Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: sklepy

wtorek, 17 stycznia 2017

Moja córka dziś kończy 11 lat. W zasadzie to jeszcze dziecko, ale już wchodzące w dział "nastolatki". Największy problem oprócz gry hormonów i ukazujących się co i raz fochów mam z ubraniem jej.

Kupując jej buty na początku sezonu byłam świadoma, że jako JESZCZE dziecko zdąży je zniszczyć nim sezon się skończy. Tak się właśnie stało. To znaczy buty są jeszcze ok, ale wyglądają jakby po nich przeszło stado żubrów ;-) W związku z tym, postanowiłam podczas weekendu pobiegać z nią po sklepach i skorzystać z zimowych wyprzedaży, planując kupno butów dla niej. Niestety, oferta dla dzieci kończy się na rozmiarze 35, natomiast wszystko co na Manię jest dobre, to buty albo na obcasie, albo na koturnie, albo w takim stylu, że moja córka mówi, że "jak dla starych bab" ;-)

Moje dziecko ma rozmiar 39/40. Wskakuje swobodnie w moje obuwie. Kiedy pojechaliśmy na wspólne wakacje, okazało się, że tenisówki, które spakowałam dla niej są na nią za małe. Oddałam jej swoje, świeżo kupione specjalnie na wyjazd. No cóż - dzieci rosną. A jeszcze niedawno przyjmowałam z rozkoszą wszelkie ubranka na małą dziewczynkę. Dziś już śmiało chodzę z nią po sklepach dla dorosłych i wybieram rozmiar ubrań 38/40.

Dziewczę moje ma już prawie 160 cm wzrostu i jakoś nie zamierza na tym poprzestać. Rośnie wzwyż i najgorsze, że wszerz też. Mam cichą nadzieję, że kiedy przyjdzie wiosna i Mania zacznie się więcej ruszać jej waga przełoży się na wzrost.

Tymczasem butów nie kupiłyśmy i myślę sobie, że sroga zima nas już nie dopadnie, bo w tym co zostało Mani na nogach niedługo już pobiega.

Tagi: córka sklepy
09:52, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 grudnia 2014

Będzie o zakupach świątecznych (i nie tylko), których szczerze mam dość, jak co roku. Niby wiem, że za moich dziecięcych czasów niczego w sklepach nie było i rodzice musieli na głowie stawać, żeby stół jako tako wyglądał, ale dziś należę chyba do pokolenia, które wolałoby na święta wyjechać i nie martwic się niczym. Tak, zdecydowanie jakaś dwutygodniowa, okołoświąteczna wycieczka. Żadnego pichcenia, choć do tej pory co roku byłam mistrzem pierogowym (poniżej 200 szt nie schodziłam ;)) żadnego generalnego sprzątania, bo sprzątać trzeba na bieżąco i w miarę możliwości, a nie zarzynać się i latać ze szmatą na dwa dni przed świętami. Choinka u nas i tak zawsze stawiana jest dzień przed świętami (w tzw wigilię) bo Szanowny nie cierpi sztuczności i poluje zawsze na żywe drzewko, a przed samym rozwiązaniem choinki są najtańsze ;) i można śmiało kupić taką wartą ze 200 zeta za 60 od chłopa, który już się zwija z interesem.

Karp – no to co za pomysł z tą rybą, która ani nie jest smaczna, ani wygodna w obrabianiu, ani w ogóle. Dziś byłam świadkiem trzepotania się tejże rybki w worku foliowym u jakichś starszych państwa w koszyku. Myślałam, że zwątpię. Nigdy nie jadłam, nie jem i jeść karpia nie będę. Ja wiem, że dla tych państwa to tradycja i inne takie pierdolanty, ale ta ryba mogłaby być chociaż ubita przed zakupem. Przecież i tak żywa do domu nie dojedzie więc po co jej jeszcze przysparzać cierpień. Aha – i nie jestem jakimś walczącym wegetarianinem, ani wojującym ekologiem, tak po prostu czuję i tak wyrażam swoje poglądy.

Ludzi w sklepie…………………………………………………………………………………….tego bloga mało, żeby to opisać i najgorsze, że ja w tym pogromie tez uczestniczę, bo  auto na parkingu przed sklepem zaparkowałam, koszyk wzięłam i polazłam jak te głupie mohery na zakupy. No ale jak tu nie skorzystać z promocji mąki za 1,25 zł, oleju za 3,40 zł, kakao za 1,99 zł – Wedla! Drożdże do chleba za 0,70 zł. Poza tym jest normalny dzień i trzeba by jakiś normalny obiad zjeść z tej okazji ;)

Nie znoszę świąt, a najbardziej tego zapieprzania wokół nich. Czas świąteczny ma być czasem wypoczynku, lenistwa i ewentualnych rodzinnych pogaduszek. Gdybym miała kasę jak za dawnych czasów, na pewno skorzystałabym z zakupów internetowych. Widzę, że tu w okolicy jeżdżą samochody z zakupami z takich sklepów. Wiem też, że w naszej okolicy mieszka trochę ludzi z branży aktorskiej, dla nich to wygodne złożyć zamówienie i nie pokazywać się w publicznym miejscu.

Do tego Mania się rozchorowała, siedzi w domu od wtorku, ale dzięki temu upiekłyśmy trzy metalowe pudełka pierniczków ;) W szufladzie mam już przygotowane drobiazgi dla moich dwóch panów. O młodszą panią właśnie ci panowie zadbają plus trzech pasierbów, a jej braci przyrodnich. W zasadzie każdy dostanie jakiś drobny prezent. I to chodzi – żeby o nikim nie zapomnieć. W najbliższy weekend mam zjazd, a  Szanowny będzie wędził kiełbachy. Parę dni wolnego i za chwilę będzie po świętach.

 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

No i znowu wyjdzie, że jestem malkontentem, bo będę narzekać ;) ale co mi tam – od tego mam blog, żeby sobie poużywać. Może kiedyś nastąpią wpisy o tematyce rozwojowej bądź śmiesznej, ale dziś pokrytykuję sobie.

Szanowny wziął w piątek wypłatę. Ponieważ buty swoje miał już w tak tragicznym stanie, a ja akurat miałam weekend wolny od szkoły, postanowiliśmy wybrać się w sobotę „na miasto” w celu dokonania zakupu okryć wierzchnich stóp. Nie robimy tego często, zwyczajnie nas na to aktualnie nie stać. No i sklepy, które wybieramy nie należą do markowych, tylko raczej do przedziału nisko-cenowo-półkowych.

Pojechaliśmy we trójkę – Mała i my. Kiedy Szanowny mąż mój zaczął wnikliwie doszukiwać się swojego numeru wśród obuwia, a Mała dzielnie mu pomagała, ja postanowiłam rozejrzeć się trochę po sklepie i… pomarzyć. Butów ci u nas dostatek, ale żeby kupić sobie porządne i w miarę ładne (o gustach się nie dyskutuje) trzeba niestety poświęcić trochę kasy no i wybrać inny rodzaj sklepu. Doświadczyłam tego nie raz mając kiedyś dość sporo pieniędzy na to, żeby nie żałować kilku setek na but, który przetrwa ze mną co najmniej trzy sezony. Natomiast but kupiony w pospolitym sklepie za mniej niż 100 zł wytrzymywał zazwyczaj kilka miesięcy.

Kiedy więc skończyła mi się ochota na zwiedzanie półek zaczęłam obserwować ludzi. No takie zboczenie – lubię obserwować ludzi, ich zachowania, reakcje. Zauważyłam w tym sklepie jakąś dziwną kulturę kupowania obuwia, albo inaczej – jej brak. Nie wiem ile osób myśli podobnie jak ja – ale szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi, jednak mierząc buty, a tym bardziej letnie; sandały, klapki, zawsze szukam, bądź pytam o takie cienkie, jednorazowe skarpetki. Wyobraźnię mam ogromną i jakoś nie może mi przejść przez umysł, że jeden but mogły mieć na gołej nodze setki bab. Nie twierdzę, że każda musi mieć grzybicę, ale założyć taką skarpetę nakazuje kultura. To tak jakby mi ktoś chciał sprzedać majtki, czy biustonosz zakładane i mierzone do tej pory przez pewną ilość kobiet. Fuj.

Nie wiem dlaczego, ale taki ohydny zwyczaj przymiarek zdarza się nagminnie. Podczas tego czasu spędzonego z moją rodziną w sklepie, zdążyłam naliczyć sześć kobiet zakładających buty na bose stopy. Tylko jedna (i do tego starsza) pani wyciągnęła z pudełeczka jednorazowe skarpety.

Miałam ochotę wziąć z półki takie pudełeczko i zwyczajnie „poczęstować” jedną z klientek sklepu, ale mi się odechciało. Po pierwsze – zniknęła gdzieś moja odwaga życiowa, wolę jeszcze być anonimowa i schowana za tzw. filarem. I tu mała dygresja – znając swoje aktualne reakcje i zachowania, wiem, że chyba bym nie zareagowała gdyby kogoś okradali na ulicy. Gnida potrafi zniszczyć w organizmie człowieka wszelkie odruchy ludzkie. A po drugie – bałam się reakcji kobiety kupującej. Coś mnie jednak gniotło w środku, że jak tak można? I ulżyłam sobie przy płaceniu za buty męża. Zwyczajną, sympatyczną rozmową z kasjerką doszłam do wniosku, że te baby to po prostu buraczanki ze wsi (nie obrażając wsi ;)). Pani sprzedająca potwierdziła moją reakcję na mierzenie buta na gołą stopę. Powiedziała, że kiedyś próbowały zwracać klientkom na to uwagę, ale dużo kobiet podobno obrażało się na to i wręcz pytały: a po co to zakładać?

Wspólnie jednak doszłyśmy do wniosku, że dyplomatycznym wyjściem byłoby zawieszenie kartek nad półkami z butami o treści: „przed przymierzeniem buta uprzejmie prosimy o założenie jednorazowej skarpetki, dostępne w pudełkach na każdej półce”. I słowo „uprzejmie” i słowo „prosimy” nikogo by nie uraziło, a może te głupie baby zastanowiłyby się ile potu z ilu stóp przelewa się przez te buty.

Ale nie tylko to mnie poraziło w tym jednym sklepie (pisałam, że będzie dużo narzekania ;)) otóż równie sympatyczna rodzinka: mama, tata i kilkuletnia córka, dokonywali przymiarek butów. Obiektem zainteresowanym była dziewczynka. Tak na oko w wieku mojej Małej. Posadzona została na środkowej (z trzech) pufie do mierzenia, na lewej pufie mamusia położyła swoją torebkę i sweterek, a na prawej tatuś ułożył trzy pudełka z butami, które dziewczynka zaraz miała mierzyć. No a inny człowiek już miejsca dla siebie nie miał. Paranoja. Do tego poraziło mnie zachowanie tych rodziców, którzy wręcz skakali nad dziewczynką donosząc co i raz nowe modele butów, zakładając jej i zdejmując, wręcz decydując, które będą najlepsze. Dziecko nie było niepełnosprawne, potrafiło wstać, przejść się, na pewno potrafiło też samo założyć i zdjąć buty i na pewno potrafiło też zadecydować, który model będzie najlepszy.

Ludzie chowają kaleki życiowe, tak: „chowają” nie „wychowują”. Już kiedyś wspominałam o noszeniu za pierwszoklasistów plecaków, o zakładaniu im kapci, o nadmiernym wyręczaniu, o przerażeniu w oczach innych kiedy mówię, że moja córka (7,5) potrafi odkurzyć całe mieszkanie, załadować zmywarkę i mieszać w garnku z zupą. Nie uważam się za idealną matkę, ale jedno z czego jestem dumna to to, że moje dzieci są samodzielne i oczytane. Może to nie są zalety na dzisiejsze czasy, ale przynajmniej ja mam czyste sumienie, że nie mają postaw roszczeniowych.  

 

Tagi: ludzie sklepy
09:38, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 10 kwietnia 2013

Tęgość umysłu osoby bezrobotnej, lub posiadającej zajęcie mało dochodowe i niestałe musi być wbrew pozorom bardzo duża. Otóż nauczyłam się tak lawirować pomiędzy supermarketami i sklepami dyskontowymi, że sama siebie podziwiam ;)

Kiedyś byłam „zakochana” tylko w Tesco. Teraz sklep ten doprowadza mnie do szewskiej pasji. Omijam również takie miejsca jak Real i Carrefour. Auchan ponoć kusi w miarę dobrymi cenami, ale w moim mieście mam do niego za daleko. W żadnym z tych supermarketów dawno już nie robiłam zakupów. Przerażają mnie ogromną ilością klientów, nieskończonymi kolejkami do kas i ceny u nich wcale nie są takie niskie jak zachwalają.

Ponieważ człowiek bezrobotny ma różne potrzeby; żywieniowe, higieniczne, potrzeba mu też szukać tanich produktów. Tanich to nie znaczy złych. I tak oto po miesiącach wyrzeczeń portfelowych nauczyłam się korzystać z dostępnych produktów, które wcale nie muszą być markowe.

Po pierwsze Kaufland. Los mi dał ten komfort, że sklep ten mam prawie pod nosem. Nawet gdy akurat nie mam na benzynę do samochodu, mogę śmiało iść do niego po zakupy jak na osiedlowy bazarek. Kupuję tam głównie żywność, choć nie całą. Przede wszystkim sery żółte, u mnie pizza i zapiekanki są robione dosyć często. Masło, mleko, wszystko marki KF, główne produkty do zapełnienia lodówki. No i kawa „made by Kaufland” nie jest taka zła. Z chemii – proszek do prania – zawsze się jakiś znajdzie w promocji.  

 Biedronka jest niedaleko mojego mopowania. Przed robotą zaglądam najczęściej po wodę cytrynową, ale lubię też w Biedronie serki kupować dla dzieci, takie homogenizowane, smakowe. Mają też fajne, tanie i dobre parówki. Wbrew obiegowej opinii ludzi, którzy narzekali na słabą jakość towarów w Biedronce, to się naprawdę zmieniło in plus. Ostatnio na potęgę kupuję banany – w żadnym sklepie nie kupię ich tak tanio!

 W Lidlu zaś kupuję papier toaletowy. Jest najlepszy z tych trzech wymienionych przeze mnie dyskontów. Mają też fajne produkty mięsne.

 Do Rossmana zaglądam po ich rodzime szampony do włosów, są niedrogie i całkiem dobre. Pasują całej naszej czwórce. Zapomniałam dodać, że dwaj moi pasierbowie od dawna zaopatrują się sami w produkty do własnego użytku.

 Tak więc cytując Maksa Paradysa z Seksmisji: „człowiek, proszę pana, to się do wszystkiego może przyzwyczaić”. Nie trzeba jadać w restauracjach na mieście, ani ubierać się w Zarze. Można przeżyć ciężkie czasy wykorzystując taniość dyskontów.