Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: weekend

poniedziałek, 20 marca 2017

Ostatnio zawagarowałam. I tak na samej końcówce mamy już tak mało zajęć, że stracić jedno spotkanie seminaryjne lub konwersatorium z nudnego tematu to nic. Mamy więcej czasu na pisanie pracy magisterskiej i to się liczy. Pisanie tematu jaki wybrałam, idzie mi całkiem gładko, zupełnie inaczej niż w przypadku pracy licencjackiej, podczas której wychodziły mi siódme poty ;-)

Tak więc spędziłam weekend domowo, ale nie leniwie, jak to zwykle u mnie bywa. Upiekłam z Manią i Pierworodnym kopiec kreta, taki prawdziwy, nie z torebki ;-) Uszyłam córce prześcieradło i niech nikt sobie nie wyobraża, że "uszyć prześcieradło" to pan pikuś. Musiałam bowiem zszyć dwa kolorowe prześcieradła, które Mania kiedyś miała w łóżeczku dziecięcym. Przypominam, że jestem niepoprawnym zbieraczem i zawsze żal mi wyrzucać jakieś szmaty dobrego gatunku ;-) Tak więc po zszyciu wyszła mi płachta o długości prawie trzech metrów. Ponieważ chciałam dać Mani prześcieradło z gumką musiałam wymierzyć w którym miejscu ma ta gumka być oraz odpowiednio ukształtować (zszyć) rogi, żeby prześcieradło pasowało na materac. Potem wszycie gumki to element końcowy, nie pozostający jednak bez problemu. Ale się udało - Mania teraz nowe dwukolorowe prześcieradło. 

Muszę się też pochwalić swoim przecudownie zdolnym mężem, który nie dość, że sam skonstruował wejście dla naszych kotów, to jeszcze zabawił się w jutubera i sam zmontował filmik, puszczając go do emisji. 

Oto wynik jego pracy. Bawcie się dobrze oglądając dzieło Szanownego :-)

Tagi: Mąż weekend
08:51, sokramka
Link Komentarze (10) »
niedziela, 26 lutego 2017

Weekend mija spokojnie, bez większych emocji, co jest w moim odczuciu czymś czego mi zawsze brakowało. Oczywiście nie należę do osób, które lenistwo mają wpisane w plan dnia, ale nie lubię stresowych sytuacji. Jak mawiała moja Mama: najważniejszy jest święty spokój :-) 

W czwartek poznałam się z trzynastką. To taka dodatkowa pensja, która wypłacana jest w przedsiębiorstwach państwowych. Nie ukrywam, że bardzo mnie to ucieszyło, bo planowałam już od dłuższego czasu zakupić sobie nowy laptop. Stary sprzęt Szanownego do niczego już nie nadawał, a i potrzeba uniezależnienia się była ogromna. Tak więc zakupu wymarzonego modelu dokonałam w piątek i już dziś śmigam na nowej klawiaturze bezprzewodowej, którą mi Szanowny kupił łącznie z myszką na zbliżające się moje urodziny. Jestem przeszczęśliwa!

Od zeszłego tygodnia czytam biografię Feliksa Dzierżyńskiego, polskiego szlachcica, który stał się twórcą pierwszych organów kontrolujących społeczeństwo w rewolucyjnej Rosji. W planach leży na półce do przeczytania Biedroń, Największe kłamstwa w historii oraz muszę w końcu zabrać się za opowieść o Tomku Beksińskim. Zazdroszczę Bezcielesnej, że ma to już za sobą ;-) 

Jutro czeka mnie w pracy trzygodzinne szkolenie ... z niczego. W instytucji w której pracuje powszechnym jest gadanie dla gadania, z którego nic konkretnego nie wynika. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że marnowanie czasu na pierdoły jest tu normą. Czekają mnie również wnioski, w których rzeźbię już jak w gównie, bo będąc osobą która lubi konkrety, nie umiem dostosować się do wymagań tutejszych standardów. Piszesz wniosek według wzoru a i tak góra będzie miała wąty do tego czy napiszesz: "dotyczy dostawy", czy "do dostawy". Przeszkadzają przecinki, mają być kropki. Zresztą nie jestem osamotniona - podobne odczucia ma moja koleżanka z lewej ;-) 

Dzisiejszy wieczór zapowiada się filmowo. Doszliśmy ostatnio z Szanownym do wniosku, że posiadając najnowsze techniczne możliwości jakimi są: telewizor ze smart tv, komputer z możliwością podłączenia obrazu do tv, nie mamy potrzeby korzystania z ogólnodostępnej telewizji, jaka serwuje papkę zaśmiecającą umysł. Jeśli chcemy wiadomości mamy Player, w którym możemy zobaczyć każde wydanie Faktów. To samo w przypadku dostępnej Ipli. Czytamy też wiadomości internetowe i nie musimy gapić się o 19.00 w ekran. NIC nie musimy. Seriali nie oglądamy, programy popularno naukowe są dostępne w necie oraz na najróżniejszych kanałach. Zestaw filmów mamy dostępny czy to na cda.pl czy tez na Netflixie. Telewizja dla nas nie istnieje, a jednak oglądamy to co chcemy i kiedy chcemy. Nie będę się rozpisywać nad planami obecnego rządu w kwestii przymusu płacenia abonamentu, bo chcę mieć zdrowe serce ;-) 

Od jutra zaczyna się szkoła po dwutygodniowych feriach. Moja Mania będzie miała ciężki poranek, bo choć próbowałam ją budzić wcześniej, ma upodobania do długiego spania ;-) 

Tagi: weekend
20:25, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 06 lutego 2017

Zawsze jak przyjeżdżam w rejony mojej starej dzielnicy ogarnia mnie jakaś taka dziwna melancholia. I niby mieszkam już w nowej dzielnicy mojego miasta prawie 9 lat, a jednak wciąż tęsknie za starymi śmieciami, za kamienicami rozpadającymi się z dnia na dzień, za zaułkami ulic, za klimatem starej warszawskiej Pragi. Nie wiem jak to nazwać: regionalnym patriotyzmem? Będąc właśnie podczas weekendu na uczelni i odwiedzając przy okazji stare śmiecie, poczułam jak tętni we mnie zazdrość, że już nie jestem mieszkańcem tej dzielnicy ;-) W każdym razie sprawy uczelni mam już z głowy - teraz aż do 4 marca mam czas wolny. Tak zwane - ferie ;-)

O sytuacji w domu nie będę się rozpisywać ponieważ dziadek do narzeczonej nie pojechał i miałam to szczęście, że w sobotę wybyłam do szkoły, moja Mania pojechała na łyżwy z koleżanką, Szanowny pracował, a Młody miał jak zwykle jakieś zobowiązania na mieście. Nikogo nie było w domu, a i tak wieczorem słyszeliśmy, że teściowi zginęły pieniądze i ktoś mu wrzucił jego stare spodnie do piwnicy (!) To już nie jest ten umysł co kiedyś. To mózg pracujący na zwolnionych obrotach, podlewany alkoholem.

Mania na spotkaniu łyżwiarskim została sfotografowana (razem z koleżanką) przez jakiegoś pana z agencji, który poprosił o telefon do rodzica. Okazało się w sobotę wieczorem, że pani, która do mnie zadzwoniła reprezentuje agencję, która szuka nowych twarzy do telewizji. Robią teraz casting do nowego serialu dla HBO. Moja córka spytała się czy dzwonili do mnie z tej agencji i powiedzieli, czy ona załapała się na drugą turę, mimo tego, że się załapała odparłam, że nie dzwonili. Skłamałam i byłam pewna, że zrobiłam dobrze. Nie widziałam w jej oczach żalu, a nawet sama dodała: może i dobrze, bo nie wiadomo co to był za pan, a ja bym nie chciała, żeby mnie miliony ludzi oglądali. Mam taką wewnętrzną dewizę, że nie chciałabym "sprzedawać" wizerunku swojej córki do mediów publicznych. Nawet nie zamieszczam jej zdjęć na swoim koncie na FB. Chcę, żeby to ona decydowała o prezentowaniu siebie samej, a z jej wrażliwością trudno byłoby później odkręcać jakieś niewygodne sytuacje.

Z poniedziałku mam jak zwykle dużo roboty. Jeszcze się okazało, że mamy przygotowane wnioski na starych wzorach i wszystkie je musimy poprawiać na nowo. Dzień mam z głowy. Ale przynajmniej czas szybko minie.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Już dawno nie przechodziłam tak końca tygodnia jak ostatnio. Miałam plany, których nie udało się zrealizować, miałam zaplanowane spotkanie, które nie doszło do skutku. Ale cóż - dziś świat się nie kończy, a z poniedziałkiem otuliła mnie nowa, mocna energia :-)

Wracając jednak do weekendu. Mieliśmy z Szanownym gości. Przyjechał Uszak ze swoją rodzinką. Pacholę ma już dwa latka. Rany, jak ten czas leci?!?!? Oni się gościli w dużym pokoju, ja zaś w garach, a potem w drutach. Takich do włóczki - powstaje nowy projekt - prezent :-)

Niedziela dopadła mnie z samego rana bólem głowy tak potwornym, że z czasem przeobraził się on w galopującą migrenę. Później nawet doszukiwałam się teorii spiskowych, że ból, który nie przechodzi jest skutkiem wysokiego smogu panującego od jakiegoś czasu w Warszawie. Wyciągnęłam te wnioski po tym, jak moja ukochana Migea nie zadziałała :-( Musiałam nawet wysłać Pierworodnego do sklepu po zakupy, bo sama nie byłam w stanie wyjść, nie mówiąc o prowadzeniu samochodu.

A Szanowny dziś urlopuje. Nie z przyjemności, a z musu. Spuchło mu pół twarzy, wczoraj bolał go niemiłosiernie ząb. Wiedziałam, że tak może się zdarzyć ponieważ mój mąż należy do tych ludzi, który boją się dentysty jak diabeł święconej wody. Już nie będę go obgadywać co posiada na stanie w jamie gębowej, bo to wstyd, ale zapowiedziałam mu, że nie podaruję i na siłę zrobię mu górną i dolną szufladę zębów. Przeraził się jak dziecko, ale niestety musiał się ze mną zgodzić.

Z jednej strony go rozumiem, bo facet jest z '64 roku, kiedy plomby wstawiano ołowiane, a trauma wyrywanego zęba przez dentystkę, która mojego chłopa przytrzymywała kolanem, tkwi z tyłu głowy do dziś. Serio - można nie lubić stomatologii.

W każdym razie siedzi dziś w domu i będzie płukał zęby szałwią. Podjął decyzję, że jak będę sobie niedługo robić siódemkę, mam jego pozwolenie na zapisanie go na wizytę.

Dbajcie o swoje zęby! Miłego poniedziałku :-)

Tagi: weekend
07:44, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 stycznia 2017

Ostatni taki długi weekend właśnie minął, teraz długo, długo nic, aż do kwietnia ;-) Rozochoceni rozleniwieniem postanowiliśmy kontynuować tę nową tradycję domową i siedzieliśmy w domu całe trzy dni. Może to wynikało też z aury panującej na zewnątrz, bo nawet moje koty przespały mróz w naszej łazience - mamy tam ogrzewanie podłogowe :-D Nie pojechaliśmy po materiał na łóżko dla Mani, ale za to robiliśmy inne rzeczy. Szanowny wykonał wieszak na klucze do przedpokoju, jak będzie gotowy (lakier schnie) to się nim pochwalę. Ja zaś wydziergałam mitenki dla Mani, bo mi pozazdrościła moich, zrobionych na szydełku.

Pierworodny wyjechał ze swoją drużyną na cały weekend, a dziadek również opuścił swoje mieszkanie jadąc jak zwykle do narzeczonej. I tu bym chciała wtrącić odpowiedź dla jol-ene: teść może i chciałby zamieszkać ze swoją kobietą, ale ona tego nie chce. Po pierwsze jest świadoma alkoholizmu dziadka i chyba nie chce się z tym problemem użerać. Po drugie narzeczona dziadka ma bardzo wysoką rentę po swoim pierwszym, zmarłym mężu i kiedyś opowiadała, że nie chce jej stracić. Ta emerytura jest po obywatelu USA i tam chyba są inne uwarunkowania jej otrzymywania. Wiem, że jeśli chce nadal te pieniądze pobierać nie może wyjść za mąż. Być może zamieszkanie z kimś na stałe wiązałoby się ze strachem przed stratą kasy. Nie wiem.

A poniżej mitenki szydełkowe, które widzicie dwa razy ;-) pierwszy i ostatni. Sprułam je bowiem i z tej włóczki robię inne, na pięciu drutach.

A mitenki granatowe są wykonane metodą pięciu drutów :-) bez szwów, na okrągło. Są wydzierganie dla Mani i już dziś pobiegła w nich do szkoły.

Miłego dnia!

środa, 02 listopada 2016

Długi weekend szybko się skończył, ale i tak pozostaje nadzieja na ekspresowe najbliższe dwa tygodnie ;-)

W sobotę pojechałam na uczelnię, choć fatalnie się czułam. Bolał mnie żołądek i po dwóch zajęciach niestety urwałam się do domu. Potem dowiedziałam się, że wiele nie straciłam. W domu zmuszona zostałam do położenia się do łóżka (czego szczerze nie cierpię - kiedy spać nie trzeba, leżenie jest marnowaniem cennego czasu ;-)) Szanowny zrobił mi gorącej, gorzkiej, czarnej herbaty i podkarmiał kromkami czerstwego chleba. Wieczorem mogłam już wstać na nogi nie odczuwając sensacji żołądkowych.

Niedziela była już dniem "domowym", bo uczelnia nie zaplanowała dla mojego semestru zajęć w tym czasie. 

W poniedziałek Szanowny pojechał ze swoim ojcem na wieś, na groby rodzinne teścia. Mój Pierworodny, jak co roku pojechał na cmentarz uczestniczyć w harcerskiej akcji "znicz". A ja od rana wspólnie z Manią przygotowywałam się na wieczór Halloween. Córka zaprosiła koleżanki, a ja upiekłam palce Baby Jagi oraz babeczki - sowy. Były balony pomalowane markerem w straszne buźki, chipsy, szampan dla dzieci z sokiem malinowym imitującym krew i świetna zabawa. Wśród zabaw było jedzenie donatów zwisających z żyrandola (bez użycia rąk), był konkurs na czas - kto szybciej owinie drugą osobę papierem toaletowym na wzór mumii, były kręgle dyniowe do wieży z rolek papieru toaletowego i kalambury. Oczywiście na samym początku imprezy dziewczyny poszły po osiedlu zbierać cuksy na hasło: "cukierek, albo psikus". Miały już zapamiętane domy i mieszkania z poprzedniego roku, gdzie wiedziały na pewno kto im będzie życzliwy.

A wczoraj ogarnęło mnie totalne lenistwo domowe polegające na tym, że w ogóle nie zdejmowałam piżamy. Co nie znaczy, że nic nie robiłam :-) Pojechanie na cmentarz u mnie w ogóle nie wiąże się z dniem 1 listopada. Nie świętuję, nie kultywuję, jak będę miała wolny przyszły tydzień, to pewnie odwiedzę grób mojej Mamy w sobotę. Nawet nie miałam włączonego telewizora (jak prawie zawsze) i nie widziałam, czy były tłumy czy nie.

W każdym razie cztery dni wolnego minęły tak szybko, że nie zdążyłam mrugnąć ;-) Ale teraz tylko trzy dni pracy, a w przyszłym tygodniu tylko cztery. Fajnie.

poniedziałek, 03 października 2016

Zaczęło się już w piątek. Pokłóciłam się z Szanownym o... mojego Pierworodnego. Generalnie porównywanie ludzi do innych osób, to paskudny element dyskusji i dlatego moje wzburzenie rozrosło się do fali tsunami. Za własną rodziną będę stała jak lwica zawsze. Cóż, niestety Pierworodny nie jest synem Szanownego i tu mam wielokrotnie bitwę w sercu - kto jest ważniejszy, a kto jakim czynem zasłużył sobie na krytykę.

Zasadniczo moi panowie nie sprzeczają się - jest między nimi taka niewidzialna nić porozumienia i wzajemna akceptacja. Ale obaj potrafią na siebie donosić właśnie do mnie. I to mnie irytuje.Po kłótni postanowiłam noc z piątku na sobotę spędzić z córką w łóżku. Taki foch ;-)

W sobotę z chęcią pojechałam na uczelnie. Rok akademicki juz się dla nas zaczął i to na całe 9 godzin. Wieczorem, po powrocie do domu zastałam Uszaka i jego dziewczynę z małym. Ponieważ mój organizm przyzwyczajony jest do wstawania o świcie, zwyczajnie o 20.30 położyłam się spać. Wszak niedzielę też miałam przywitać na uczelni. Zamieniłam jedno (dosłownie) zdanie z Okularnicą, które potem okazało się gwoździem do trumny moich stosunków z pasierbem. Okazało się, że Uszak wypił sobie troszkę u brata, jego kobieta za bardzo wzięła sobie do serca moje zdanie o życiu z chłopem i... pokłócili się w drodze do domu. Dostałam od pasierba takiego wulgarnego smsa, że całą niedzielę miałam gniota w żołądku, który nie chciał zejść.

Co ja mu takiego zrobiłam, że mnie tak obsmarował? Nie odpisałam, nie wdawałam się w dyskusję, bo stwierdziłam, że na takim wulgarnym poziomie nie będę wdawać się w polemikę.

Po powrocie z uczelni postanowiłam pogadać z Szanownym. Wtedy też pękło coś we mnie i wylałam z siebie wiadro łez. Potrzebowałam wyrzucić z siebie zatęchłe od piątku żale i to mi dobrze zrobiło. Bałam się jednak, że tak jak ja staję murem za swoim synem, mój mąż będzie stał murem za swoim. Miło się zaskoczyłam ponieważ Szanowny powiedział, że jeśli jego syn mnie obraził - nie będzie miał w tym względzie dla niego usprawiedliwienia.

Ulżyło mi.

Sprawa z moim synem również została wyjaśniona. Na znak "pokuty" ;-) Pierworodny przekopał połowę ogródka. Atmosfera wróciła do normy, wróciłam do własnego łózka. Boli mnie tylko to, że mój nadpobudliwy pasierb pozwolił sobie bez konfrontacji używać inwektyw w moim kierunku. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia, a wyszło na to, że wypowiedziane przeze mnie jedno zdanie w rozmowie z jego dziewczyną zadziałało jak zapalnik tłumiącej się między nimi awantury.

poniedziałek, 12 września 2016

Wrzesień chyba nie chce pożegnać się z upałami i trzyma się kurczowo wysokich temperatur. Mnie to doprowadza do szału ;-) Nic się chce, żadna praca nie daje satysfakcji, człowiek wchodzi pod prysznic mokry i wychodzi.... mokry ;-) Ale nic. Przeżyło się jedne upały to przeżyje się i drugie ;-)

Ogródek już wypielony przez Szanownego. Zbiory w koszach stoją w piwnicy i sukcesywnie są przerabiane na przetwory. Cały weekend poświęciłam na zabawę ze słoiczkami ;-) Słoneczniki też już zerwane. Mam mnóstwo przecierów pomidorowych, keczupów, utartej i zamrożonej dyni, przecierów z ogórków kwaszonych. W sumie - jest co jeść. Kukurydza tez obrodziła i mieliśmy taki czas, kiedy jedliśmy ją na śniadanie, obiad i kolację, a i rybki w oczku się trochę pożywiły ;-) Miałam w niedzielę na chwilę spotkać się z Bezcielesną, ale gary mnie pochłonęły, czego jednak nie żałuję, wręcz przeciwnie :-) 

W niedzielę też odwiedził nas Uszak z Okularnicą i Pacholęciem. Mały już chodzi (uwaga - w styczniu skończy dwa lata), uśmiecha się, bawi się piłką. Jednak jest emocjonalnie bardzo zaniedbany. Nie mnie wnikać w przyczyny, bo to ani nie mój wnuk, ani żaden pociotek. Widzę, że Szanowny bardzo jednak przeżywa niedbalstwo matczyne swojej synowej. Pasierb rozmawiając ze mną potwierdził te zaniedbania. Dziewczyna jest miła, sympatyczna, ale niestety nieporadna i chyba trochę leniwa. Potrzeba jej wsparcia.

Nowy tydzień, to zakończenie starych wniosków i chyba koniec w tym roku naszej służbowej aktywności. Zakupy teraz będą już tylko realizowane. Jeśli nie dojdzie mi nic na cito, to będę miała do końca roku kalendarzowego spokojniejszą pracę :-)

Miłego tygodnia!

poniedziałek, 05 września 2016

Korzystając z możliwości wzięcia urlopu (ach, jaki to jest cudowny przywilej!) czwartek i piątek siedziałam w domu. Na rozpoczęcie roku szkolnego Mani miałam nie iść, ale córka tak mnie prosiła, że poszłam choćby z powodu posłuchania czy szkoła będzie komentować nadchodzące reformy. Wszyscy łącznie z panią dyrektor i wychowawczynią mówili: zobaczymy jak to będzie.

Mania, już uczennica piątej klasy, z reformy nie jest zadowolona. To, że będzie miała przez następne cztery lata tę samą wychowawczynię, napawa ją zgrozą. Ale cóż zrobić. Na szczęście smutek zastąpiła radość planu na nowy rok, ponieważ w poniedziałek i środę na pierwszej godzinie jest religia. Będzie więc Młoda chodziła w te dni na drugą lekcję ;-)

Remont kuchni trwa. Wypadły dodatkowe wydatki, które niestety musiały zostać poniesione i niestety kawałek oszczędności, które już zaczynałam sobie tworzyć nadszarpnęłam. Poza tym w takim domu jak ten, w którym mieszkam nic się kupy nie trzyma. Ściany są krzywe, podłoga nieckowata, wszystko trzeba albo naginać, albo tuszować, albo docinać. Ale nie ma jak współpraca z moim kochanym Szanownym - ten to potrafi wszystko naprawić, zrobić, wykorzystać, przerobić i zamontować :-)

Sobotę wykorzystałam na czas z córką i jej koleżanką. Na warszawskich Polach Mokotowskich trwały zawody "Latających psów". To nic innego jak turniej łapania dysku popularnie zwanego frisbee. Dziewczyny bawiły się świetnie oglądając zawody, potem było zaganianie owiec, kaczek, a następnie psie skoki do basenu. Ja już trochę mniej się bawiłam- moja fobia przed tłumem dała o sobie znak. Z tego tez powodu nie poszłam na Noc Pragi. Mojej ukochanej dzielnicy, w której się wychowałam i gdzie jestem już trzecim, praskim pokoleniem. Ale nadrobił to mój Brat, będąc na koncertach i spotykając się z kumplami "z dzielni" ;-)

W niedzielę pracowaliśmy już z chłopiną razem w tej remontowanej kuchni. Potem przeszliśmy na ogród, powyrywaliśmy co się dało, zebraliśmy ostatnie plony fasolki, ogórków, dyni. Pomidory zielone powędrowały do piwnicy, na zimę dojrzeją :-)

Doznałam szoku, kiedy moja dziesięcioletnia córka oświadczyła, że chce iść do kina z koleżanką. Sama. No w końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz. Zdziwiłam się, że zaczyna puszczać sama tę niewidzialną smycz, ale to było pozytywne zdziwienie, bo w końcu musi się zacząć usamodzielniać. Dziewczyny były na Epoce lodowcowej, podobno film super i nie żałowały.

A dziś dzień jak co dzień, od rana roboty mnóstwo. Biorę się zatem za pracę, bo premii nie będzie ;-) Miłego poniedziałku!