Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: wychowanie

wtorek, 15 marca 2016

Uderza z innej strony, z tej, która mnie najbardziej boli. Mianowicie chodzi o moje dzieci. Wstyd się przyznać, ale zaczynam traktować moją najbliższą rodzinę jak Adamsów. Każdy ma jakieś "coś" za uszami, jakieś problemy, jakieś fobie i nijak nie umiem sobie tego wytłumaczyć.

Ja - wiadomo - po śmierci Mamy, utracie pracy i mieszkania, chorobie teścia, śmierci teściowej i walce z SS o święty spokój, utraciłam normalność i zgłosiłam się do psychologa. To było dawno, ale pół roku temu wróciło i postanowiłam się ratować. Teraz, gdy widzę świat w jasnych kolorach chcę uratować swoje dzieci.

Najpierw Mania: problemy z (nie) chodzeniem do szkoły powtarzają się cyklicznie i nie jestem w stanie temu zaradzić. Włączyłam nawet w ratowanie naszego dziecka Szanownego i Pierworodnego. Mają wspierać Małą w jej porannych przygotowaniach do wyjścia z domu. Szanowny ją budzi, gdy wychodzi do pracy, daje buziaka, życzy miłego dnia. Ja przygotowuję jej śniadanie, czeszę, zostawiam pieniądze na poranne zakupy do szkoły, a Pierworodny pilnuje, żeby wyszła z domu. Co z tego, jak Mania wraca się średnio raz w tygodniu, z powodów różnych - za zimno jej w ręce, zapomniała telefonu, boli ją żołądek, za słabo słońce świeci... Ten ostatni argument wymyśliłam, bo naprawdę nie wiem co jest poważną przyczyną absencji szkolnej.

Nie pomagają tłumaczenia, że każdy opuszczony dzień (nawet raz w tygodniu) powoduje braki w edukacji, że koleżanki będą się o nią pytać, że będzie się nudzić w domu, nawet zagroziłam, że zabiorę jej tablet za karę. Nie przejmuje się tym. Jak ma nie pójść to coś zawsze wynajdzie, żeby wagarować. A to jest dopiero czwarta klasa podstawówki. Czy to się już nadaje na wizytę u psychologa??

Kolejna sprawa, to matura mojego Pierworodnego. Niestety nie będzie jej zdawał w tym roku. Zawalił ostatnią klasę technikum po całości. W grudniu był już tak sfrustrowany, że nie sposób było z nim rozmawiać. Cokolwiek człowiek powiedział, to Młody najeżał się agresywnością. Sam zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc w zapisaniu się do psychologa. Chodzi na terapię jak ja. Bierze lekkie antydepresanty. W karcie ma napisane, że zgłosił się z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi. Myślę, że przerosła go ilość obowiązków: harcerstwo, wolontariat, przygotowania do matury. Wszyscy go gdzieś do czegoś angażowali, a on nie chciał i nie potrafił odmawiać.

Jak mam teraz traktować moje dzieci kiedy starsze siedzi w domu, a ja je wykorzystuję do wychowywania młodszego? Mogę się spodziewać, że Mania w końcu powie mi: Brat nie jest dla mnie autorytetem, bo też nie chodzi do szkoły.

Pierworodny dogadał się w szkole, że będzie powtarzał czwartą klasę systemem eksternistycznym i maturę zda w przyszłym roku. Dyplom technika na szczęście ma. Będzie musiał iść do pracy, co zresztą sam planuje. Pani pedagog szkolna powiedziała, żeby wyprostował swoją sytuację psychiczną i dopiero podszedł do ukończenia szkoły. Ze studiów nici, a tak o nich marzył. Chciał startować na logistykę. Trudno.

A co z Manią? Nie znam powodu, dla którego nie chce chodzić do szkoły. Przecież wszystko ma naszykowane, odrobione lekcje z moim wsparciem, wraca się do domu juz po wyjściu z niego. Co ją blokuje? Mówi, że w szkole jest ok, nikt jej nie dokucza, a może ja coś przeoczyłam? Gdzieś popełniłam błąd? Co ze mnie za matka, która pozwala, żeby w dzieciach rodziły się fobie? Może nieświadomie sama im je przekazuje, albo patrząc na mnie myślą, że to normalne. Ale ja nie znam człowieka, który niczego by się nie bał.

Za dużo rozmawiam? Za głęboko tłumaczę? Może w niektóre tematy nie należy wnikać, może trzeba mówić: bo tak i koniec? Wiem, że Mania często opowiada mi o innych rodzicach, że nie rozumie jak mama np. Kingi nie pozwala jej wyjść na dwór bez uzasadnienia. Bo nie i koniec. "Ty mamusiu przecież byś mi wytłumaczyła dlaczego" - mówi.

Głupieję. Uśmiecham się szczerze, chwalę, wspieram, a i tak jest źle. Mam być taką samą wredną matką jak tysiące innych? Czy terror w domu to jedyny sposób na wychowanie odpornego na dziki świat dziecka?

piątek, 16 stycznia 2015

Od początku tygodnia ćwiczymy z Manią samodzielne wracanie do domu. To znaczy Mańka ćwiczy, bo ja to już nie ;) To w końcu dziewięcioletnie dziecko. Nie będę jej przecież tyłka wozić do ukończenia gimnazjum ;) Otóż ze szkoły do domu jest jakieś dwa i pół kilometra. Mieszkamy na osiedlu domków jednorodzinnych, ale wracając trzeba przejść przez ruchliwą ulicę (są światła) oraz uważać na tych małych, mniej uczęszczanych bo tam zazwyczaj chodnik tylko po jednej stronie jest. 

Pierwszego dnia umówiłyśmy się pod blokiem jej koleżanki, tak w połowie drogi, że ja tam będę na Małą czekać. Jak mnie zobaczyła to już od tego momentu zaczęła biec, aż jej się plecak bujał. Przez następne dni już było swobodniej, a dziś stwierdziłyśmy, że nie ma co i Mania chce wrócić do domu całkowicie sama. Ok. Ja miałam czekać w domu. Do szkoły dałam jej telefon i miała do mnie zadzwonić z szatni, że już się właśnie wybiera. Wszystko odbyło się bez najmniejszych kłopotów. Dzwoniąc była tak podekscytowana, że myślałam, że wypuści telefon z rąk. Chyba bariera lęku właśnie przez owo samodzielne wracanie została przełamana. Zobaczymy jak będzie dalej, bo od poniedziałku zaczyna chodzić na "zimę w mieście" w jej rodzimej szkole. Będą wycieczki, wyjazdy na basen i wiele innych atrakcji. 

Oczywiście na świetlicy musiałam dać papierek, że wyrażam zgodę na samodzielny powrót dziecka do domu, ale to tylko czysta formalność. 

czwartek, 30 października 2014

Na koniec listopada jesteśmy zapisane z Mańką do psychologa. Być może dla każdej z nas ta wizyta będzie miała jakieś znaczenie. Ja tracę już cierpliwość, bo córka odwala mi numer ze szkołą średnio raz w tygodniu. Nie piszę, bo nie ma o czym pisać, a poza tym -czym tu się chwalić...? Powody do absencji szkolnej są różne: ból stopy, ból kręgosłupa, awersja do lekcji angielskiego, do lekcji w-fu, zmęczenia, katar, brak ołówka, jednym słowem: wszystko.

Dziś przekroczyła granice mojej cierpliwości. Mówi się, że spokój może załatwić wszystko, ale moja spokojna stanowczość przybrała dziś twarz potwora. Pod szkołą Mania zaczęła ryczeć, tupać nogą, że do szkoły nie pójdzie i już. A mój potwór powiedział, że jak nie pójdzie to ją osobiście rozszarpię. Uparłam się, że nie odprowadzę jej do domu, ani nie wezmę do pracy. Już raz tak zrobiłam, uległam jej i to był mój wielki błąd. 

Zaryczana stała jak kołek i tylko mijające ją koleżanki zapuszczały żurawia na tę całą obciachową sytuację. W końcu postanowiłam pójść po panią wychowawczynię. Traf chciał, że akurat szła do szkoły. Na moją prośbę o pomoc powiedziała: - no to musi pani iść do psychologa, - jesteśmy już zapisane - odparłam.

Po wymianie zdań z córką pani wzięła ją za rękę i weszła do budynku. Mania pożegnała się ze mną tradycyjnym buziakiem, powiedzonkiem: miłego dnia, do zobaczenia po południu i takie tam. Zdążyłam krzyknąć: - dziękuję pani! Usłyszałam tylko: - nic się nie stało. Może dla pani nic się nie stało, bo takich dzieci przewinęło się przez jej karierę tysiące. Ale dla mnie to potworne przeżywać dziecięcy strach nie wiadomo czym uzasadniony. Może psycholog wyciągnie z córki złożoność problemu i pomoże mi go rozwiązać.

Dodając pikanterii tej całej sytuacji wspomnę, że wczoraj Mania bawiła się na naszym podwórku z koleżanką. Wróciła do domu w brudnej kurtce, skorupie na głowie i sypało się z niej dziwne "coś". To "coś" to był popiół wyciągany z naszego pieca i składowany w wielkiej beczce na podwórku. Dziewczynki postanowiły umyć mi samochód i "maczały" papier w popiele smarując następnie wszystko co popadnie; karoserię, szyby, nawet na fotelu nie dało się usiąść oraz dotknąć kierownicy.

Młoda ode mnie dostała karę - dziś nie wychodzi na dwór. Na dodatek dostała odkurzacz i posprzątała całe wnętrze samochodu. 

czwartek, 09 października 2014

Ponieważ pojawiło się wiele komentarzy odpowiem zbiorczo:

 

Bezcielesna: Z pewnością charakter córka ma po tatusiu. Rzeczywiście czasem mam problem z akceptacją jej usposobienia, ale staram się tego nie okazywać. Za dużą mam świadomość skutków niespełnionych ambicji rodziców ;)

Bożena: Mania kocha basen. Na tych zajęciach spina się i daje z siebie wszystko. Jest bardzo ambitna. Chwalę  ją tak osobiście jak i przy innych (tacie, braciach). Na tablicy korkowej przyczepiam jej różne chwalebne teksty „Super Mania”, „Wielka Mania”, „Mania rządzi”. Najchętniej pływałaby codziennie, ale nie ma takich zajęć. Mamy szkołę sportową, gimnazjum i to nawet rejonowe, ale jest nastawione bardziej na koszykówkę i siatkówkę. Odpada, bo Mańka nie lubi W-Fu. Chyba że jej się coś odmieni do czasów gimnazjum. Muszę wypytać gdzieś o szkółkę pływacką.

Myszka: zakupy moja córka lubi robić, ale ze mną ;) może jak dorośnie to się zmieni ;)

Brommba: po analizie swojego postepowania stwierdziłam, że nie ma różnic w wychowaniu moich dzieci. Nadopiekuńcza na pewno nie jestem, nigdy nie byłam. Tu obawiam się raczej o zbytnią surowość, suchość. Choć mam problemy z okazywaniem uczuć, to mówić się o tym nie boję. Co wieczór jest: dobranoc królewno, śpij dobrze, kocham cię, kolorowych snów. U Młodego „wojskowe” wychowanie wyszło mu na dobre. U Mani chyba nie tędy droga. Szanowny jest ucieleśnieniem spokoju, on nawet nie tłumaczy córce kiedy popełni jakiś błąd. Nie stosuje żadnych granic, ani zasad.

Fischerwoman: Kiedy córka się sprzeciwia niestety brzydko mówiąc olewam temat. Potem jak chcę skorzystać  ze stołu zawalonego puzzlami bądź talerzykami sama to sprzątam, bo mnie wkurza. Faktem jest, że Szanowny mi nie pomaga. Jego bałaganiarstwo przekracza wszelkie granice. To dobry człowiek, ale jego już nie wychowam. Kiedyś usłyszałam od córki: a dlaczego ja mam to wynosić, jak to tatuś zostawił?

Na razie postawiłam na pracę wokół swojej osoby. To znaczy chcę uważniej słuchać córki, przyklejać więcej pochwał i może wymyślę jej jakiś nowy obowiązek nagradzany jakąś przyjemnością ;)  

 

wtorek, 07 października 2014

Postanowiłam podzielić się swoimi przemyśleniami nt ostatnich zachowań mojej córki. Obserwuję ją od dłuższego czasu i boje się, że może być coraz gorzej.

Jak wiadomo jest typową córeczką tatusia. Tatuś to, tatuś tamto, ale mama też jest ważna, powiedziałabym, że nawet ważniejsza. Mania w styczniu skończy 9 lat (ma na imię inaczej, ale ja tak na nią mówię w domu), wydawałoby się, że to duża dziewczynka, rozsądna, samodzielna. A jednak. Czasem odnoszę wrażenie, że gdybym kupiła wózek spacerówkę chętnie by jeszcze do niego wsiadła.

Po pierwsze nie jest w ogóle samodzielna. Nie żebym piętnowała córkę, obserwuję tylko, że w jej wieku w zasadzie powinna już zacząć dbać o swoje własne interesy. Mała nie kupuje sobie sama żadnych, nawet drobnych rzeczy, mówi, że się wstydzi, że ja mam to zrobić. W szkole nigdy nie podnosi palca na lekcji, nie zgłasza się samodzielnie, ale wywołana odpowiada zgodnie z poleceniem i ma dużą wiedzę. Szkoła ją ogólnie przeraża. Nie lubi świetlicy, mówi, że tam jest za głośno. Bywają takie dni, że rankiem nie chce w ogóle iść do szkoły. Mówi, że boli ja brzuch. To już podejrzewam jest na tle nerwowym. Po delikatnym wywiadzie i obserwacji córki przez dłuższy czas nie stwierdziłam negatywnej ingerencji koleżanek, wręcz przeciwnie Mania jest lubiana przez dziewczynki, tylko nie zawsze ona sama chce z nimi przebywać.

Łatwo się poddaje. Bardzo dołują ją zdobyte słabe oceny, nie motywują. Boi się wielu rzeczy. Ostatnio w supermarkecie weszłyśmy na dział napojów, powiedziałam do niej, żeby poszła sobie wybrać napój do szkoły na następny dzień. Dodałam, że będę przy warzywach. Mój błąd polegał na tym, że nie upewniłam się, czy Mańka tę kwestię dokładnie przyswoiła. Nabrawszy warzyw do koszyka poszłam kontrolnie sprawdzić co się dzieje z moim dzieckiem. Ona stała miedzy regałami i płakała: „bo ciebie nigdzie nie było”. Zaufałam. Za mocno.

Wiecznie jest znudzona, a propozycje wspólnego działania tylko ją do tego bardziej zniechęcają. Poodkurzamy? Nie. Może ty odkurzysz w swoim pokoju? Nie. Zabierz swoje talerze ze stołu do zmywarki. Nie. Powkładaj sobie skarpety czyste do szuflady. Nie.

Obgryza paznokcie. To z pewnością na tle nerwowym.

Gdzie popełniłam błąd? Czy jestem za bardzo wymagająca? A może odwrotnie? Może zbyt mało wymagam? Może jestem zbyt surowa w okazywaniu uczuć? To bardzo prawdopodobne. Mam problemy z przytulaniem. Nie sprawia mi to przyjemności. Tu może być dużo mojej winy. Nie ganię jej, nie krytykuję, choć czasem mam ochotę potrząchnąć ja i wyraźnie dać do zrozumienia, żeby się obudziła. Ale nie mogę tego zrobić.

Boje się o nią, bo to jednak dziewczę. Jak pokonać jej własnego lwa? Mańka ma do mnie dużo zaufania, wierzy we mnie i wciąż chce bym przy niej była. Ostatnio rozmawiałam z nią, że mogłabym mieć pracę zmianową, dużo bym zarabiała, ale wtedy wracałabym późno i nie odbierałabym jej ze szkoły. Natychmiast wyraziła swoje negatywne zdanie w tym temacie. Ona woli żeby było mało pieniędzy w domu, ale żebym przychodziła po nią zaraz po lekcjach. Nie brat, nie tata, nie sąsiadka, mam być JA.

Mam również siedzieć w łazience podczas gdy ona bierze prysznic. Zawsze się pyta: czy będziesz tu siedzieć? Staram się kiedy mogę, kiedy jednak muszę iść do swoich zajęć ona jest wtedy przytłumiona, zgaszona, a czasem nawet obrażona.

Może jest na sali jakiś psycholog? Albo ktoś kto przeżywał takie lub podobne rozterki? Nie miałam takich problemów z Młodym. Udało mi się wystrugać z niego odpowiedzialnego, samodzielnego faceta, z którym były może inne kłopoty, ale na pewno nie był on dzieckiem zamkniętym i niedostępnym. A może coś zmienić w swoim zachowaniu? No i jak ukierunkować tak wrażliwe dziecko na dalszą drogę w życiu?

środa, 15 stycznia 2014

Jęczeń i utyskiwań ciąg dalszy. Wczoraj byłam na zebraniu u Młodego. Na 14 przedmiotów jakie obowiązują mojego syna, widnieje 8 jedynek na semestr. I nie jest to skutek jakichś problemów z głową, trudności w przyswajaniu materiału, dokuczania kolegów, czy inne. To wszystko wynikło z ponad stu godzin nieobecności. Wagary, wagary i jeszcze raz wagary. Temat wałkowany po stokroć. Pytanie: dlaczego nie chodzisz do szkoły? do dziś pozostaje bez odpowiedzi. Rozmowa z panią pedagog szkolną skończyła się rezolutnym zapewnieniem mojego dziecka, że nic się nie dzieje, że Młody na pewno szkołę skończy i że nie ma żadnych większych problemów. 

W harcerstwie wychwalany, awansowany, wyznaczany do odpowiedzialnych misji. Przy pracy na łódkach ma opinię sumiennego i dokładnego pomocnika (remontują żaglówki na wakacje jako drużyna żeglarska, ponadto syn ma patent - lubi pływać i żeglować). A szkoła w tyle. 

Zabrałam mu komputer. Tak na dobre. Trudno - nadużył mojego zaufania, będę go traktować jak dziecko. Założyłam zeszyt prac domowych - codziennie ma mi pokazywać wpis - zadane to i to, podpis - brak zadanych lekcji, podpis. Kontrola jak w wojsku, ale sam się prosił. 

Jeśli nie będzie chciał wstać rano z łózka - zerwę z niego kołdrę i gucio mnie będzie obchodzić jego reakcja. Jeśli chory czy przeziębiony to dopiero jego stan zejściowy pozwoli mi na wyrażenie zgody na absencję szkolną. 

Nie pije, nie pali, nie porusza się w trudnym towarzystwie, jest cholernie inteligentny i wyszczekany. Ma zainteresowania, ma pasje, ma przyjaciół, z którymi doskonale się dogaduje. Tym bardziej dziwi mnie jego lenistwo brak obowiązkowości. Na moje pytanie: co ja robię źle i może jestem niedobrą matką dla niego, słyszę: jesteś najwspanialszą matką na świecie, wszyscy mi ciebie zazdroszczą.

Nie wiem gdzie tkwi błąd. Czy naprawdę moje dziecko musi repetować klasę, żeby zrozumiało, że najważniejszym jego obowiązkiem jest szkoła? Brat był ze mną na zebraniu. Spięliśmy poślady i wspólnie opracowaliśmy plan kontroli nad Młodym. Ja stacjonarnie - brat telefonicznie - na odległość. 

Trzeba na to czasu, bo straconego semestru nie da się naprawić, ale można uratować  drugi, a co za tym idzie wypracować koniec roku na pozytywnych ocenach. 

14:03, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 grudnia 2013

Chyba gdzieś popełniłam błąd. Błąd, o którym nie wiem i nie jestem go świadoma. Jak każda matka chciałam jak najlepiej, ale nie znam matki (mądrej matki), która nie przyznałaby się do popełnianych błędów. 

Młody mój wagaruje jak chce i kiedy chce. To II klasa technikum. Przedmioty zawodowe, materiały z przedmiotów ogólnych wchodzą już w zakres matury. A on w poniedziałek nie idzie do szkoły, we wtorek się pojawia, czwartek robi sobie wolny, piątek na zmianę: przychodzi lub go nie ma. W pierwszej klasie miał wspaniałą, młodą wychowawczynię, która ambicjonalnie podchodziła do swoich wychowanków. Obecnie jest tylko nauczycielką polskiego, ale nadal utrzymuję z nią stały kontakt, bo aktualna wychowawczyni nie wykazuje nadmiernego zainteresowania swoimi uczniami. 

Nie wiem co mam robić... bo kontrola i pytania w stylu: "byłeś dziś w szkole?" obracają się przeciwko mnie. Młody mówi mi, że woli jak się go pytam: "jak  było dziś w szkole?" bo zadając wcześniejsze pytanie on czuje, że jest inwigilowany.

Myślałam już o wizycie u psychologa, ale nie szkolnego. Odmówię sobie pewnych rzeczy i zapłacę za wizytę prywatną, ale nie wiem czy to przyniesie jakiś pozytywny skutek. Zostawiać go z tym problemem nie chcę, bo z perspektywy własnych 17 lat wiem, że on nadal potrzebuje wsparcia matki. 

Nie jest zbuntowany, ale potrafi dokuczyć. Coś w stylu: "ty mnie nie rusz, bo mam dziś muchy w nosie". O pomocy ze strony Szanownego nawet nie chcę myśleć. Po pierwsze: na początku naszej znajomości dałam Szanownemu jasno do zrozumienia, że nie chcę żeby wtrącał się w wychowanie mojego syna, a ja nie będę wtrącać się w jego dzieci. Po drugie: widząc mało ambitny stosunek mojego męża do kwestii wychowania dzieci, postanowiłam sukcesywnie odsuwać go od decyzji i obowiązków rodzica. Jemu było z tym wygodnie, a ja miałam wszystko pod kontrolą. Dlatego cały czas czuję się samotną matką, ale w tej kwestii nie narzekam. 

Jedyne co mnie boli to niemoc w stosunku do własnego dziecka. Brat jest za daleko, żeby potrząchnąć siostrzeńcem, poza tym kiedy wujek próbuje dzwonić Młody nie odbiera od mojego Brata telefonów. 

Syn jest inteligentnym, bystrym chłopakiem. Jego pasją jest harcerstwo i zrobi wszystko, żeby tam być i piąć się po szczeblach kariery, ale harcerstwo mu papu nie da, nie ubierze go, nie zapewni dachu nad głową. Co będzie jak Młodemu się noga powinie i nie zda do III klasy? Przeraża mnie to, bo zawsze był prymusem i kończył klasy z czerwonymi paskami, aż do gimnazjum. 

Moja Mama zawsze stawała w obronie swoich dzieci, nawet jak przysparzaliśmy jej kłopotów. Do niedawna ja też broniłam Pierworodnego, ale już nie mam sił. No bo ileż można tłumaczyć dziecko, że chore, że miał zlot, że zaspał... Ostatnio nawet nie wiem kiedy i gdzie chodzi na te wagary, domyślam się po historii przeglądarki komputera i wymianie smsów z wychowawczynią. 

Boję się o niego, boję się o siebie, że poniosę klęskę wychowawczą. 

18:21, sokramka
Link Komentarze (8) »