Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: ciocia

poniedziałek, 09 czerwca 2014

Zawsze sobie powtarzam – nie narzekaj, inni mają gorzej, wyciągaj z życia, to co masz najlepsze, najcenniejsze i karm się  tym. To bardzo dobre zdanie dla każdego. Czasem jednak przychodzi taka chwila, że ma się ochotę wyć – dlaczego? Dlaczego choroba? Dlaczego niepowodzenia w pracy? Dlaczego brak wsparcia w rodzinie? I inne.

Weekend miałam szkolny. Sesja. Wkuwanie w poprzednich tygodniach dało mi cztery 5 i jedną 4 z dotychczasowych egzaminów. Pozostały mi dwa ostatnie, chyba najgorsze, bo opisowe i z dosyć zawiłego materiału. Dam radę, przecież jakoś muszę. Najgorsze jest to, że przed każdą sesją cholernie się stresuję. Jestem już chyba za stara na takie przeżycia, chociaż nauka daje mi wiele satysfakcji. Chodzenie na uczelnię też odbieram zawsze jako przyjemność wyjścia z domu (jak dla mnie nie przyjaznego) spotykam się z bardzo fajnymi ludźmi, zawiązałam kilka bliższych znajomości i to mnie pcha do przodu.

Powrót do domu po „męskich” rządach zawsze napawa mnie zniesmaczeniem. W szczegóły już wnikać nie będę. Tego nie da się już zreformować. Dodać tylko mogę, że zmieniły się przyzwyczajenia dziadka – już nie robi domówek (przynajmniej ostatnio) teraz wypływa na szerokie wody restauracji i knajp dla samotnych. Ile pieniędzy przepije? To tylko on sam i kelner raczą wiedzieć.

Dobił mnie niedzielny wieczór, kiedy to Brat napisał mi wiadomość, że ciotka, z którą mieszka od pewnego czasu, nie chce wpuścić go do domu. Przypuszczałam, że taki stan rzeczy kiedyś nastąpi bowiem ciotka od dzieciństwa przejawiała symptomy choroby psychicznej, tylko każdy to ignorował. W ogóle moja rodzina jest dziwna, czasem się jej wstydzę, ale rodziny się nie wybiera, rodzinę się ma. Ciotka ma 69 lat i prawdopodobnie schizofrenię, jest nałogowym palaczem, starą i bezdzietną panną. Od urodzenia mieszka w tym samym mieszkaniu. Kiedy została tam tylko ze swoją matką, a moją babcią, maltretowała ją psychicznie. Stąd ucieczki mojej babci w drugie małżeństwo, stąd szukanie pomocy u najmłodszej ze swoich córek – mojej Mamy.

Próbowałam się do ciotki dodzwonić, żeby wpuściła mojego Brata, bo on ma tam swoje rzeczy, klucze od pracy. Nie odbierała. Postawiłam na nogi część rodziny – zadzwoniłam do najstarszej z sióstr mojej Mamy, potem do jej córki, a mojej siostry ciotecznej. Wszystkie doszłyśmy do wniosku, że trzeba mojego Brata stamtąd ewakuować, tylko to on sam musi podjąć tę decyzję. Ciotka jest psychicznym zagrożeniem dla otoczenia, może nawet i fizycznym, bo jest nieobliczalna.

Ręce mi się trzęsły kiedy pisałam smsy i rozmawiałam z rodziną. Miałam już wsiadać w samochód i jechać do Brata jakoś mu pomóc. W końcu ciotka odebrała telefon od mojej siostry. Z bluzgami na ustach łaskawie wpuściła Brata do mieszkania. Dziś będę rozmawiać z Bratem na temat jego dalszego pobytu w tamtym miejscu. Czy ma sens.

Do tego dochodziły jakieś głupie docinki mojego męża. Szanowny i Brat mają pewien nierozwiązany problem i z tego powodu Brat unika Szanownego, a Szanowny pogardza moim Bratem.

Miałam też stresa związanego z moim starszym dzieckiem, ale o tym inny wpis.

Moja Mama mawiała zawsze, że pragnie najbardziej na świecie jednego – świętego spokoju. To piękny dar od losu, który nie zawsze można sobie zafundować.

09:34, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 09 kwietnia 2014

Albo taki dzień, albo naprawdę mam ostatnio niż psychiczny. Zresztą wydarzenia minionych dni na pewno nie były budujące. 

Sprzątam w pracy, przychodzę do domu i sprzątam w domu. Po przeprowadzce Brata do cioci mam trochę więcej mebli i sprzętów i to też trzeba było uporządkować, poprzestawiać, poprzesuwać , powycierać z kurzu. Nie neguję przemeblowania domowego, bo to się czasem przydaje i tak trzeba, ale za dużo tego na raz.

Ta przeprowadzka zmęczyła mnie psychicznie. Do końca nie wiedziałam czy ciocia zaakceptuje „intruza” w jej mieszkaniu, ale na szczęście zrozumiała, że oboje są sobie potrzebni. Poza tym jest jeszcze kupa spraw urzędowych, papierkowych, organizacyjnych. Mam nadzieję, że Brat wszystkiego sobie dopilnuje.

Sprzątanie to też tak naprawdę syzyfowa moja praca, bo nikt z domowników mi nie pomaga. System karteczkowy upadł odkąd wyprowadził się Scareface. Uszak nie zamierza nic w domu robić, bo on już jedną nogą jest w kawalerce rodziców Okularnicy. Jej rodzice budują od lat dom pod Miastem i w końcu chyba w tym roku się tam wyprowadzą. Okularnica dostałaby do zamieszkania kawalerkę. Wtedy Uszak zamieszkałby z nią. Rodzeństwo Okularnicy jeszcze poszłoby z rodzicami. Ale plany planami, a nic nie jest jeszcze pewne i jak się mieszka TU to niestety, ale trzeba po sobie brodzik przemyć i raz na jakiś czas kibel przetrzeć. Niestety, służby nie mam.

Szanowny uparcie powtarza, że w domu może robić wszystko – gotować, budować meble, rąbać drzewo na opał, przestawiać meble, zajmować się dziećmi, szyć (bo umie!) nawet prać ręcznie, ale mam go nie zmuszać do sprzątania, bo tego po prostu nie znosi i już. I ja to rozumiem i zdążyłam się do tego przyzwyczaić.

Młodego wiecznie w domu nie ma, a to zbiórka, a to hufiec, a to spotkanie z przyjaciółmi. Z jednej strony dobrze, bo nie siedzi przed komputerem (jak np. Uszak) i ma jakieś zadania do wykonania.

Do tego śmierć naszej kotki wczoraj, dobiła moją psychikę. Już jestem zmęczona. Wieczorem nawet poruszyliśmy temat opieki nad zwierzakami: kochamy zwierzęta, lubimy się nimi zajmować, właściwie jesteśmy kociarzami. Ale po co dawać dom takim znajdkom, skoro za chwilę przychodzi śmierć znienacka i ten dom zabiera. Powiedzieliśmy sobie, że to za dużo – dwa zdechłe koty na przełomie jednego roku. Na pewno w najbliższym czasie nie przygarniemy żadnego zwierzaka.

Pracy nie szukam od pewnego czasu, nie przeglądam ogłoszeń, nie wysłałam aplikacji. Jestem zrezygnowana. Niby na kursie usłyszałam, że ze mną nie ma sensu pracować, bo umiem dużo i praktycznie. Dostałam nawet „certyfikat” ukończenia warsztatów, który mogę sobie do pieca wrzucić, bo ma znikomą wartość. To znowu taka chwila załamania psychicznego, potrzebuję chyba chwilowej porady od Bezcielesnej: trzy razy K; kawa, książka, kocyk, za szybko chcę żyć, albo za intensywnie, w zbyt wiele rzeczy się angażuję i potem na własną prośbę mam garść problemów. Choć wiem, że pisałam o tym jak bardzo nie lubię leniuchować ;)

Czasem przychodzą mi do głowy takie leniwe myśli jak np. „fajnie by było, gdyby zadzwoniła koleżanka/kolega i spytała: czy ty jeszcze szukasz pracy? Bo moja znajoma szuka pracownika”, ale to są tylko myśli, bo na własny sukces trzeba zapracować.

Mam teraz zjazd, maraton trzydniowy. Jak wyjdę z domu w piątek o 16.00 to wrócę w niedzielę po 19.00. To taka metafora, bo przecież do własnego łóżka będę wracać, a propo’s  „do własnego łóżka”.  Ostatnio również jestem przemęczona migracją nocną mojej córki. Wieczorem kładzie się tylko „na chwileczkę” do naszego wyrka, potem jest czytanie, następnie buzi i wędruje do swojego pokoju. W nocy przychodzi, kładzie się przy tatusiu (Szanowny śpi z brzegu, ja od ściany) i śpi do rana. Do tego przychodzi do naszego łóżka kot. Jestem niewyspana. Ostatnie noce wynoszę się więc do łóżka córki i spokojnie oraz wygodnie zasypiam. Mała strasznie się kopie, a Szanowny chrapie. Pasują więc do siebie jak ulał.

Z tego wszystkiego próbuję wyciągać pozytywne epizody. To, że kończę pracę ok. 11.00 – 12.00, to, że z trzech kotków zostały nam jeszcze dwa, to, że mam inteligentne dzieci nie zainfekowane żadną zewnętrzną przypadłością społeczną, to, że mój mąż jest nad wyraz pracowity i pomysłowy, z igły widły zrobi i to, że wciąż mam nadzieję na lepsze jutro. Czasem myślę sobie jak Scarlet: "Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro". Czekam na prawdziwą wiosnę, aż w końcu odpalę Mercedesa (mój rower osobisty ;)) Wyżyję się wtedy na jakiejś długiej trasie, samotnie, albo z Szanownym.

 

wtorek, 01 kwietnia 2014

Tym razem pracowity umysłowo i fizycznie. Mam nabitą ostatnio głowę sprawami Brata. Nie są to sprawy wesołe, raczej przygnębiające, ale są do wyjaśnienia i załatwienia. Brat musi się wyprowadzić z mieszkania, które zajmował od ponad 20 lat. Mieszkaliśmy tam razem – Mama, Brat ja i Młody. Najpierw wyprowadziłam się ja, potem zmarła nasza Mama, a teraz Brat musi je opuścić. Takie życie i nic się nie da już zmienić. Kamienicę odzyskał spadkobierca dawnych właścicieli i ogólna sytuacja nie pozwala Bratu na przebywanie tam dłużej.

W piątek do szkoły nie poszłam. Zafundowałam sobie oficjalne wagary. Pojechałam do Brata pomóc mu przebierać rzeczy. Zostały tam jeszcze różne garnki, talerze, zasłony po Mamie, które leżały w szafach, a których Brat nie używał, ale nie wyrzucił po śmierci Mamy. Postanowiłam część zabrać z przeznaczeniem użytkowania, a część przeznaczyliśmy na śmietnik. Zeżartą przez rdzę, albo draśniętą zębem czasu.

W sobotę pojechałam na uczelnię samochodem. Odstawiłam swoją pszczółkę na podwórko Brata, a on miał ja załadować rozmontowanymi meblami. Okazuje się, że taka Micra naprawdę potrafi wiele do siebie przyjąć ;) Otrzymałam od Brata trzy regały na książki (wraz z częściową zawartością) dwie komody, a w tygodniu zabiorę duży, dębowy (rodzinny) stół. Do przejęcia mam jeszcze pralkę, termę i kuchenkę. Ktoś zapyta – gdzie Brat teraz będzie mieszkał? Otóż znalazło się rozwiązanie w postaci mieszkającej dwie ulice dalej ciotki. Starszej siostry naszej Mamy. To ta palaczka, panna bez rodziny, która na początku sceptycznie była nastawiona na prowadzenie wspólnie tego wózka, ale jak się potem okazało – oboje są sobie po prostu potrzebni.

Brat niestety musiał też zrobić rewolucję w drugim pokoju cioci, w którym kiedyś mieszkała nasza babcia. Po 8 latach śmierci naszej babci wciąż można było odnieść wrażenie, że ona tam nadal mieszka. Ciotka niczego nie posprzątała po śmierci swojej matki począwszy od ubrań, a skończywszy na kilogramach torebek reklamowych pakowanych jedna w drugą. Pokój babci będzie teraz pokojem mojego Brata.

Niedziela też była pracowita. Dobrze, że na uczelni miałam tylko jedne zajęcia, mogłam szybko uwinąć się w mieszkaniu Brata i przywieźć do domu kolejną partię mebli. Mój samochód powinien nazywać się Nissan Tir ;)

W domu też czekała praca. Szanowny kończył wiatrołap. Właśnie zamierzał zająć się malowaniem, kiedy usłyszałam i zobaczyłam jego jęki i stęki. Co do tego rodzaju pracy przyznam szczerze, że oprócz malowania ścian i odkurzania, mój mąż może wykonywać każdą inną robotę. Złapałam się więc za pędzel, a staremu kazałam w zamian wypakować meble z samochodu. Generalnie mamy śliczny wiatrołap ze światełkiem, panelami sufitowymi i czujką przed wejściem. Cudo. Jak się wchodzi to jak do willi, gorzej po przekroczeniu progu ;) przedpokój jest następnym elementem ciągnącego się w nieskończoność remontu.

Wczoraj składałam regały, ustawiałam książki, mam nareszcie miejsce, żeby przytaszczyć resztę księgozbioru ze strychu od dziadka. Komody trafiły do pokoju Młodego. Nareszcie widzę porządek, ład i wszystko zaczyna mieć swoje miejsce. I tu znowu przewija się kwestia pieniędzy – nie mając ich w nadmiarze nie mogliśmy inwestować w meble. I najfajniejsze – mam swoją szufladę na nici, nożyczki, gumy i inne akcesoria szyciowe. Nic mi już nie zginie.

Dużo jeszcze pracy przede mną. Trzeba bowiem przypilnować, żeby Brat zadbał o swoje papierkowe sprawy. Nie mówię, że tego nie umie robić (jak np. mój mąż) ale wiem, że każdy człowiek ma chwilę zwątpienia i rezygnacji. Brat ma we mnie wsparcie w każdej sytuacji. Wie, że może na mnie polegać. Wie, że nie odmówię mu pomocy.

wtorek, 28 stycznia 2014

Jest prawie północ. Właśnie wróciłam z Teatru Wielkiego. Opera Stanisława Moniuszki "Straszny Dwór".

Piękna scenografia, cudowna muzyka, polonez, aria z kurantem, aria Skołuby, finałowy mazur....

Jestem wspaniale natchniona i pozytywnie naładowana. Nie dziwię się, że opera porywała ludzi w tamtej epoce. Na końcu i mnie zaszkliły się oczy...

Gdyby nie ciocia i jej "sponsoring" nie byłoby mnie stać na bilet. Przede mną niedługo "Nabucco". 

Kocham taki lans, wracają dobre, inteligentne, wypełnione pozytywną rozrywką czasy.

Dobranoc...

Tagi: ciocia teatr
23:43, sokramka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 12 stycznia 2014

Dzisiejszy wieczór spędziłam z ciocią w Tatrze Wielkim, na operze „Orfeusz i Eurydyka”. Niedawno wróciłam. Osobiście daję 1 – 0 w punktacji spektakli, które jak do tej pory widziałam, sztuce „Bóg zemsty”. Niestety, opera nie jest moją mocną stroną, wolę balet. Poza tym tematyka sztuki mnie dobiła osobiście. Bardzo personalnie odebrałam śmierć Eurydyki oraz widok jej palonego ciała w krematorium. Do tego poruszył mnie widok otwieranej urny i wysypanego z niej prochu. Problem powrotu ze świata zmarłych równie mocno dotknął moje wnętrze. Jak można się domyślić, wszystko to miotało się wokół problemu mojej zmarłej Mamy; została skremowana, no i wielokrotnie śniła mi się powracająca ze świata zmarłych.

Miałyśmy też z ciocią bardzo złe miejsca. Boczne loże, które ograniczały widok sceny i trzeba było mocno się wychylać, żeby ujrzeć aktorów. Muzyka też nie zapadła mi w pamięci. Choć mieliśmy wyświetlane tłumaczenie polskie na tablicy elektronicznej, nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego, ciekawszego motywu.

Jednak nie ulega wątpliwości , że taki lans intelektualny (pozwolę sobie zacytować Bezcielesną) daje mi duży zastrzyk wolności emocjonalnej. Myślę co chcę, robię co chcę, idę gdzie chcę. Taki zdrowy egoizm, coś tylko dla siebie.

Jeszcze w styczniu ciocia zaprosiła mnie na następną operę, będzie to „Straszny dwór”.

 

Tagi: ciocia teatr
21:58, sokramka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 grudnia 2013

Wczorajszy wieczór spędziłam w teatrze żydowskim na spektaklu pt. „Bóg zemsty”. Na wydarzenie zaprosiła mnie ciocia, najstarsza siostra mojej Mamy, która wśród rodziny brana jest za co najmniej dziwaka. Według mnie każdy z nas jest po trosze dziwakiem, należy jednak dziwactwa groźne omijać i nie brać do siebie, a te interesujące przyswajać. Tak więc wykorzystując ciociny potencjał (lat 70) do organizowania wszelakich imprez, wybrałam się na ten jakże kulturalny spęd.

Ciocia skrzyknęła również większość swoich znajomych z babskiej komitywy. Przedtem mówiła mi: „zobaczysz, jakie mam fajne koleżanki”. Były to w większości „damy”. Ale damy nie groźne, raczej śmieszne i dające się lubić. Średnia wieku jak już wcześniej wspomniałam : 60+, ja byłam najmłodsza. Ale to nie ważne, ważne było to jak się czułam na spektaklu. A wyszłam z pozytywnymi wrażeniami.

Sztuka przeznaczona jest dla widzów dorosłych, a to z tego powodu, że rzecz się dzieje w kamienicy, w której prowadzony jest burdel. Widać roznegliżowane panienki i raz goły, męski tyłek. Do tego treści zawarte w przekazie sztuki nadają się tylko dla mądrych i odpowiedzialnych.

Oto Jankiel, właściciel kamienicy prowadzi w suterenie dom publiczny. Jankiel pilnuje interesu, ale pilnuje też aby pod żadnym pozorem jego młoda i czysta jak łza córka Ryfka, nie została zwabiona do tego burdelu. Tak się jednak nie dzieje – jedna z prostytutek nakłania Ryfkę na spróbowanie smaku najstarszego zawodu świata.

Sztuka jest prezentowana w całości w języku Jidysz. Mamy więc teatralne fotele i do nich po komplecie słuchawek. Oglądamy aktorów prezentujących spektakl, a w słuchawce lektor tłumaczy treść.

Jeśli ktoś jest z Warszawy, bardzo polecam obejrzenie tej właśnie sztuki. Wczoraj była premiera, będą więc jeszcze jakiś czas grać. Można zastanowić się nad obłudą i ukrywaniem prawdy, można też pomyśleć o właściwym wychowywaniu swoich dzieci. Czytałam, że sztuka, uznana za obsceniczną i obrażającą żydowską religię, wywołała swego czasu wielki skandal obyczajowy. Mimo to, odnosiła również międzynarodowe sukcesy.

A już w styczniu ciocia organizuje następny spęd kulturalny, na który oczywiście już jestem zaproszona.

Tagi: ciocia teatr
11:01, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 października 2013

Mam taką ciocię w rodzinie, najstarszą siostrę mojej Mamy. Ciocia ma równo 70 lat, ale ciałem i duchem wygląda na 60. Jakiś czas temu umówiłam się z ciocią, że pomogę jej umyć wszystkie okna w jej domu. Ponieważ za tydzień mam już pierwszy zjazd na uczelni, przyjechałam do niej wczoraj w sobotę.

Ciocia jest specyficzna. Każdy z nas jest, bo mój mąż jest bałaganiarzem, ja malkontentem, a ciocia lubi dawać cenne rady wszystkim dookoła. Pomijając to, że nikt jej nie chce słuchać, czasem gada całkiem mądre rzeczy, ale tylko czasem.

Ciocia rozbawiała mnie do rozpuku swoimi tekstami w trakcie rozmów telefonicznych z koleżankami. Mówiła: „no właśnie jest u mnie moja siostrzenica i aktualnie myjemy okna”. „Kto myje, ten myje” - myślałam. Ciocia remontuje swój domek. Właściwie nadaje mu nowy charakter i to mi się w niej podoba. Mimo upływającego czasu ma siłę i chęci zmieniać otoczenie. Ja też bym tak chciała, tylko w przeciwieństwie do cioci ja nie mam pieniędzy. Ciotka zamieniła pomieszczenia kuchenne i pokojowe, powiększyła łazienkę, teraz przy pomocy budowlańców stawia taras. Mąż cioci jest od niej młodszy osiem lat, ale nie jest tak skory do pracy jak ona. Woli na kanapie czytać gazety, więc ciocia zatrudnia fachowców. Do mycia okien też poprosiła mnie.

Obsmarowałam jej 10 okien w całym domu i ciocia odpaliła mi stówkę. Przyda się. Do tego dostałam obiad i na wynos siatkę winogron bezpestkowych z ciocinego ogródka. Pojechałam do niej autobusem, szkoda mi było kasy na paliwo, tym bardziej, że mam darmowe przejazdy. Z mojego miejsca zamieszkania to godzina z hakiem jazdy, ale z dzieckiem nie jechałam, nie spieszyłam się.

Właściwie to powinnam zostać w sobotę w domu i pomyć własne okna, ładna pogoda była. Ale ja gonię za każdą złotówką. Miałam niedawno okazję posprzątać w prywatnym domu, po swojej pracy, w dzielnicy, w której mopuję. Niestety okazja przeszła koło nosa, bo sama zainteresowana zrezygnowała z usług sprzątających.

Ciocia zapraszała mnie jeszcze na „pomoc” przy generalnych porządkach łazienkowych i kuchennych, ale teraz nie wiem kiedy się do niej znowu wybiorę. 

Tagi: ciocia
19:11, sokramka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 sierpnia 2013

Dosłownie i w przenośni. Ostatnio padł mi mój osobisty komputer. Kupiłam go zaraz po śmierci mojej Mamy, tak więc koleżka służył mi dobre 5 lat. Kilka miesięcy temu zdechł nam komputer stacjonarny. Oficjalnie należał do mojego Młodego, ale i tak wszyscy z niego korzystali - nikt więcej nie posiadał w domu takiego sprzętu. Teraz korzystam z internetu w telefonie, ale taki system ogranicza moje ruchy w wielu dziedzinach. Bez komputera i udostępnianych do niego możliwości bywam jak bez ręki. Takie czasy. Wpis na blog powstaje na notebooku Szanownego. Nic nie mogę kupić na raty, nie mówiąc już o żywej gotówce. Pracuję na umowę zlecenie i to mnie drastycznie ogranicza. Do tego od stycznia tego roku mam zajęcie komornicze na moim koncie bankowym. Niby nie duża jest kwota do spłacenia, ale dla kogoś kto zarabia średnią krajową to pikuś. Dla kogoś kto bierze tauzena za machanie mopem to wyrzeczenie. 


Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale nie ma gorszej nędzy jak nie ma pieniędzy. Ktoś kto nigdy nie zaznał skrajnej biedy nie zrozumie o czym piszę. To tak jak syty nie zrozumie głodnego. I bawią mnie już te teorie o podniesionym czole, o olewaniu kłopotów, o chodzeniu z wytężoną piersią i robieniu tego co się chce. Ludzie, róbta co chceta we własnym zakresie i nie uczcie mnie życia. To są moje problemy, które piętrzą mi się na łbie i których w tydzień nie rozwiążę. Musiałaby nastać rewolucja na miarę francuskiej, żebym mogła bieg zdarzeń odwrócić o 180 st.  


Mój system wewnętrzny również się zachwiał. Awaria postępuje z dnia na dzień i gdyby nie łapanie się brzytwy, jak tonący, zapewne topiłabym się w bagnie własnych kłopotów. Zaszywam się więc. I znowu dosłownie i w przenośni. Zamykam się w swoim świecie, mało rozmawiam, dużo czytam, niewiele żądam. A dosłownie chcę sobie uszyć torbę dżinsową. Już mam projekt i wykrój niektórych części. To trochę potrwa. Muszę dokupić suwak, bo w zbiorach krawieckich potrzebnego nie posiadam. Do tego dostałam zlecenie od blogowej koleżanki na uszycie worka do przedszkola dla jej córki. Cieszy mnie to, bo jestem komuś potrzebna i zrobię coś co lubię. Wykaże się. Cholernie ambicjonalnie do tego podchodzę. Na sobie mogę eksperymentować, ale dla kogoś musi być tip-top. 


Ostatnio byłam u ciotki poza Miastem. Ciotka ma 70 lat, ale wygląda na 10 mniej. Jest najstarszą siostrą mojej Mamy. Ciotka powiedziała mi, że kocha pieniądze i nie wyobraża sobie bez nich życia, albo takiego życia, w którym musiałaby sobie odmawiać czegokolwiek. Przez ostatnie 25 lat była agentem ubezpieczeniowym. Namawiała mnie na to samo zajęcie. ma znajomości. Ale do tego chyba trzeba mieć predyspozycje. Według mnie ja się do tego nie nadaję. Chociaż niektórzy twierdzą, że świetnie bym sobie poradziła i się w tym odnalazła. Widać ja siebie nie znam - dlatego chciałabym iść na indywidualna terapię poznawczą. 


Młody wrócił z tygodniowej wyprawy nad morze. Nawdychał się jodu, trafił również na dobrą pogodę. Ale jako "syn młynarza" nabawił się czerwonych placków, a skóra schodziła mu przez wiele dni. Potem nawet w Mieście, przy wysokiej temperaturze chodził już tylko w długich spodniach.


Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Miotam się jak idiota po własnych wnętrznościach. Nie mam na siebie sposobu. Na razie muszę wziąć się za naukę do egzaminu poprawkowego. Te studia to jedyny pozytywny epizod jaki mnie motywuje, choć czasem też zastanawiam się nad ich sensem. Ale są jak na razie za darmo więc będę korzystać. Głos rozsądku podpowiada mi wyjścia do ludzi, ale rozglądam się wokół i nie widzę nikogo z kim mogłabym konstruktywnie i z sensem pogadać o dupie maryni. Boję się być odebrana jako toksyczny rozmówca, który wyssie pozytywną energię zostawiając tę marudzącą. 


Ostatnio czytałam artykuł o sprężystości emocjonalnej, o tym, że tego można się nauczyć, że można być odpornym na depresje, cierpienia, agresje, stany lękowe.  Siła wewnętrzna to przekonanie o własnej wartości, o tym, że jesteśmy i reżyserem i aktorem własnego życia. Podobno płaksy, grymaśnicy, obrażalscy, smutasy i maruderzy w dzieciństwie, to kandydaci do wczesnego treningu emocjonalnej sprężystości. Ja byłam obrażalska i wciąż nosiłam na ustach zdanie: "dziękuję, mam u mamy w domu".


Jutro, tj. w poniedziałek muszę podskoczyć do pasmanterii. Chciałabym się tez zobaczyć z Bratem, mam dla niego ogórkową z ukwaszonych przez siebie ogórków. Nie wiem czy do tego dojdzie, bo Brat może być w pracy. Do tego rwie mnie w kostce śródstopia. Coś jakby halluks, ale przecież butów na obcasie nie noszę, wąskich i ciasnych tym bardziej.  Ogólnie posrany ten świat. 


sobota, 03 sierpnia 2013

Czas urlopów. Jedni wyjeżdżają do ciepłych krajów, inni wolą wakacje nad polskim morzem, a jeszcze inni spędzają wolny czas z kielnią. To tak jak w tym ironicznym obrazku: Niemiec na wakacjach, Rusek na wakacjach i Polak na wakacjach. Mój mąż od dwóch tygodni spędza właśnie czas z kielnią. Buduje wiatrołap, żeby nam mróz zimą tak szybko do chałupy nie wchodził i żebym ja nie musiała wieszać tej obrzydliwej kotary, co mi przypomina mieszkania z opowieści kuratora (blog „na marginesie”).

Kasy nie ma za wiele, no bo nic takiego się nie wydarzyło żebyśmy nagle stali się Carringtonami dzielnicy. Materiały chłop ma częściowo z odzysku (gres dostaliśmy od znajomej, drzwi zewnętrzne chłop ma od szefa, trochę cementu było w piwnicy), resztę materiału trzeba było dokupić – cegły, profile, a w następnym miesiącu dojdzie poliwęglan komorowy na część „przeszkloną”. Do tego Szanowny w poprzednim tygodniu urlopu został na dwa dni wezwany do pracy „na dyżur”. Wyjęte dwa dni z bycia w domu, ale za to szef ekstra zapłacił. Mąż za te pieniądze wymienił mi szybę przednią w moim samochodzie. Strach był już jeździć. Szanowny już w poniedziałek wraca do normalnego trybu pracy.

Młody z trzytygodniowego obozu harcerskiego wrócił w niedzielę. Odebrałam go osobiście i w domu zaczęliśmy od razu wszystko prać. Pogoda taka, że kilka wrzutów można zrobić, a i tak wszystko wyschnie. Z jednej strony dobrze – bo Młody jutro wyjeżdża na kolejny tydzień; do Prezesa nad morze. Będzie mu tam pomagał w pracy (jak to przy wolontariacie) ale i nawdycha się innego powietrza, no i Prezes obiecał zwrot kosztów podróży. Z drugiej strony mnie taka pogoda strasznie dobija. Żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce… Słońce praży, wiatru praktycznie żadnego, żar leje się z nieba. Nawet odkurzać mi się nie chce.

Córki też się pozbyłam. Taka mamusia jestem ;) W środę zawiozłam Małą do ciotki, siostry mojej Mamy. Podmiejska mieścina, która słynie ze zdrowej wody nie jest dla mojej córki wymarzonym miejscem na wakacje. Dziś mamy sobotę, a Mała dzwoniła już cztery razy, kiedy ją zabierzemy? Nudzi się z ciotką, dzieciaków do zabawy tam nie ma, a ciotka chciałaby ciągać Małą po koncertach i swoich znajomych – damach w kapeluszach. No cóż – dziecko miało zostać na tydzień, ale odbierzemy ją chyba jutro.

Nie ma pieniędzy, a ja kupiłam sobie dwa nowe czytadła. Powiedziałam sobie, że cokolwiek by się działo, na książki żałować nie będę i już. To też element mojej terapii wychodzenia ze stanu depresyjnego. Pierwsza pozycja to reklamowani „Skandaliści w koronach” Andrzeja Zielińskiego, o władcach, którzy zasłynęli nie tylko z wielkich czynów, ale byli skandalistami, zbrodniarzami i głupcami. Cóż takiego działo się na dworach królewskich, o czym podręczniki historii milczą? O tym właśnie chcę się dowiedzieć. Kolejna pozycja to „Historia brudu” Katherine Ashenburg. Wydawnictwo Bellona. Streszczać nie trzeba, bo już sam tytuł mówi o czym rzecz. Czytam w autobusie jadąc na mopa, czytam w kiblu, czytam w łóżku. Czytam bo lubię. Bardzo ciekawa pozycja od strony socjologicznej.

Z działu: praca. Po otrzymaniu kolejnej odpowiedzi treści: „dziękujemy za zainteresowanie się naszą ofertą i udział w procesie rekrutacyjnym na stanowisko bla bla bla” postanowiłam chwilowo zamknąć rozdział poszukiwania pracy i nie wysyłam już aplikacji na żadnym portalu. Usunęłam job alert, nie wchodzę na pracuj.pl, ani na gratkę, ani na gumtree. W końcu bezrobotna nie jestem, dostaję zapłatę, na chleb mam. Tylko trochę mnie mierzi, że stoję w miejscu, nie rozwijam się, zapominam tego, co do tej pory robiłam, a towarzystwo? Szkoda gadać. No i zlecenie jest; żadnego urlopu, zwolnienia, wolnego na żądanie.

Ostatnio widziałam się z Bratem. Długo nie dawał znaku życia, bo znowu zawiodła go miłość i jest poszukującym swojej drugiej połówki. Z tym, że po dogłębnej i szczerej rozmowie powiedziałam Bratu, że niestety, ale moim zdaniem jest wybredny. Chłop ma 32 lata i do tej pory kilka stałych związków. Moje przyszłe bratowe łączyło niezwykłe podobieństwo: wszystkie były długonogimi blondynkami. Ale niestety, każda z nich wykorzystała mojego Brata w sposób tylko sobie znany. Jedna zdradzała, druga oszukiwała, trzecia otwarcie powiedziała, że jest w porządku, ale nie potrafiła wybrać między uczuciem, a litością wobec innego. Wybrała życie z innym. Powiedziałam Bratu, że szuka ideału, którego świat nie nosi. Ja sama drę koty z moim chłopem, klnę na niego, ale nie wyobrażam sobie bez niego życia. Ma zalety, które niwelują jego wady powodujące u mnie codzienne wkurwy. Brat mówi, że cóż poradzi kiedy pierwsze wrażenie jest dla niego połową sukcesu? Na pewno ma rację i w jakimś stopniu się z nim zgadzam, ale to nie jest wykładnia dobrego, udanego związku.

Czas płynie, słońce świeci. Ostatnio przeleciała mi niezwykle ciekawa oferta spotkania z Bezcielesną na wykładzie o historii mojej dzielnicy, w której mieszkałam prawie 30 lat. Niestety, przez żar lejący się z nieba nie dotarłam. Ale nic straconego – mam harmonogram na następne wykłady, już nie mogę się doczekać. Kontakt z normalnymi ludźmi jest mi niezwykle potrzebny. Jutro wraca z urlopu moja koleżanka – pielęgniarka z Poradni Zdrowia Psychicznego. Pisała, że chętnie się ze mną zobaczy – oczywiście mam już zaplanowane z nią spotkanie ;)

A dla potwierdzenia mojego pierwszego akapitu, taki oto obrazek:


 

poniedziałek, 03 grudnia 2012

Piątek.

 Odebrałam swoją pierwszą „mini wypłatę” i od razu pobiegłam z nią na zakupy, no bo jak inaczej? Kupiłam sobie krem do twarzy, ale nie taki jak do tej pory – za 2,79 tylko już z tej wyższej półki (nie najwyższej, żeby nie przesadzić) kupiłam sobie „cyckową wygodę”, dla nie wtajemniczonych – biustonosz, bo z obecnego już mi fiszbiny właziły pod skórę ;) Kupiłam gacie sobie, Szanownemu, Młodemu, Małej, skarpety na chłodne dni, mój mąż jak kangury robi w soksach regularne dziury ;) Kupiłam również lepszy żel do prania, nie taki za 5,99, ale znowu z tej trochę wyższej półki. Szczotki do włosów dla mnie i Małej, po ostatnich przychodach z wszawicą miałam ochotę wyrzucić aktualne narzędzia higieny włosów ;) Zaszalałam!

 Możecie mi wierzyć lub nie, ale skrajna bieda potrafi wzbudzić w człowieku radość z zakupu takich drobiazgów i rzeczy, które normalnemu obywatelowi, zarabiającemu dość dobre pieniądze, wydają się czymś oczywistym. Jak to można chodzić w jednym staniku? Ano można ;) Wiecie jak się wtedy o taką bieliznę dba???

 Sobota.

 Od rana grzanie tyłka na uczelni. Dostaliśmy już pierwsze terminy zaliczeń przedmiotowych. Nie wszystkie kończą się typową sesją egzaminacyjną, ale ze wszystkich przedmiotów musimy pisać testy. Ogólnie jestem zniesmaczona trybem prowadzenia takich studiów, ale co zrobić. Jedni się cieszą, że na egzamin z filozofii przyjdzie 400 osób i wszyscy będą mieć ściągi na kolanach (grupy łączone z kilku wydziałów). Jest też grupa osób, która najzwyczajniej chciałaby się czegoś nauczyć i uzyskać dyplom uczciwie, chodząc na wykłady. W tej grupie jestem i ja. Wkurza mnie młodzież, która nie chodzi w ogóle na zajęcia, na wspólnej poczcie pisze prośby o skany notatek, potem przychodzi tylko na zaliczenie i za pomocą kolegów i własnego cwaniactwa przechodzi ślizgiem na następny semestr. Cóż, ja chyba z kosmosu jestem jakiegoś innego.

 W sobotę wieczorem odwiedziłam też ciocię, tę o której pisałam pod koniec sierpnia. Niestety, tak szybko jak do cioci przyszłam, tak szybko chciałam od niej wyjść. Smród papierosów rozsiewał się po całym mieszkaniu, mnie rozbolała głowa, a ubranie było żywym przykładem tego, że bierne palenie istnieje naprawdę. No cóż, tego u cioci już nie zmienię i dochodzę do wniosku, że ona sama odstrasza od siebie resztę rodziny nie dbając o zdrowie i wystrój mieszkania. Szkoda mi jej, a chciałam dobrze.

 Niedziela.

 Znowu od rana wysiadywanie na twardych krzesłach auli wykładowej, od których można nabawić się „dupnych siniaków”. Ale niedziela ciekawsza pod względem merytorycznym. Uwielbiam słuchać pana od socjologii, raz, że wykłada niesamowicie ciekawie, dwa, że to temat, który mnie trochę interesuje, a trzy; na tego faceta można z przyjemnością popatrzeć ;) A jak się ubiera?! Aż miło ;)

 Uszak.

 Dowiedziałam się, że został znowu bez pracy. No cóż – zima się zaczęła – budowa się skończyła. Ale zauważyłam niewielką zmianę w nastawieniu Uszaka do całości żywota. Otóż chłopak już się nauczył, że siedzenie w domu nie jest tak do końca przyjemne jak by się zdawało. Można ześwirować? Otóż ja mówię, że można. Jakkolwiek by się ten czas chciało produktywnie wykorzystać, wyjście do ludzi, do świata musi być.

 Zobaczymy co dalej – Uszak ma zamiar znowu zacząć jeździć z pytaniem o pracę do tej piekarni, z której go zwolnili w maju.

 Scareface.

 Pobili mi pasierba. Tak, tak, wróciłam z zajęć wieczorem i zobaczyłam obitą i pokiereszowaną gębę mojego przyszywanego dziecka. Pokazał mi wypis ze szpitala i opowiedział historię. Nie będę w nią wnikać, bo to nie istotne, natomiast zadziwiła mnie postawa jego czterech kolegów. Właściwie bierna i utwierdzająca, że trzeba we wszystkim sobie radzić samemu. Napastników było dwóch, a kolegów po pracy było pięciu. Trzech uciekło, a mój Scareface i drugi dostali po mordzie za wszystko na raz. Chłopak sam powiedział, że teraz nie zamieni się już na dyżury z pracy z żadnym z tych, którzy nawiali. Niech go nawet nie próbują prosić.

 Dziś (poniedziałek).

 A dziś muszę się trochę wziąć za porządki w domu. Nadrobić pranie, pomyć podłogi. Rano przejrzałam gazetę z ogłoszeniami, weszłam na portale pracowe. Jakaś bryndza nastała.

 W środę chyba mnie odwiedzi moja Asystent Rodziny. Lubię ją. To taka dziewczyna z powołaniem.

 I jeszcze jedno – muszę koniecznie w tym tygodniu zapisać się do lekarza pierwszego kontaktu. Mrowieje mi prawa ręka od barku do opuszków palców. Budzi mnie to w nocy i nie daje spokoju w dzień. Jest na tyle uciążliwe, że czasem mam problemy z utrzymaniem długopisu.

 Śmieję się, że prędzej renty doczekam niż odpowiedniej pracy ;) ;) ;)   

 
1 , 2