aż piszczała z radości na samą myśl o pluskaniu. Na placu zabaw zostałam tylko ja i mama-organizatorka. Należę do typu ludzi, którzy na sam widok basenu i sam zapach wody chlorowanej dostają gęsiej skórki. No i nie umiem pływać. Koleżanka jest również świeżo upieczoną mamą drugi raz, tak więc została ze mną przy wózku i na cycu. Pilnowałyśmy też żarcia na stolikach ;)

Czas spędzony z mamą-organizatorką upłynął mi niezwykle miło. To są właśnie te chwile, które nabijają mi bateryjki. Spotykanie się z ludźmi, którzy są „normalni”, nie kadzą, nie doradzają, nie krytykują, nie użalają się nad swoim życiem jest dla mnie jak miód na serce. Poza tym (wspominam to w prawie każdym wpisie) – to, o czym ma się do porozmawiania z drugą osobą jest połową sukcesu. Mama-organizatorka jest w moim wieku i o podobnych zainteresowaniach, czas z nią spędzony przeleciał mi „pędzikiem”.

Córka z basenu wróciła rozanielona. Imprezę zaczęliśmy ok. 15.00, a rozeszliśmy się po 18.00. Było kameralnie, ale też nie odczuwało się nudy. Do ludzi mi trza, do normalnych ludzi, żeby nawet dla robienia dobrej miny do złej gry, zmuszać swoją gębę do uśmiechów ;)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Moja córka ma kilka koleżanek. U nas na osiedlu domków jednorodzinnych naprawdę trudno o znajomości dziecięce. Większość to ludzie starzy, albo młodzież  w wieku mojego Młodego. Z moją córką do szkoły chodzą dwie siostry, pomiędzy którymi jest rok różnicy. Nazwijmy je Zosia i Antosia. Zosia jest starsza, rozsądniejsza, będzie teraz w czwartej klasie, Antosia to taka mała aparatka, złośnik, buntownik i prowokator. Zosia siostrze często ustępuje. Wśród znajomych mojej córki jest też rodzynek płci męskiej, będzie się nazywał Maciek. Maciek zdał teraz do trzeciej klasy, razem z Antosią siedzą w ławce. Mała ma też koleżankę, która nie chodzi z pozostałymi dziećmi do tej samej szkoły. Chodzi do szkoły, która nie jest jej rejonem, ale ponoć ma lepszą opinię pod względem poziomu edukacji. Jest w wieku Macka i Antosi. Rodzice są dojrzali. Tata ma prawie 60 lat, mama jest po 40. I to o obserwacji tej własnie dziewczynki chciałabym napisać. 


Nazwijmy ją Emilką. Widać, że Emilce niczego nie brakuje - tata pracuje zawodowo, mama siedzi w domu i zajmuje się domem. Dziewczynka nie chodzi na świetlicę, mamę ma zawsze pod ręką, ubrana jest w najlepsze, markowe ciuchy, ma modny plecak z Monster High, jest grzeczna, mówi zawsze "dzień dobry, dziękuję", tylko chwalić. 


Wchodzę z dzieckiem w taki wiek, kiedy za dużo zakazów może uczynić więcej krzywd aniżeli korzyści. Moja córka chciała w sobotę iść z koleżankami na plac zabaw położony daleko od naszych domów. Będzie jakoś dwa kilometry do przejścia. Jedna główna ulica, przejście dla pieszych i już jesteś na miejscu. Jest tam stadionik, plac do jazdy na deskorolkach, duże huśtawki, mnóstwo dzieciaków. Na początku bardzo sceptycznie odnosiłam się do tego pomysłu, ale Mała strasznie mnie prosiła. Poza tym Zosia utwierdziła mnie, że im rodzice pozwalają i dziewczynki na pewno będą na moją Małą uważać. No i Zosia ma telefon, zawsze można do niej zadzwonić. Do tego Maciek tez się wybierał, więc uznałam, że zaufam swojemu dziecku i puszczę. W końcu był środek dnia a dzieciaków było w kupie czworo. 


Kiedy w niedzielę Emilka dowiedziała się o sobotniej wyprawie swoich koleżanek (i kolegi) tez chciała iść - dzieciaki zrobiły sobie powtórkę z rozrywki. Ale niestety, mama Emilki jej nie pozwoliła. Dziewczynka smutna wróciła do domu, ale w chwili kiedy dzieciaki szykowały się do wyjścia z naszego podwórka Emilka wróciła i powiedziała, że mama jej pozwoli kiedy pójdzie jakiś dorosły. Wtedy dzieciaki zaczęły licytację. 


Maciek: "moja mama nie pójdzie bo jej nie ma w domu, a tata jest w pracy" (przypomnę - była niedziela)

Zosia: "a nasza mama śpi, bo wróciła z pracy z nocy, a tata leży na kanapie przed telewizorem"

Moja córka: "spytam mojej mamy, na pewno pójdzie"

Podsłuchiwałam rozmowę dzieciaków i rzeczywiście przyszła potem do mnie grupa szkrabów po prośbie. Gdyby nie fakt, że miałam zawaloną kuchnię garami i byłam w środku roboty - poszłabym. Niestety musiałam odmówić. Ale zaskoczył mnie Scareface; zobligował się pójść z dzieciakami jako przyzwoitka ;) Emilka ucieszona pobiegła do mamy powiadomić ją o tym fakcie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że mimo tego, że szedł dorosły opiekun, mama Emilce nie pozwoliła pójść na ten plac zabaw. 

Dziewczynka z wielkim rykiem znowu wróciła do domu. Było nam jej żal, ale najlepsze miało nadejść, bo wiadomym jest, że dzieciaki są szczere i nie owijają w bawełnę. Zaczęła Zosia: "nie chciałabym mieć takiej mamy jaką ma Emilka", Antosia: "a ja, jak przychodzę do Emilki to jej mama zawsze leży na kanapie i seriale ogląda", Maciek: "ja kiedyś słyszałem, jak mama bije Emilkę" wtrąciłam się: "eee, chyba przesadzasz, to nie może być prawda", Maciek: "prawda, prawda, bo ja mam okno ze swojego pokoju na jej podwórko i słyszałem wszystko". 

Zatkało mnie. Nie złapałam nikogo za rękę jak bije dziecko, ale ta dziewczynka rzeczywiście jest taka przygaszona i wydaje mi się, że usilnie chce na siebie zwrócić uwagę. Często wychodzi przed szereg, by potem usunąć się szybko w cień. Taki słomiany ogień. Kiedyś usłyszałam od niej, że mama z nią nie chodzi na place zabaw bo "tam się nudzi". Ta kobieta nie pracuje, mąż utrzymuje dom, je dwie, dwa samochody, a ona nie ma czasu na zajęcia z własna córką? I jeszcze to trzymanie pod kloszem. Okropność. Rozumiem, że można drżeć, martwić się o dziecko, ale przesada w tym działaniu zawsze kojarzyła mi się z zerwaną krową z łańcucha. Przywiązana do palika chodziła po polu i żuła trawę. Kiedy łańcuch się zerwał taka krowa potrafiła pójść z cug daleko na cudze pola. 


Tak może być i z takimi dziećmi trzymanymi za krótko "na uwięzi". Nie wiem jakie panują warunki rodzinne w domu Emilki, ale szkoda mi tego dzieciaka, mimo tego, że czasem jej zachowanie wzbudza wiele kontrowersji. Dziewczynka jest bardzo skrajna w emocjach i zauważyłam, ze kiedy się do niej mówi słucha oczami, tzn patrzy jak ciele na moją twarz, jakby nie wiedziała o co chodzi. 
Podobno dziewczynki łatwiej się chowa, ale to wszystko zależy od jednostki. 

Tagi: dzieci
18:40, sokramka
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 lutego 2013

 Stałam dziś na przystanku czekając na autobus, który miał mnie zawieźć na umówioną wizytę u zębowego lekarza. Byłam świadkiem awantury pomiędzy dwójką nastolatków; chłopak może miał 14 lat, dziewczyna 14-15, wyższa od niego, sprytniejsza ale i bardziej ordynarna. Towarzyszem chłopaka był ogolony nastoletni kark w bluzie z kapturem, a panna otoczona była dwiema koleżankami w podobnym wieku, z papierosami w ustach i z czerwonymi włosami na głowie. Kiedy doszłam do przystanku już się kłócili i… bili. On ją po twarzy – ona jego z pięści w głowę. Żadna osoba ze stojących na przystanku nie zwróciła im uwagi. Dzieciaki obrzucali się inwektywami z najniższej półki. Jeszcze można było to znieść w ustach tego chłopaka (choć nie wiem dlaczego) ale kiedy ta laska zaczęła rzucać wiązankę w stronę swojego przeciwnika – uszy puchły.

 Zakończenia sprawy nie znam – zdążyłam tylko zauważyć czerwony policzek dziewczyny i krew z nosa chłopaka. Przyjechał mój autobus i odjechałam. Tak sobie skojarzyłam – gdzie my – rodzice popełniamy błędy wypuszczając na świat takie bandyctwo? Ja wiem, że nie ma ludzi idealnych, bo jakby wszyscy byli grzeczni i co chwila mówili „dzień dobry”, „dziękuję”, „proszę”, młodsi pomagaliby starszym, starsi uczyliby młodszych, byłaby harmonia i spokój, to przecież nastałaby straszna nuda. Ale to nie jest usprawiedliwienie.

 Jakby na potwierdzenie moich rozmyślań, zdziwiona, spostrzegłam dziś obecność Golasa na FB. Ma założone konto od niedawna. Nie ma ustawionych dostępów prywatności miałam więc okazję zobaczyć jego wstawione zdjęcia. Naga, gładka, rozbudowana klata, na niej splecione w lekceważącym geście ręce, ogolona, podniesiona dumnie głowa i papieros w ustach. Kilka fotek, po których pierwszy, lepszy psycholog miałby jedno skojarzenie: bandyta, pięć lat bez wyroku.

 Jest mi wstyd, ze mam takiego pasierba, ale na szczęście to nie moje dziecko i nie muszę się do niego przyznawać. Pokazałam profil syna Szanownemu. Był zaskoczony, ale skwitował to mądrze: „jest dorosły, ja już teraz nic nie będę robił”. Powiedział też, że gdyby jego syn był np. sportowcem, to wtedy rozumiałby przekaz tych zdjęć, a tak – Golas pochwalił się tylko swoim prostactwem i wizerunkiem bandyty. To słowa ojca.

 Pamiętam czasy, kiedy chłopak mieszkał jeszcze w tym domu i najpierw przebywał z matką i starszymi braćmi po jednej stronie chałupy, a my z mężem przyjeżdżaliśmy do teściów (i do dzieci przy okazji) na drugą stronę domu. Zza ściany dość często było słychać kuchenną łacinę, wypowiadaną tak przez syna jak i przez matkę. Trzaskanie drzwiami było na porządku dziennym, matka dla syna była nikim innym jak „starą ku**ą”, syn dla matki był „skur***ynem”, oboje siebie warci. I tylko te telefony do mojego męża od Byłej: „przyjdź/przyjedź tu bo ja sobie z nim już rady nie daję”. SS nigdy nie była autorytetem dla swoich synów i do dziś chłopcy nie mają czułych relacji z mamusią. Dzwonią bo trzeba/wypada, bo jest okazja, święta, urodziny.

 Szanowny był zawsze dobrotliwy, ugodowy, spolegliwy (w jednym i drugim znaczeniu) łatwowierny i łatwo wybaczający. Golas jako najmłodsze dziecko, w dzieciństwie miał prawie we wszystkim ustępowane, skąd to wiem? Bo jego bracia mi opowiadali, że do dziś czują ukłucie zazdrości o „skakanie” nad najmłodszym, szczególnie przez mamusię. Zresztą SS nigdy w uczuciach podobno nie była wylewna. Słowo „kocham” pojawiało się rzadko, albo nigdy.

 I tu nasuwa mi się znowu skojarzenie niedawno przeczytanego artykułu o „nieumiejętności kochania własnego dziecka”. Ktoś powie: „jaka matka nie umie kochać swojego dziecka?”, ano tak się zdarza, ja w to wierzę, tak jak wierzę w chorobę zwaną depresją, która jest do uleczenia jak grypa. Może Była tak pragnęła miłości, że nie umiała jej wydłubać z tych trzech rodzynków jakie wydała na świat. Dodam, że kobieta jest bardzo religijną osobą, praktykującą gorąco, wręcz ocierającą się o dewocję. Ale to jak widać nie ma znaczenia.

 Mogłabym tak bez końca. O dzieciach, o wychowaniu, o relacjach rodzic – dziecko, o swoich doświadczeniach, które tak naprawdę tez w jakiś sposób mnie napiętnowały, robiąc ze mnie patologię w drugą stronę; dana mi miłość mojej Mamy była tak wielka, że nie umiałam żyć w innym świecie niż ten, który Ona stworzyła.

 Wiem, ze Golas ma życzenie spotkać się ze swoją siostrą – czyli z naszą Małą. Rozum mówi mi, że w przypadku zaproponowania kiedyś, gdzieś takiego spotkania nie mogę odmówić. Ale w środku aż się gotuję na myśl, że ten gnojek (tak – gnojek) miałby rozmawiać z moim dzieckiem. Zresztą; o czym on mógłby rozmawiać z Małą, skoro ma skończoną tylko I klasę gimnazjum…

 Jakież to przykre.

22:38, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 września 2012

 Młody bez entuzjazmu, zdziwiony był tylko małą ilością godzin przeznaczonych na przedmioty maturalne: język polski oraz matematyka. Za to dużo czasu szkoła przeznacza na przedmioty stricte zawodowe. W tym przypadku to po kilka godzin na raz geodezji. Dla mnie najgorsze jest to, że w jednym roku, po trzech latach nauki mają zdawać egzamin zawodowy i egzamin maturalny. To co w takim razie będą robić w ostatniej, czwartej klasie? Zobaczymy. Tym bardziej, że mój syn jest tzw. królikiem doświadczalnym nowej podstawy programowej. Maturę też na nowo już będzie pisać.

 Mała rozanielona. Koleżanki w klasie ma te same, które chodziły z nią do zerówki i do tego niektóre dzieci doszły z jej dawnego przedszkola. Pani się podoba, dziecku oczywiście, bo co ja – matka – mogę o niej powiedzieć? Ot, kobieta po 40 roku życia, dosyć postawna, trochę zamknięta w sobie, ale do dzieci ma bardzo dobre podejście. Zobaczymy na pierwszym zebraniu.

 Natomiast byłam dziś świadkiem bardzo nieprzyjemnej sytuacji, z powodu której ucierpiało dziecko. Jedna głupia baba nawrzeszczała drugiej głupiej babie przy publice w szatni. Historia dotyczy bliskich spotkań trzeciego stopnia z wszami. W klasie zerowej chodziła z moją Małą dziewczynka, której rodzice są bardzo biedni, a ojciec jest wręcz czynnym alkoholikiem. Matka, bez wykształcenia, perspektyw, zapuszczona brudem, z pazurami takimi, że chyba dopiero od pługa odeszła. Dziewczynkę nazwijmy Ania. Ania była lubiana przez dzieci, bo skromna, sympatyczna, uśmiechnięta, koleżeńska. Ania ma starszą o rok siostrę i sześć lat młodszego braciszka. Kiedy na początku wiosny okazało się, że w klasie panuje wszawica nie spanikowałam. Podpisanie zgody na „przewiskanie” głowy dziecka przez pielęgniarkę szkolną oraz domowe kontrole pozwoliły mi być spokojną. Po kilku dniach okazało się, że „nosicielem” wszy jest nasza bohaterka Ania.

 Matka dostała od pedagoga szkolnego szerokie wytyczne dotyczące działań zmierzających do zlikwidowania robactwa. Nie wiem czy się zastosowała ponieważ za chwilę problem zniknął, a potem pojawiły się wakacje.

 Na rozpoczęciu roku szkolnego zauważyłam, że Ania nie będzie chodzić z moją Małą do tej samej klasy. Przyznam nieskromnie, że się ucieszyłam. Ale zmierzam do sytuacji, jakiej byłam świadkiem rano w szatni szkolnej. Jedna z matek zrobiła karkołomną awanturę matce Ani. Krzyczała przy dzieciach i rodzicach znajdujących się w szatni: „jak nie zrobisz porządku z tymi gnidami, to postaram się, żeby cię nie wpuścili do szkoły”. Były wyzwiska w postaci: „brudasów”, „leni”, „flejtuchów” etc. Ania stała pod ścianą i płakała. Potem, po rozejściu się sprawy widziałam jak Ania pytała mamę czy zostaje w szkole i czy może iść na śniadanie.

 Dawno nie spotkałam się z tak ogromną skalą brudu. Podobno starsza siostra Ani nie ma już żadnych koleżanek, bo tak śmierdzi, ze nikt się nie chce z nią bawić. Nie wiem jak się dalej sprawa potoczy bo tym właśnie powinna się zająć Opieka Społeczna. Ale jeśli ze strony rodzica nie ma współpracy, albo wręcz jest awersja do służb państwowych to głową muru się nie przebije. A w takich sytuacjach, za głupotę rodziców najbardziej cierpią dzieci.

 

13:05, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 lipca 2012

Tak naprawdę nie do końca.

 Mam poprawione moje CV przez doradcę zawodowego, tego samego, który z nami prowadził warsztaty aktywizacyjne. Fantastyczna babka! Jestem jej wdzięczna za to, że potrafiła wyzwolić we mnie pozytywną energię i uwierzyć w swoje możliwości. Poza tym dzięki niej będę miała zajęcia z emerytowaną nauczycielką matematyki, która pozwoli mi przygotować się do poprawki w sierpniu. Może wtedy te cholerne dwa punkty, które przeszkodziły mi zaliczyć egzamin w tym roku, przełknę jak bułkę z masłem? Zasada współpracy z nauczycielką polega na wolontariacie. Opieka społeczna organizuje jej pomoc w postaci sprzątania, zakupów, drobnych napraw w domu (kobieta ma problemy z chodzeniem), a ona w zamian udziela korepetycji z matematyki. Super układ.

 Dostałam również z opieki społecznej doładowanie karty miejskiej do końca l i s t o p a d a. Mogę sobie teraz jeździć do woli po mieście w poszukiwaniu pracy. Wstaję codziennie rano, myję się, ubieram, maluję, chcę prowadzić taki tryb życia jakbym tę pracę miała. Boję się zagłębić w lenistwo, marazm, zniechęcenie. I tak teraz wynalazłam sobie robotę przy maszynie więc muszę być czasowo ogarnięta.

 Z wieści urzędowych: pani SS w końcu zostanie wymeldowana. Byłam wczoraj w urzędzie dowiedzieć się czy teść musi stawić się osobiście na wezwanie, w celu przejrzenia zgromadzonych dokumentów w sprawie. Pani zaprzeczyła. Dostałam również informację, że SS była, przyznała się, że nie mieszka i na podstawie tego oraz zeznań sąsiadów zostanie wydana decyzja o wymeldowaniu jej. A tak się odgrażała, żeby je pokój szykować bo ona tu wracać będzie…

 Wszystko układa się w jednolitą całość. Małe elementy puzzli układają się tak jak powinny. Jeszcze tylko kilka ważnych części musi się złożyć w całość. Zresztą, jak się nic nie dzieje to jest źle. Lubię jak sprawy nabierają rozpędu, jak trzeba czegoś dopilnować, załatwić, poszukać. W przeciwieństwie do mojego męża; on chciałby, żeby jego życie było spokojne, bez wrażeń, może nawet całkiem jałowe, żeby nie musiał się niczym martwić, przejmować.

 Czytam i czytam. Nadrabiam zaległości, które powstały podczas przygotowywania się do egzaminów. Pamiętam, że dawnymi czasy zdarzały się takie lata, kiedy nie otworzyłam żadnej książki. Nie było na to czasu. Teraz znów chłonę lektury, w autobusie, w łazience, pilnując kąpiącej się Małej, przed snem. Warto. Cieszę się, że „nauczyłam książek” moje dzieci. Młody chce się zapisać do osiedlowej biblioteki; z racji braku pracy, a co za tym idzie przypływu gotówki, nie mam mu za co kupować czytadeł. Mała na razie słucha jak czytam jej, ale widzę, że lubi sama składać litery w wyrazy i typowo dziecięce pozycje podczytuje sama.

 Nawiązując jeszcze do tematu pasożyta Golasa, po wczorajszym spotkaniu z przyjaciółką i przegadaniu babskich tematów, postanowiłam nałożyć ten znamienny klosz i od dziś wyłączam gaz. Najzwyczajniej nie będzie ciepłej wody. Nie ukrywam, że moja przyjaciółka trochę mnie podbuntowała, ale to tylko wyjdzie na dobre sprawie ponieważ ona uświadomiła mi, że tak naprawdę mój mąż daje mi wolną rękę do działań. Na podstawie moich opowieści co do postępowania wobec jego dzieci dawniej i dziś. Jeśli ojciec nie potrafi radykalnie zmienić przyzwyczajeń swojego synka do darmochy domowej, ja skutecznie będę chłopakowi to życie utrudniać. Już i tak jestem posądzana o bycie wredną macochą, przynajmniej teraz będę wiedziała, że sobie na takie miano w pełni zasłużyłam.

 Niedawno koleżanka podesłała mi link do forum, gdzie kobieta pytała się „ile ma żądać od swojego dorosłego syna za mieszkanie?”. Wywiązała się burzliwa dyskusja ponieważ jak się potem okazało, syn jest pasożytem i do tego alkoholikiem. Większość doradzała matce pozbycie się syna z domu, ale ona była daleka od tej decyzji, bała się co się stanie jak synuś sobie nie poradzi. Śmiem twierdzić, że takie obawy ma również mój mąż. Nie pozbędzie się syna – złodzieja z domu, bo: „gdzie on się wyprowadzi? Jak on sobie poradzi? A jak wróci z policją i powie, że go z własnego domu wyrzuciłem?”.

 Czytając tę forumową polemikę dotknęło mnie jeszcze jedno zdanie, napisane przez osobę, która właściwie wypowiadała się dosyć konstruktywnie: „Pewnie w końcu spoważnieje, na dobre dorośnie, on ma dopiero 21 lat.DOPIERO? Dla mnie 21 lat to JUŻ, no chyba, że ktoś swoje dzieci wychowuje właśnie na roszczeniowych pasożytów i do 40 roku życia chce fundować dziecięciu studia, darmowe mieszkanie, wikt i opierunek.

 Nie jestem za wychowywaniem dzieci w otoczeniu wszystkiego co dostępne, podane na talerzu. Dziecko musi nauczyć się życia na podstawie własnych doświadczeń. To tak jak się mądrze mówi: nie dawaj mu ryby, daj mu wędkę, niech sam ją złowi. Najpierw wytłumacz, pokaż, wyjaśnij, sparzy się? Nic nie szkodzi, następnym razem będzie uważać.

 Mała ma teraz na wakacje kolegę, który przyjechał do siostry mojego męża aż z drugiego końca Polski. Chłopczyk ma 8 lat, moja córka 6,5. Chłopczyk nie umie jeździć na rowerze – moja córka śmiga jak strzała, tamten nie wie co to hulajnoga – moja córka śmiga jak strzała, tamten siedzi całymi dniami przed komputerem – moja Mała nie usiedzi kilku minut w domu jak ma możliwość wyjścia na podwórko. Dochodzi do tego, że z Chłopczykiem nikt się nie chce bawić, Mała próbowała go wtopić w swoje towarzystwo, ale i on nie bardzo chciał i reszta dzieci go nie akceptowała. Poza tym dochodzi jeszcze kwestia jego zachowania; jest bardzo zarozumiały, wysławia się po dorosłemu, ale jednocześnie nie zna elementarnych zasad dobrego wychowania. Nie powie „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam”. Siostra męża tłumaczy takie zachowanie „wychowaniem przez samych dorosłych”, a ja śmiem się nie zgodzić! Nawet jeśli są sami dorośli w domu to nie problem zabrać dziecko na plac zabaw, nauczyć jazdy na rowerze, hulajnodze, tłumaczyć, że się trzeba witać z sąsiadami. Najwygodniej jest posadzić dziecko przed komputerem i mieć „problem z głowy”.

Ale się rozpisałam, a przecież wieje nudą....

 

 

 

piątek, 29 czerwca 2012

Ponieważ zaczęły się już wakacje i moje dzieciaki pokończyły, odpowiednio: Młody gimnazjum, a Mała zerówkę, zaczęły się problemy z opieką nad dziećmi, które nigdzie nie wyjeżdżają. Mam koleżankę, której córka chodziła z moją do klasy, wcześniej znałyśmy się z przedszkola, a znajomość nasza sięga czasów żłobkowych. Zaproponowałam koleżance, że zaopiekuję się jej córką bo przecież i tak siedzę w domu i tak sprawuję opiekę nad swoim dzieckiem. Znajoma przystała na propozycję i tak oto stałam się niańką na dziewięć godzin jak w świetlicy.

Dziewczynki bardzo się lubią, siedziały w jednej ławce w klasie zerowej i widzę, że ich przyjaźń rozkwita. Z matką dziecka tez mam dobre układy, poprawne, bo tak naprawdę za wiele o sobie nie wiemy. Na razie mi to wystarcza. Obserwując dziewczyny widzę, że moja Mała jest żarłokiem, a tamta raczej niejadkiem. Jeśli chodzi zaś o wygląd to tamta jest pączusiem, a moja Mała wysoką, postawną kozą. Zainteresowania też obie mają rozbieżne: moja siedziałaby cały dzień w domu, przy puzzlach, rysowaniu, oglądaniu bajek, ewentualnie mogłaby pojeździć na hulajnodze wokół domu. Tamta zaś odwrotnie: jeśli tylko jest okazja do wyjścia to jest pierwsza, żadnego domatorstwa, na plac zabaw i już.

Wydaje mi się, że wynika to z miejsca zamieszkania: tamta dziewczynka wychowuje się w typowym blokowisku. Każde opuszczenie mieszkania to wyprawa, a my jesteśmy jakby na wsi; chcąc nie chcąc podwórko jest również naszym domem. Granica kończy się na furtce, u tamtej na drzwiach wyjściowych z mieszkania.

Dzisiejszy dzień mógłby być sielanką i zapewne taki będzie jeśli wyrzucę z głowy obrzydliwe myśli dotyczące Golasa. W zasadzie nie ma dnia, żebym o tym problemie jakim jest ten chłopak, nie myślała. Ktoś powie: daruj sobie, olej go, ignoruj, ale ja nie mogę. Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że mieszkając pod jednym dachem z osobą, która tak do końca nie jest mi obca (syn mojego męża) mogę lekceważyć, czy tolerować jak kto woli, zachowania poniżej krytyki.

Od poniedziałku chłopak chyba wychodził do jakiejś pracy, cholera go wie, nie sprawdzę, ale regularnie o 7.00 opuszczał mieszkanie. Dziś było inaczej. Wyjście z barłogu miało miejsce o 10.00, a wyjście z domu o 10.30. Poza tym fakt nieodzywania się do całej rodziny (oprócz siostry) i unikanie jej członków stwarza wrażenie jakby miał nas wszystkich dość. Ja się mu nie narzucam, to nie moje dziecko, ale uważam, że chłopak ma ojca, który powinien w tej kwestii coś zdziałać. Jedynym usprawiedliwieniem mojego męża w sprawie braku kontaktu z synem jest odpowiedź: no przecież jego ciągle nie ma.

Najgorsze jest to, że Golasa pseudo-pokój jest siedliskiem obrzydliwego smrodu i brudu, który zalega tam już od …. O rany, właśnie sobie uświadomiłam, że to trwa już od trzech lat. Słowo: sprzątanie pasuje tam jak wół do karety, tylko patrzeć jak zalęgną nam się karaluchy. Nie umiem znaleźć wytłumaczenia na tolerancję takiego zachowania własnego syna przez ojca. Do tego postawa roszczeniowa i rosnący w siłę pasożyt, korzystający z wygód pt. ciepły prysznic, prąd do telewizora oraz gaz do własnoręcznie przygotowanych potraw.

Co tu dużo mówić: właściwie nic nie można mówić, bo metody jakimi przez tyle lat posługiwałam się tak w stosunku do tego chłopaka, jak i w stronę mojego męża zawodzą. Wszystkie. Odkąd Golas przestał się do mnie odzywać przynajmniej mam ten komfort psychiczny, że nie strzępię sobie języka na darmo. Co do męża to nie wiem czy temu człowiekowi coś przyjdzie do głowy, czy po prostu któregoś dnia dojdzie do tragedii albo najzwyczajniej w świecie do 40 roku życia będzie chował sobie pasożyta. Jak w klasycznej historii: „Ballada o Januszku” tylko tutaj Gienią jest mój mąż.

Pocieszam się jedynie tym, że nie jestem osamotniona. Ostatnie wpisy na pewnym forum dały mi wiele do myślenia. Postanowiłam przeczytać zawartość mężowi z prośbą o niekomentowanie tylko przemyślenie. Bo gdyby zaczął komentować usłyszałabym: „znowu bzdury czytasz, jakieś forumowe brednie”. Mam tylko nadzieję, że nie będę zmuszona do wyprowadzki w obliczu tragedii jaka mogłaby się wydarzyć z powodu Golasa.


15:16, sokramka
Link Dodaj komentarz »