Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: szkoła

środa, 13 września 2017

Zaczęła się szkoła, zaczęły się powroty potworów... Czy to już tak musi być, że te psychologiczne problemy muszą się ciągnąć za mną bez końca? Może moja Mama też zmagała się z jakimiś zmorami? A może moja babcia również? Tego, czy mój straszny ojciec miał problemy psychologiczne raczej się już nie dowiem... Zresztą któż dziś nie ma problemów natury psychologicznej? Tylko niektórzy nie są tego świadomi i nic z tym nie robią...

Tak więc dziś moja córka znowu nie poszła do szkoły. Próbowałam długo, naprawdę długo analizować przyczynę jej absencji, ale nie znalazłam źródła w nieodrobionej lekcji, czy strachu przed klasówką/sprawdzianem. To nie to. Ona po prostu jest niezorganizowana. Do tego nie lubi niespodzianek, zmiany planów, niespodziewanych sytuacji. To chyba jest największą zmorą mojego dziecka.

Dziś, jak co rano obudziłam ją i uczesałam. Buzi na do widzenia, życzenia miłego dnia... Około 6.30 zadzwoniłam do niej z informacją, że może sobie pojechać rowerem do szkoły, bo ładna pogoda - słońce zaświeciło. I wtedy zamiast odpowiedzi usłyszałam szloch. Że ona już nie zdąży do szkoły, bo przysnęła. Bo zabraknie jej czasu na podstawowe czynności. Że nie pójdzie i już.

Mnie ciśnienie skoczyło i zaczęłam przeklinać. A że robię to siarczyście i kwieciście musiałam się rozłączyć, żeby do reszty nie zmieszać z błotem mojej córki. A potem już uruchomiła się lawina próśb, gróźb, wypominań, angażowania części rodziny (Mąż, Pasierb), żeby tylko Mania poszła do tej cholernej szkoły. Jeszcze do tego powiedziała mi, że nie może znaleźć swoich kluczy, a miała przy nich klucz do zapinki do swojego roweru, no i nie będzie mogła zamknąć chałupy. Aktywni wszyscy członkowie rodziny (ja, Mąż i Pasierb) zorganizowaliśmy akcję tak, że dostała od Scareface'a drugą zapinkę, chałupa miała być zamknięta na dwie pary drzwi tylko z klamek, a z terenu działki wypuścił ją też Scareface przez swoją furtkę. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Niestety po jakimś czasie miałam telefon od Mani, że ona jednak nie pójdzie do szkoły i już, że to ostatni raz, obiecuje, a potem będzie już uczęszczać. Zagroziłam jej, że przecież te same słowa powtarzała mi w zeszłym roku szkolnym i te "ostatnie razy" powtarzały się po kilka razy... Nic z tego...

Płakać mi się chce - dlaczego? Czy popełniłam gdzieś błąd? Czemu jestem winna, że moje dziecko jest czasami aspołeczne? Wczoraj po szkole pojechała do koleżanki, dobrze się razem bawiły. W poniedziałek była u kolegi - mówiła, że też spędziła razem miło czas. A dziś - nagły zwrot akcji. Jakby coś jej podpowiadało - "dziś nie możesz iśc do budy, bo to będzie zły dzień". Muszę poważnie zastanowić się nad terapią dla mojej córki, albo olać i pozwolić, żeby sama decydowała kiedy ma chodzić, a kiedy nie. Ale przecież tak nie można. Sama o tym dobrze wiem, bo któregoś roku w liceum, moje wagary znacząco wpłynęły na moje zachowanie, a co za tym poszło - musiałam powtarzać rok.

Ciężka czeka mnie środa...

08:24, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 25 stycznia 2017

Rozmawiałam wczoraj z mamą jednej z koleżanek mojej córki. Tematów było mnóstwo, aż w końcu zeszło nam się na szkolny przedmiot (nieobowiązkowy) popularnie zwany religią. Koleżanka mojej córki na religię chodzi i w związku z tym jej mama opowiedziała mi wczoraj o rzeczy, jaka została przekazana dzieciom na jednej z tych lekcji.

Otóż dzieci uczy siostra zakonna z pobliskiej parafii. Powiedziała dzieciom, że miała widzenie (!) ukazała się jej matka boska (!) i poinformowała siostrę zakonną, że zbliża się III wojna światowa i żeby dzieci dużo modliły się o pokój na świecie. Koleżanka mojej Mani ponoć miała dwie noce nieprzespane po tej lekcji, wstawała z płaczem do rodziców pytając czy rzeczywiście taka wojna będzie miała miejsce i jak ona (ta dziewczynka) może temu zapobiec. Czy żarliwa modlitwa pomoże?

Obie byłyśmy w szoku. Ja - z racji tego, że jestem niewierząca i nie daję wiary żadnym gusłom, przepowiedniom, horoskopom, nie wierzę w duchy, gwiazdy. Każdy jest kowalem własnego losu i życia. Moja koleżanka była natomiast w szoku, że takie rzeczy przekazuje się jedenastoletnim/ dwunastoletnim dzieciom, które mają ogromną wrażliwość. Podobno taką sama informację miał przekazać proboszcz tutejszej parafii na mszy odprawianej specjalnie dla dzieci....

To, co wyprawiają księża i reszta ich rodzinnej mafii, przyprawia mnie o wymioty. Autentycznie. Ostatnio widziałam zalążek artykułu, w którym znany bokser Tomasz Adamek mówił z pełną świadomością, że chciałby, aby w Polsce rządził Tadeusz Rydzyk (!) Tępaków nie sieją, sami się rodzą...

Nie mam nic przeciwko nauczaniu mitologii chrześcijańskiej, greckiej czy hebrajskiej w ramach lekcji historii czy języka polskiego, nie mam nawet żadnych obiekcji w stosunku do nauki dziejów kościoła, czy symboliki. Ale wyrażam swoje niezadowolenie w ramach próby wychowywania dzieci na religijnie posłuszne matołki, za pieniądze wszystkich podatników. To, że ktoś wierzy - to jest tylko i wyłącznie jego indywidualna sprawa, natomiast próba tworzenia z państwa świeckiego zalążka kraju wyznaniowego mnie absolutnie poraża. Jak głęboko spróbują jeszcze wejść czarni, żeby uzyskać władzę nad ludźmi? To już nie jest traktowane jako "posługa boża", to zaczyna już przypominać straż watykańską :-(

10:07, sokramka
Link Komentarze (7) »
czwartek, 15 września 2016

Znowu jestem w trójce klasowej. Nie żałuję tego kroku (zgłosiłyśmy się same z koleżanką, z którą już przerabiałyśmy ten temat wcześniej). Teraz znowu mamy kontrolę nad klasą i jesteśmy w stanie ogarnąć składki, wpłaty, różne wycieczki i prezenty dla dzieci.

I o finansach właśnie będzie refleksja.

Na pierwszym zebraniu nie mogliśmy się dogadać w kwestii składki klasowej na różne rzeczy dla naszych dzieci - prezenty mikołajkowe, na zakończenie roku, kwiaty dla nauczycieli... Dla jednych 5 zł miesięcznie było za dużo, inni chcieli 10 zł. W końcu nie doszło do porozumienia i postanowiłyśmy napisać taką "wklejkę" dla rodziców, żeby się sami określili ile mają wpłacać kasy na swoje, przecież, dzieci.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem czy są jakieś ustalenia odnośnie składek. Opowiedziałam jej więc o "wklejkach". Koleżanka natychmiast odparła, że to niesprawiedliwe, żeby jeden dawał 5 zł, drugi 10, a trzeci nawet 2. Ona jest samotną matką, zawsze dawała pieniądze, opłacała wszystkie potrzebne rzeczy, a rodzice, którzy "rozbijają się" samochodami olewali temat i nie płacili nigdy nawet złotówki. Ale prezent dla dziecka to chcieli. No to teraz ona teraz z zemsty za poprzednie lata nie będzie płaciła nic. Niech inni się postarają i utrzymują jej córkę.

Zdębiałam.

Nie przypuszczałam, że usłyszę to z jej ust. Owszem - dziewczyna jest prosta, z małej miejscowości, w politykę się nie angażuje, ale bywa miła, uśmiechnięta, dba o tę swoją córkę najlepiej jak potrafi, pracuje i nic złego nie można o niej powiedzieć. Dlaczego rodzice nie myślą o swoich dzieciach? W sumie nic za darmo nie ma. Brak wyobraźni niektórych mnie czasem poraża. Przecież to tak jakby poszła ze swoją małą do sklepu i kupiła jej jakiś drobiazg z własnego portfela. Tak my - trójka klasowa zbieramy te składki, żeby potem sprawić radość jakimś drobnym podarunkiem dzieciom z naszej klasy. Nawet pierdołą, ale dzieci zawsze się ucieszą. Warto też docenić każdą wpłaconą złotówkę, czy to będzie zadeklarowane pięć czy dziesięć zł. 

Nie bardzo rozumiem takiego myślenia "z zemsty nie będę dawać składek, niech inni dają". Z jakiej zemsty? Za co? Co jej ktoś personalnie zrobił? Od razu kojarzą mi się ci rodzice, którzy otrzymują 500+ i rezygnują z zatrudnienia, bo dostają kasę "za nic". Za darmo to teraz nawet w mordę się nie dostanie, bo trzeba przynajmniej czymś zasłużyć, np mówieniem po niemiecku, albo egzotycznym wyglądem.

Czy koleżanka wpłaci jakąś symboliczną kwotę - nie wiem. Rabanu nie będziemy robić, to będzie jej decyzja. Na szczęście takich rodziców mamy niewielu i poradzimy sobie z budżetem klasowym.

Wczoraj drukując te wklejki przeanalizowałam sobie rodziców, którzy jeszcze nic nie zapłacili, ani składki, ani obowiązkowych opłat za koncerty, czy zbliżającą się wycieczkę. I wyszło, że profil społeczny tych rodziców jest bardzo zróżnicowany. Są wśród nich rodzice pracujący w telewizji, ale są też samotne matki i rodzice patologiczni. Nie ma reguły.

Najważniejsze, że jako trójka klasowa będziemy dobrze dysponować wspólną kasą. Pamiętam jak prowadziłyśmy buchalterię w klasach 1-3, rodzice mieli wszystkie informacje w dzienniczkach - ile jest kasy, na co zostało wydane, jakie są dalsze propozycje.

piątek, 09 września 2016

Wracamy do gry z walką z psychologicznym potworem. Wtorek 6 września był dniem pierwszej w tym roku nieobecności Mani w szkole. Pojechała normalnie autobusem, spotkała się z koleżanką, poszła do sklepu, zrobiła dla siebie zakupy i.... wróciła się do domu. Zadzwoniła do mnie, że bardzo, ale to bardzo czuje się "podziębiona" i z tego powodu nie idzie do szkoły.

Byłam wściekła. Jeszcze się dobrze rok szkolny nie zaczął, a ona już odwala takie numery. Jednak wieczorem powiedziałam jej, że lepiej jak wróciła do domu niż miałaby się szwendać po osiedlu, będąc na klasycznych wagarach.

Postanowiłam umówić się ze szkolną psycholog (nie tą, u której byłyśmy w poradni p-p) tylko z tą, która towarzyszyła mi parę lat temu w walce z absencją szkolną i zachowaniem Golasa. Część z Was, która sytuacji nie zna może zapoznać się z tematem na moim starym, zielonym blogu.

Tak więc w środę zwolniłam się wcześniej z pracy i wraz z Manią spotkałyśmy się z panią psycholog.

Na początku nie było wesoło. Mania siedziała mi na kolanach i jak zwykle nie chciała się otworzyć. Ale kiedy zauważyła, że kobieta u której jesteśmy naprawdę różni się od dotychczasowych znanych jej osób, zaczęła nawiązywać kontakt. Najpierw słowny, a później wzrokowy.

Fajnie było nam rozmawiać we trzy i dowiadywać się różnych rzeczy o sobie. Ta psycholog jest tak mądra (według mnie) że próbując wyciągać z Mani strachy i demony, sama przytaczała przykłady ze swojego życia, dla porównania sytuacji. Wyszło, że moja córka wręcz nienawidzi swojej wychowawczyni i się jej boi. Że bardzo lubi swoją nauczycielkę od niemieckiego, że nie cierpi się spóźniać i m.in. dlatego nie poszła we wtorek do szkoły (zbyt długo przebywała w sklepie z koleżanką). Napiętnowanie jej śmiechem koleżanek i kolegów z klasy, że się spóźniła, paraliżuje ją niesamowicie. Jest też okropnie zestresowana kiedy ma publicznie odpowiadać przed klasą, albo pisać przy wszystkich na tablicy. Osobiście bardzo dobrze to rozumiem. Choć pamiętam moje występy szkolne, inicjowane przez moją wychowawczynię 1-3, która uważała, że posiadam niebywały talent aktorski i donośny głos. Sparaliżowana strachem musiałam na jakimś apelu śpiewać piosenkę z Akademii Pana Kleksa "Jak rozmawiać trzeba z psem".

Wytłumaczyłam więc mojemu dziecku, że przez ręce pani wychowawczyni przewinęło i przewinie się multum takich "Mań" jak ona i zapewne za jakiś czas nawet z pani pamięci ona zniknie. Wymyśliłam też (co spotkało się z aprobatą pani psycholog), że Mania może sobie wymyślić, że obecna pani wychowawczyni tak naprawdę NIE jest jej rzeczywistym wychowawcą, a jest nią pani od niemieckiego, tak bardzo przez Manię lubiana. Mania będzie miała taką "osobistą" wychowawczynię. Sama tez byłam dumna z tego pomysłu ;-) Dodatkowo psycholog prosiła moją córkę o wykonanie rysunku, na którym mają być różne stworki i zwierzęta, które przedstawiają znane jej osoby z klasy. Taka zabawa we wróżkę - czary-mary, zamieniam panią w dinozaura ;-)

Obie wyszłyśmy zadowolone, to chyba najważniejsze, bo nie ma nic gorszego niż nieodpowiednia terapia dla wrażliwego dziecka. Moja córka na razie do szkoły chodzi. Mam nadzieję, że te spotkania pomogą uporać się jej z demonami szkolnymi. Wiem, rozumiem i czuję jej obawy i strach, bo sama podobnie reagowałam na instytucję szkoły. Tylko, że ja przeżywałam rozwód rodziców, byłam w bardzo mało komfortowej sytuacji. Czas kiedy walczyłam z własnymi demonami to były lata kiedy nie przywiązywano wagi do zdrowia psychicznego dziecka. Teraz czasy się zmieniają. Pomoc jest z wielu stron, tylko trzeba złapać odpowiedni wiatr.

poniedziałek, 05 września 2016

Korzystając z możliwości wzięcia urlopu (ach, jaki to jest cudowny przywilej!) czwartek i piątek siedziałam w domu. Na rozpoczęcie roku szkolnego Mani miałam nie iść, ale córka tak mnie prosiła, że poszłam choćby z powodu posłuchania czy szkoła będzie komentować nadchodzące reformy. Wszyscy łącznie z panią dyrektor i wychowawczynią mówili: zobaczymy jak to będzie.

Mania, już uczennica piątej klasy, z reformy nie jest zadowolona. To, że będzie miała przez następne cztery lata tę samą wychowawczynię, napawa ją zgrozą. Ale cóż zrobić. Na szczęście smutek zastąpiła radość planu na nowy rok, ponieważ w poniedziałek i środę na pierwszej godzinie jest religia. Będzie więc Młoda chodziła w te dni na drugą lekcję ;-)

Remont kuchni trwa. Wypadły dodatkowe wydatki, które niestety musiały zostać poniesione i niestety kawałek oszczędności, które już zaczynałam sobie tworzyć nadszarpnęłam. Poza tym w takim domu jak ten, w którym mieszkam nic się kupy nie trzyma. Ściany są krzywe, podłoga nieckowata, wszystko trzeba albo naginać, albo tuszować, albo docinać. Ale nie ma jak współpraca z moim kochanym Szanownym - ten to potrafi wszystko naprawić, zrobić, wykorzystać, przerobić i zamontować :-)

Sobotę wykorzystałam na czas z córką i jej koleżanką. Na warszawskich Polach Mokotowskich trwały zawody "Latających psów". To nic innego jak turniej łapania dysku popularnie zwanego frisbee. Dziewczyny bawiły się świetnie oglądając zawody, potem było zaganianie owiec, kaczek, a następnie psie skoki do basenu. Ja już trochę mniej się bawiłam- moja fobia przed tłumem dała o sobie znak. Z tego tez powodu nie poszłam na Noc Pragi. Mojej ukochanej dzielnicy, w której się wychowałam i gdzie jestem już trzecim, praskim pokoleniem. Ale nadrobił to mój Brat, będąc na koncertach i spotykając się z kumplami "z dzielni" ;-)

W niedzielę pracowaliśmy już z chłopiną razem w tej remontowanej kuchni. Potem przeszliśmy na ogród, powyrywaliśmy co się dało, zebraliśmy ostatnie plony fasolki, ogórków, dyni. Pomidory zielone powędrowały do piwnicy, na zimę dojrzeją :-)

Doznałam szoku, kiedy moja dziesięcioletnia córka oświadczyła, że chce iść do kina z koleżanką. Sama. No w końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz. Zdziwiłam się, że zaczyna puszczać sama tę niewidzialną smycz, ale to było pozytywne zdziwienie, bo w końcu musi się zacząć usamodzielniać. Dziewczyny były na Epoce lodowcowej, podobno film super i nie żałowały.

A dziś dzień jak co dzień, od rana roboty mnóstwo. Biorę się zatem za pracę, bo premii nie będzie ;-) Miłego poniedziałku!

piątek, 06 maja 2016

Wpis z większą nutą niezadowolenia, choć bez wkurwa ;-) Ot opis sytuacji, która nie za bardzo mnie satysfakcjonuje.

Mania dostała wczoraj 6 z jęz. niemieckiego. Jest z niego bardzo dobra, lepsza niż z angielskiego, którego nawet sama nie lubi. Niemiecki jest przedmiotem dodatkowym, ale chodzą na niego wszystkie dzieci. Dodam też, że jest w planie tylko jedną godzinę tygodniowo.

Wywiązała się między mną a córką wczoraj bardzo interesująca rozmowa. Otóż Maniuchna z żalem stwierdziła, że szkoda, że ocena z niemieckiego nie jest wliczana do średniej, bo ona ma raczej słabe oceny i ta wysoka nota z tego języka poprawiłaby jej wyniki. Za chwilę dodała: nawet z religii wliczają, a z niemieckiego nie.

I tu umocniły się moje przekonania, co do kierunkowości polskiej edukacji. Nie jest ona niestety liberalnie nastawiona na wszystkich obywateli. Jest ukierunkowana na religię dominującą jaką jest katolicyzm. Nie mam nic przeciwko wierze jakiejkolwiek, ale już przeciw religii tak. Przedmiot "religia" jest przedmiotem również nieobowiązkowym, a większość rodziców traktuje go jako integralną część szkolnych przedmiotów. Wiem, że w niektórych szkołach podpisuje się deklarację o uczestniczeniu w religii bądź etyce, a to niezgodne z prawem, albowiem wg ustawy deklarację podpisać można, ale nie trzeba. Nikt nie może być zmuszony do uczestnictwa w praktykach religijnych.

Wracając do wspomnianego przeze mnie niemieckiego jest on raz w tygodniu, gdzie lekcje religii są planowo w ilości dwóch godzin tygodniowo. Gdzie to ma sens? Czemu to ma służyć? Czy nauka języka obcego jest naprawdę dzieciom niepotrzebna?

Dodam jeszcze, że jeśli dziecko ma wysokie noty ze średniej ocen, może liczyć na wsparcie w postaci stypendium. Czy wiecie ile takie wyróżnienie wynosi w naszej szkole? 80 zł. wypłacane jednorazowo. Tak - jednorazowo. Farsa. Gdzie jest motywacja uczniów do poprawiania swoich wyników? To juz ja - student prywatnej uczelni mam stypendium w wysokości 500 zł miesięcznie - gdzie opłacę ratę czesnego i jeszcze zostanie mi na waciki.

Dziwny ten nasz system edukacji, słabo usprawniany. Wracając do tematu wiary, to wydaje mi się, że czarna mafia zagarnia coraz większe połacie naszego kraju, nie licząc się z tym, że w Polsce żyją ludzie o różnych światopoglądach. Ale przecież liczy się tylko ten jeden właściwy.... To, że jestem ateistką nie świadczy o mnie jak o potworze. Nikogo nie morduję, nie oszukuję perfidnie, szanuję pamięć o matce, nie kradnę, nie cudzołożę. To takie lekkie nawiązanie do 10 przykazań, ale przecież są inne dogmaty, których warto przestrzegać i wcale nie sa wpisane w religię katolicką wyznawaną przez czarną mafię. Bądź miłosierny dla braci mniejszych, podziel sie posiłkiem, bądź życzliwy dla każdego innego od ciebie...

Rozpisałam się niepotrzebnie, ale mam taki natłok myśli związany z tym, że w moim kraju czuję się cholernie dyskryminowana. Jednak nie krzyczę o tym głośno, żyję z tym swobodnie. Włażenie czarnej mafii w najciaśniejsze zakątki szarego człowieka wkurza i może powodować frustrację. Czytałam, że PIS chce zmiany Konstytucji, a konkretnie preambuły na "bliższą episkopatowi". Ma być konkretne odwołanie do boga. Ja już podpisuję się pod protestem. To nie będzie moja Konstytucja.

Przepraszam wszystkich wierzących, którzy poczuli się dotknięci moimi słowami.

 

08:10, sokramka
Link Komentarze (4) »
piątek, 18 grudnia 2015

UWAGA! Wpis będzie zawierać wyrazy wulgarne oraz treści potocznie uznawane za obraźliwe ;-)

Lubię moje młodsze dziecko. Tzn kocham moją córkę, ale lubię jak przychodzi do mnie i opowiada różne rzeczy z życia np szkoły, albo tego, co się dzieje wśród koleżanek. Taki plociuch ze mnie ;-)

Ostatnio przyszła do mnie, usiadła obok i dziwnie zaczęła mówić. Po cichu. "Wiesz, mamuś, jeszcze w pierwszej, drugiej, trzeciej klasie to ta moja szkoła była fajna, a teraz jest taka...no...no taka...zboczona".

W pierwszej chwili pomyślałam, że zaczynają się końskie zaloty chłopaków; jakieś łapanie za cycki, albo zaglądanie pod spódnice. Ale nie. Chodzi o słownictwo. Mania zaczęła opowiadać jak to jej koleżanki i koledzy "porozumiewają się" językiem popularnym i często nie do końca przez nich rozumianym. 

Na początek poszły wszelkie określenia męskiego przyrodzenia. Dzieci znają: fiuty, chuje, kutasy, a ja nie omieszkałam Mani wspomnieć, że kutasiki to były kiedyś bardzo piękne ozdoby ;-) Zdziwiła się. Potem poleciały określenia damskich narządów: cipy, pizdy (znaczenia tego drugiego słowa moja córka nie znała) Wyzywanie się wśród koleżanek w typie: ty dziwko, ty kurwo, jest dla mojej córki nie lada szokiem. Nie ukrywała, że wołają tak dziewczynki ze starszych klas, jak i z jej, czwartej. 

No i na koniec epitety: jebany, pierdolony, to taka norma wśród chłopców. 

W pewnym momencie do pokoju wszedł Szanowny. Na widok taty Mania zawołała: tatuś wyjdź, bo my tu sobie z mamą takie babskie pogaduszki uprawiamy ;-)

Do szkoły, w której uczy się Mańka chodzą różne dzieci. Jest tu zbieranina z okolicznego osiedla, ale jest też część dzieci z osiedla domków jednorodzinnych. Są dzieci z rodzin patologicznych, ale są też i dzieci nowobogackich. Jest nawet córka jednego z redaktorów publicznej telewizji ;-) Nie dziwię sie więc takiemu słownictwu, poza tym nie zabiegałam nigdy, żeby moja córka chodziła do jakiejś "lepszej" placówki. Jak ma się uczyć dobrze, to i na skrzynce z węglem będzie to robić. Owszem, kiedyś przemknęła mi przez myśl szkoła, która nie jest naszym rejonem, ale znajduje się bliżej miejsca zamieszkania. Na szczęście szybko mi przeszło, bo z czasem okazało się, że koleżanki Mani, które tam uczęszczają nie mają czasu na zabawę, wyjścia z domu, bo cały czas się uczą, uczą i uczą. Tyle mają zadawane do domu. 

Na razie są to dopiero początki, juz myślę jakie nowości Mania będzie przynosiła z gimnazjum. Chyba że zmienią się stosunki między nami i przestanie do mnie przychodzić na babskie pogaduszki ;-)

piątek, 21 sierpnia 2015

Ta ustawa działa! Chodzi oczywiście o podręczniki szkolne. W tym roku moja Mańka dostanie książki ze szkolnej biblioteki. Dokupić trzeba będzie tylko ćwiczenia i podręcznik językowy, a to, według moich obliczeń powinno zamknąć się w 100 zł. Super! Do tego Pierworodny będzie w klasie maturalnej więc odpadną wszystkie przedmioty zawodowe, a co za tym idzie zakup tematycznych książek. 

I nareszcie zmierzamy w stronę normalności kiedy to podręczniki można będzie sobie przekazywać. Wymusi to na rodzicach pilnowanie swoich pociech, żeby książki szanowały, nie bazgrały w nich, bo będą służyć młodszym kolegom. Oby jak najwięcej takich pomysłów :-) 

wtorek, 07 lipca 2015

Rok szkolny się już skończył i mamy wakacje, ale wpis będzie dotyczył jednak przygody szkolnej. Na początku czerwca dzieci z klasy Mani dostały informację do dzienniczka, że „w dniu (…) dzieci z klasy (…) jadą na pielgrzymkę do (…)”. Informacja była krótka, mało treściwa i poddawała w wątpliwość czy na tę pielgrzymkę mają jechać wszystkie dzieci. No bo przecież czwórka dzieci z naszej klasy (w tym moja Mania) nie chodzą na religię. 

Z koleżanką, której córka również nie chodzi na katechezę postanowiłyśmy napisać pismo do Dyrekcji szkoły.  Pisemko zawierało początkowo podziękowania za bardzo ciekawe lekcje etyki oraz zajęcia wuefu. W kilku następnych zdaniach opisałyśmy nasze zażenowanie organizacją pielgrzymki w środku tygodnia, gdzie my – rodzice dzieci „niereligijnych” pozostaliśmy bez alternatywy dla naszych dzieci co do ich czasu szkolnego. Pozostawało nam albo oddać dzieci na cały dzień do nielubianej świetlicy, albo zostawić dziecko same w domu, albo (jak moja koleżanka) brać dzień urlopu. Poza tym (rozważałyśmy już tylko między sobą) nawet gdybyśmy chciały puścić nasze córki na rzeczoną pielgrzymkę w celu, powiedzmy, zwiedzania miejsc świętych (kościoły i inne budynki architektury) w ramach nauki historii chrześcijańskiej, to w naszej informacji wklejonej w dzienniczek nie było nawet słówka o kosztach czy godzinie zbiórki.

Na pielgrzymkę w środę pojechało kilkoro dzieci „pokomunijnych”, a nasze dziewczynki na szczęście pojechały na wycieczkę zorganizowaną przez lokalne Towarzystwo Przyjaciół Dzieci.

Zaraz po zakończeniu roku szkolnego otrzymałyśmy z koleżanka odpowiedź od Dyrekcji szkoły. Ponieważ nasza pani Dyrektor jest osobą światłą, otwartą i niezwykle tolerancyjną, dialog okazał się mądry i nie pozostawił nas w trudnej sytuacji. Otóż Dyrekcja przyznała się, że w szkole de facto świeckiej, organizowanie katolickiej pielgrzymki jest co najmniej pomyłką. Dyrekcja podziękowała nam za cenne uwagi odnośnie lekcji etyki, wuefu oraz zwrócenie uwagi na pewnego rodzaju dyskryminację religijną. Siostra zakonna uczestnicząca w organizacji pielgrzymki jest w naszej szkole nowa i nie zdawała sobie sprawy, że w klasie będą dzieci wykluczone z katolickiej grupy. No tak. Wszyscy przecież „muszą” być ochrzczeni.

Generalnie jesteśmy usatysfakcjonowane rozwiązaniem problemu, a do tego Dyrekcja obiecała, że taka sytuacja się nie powtórzy i na przyszłość pielgrzymki będą organizowane w soboty.

Dodam tylko, że w szkole, do której chodził mój Młody nigdy nie poczułam apodyktycznej ręki katolickiej kasty. Msze na rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego były niejako „zajęciem dodatkowym” i nikt nikomu nie kazał przychodzić w ten dzień ubrany na galowo, bo „do kościoła trzeba wyjść”.

 

czwartek, 30 października 2014

Na koniec listopada jesteśmy zapisane z Mańką do psychologa. Być może dla każdej z nas ta wizyta będzie miała jakieś znaczenie. Ja tracę już cierpliwość, bo córka odwala mi numer ze szkołą średnio raz w tygodniu. Nie piszę, bo nie ma o czym pisać, a poza tym -czym tu się chwalić...? Powody do absencji szkolnej są różne: ból stopy, ból kręgosłupa, awersja do lekcji angielskiego, do lekcji w-fu, zmęczenia, katar, brak ołówka, jednym słowem: wszystko.

Dziś przekroczyła granice mojej cierpliwości. Mówi się, że spokój może załatwić wszystko, ale moja spokojna stanowczość przybrała dziś twarz potwora. Pod szkołą Mania zaczęła ryczeć, tupać nogą, że do szkoły nie pójdzie i już. A mój potwór powiedział, że jak nie pójdzie to ją osobiście rozszarpię. Uparłam się, że nie odprowadzę jej do domu, ani nie wezmę do pracy. Już raz tak zrobiłam, uległam jej i to był mój wielki błąd. 

Zaryczana stała jak kołek i tylko mijające ją koleżanki zapuszczały żurawia na tę całą obciachową sytuację. W końcu postanowiłam pójść po panią wychowawczynię. Traf chciał, że akurat szła do szkoły. Na moją prośbę o pomoc powiedziała: - no to musi pani iść do psychologa, - jesteśmy już zapisane - odparłam.

Po wymianie zdań z córką pani wzięła ją za rękę i weszła do budynku. Mania pożegnała się ze mną tradycyjnym buziakiem, powiedzonkiem: miłego dnia, do zobaczenia po południu i takie tam. Zdążyłam krzyknąć: - dziękuję pani! Usłyszałam tylko: - nic się nie stało. Może dla pani nic się nie stało, bo takich dzieci przewinęło się przez jej karierę tysiące. Ale dla mnie to potworne przeżywać dziecięcy strach nie wiadomo czym uzasadniony. Może psycholog wyciągnie z córki złożoność problemu i pomoże mi go rozwiązać.

Dodając pikanterii tej całej sytuacji wspomnę, że wczoraj Mania bawiła się na naszym podwórku z koleżanką. Wróciła do domu w brudnej kurtce, skorupie na głowie i sypało się z niej dziwne "coś". To "coś" to był popiół wyciągany z naszego pieca i składowany w wielkiej beczce na podwórku. Dziewczynki postanowiły umyć mi samochód i "maczały" papier w popiele smarując następnie wszystko co popadnie; karoserię, szyby, nawet na fotelu nie dało się usiąść oraz dotknąć kierownicy.

Młoda ode mnie dostała karę - dziś nie wychodzi na dwór. Na dodatek dostała odkurzacz i posprzątała całe wnętrze samochodu. 

 
1 , 2