Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: syn

czwartek, 21 czerwca 2018

Od pewnego czasu wchodzimy z Szanownym na plac sporny dotyczących naszych dzieci. To co dzieje się u dzieci Szanownego ja niekoniecznie okraszam aprobatą i na odwrót – to jak zachowuje się mój Syn niekoniecznie podoba się Szanownemu. To jest niestety problem małżeństw patchworkowych, gdzie zdarzają się spięcia dotyczące dzieci własnych. Od samego początku, kiedy zaczęłam spotykać się z moim obecnym mężem (a w tym roku stuknie nam 16 lat!) dawałam mu do zrozumienia, że wychowanie mojego Syna jest tylko i wyłącznie moją sprawą i proszę go o nie wtrącanie się do naszych relacji. Oczywiście jeśli miałby jakąś uwagę czy zauważyłby coś, co wymaga interwencji, to proszę – może mi powiedzieć na stronie, ale wychowaniem Młodego zajmuję się ja. Tym stanowiskiem chciałam uniknąć przyszłych niesnasek związanych z prawdopodobnymi tekstami: „nie jesteś moim ojcem, żeby mi mówić co mam robić”, lub podobnie. Oczywiście nic takiego nigdy się nie stało i nikt nigdy takich słów nie wypowiedział. Młody mój z wujkiem znalazł dobrą nić porozumienia, chociaż synowie mojego męża zawsze byli na miejscu pierwszym (co jest sprawą oczywistą).

Jak natomiast wyglądała sprawa wychowawcza od drugiej strony? Kiedy chłopcy mojego męża przyjeżdżali do nas w odwiedziny miałam niejako czterech synów ponieważ Szanowny zaakceptował to, że to ja wyznaczam granice, zadania, chwalę, rozmawiam, tłumaczę i wyjaśniam. Tatuś był elementem zabawowo-rozrywkowym i trochę jest w tym mojej winy, że zgodziłam się na taki układ, gdzie „matkowałam” pasierbom, a Szanowny był z tego powodu bardzo kontent.

Jednak kiedy wszyscy chłopcy zaczęli wchodzić w dorosłe życie, zaczęły się niesnaski. Najpierw Uszak spłodził pierwszego wnuka, nie mając perspektyw  na samodzielne mieszkanie, w którym mógłby wspólnie z partnerką wychowywać swoje dziecko. Więcej szczegółów we wpisach otagowanych „pacholę”. Potem kolejny syn zapragnął zostać tatusiem. Na szczęście on i jego (aktualnie) żona mieli oboje pracę, wynajmowali mieszkanie i założenie rodziny nie było jakąś wielką wpadką. W następnym roku ciąża przydarzyła się dziewczynie najmłodszego. I tak oto w ciągu trzech lat Szanownym został potrójnym dziadkiem.

Kiedyś też usłyszałam od teścia, że teraz czas na mojego Młodego, a jak mu powiedziałam, że syn nie ma dziewczyny i na razie nie planuje jej mieć, to powiedział, że ten mój chłopak jakiś nienormalny jest. Cóż.

Sytuacja rodzinna u moich pasierbów rozlewa się pomału na nowe pokolenia: Scareface będzie ojcem po raz drugi oraz Golas również będzie tatusiem w drugim wydaniu. Tylko dziewczyna Uszaka jakoś broni się przed kolejną ciążą. Póki nie włażą w nasze buty i w naszą pościel, dla mnie mogą płodzić i po sześcioro dzieci. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

Natomiast wiele żalów ostatnio słyszę od Szanownego na temat mojego Młodego. Moim skromnym zdaniem mąż mój poprzez pryzmat swoich kompleksów próbuje w jakiś sposób odreagować wewnętrzne pretensje. Słyszałam już wielokrotnie, że „mój syn jest owszem inteligentny, ale jednak przemądrzały”, że „całymi dniami go nie ma i nic nie robi w domu” – przypomnę tylko, że mój mąż pasjonuje się domowymi robotami w postaci różnorakich prac monterskich, hydraulicznych, malarskich, tokarskich, meblarskich, mechanicznych, rolniczych i …. nie zliczę jakich jeszcze ;-) Siedzący przed komputerem chłop jest dla niego niejako „wynaturzeniem”.

To, że mój syn pojechał do Paryża również ubodło mojego męża, że robił prawo jazdy, na które mu dołożyłam kasy również było solą w oku, bo przecież jego synom bardziej by się prawko przydało, bo… „mają dzieci”.

Nie staram się już wchodzić w dyskusję, bo zwyczajnie mi się nie chce. Kiedyś dyskutowałam ostro, teraz zlewam te pretensje ciepłym moczem. Mój Młody powiedział, że za wiele rzeczy może wujka przeprosić, bo przyznał, że bywa arogancki, ale nie za to, że realizuje swoje marzenia i plany. To, że mój syn nie żyje na podobieństwo synów mojego męża o niczym nie świadczy. A najbardziej boli mnie to, że wszelakie wąty do mojego dziecka idą bezpośrednio do mnie zgodnie z zasadą sprzed lat: „powiedziałaś kiedyś, że mam się nie wtrącać w wychowanie Młodego więc mówię tobie, a nie jemu”. Ale do cholery mój syn ma już 22 lata, na ile go wychowałam, na tyle jest świadomy swoich czynów i nic mu się nie stanie jak mąż matki wygarnie mu co jest nie tak.

Młody jak co roku wyjeżdża w sierpniu na obóz harcerski. Jest już w stopniu umożliwiającym mu organizowanie wypraw i posiadanie pod swoją opieką grup zuchowych. Szanowny poinformował mnie wczoraj, że „znowu nie będzie komu pomagać w remoncie, ociepleniu domu i on (biedaczek) zostaje z tą robotą sam”.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Od dziś moje starsze dziecko zwiedza Paryż. Pierworodny już kilka miesięcy temu zabukował sobie tani bilet lotniczy do stolicy Francji i postanowił, że przy okazji odwiedzi koleżankę z harcerstwa, która pracuje tam jako opiekunka do dzieci. Sam zajął się załatwianiem spraw, w tym hotelu oraz zaplanowania czasu wolnego. Nie ukrywam, że Syn otrzymał ode mnie „jakieś tam” finansowe wsparcie, ale przecież to jest mój Pierworodny, który ma tylko mnie; ani babci, ani dziadka, ani ojca. Może liczyć tylko na siebie i wsparcie matki. Nawet Szanownemu nie powiedziałam, że dołożyłam trochę grosza na wyjazd Młodego, bo i po co. On mi też do końca nie opowiada tajemnic, które porusza ze swoimi synami i niech tak zostanie.

Tak więc Pierworodny wstał dziś przed czwartą rano i już o piątej był na odprawie na lotnisku. Po przylocie napisał, że pogoda kiepska (pada deszcz i chłodno), a ja jemu, że warszawska aura już zaczyna mnie dołować z samego poniedziałku swoimi wysokimi temperaturami. Taki lajf. On niech zwiedza, niech korzysta, bo kiedy będzie to robił? Mnie nie było nigdy dane postawić nogi za granicami Polski, a moje starsze dziecko już zwiedziło Włochy i teraz zahaczyło o Francję. Tak powinno być.

Aż do ósmego maja Młody będzie korzystał ze swojej „majówki”, potem ostro bierze się do roboty z przeprowadzką i stałym zatrudnieniem, bo postanowił jednak wrócić do stolicy i na powrót zamieszkać z nami.

Tagi: syn urlop
13:04, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 30 sierpnia 2017

Będzie o moim Synu. Już jakiś czas temu wspominałam, że Pierworodny zamierza opuścić stolicę i udać się na emigrację do innego miasta. Otóż więc plany te od dziś się ziściły. Wczoraj dziecko moje spakowało wielką walizę i dziś o 12.00 pociągiem wyrusza do Wrocławia. Ma tam zapewnione mieszkanie, które będzie współdzielił ze swoim kolegą z tamtejszego hufca, ma również zapewnioną pracę, którą pomagali mu załatwić wrocławscy znajomi. Nie ukrywam, że syn mój będzie zarabiał więcej ode mnie ;-) ale to i dobrze - chłop musi mieć kasę. Do tego oczywiście dokonał transferu swojej osoby z hufca stołecznego do hufca wrocławskiego.

Do tego chcemy wspólnie poinformować ojca Młodego, że jego syn będzie już sam się utrzymywał i w związku z tym zbędnym jest przesyłanie chłopakowi alimentów. Uczciwość przede wszystkim. W zasadzie mój Były wywiązywał się do tej pory bez zarzutów i łożył na syna bezproblemowo, tak więc winniśmy mu zwrotnie to samo.

Ja się cieszę, Pierworodny się cieszy, wszyscy się cieszą :-) Koleżanka w pracy zapytała się mnie, czy nie płaczę, kiedy usłyszała moje: "cieszę się!" stwierdziła (pół żartem, pół serio), że wyrodna matka jestem. No i dodała: "ciekawe ile będziesz czekać na powrót syna z podkulonym ogonkiem". A ja jestem pewna, że Młodemu się uda, bo znam jego charakter. On potrzebuje wolności tak jak ja. Musi być samodzielny i niezależny, bo wtedy czuje, że żyje.

Niech więc Pierworodnemu się szczęści na nowej drodze kariery!

:-)

Tagi: syn
07:45, sokramka
Link Komentarze (15) »
wtorek, 09 maja 2017

Istnieją jednak rzeczy ważne i ważniejsze, które uwierają jak przeprana metka w swetrze. Myślałam, że dobry czas zostanie na dłużej, ale jednak ta ciepłota ciała nie każdemu pasuje. Mam już wewnętrzne schizy polegające na tym, że to wszystko moja wina, że to ja nie potrafię upilnować miru domowego...

Ale w czym rzecz.

To, że mam pasierbów wiadomo. Że mieszkałam z nimi - też wiadomo, że jeden z nich mieszka w tym samym domu co my - też jest rzeczą wiadomą. Nie mogę narzekać, bo kontakt ze wszystkimi mam w miarę dobry, poprawny. Inne kobiety tworząc patchworkową rodzinę mają gorzej. Wiem, bo często czytając forumowe wpisy na gazecie, napatrzyłam się na wylewane żale. Ja też tych żali wylałam wiele, ale myślałam, że nastała jakaś stabilność w stosunkach międzypokoleniowych, a jednak to wraca jak bumerang.

Mój Pierworodny chodzi na kurs prawa jazdy. Obiecałam mu to jakiś czas temu, że zasponsoruję mu prawko jak tylko wyrwę się z finansowego dołka. Słowa dotrzymałam, on zresztą też - bo nawalił ze szkołą, ale jakoś doszedł do tej matury i aktualnie zdaje po kolei wszystkie egzaminy. O ten właśnie kurs prawa jazdy poszło i od tego się zaczęło. 

Tak więc w czasie jakiegoś luźnego wieczoru usłyszałam, że jak Scareface (syn Szanownego) skończył zawodówkę to musiał "szybko znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do domowego budżetu". Racja. Wprowadziłam te zasadę ponieważ uważałam, że 300 zł z pensji młodego chłopaka (bez żony/dziewczyny/dziecka i innych zobowiązań) to nie jest jakieś wielkie obdarcie ze skóry. Tym bardziej, że kiedy Scareface kończył szkołę to w domu się nie przelewało. Mieszkał z nami, korzystał jak każdy z nas z pralki, prądu, gazu, śmiecił tak samo jak my, albo może i więcej. Moje wyjaśnienia, że kiedy mój syn zda maturę, pójdzie do pracy i tak samo będzie się musiał dokładać i pewnie jeszcze opłacać za swoje studia, nie zostały przyjęte z aprobatą. Cóż.

Nikt Scareface'owi nie broni zwrócić się do mamusi (swojej) i tatusia (swojego), babci bądź dziadka o zasponsorowanie kursu prawa jazdy. Mój syn ma tylko mnie i żadni inni sponsorzy nie wchodzą w grę. 

Nie jestem też święta jeśli chodzi o pilnowanie porządku. Po pierwsze nie należę do osób, które kochają się w mieszkaniach - muzeach. Każdy normalny dom musi mieć magiczne krzesełko, na które można rzucić ciuszek, w każdym normalnym domu musi stać w zlewie choć jeden talerz czy miska, i każdy normalny dom musi mieć choć trochę okruchów czy kocich/psich kłaków na dywanie ;-) W domach "sterylnych" boję się siadać na fotel/kanapę, bo jeszcze "ubrudzę". Tak więc mój syn, za przykładem mamusi ma takie krzesełko, ma taki stos talerzy (na biurku) i ma też okruszki/papierki/rachunki na podłodze. Jego pokój jest jednak mały i niestety przechodni. Pierworodny w nim tylko śpi, albowiem całymi dniami zazwyczaj nie ma go w domu - albo harcówka, albo hufiec, albo spotkania z kolegami na mieście, lub organizowanie kolejnych wycieczek dla zuchów bądź harcerzy młodszych, albo jakieś kursy, szkolenia, czy nauka czegoś innego. On na komputer, dom i dziewczyny nie ma czasu. Kiedy próbuję odbijać pretensje o porządku mojego syna, które brzmią: "bo on ma bałagan, a to pokój przechodni i wszystko widać", mojego męża nic nie wzrusza. Na argumenty, że jego najmłodszy syn, Golas prowadził tak porządek w pokoju, że nos od smrodu sam odpadał, Szanowny tylko odbija piłeczkę, że mój syn niedługo będzie robił tak samo...

Może dorabiam dupie uszy i dramatyzuję, ale odkąd urodziłam Pierworodnego założyłam sobie, że stanę na głowie, ale nie dopuszczę do zejścia mojego dziecka na boczne drogi i doprowadzę do jego właściwego wychowania. Czy to się spełniło okaże się w jego samodzielnym, dorosłym życiu. Nie pozwoliłam też nikomu obcemu wtrącać się w zasady jakie zastosowałam, ani żadnej ciotce, ani Bratu, ani tym bardziej Szanownemu, który nie potrafił zapanować nad własnymi synami.

Najgorsze są więc kłótnie o "moje, twoje, nasze". Nigdy żadna ze stron nie będzie miała w pełni racji. Już nie twierdzę, że tylko "mojsza" racja jest na wierzchu, ale widzę ogromną dysproporcję między mną, moim synem, a Szanownym i jego chłopakami. Czy ktoś broni albo zazdrości inwestować w swoje wykształcenie lub zainteresowania? Czy porządek na biurku to jedyny priorytet życiowy człowieka? Czy serio - "wykształcony człowiek nie zostawia brudnych skarpet na podłodze"? - to argumenty mojego męża w stronę mojego syna. A tak na marginesie - odezwał się "czyścioch", który po każdej większej robocie (cięcie, rżnięcie, kiełbasy czy inne oleisto-ogrodowe rzeczy) nie zostawia po sobie widoku sali operacyjnej, tylko wciąż muszę go napominać, że zostawia po pracy krajobraz jak po bitwie...

Najgorsze jest być zależnym od kogoś. Jak mantrę powtarzam słowa mojej Mamy: "umiesz liczyć - licz na siebie". I wiem - jestem zależna mieszkaniowo od mojego męża, bo ten dom nigdy nie będzie mój. Wkładam do głowy mojemu Pierworodnemu, żeby jak najszybciej stąd spieprzał, bo nic tu nigdy jego nie będzie. Mnie w sumie też by się przydało jakieś maleńkie mieszkanko - choćby 20m2, gdzie mogłabym na starość kłaść swoje ciuszki na magicznym krzesełku, a kubeczek na zastawionym książkami stole i nic nikomu do tego. Póki Szanowny żyje jego synowie są grzeczni. Ale kto wie jak będą mnie traktować kiedy mojemu mężowi przyjdzie pora odejść z tego świata? Niby mnie zapewnia, że przecież "cię lubią i krzywdy ci nie zrobią", poza tym "współwłaścicielką będzie nasza Mania więc ona cię nie wyrzuci". Ale nawet w najlepszych rodzinach ludzie ludziom podkładają świnie.

Czasem myślę, że najlepiej żyć samemu. Albo nie - żyć z kotami, najlepiej trzema albo pięcioma :-))))

P.S. Justek - jeśli masz ochotę obedrzeć mnie z historii życiem pisanych - bierz i jedz ile chcesz ;-) Przecież masz już doświadczenie w tym zakresie. Bezcielesna - to również zdanie dla Ciebie :-)   

czwartek, 03 listopada 2016

Po dokonaniu tego wpisu mogę się spodziewać negatywnych komentarzy, ale co mi tam. Do pewnych rzeczy w życiu się dojrzewa, na inne patrzy się po latach ze złamanej perspektywy. Generalnie - człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera. I choćby zapierał się przy jednej opinii przez kilkadziesiąt lat, to zapewne po jakimś czasie odmieni mu się w danym temacie.

Będzie o relacjach rodzinnych pomiędzy mną, moim Synem, a moim Bratem.

Kiedyś popełniłam taki wpis, na końcu którego napisałam, że gdybym miała wybierać pomiędzy moim Bratem, a Szanownym, w sytuacji stresowo, powiedzmy, "rozwodowej", wybrałabym Brata. I teraz, z perspektywy czasu wiem, że to było bardzo błędne stwierdzenie.

Zacznę od tego, że robi się ze mnie indywidualistka większa, aniżeli byłam nią do tej pory. Być może sprawiła to obecna praca, w której się spełniam i czuję się dobrze. Nie będę wahać się użyć stwierdzenia, że czasem bywam "ważna-bagażna". Mam tego świadomość. I być może mam inne spojrzenia na wiele spraw. Może są one skrzywione, nie wiem.

Mój Brat nie ma gdzie mieszkać, koczuje u ciotki na wsi, do mnie przyjeżdża na gotowanie sobie obiadów na trzy dni zapasu oraz zostawia brudy do prania, zabiera czyste. Nie mogę go wziąć do siebie, bo po pierwsze: nie przepada za nim mój Szanowny, po drugie: nie mam wystarczająco miejsca na lokatora, a po trzecie i najważniejsze: mój Brat chyba nie chciałby koczować w takim kołchozie.

Mój indywidualizm objawia się ostatnio skierowaną frustracją właśnie w stronę mojego Brata. Nie umniejsza to mojej siostrzanej miłości do niego (bo to w końcu mój rodzony Brat), ale irytowały mnie jego pewne zachowania. Przyjeżdżał około południa, siedział 5-6 godzin, oglądał filmy, korzystał z internetu, pierdział w krzesło. Takie tam... Niby nic, a jednak na dłuższą metę zaczynało to wkurzać. Do tego wtryniał swój nos w moje decyzje remontowe. Ja to widziałam - przynajmniej tak odbierałam - jako krytykę moich wyborów. "te szafki to byle jakie, ale kran do zlewu spoko", "ja bym sobie takich kontaktów nie kupił, najlepsze to te firmy X". Niby nie powinno być to odbierane jako napaść, ale mnie coś trzaskało w środku.

Do tego mam poważne problemy z Pierworodnym. Małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - i tak dalej. Syn mój repetuje ostatnią klasę technikum, w której miał już w tym roku kalendarzowym zdawać maturę. Do wczoraj siedział w domu, pierdział w krzesło i nie zrobił NIC, żeby zrealizować choć część planu ratującego jego dupę. Czekał. Czekał na termin wizyty w poradni, potem czekał na wynik badań, później czekał na decyzję, marnując kilka dobrych miesięcy na znalezienie choćby najmniej płatnej, ale jakiejś pracy. Uciekły mu chęci do zarobkowania, a nawet już w harcerstwie nie udziela się tak jak dawniej. Nie sprząta, rzadko kiedy sobie pierze (ale pierze) i posiada wymagania: "kup mi książkę", "czy dołożysz mi do nowego telefonu?". Pyskuje. Wypomina. Nie szanuje. Drwi. Szydzi. Dokucza siostrze.

W pewnym momencie nie wytrzymałam i pewnego dnia wywołałam awanturę. Wszelkie próby szukania wsparcia u Brata kończą się od pewnego czasu jego stwierdzeniem: "oboje jesteście siebie warci." Fakt. Być może ma rację, ale ja z wychowywania mojej Mamy nie to pamiętam. Nie umywa się rąk, kiedy ktoś ma jakiś problem "bo mnie to nie dotyczy".

Zaraz ktoś mi napisze: "przecież sama kiedyś pisałaś, że nie lubisz jak Ci się Brat wtrąca w wychowanie Twoich dzieci". Tak! Jak się wtrąca - nie lubię. Nie lubię kiedy ktoś wywraca mój system wychowania do góry nogami i podważa mój autorytet. Ale w sytuacji kiedy osobiście zwracam się o poradę/pomoc od "mężczyzny", o zwrócenie uwagi na chamskie zachowanie dwudziestolatka, oczekuję minimalnego wsparcia od Brata. Nawet Szanowny - świadomie odsunięty przeze mnie 15 lat temu od spraw wychowawczych mojego Syna, potrafi więcej włożyć pomocy w problem kiedy go o to poproszę.

Nie wiem czy zrobiłam się zołzowatą jędzą, ważną "panią biurwą", nie wiem czy przekraczamy aktualnie "trudny wiek" mojego Pierworodnego, czy może przechodzimy z Bratem "kryzysy wieku średniego". W każdym razie Brat teraz przyjeżdża na krótko, pod moją nieobecność, robi sobie żarcie, zabiera czyste rzeczy, po czym zmywa się cichaczem. Oczywiście robi to po ustaleniach z Młodym, który musi być obecny w domu, bo inaczej Brat nie wejdzie.

Najgorsze jest to, że oni jako faceci za moimi plecami dogadują się między sobą. Mój Brat i moj Syn. Doskonale to rozumiem. Chyba mam za dużo mężczyzna na metr kwadratowy mojego życia (to tekst Bezcielesnej ;-)) Chociaż ostatnio Szanowny jest moim prawdziwym przyjacielem, partnerem takim, o jakim tylko mogłabym marzyć. Mimo jego wad nabytych i wrodzonych idzie się z nim dogadać na całej linii. Zaczynamy tworzyć taki magiczny team jak kiedyś moja Mama, ja i mój Brat, kiedy byliśmy nastolatkami... Może to czas przemian? Może to czas jakiegoś nowego rozdziału? Wiem jedno - uświadamiam mojego Syna, że trzymać go do starości nie będę i nie będę płakać kiedy w końcu się wyprowadzi na jakieś "swoje". Marzę o tym od jakiegoś dłuższego czasu. Nie rozumiem matek, które na siłę trzymają swoje dorosłe dzieci, bojąc się, nie wiem: o siebie, o swoją samotność? o niesamodzielność dzieci? Każdy musi zderzyć się z rzeczywistością i jej doświadczyć, bo nie ma innej szkoły życia. Nie ma życia bezproblemowego, bezstresowego.

wtorek, 15 marca 2016

Uderza z innej strony, z tej, która mnie najbardziej boli. Mianowicie chodzi o moje dzieci. Wstyd się przyznać, ale zaczynam traktować moją najbliższą rodzinę jak Adamsów. Każdy ma jakieś "coś" za uszami, jakieś problemy, jakieś fobie i nijak nie umiem sobie tego wytłumaczyć.

Ja - wiadomo - po śmierci Mamy, utracie pracy i mieszkania, chorobie teścia, śmierci teściowej i walce z SS o święty spokój, utraciłam normalność i zgłosiłam się do psychologa. To było dawno, ale pół roku temu wróciło i postanowiłam się ratować. Teraz, gdy widzę świat w jasnych kolorach chcę uratować swoje dzieci.

Najpierw Mania: problemy z (nie) chodzeniem do szkoły powtarzają się cyklicznie i nie jestem w stanie temu zaradzić. Włączyłam nawet w ratowanie naszego dziecka Szanownego i Pierworodnego. Mają wspierać Małą w jej porannych przygotowaniach do wyjścia z domu. Szanowny ją budzi, gdy wychodzi do pracy, daje buziaka, życzy miłego dnia. Ja przygotowuję jej śniadanie, czeszę, zostawiam pieniądze na poranne zakupy do szkoły, a Pierworodny pilnuje, żeby wyszła z domu. Co z tego, jak Mania wraca się średnio raz w tygodniu, z powodów różnych - za zimno jej w ręce, zapomniała telefonu, boli ją żołądek, za słabo słońce świeci... Ten ostatni argument wymyśliłam, bo naprawdę nie wiem co jest poważną przyczyną absencji szkolnej.

Nie pomagają tłumaczenia, że każdy opuszczony dzień (nawet raz w tygodniu) powoduje braki w edukacji, że koleżanki będą się o nią pytać, że będzie się nudzić w domu, nawet zagroziłam, że zabiorę jej tablet za karę. Nie przejmuje się tym. Jak ma nie pójść to coś zawsze wynajdzie, żeby wagarować. A to jest dopiero czwarta klasa podstawówki. Czy to się już nadaje na wizytę u psychologa??

Kolejna sprawa, to matura mojego Pierworodnego. Niestety nie będzie jej zdawał w tym roku. Zawalił ostatnią klasę technikum po całości. W grudniu był już tak sfrustrowany, że nie sposób było z nim rozmawiać. Cokolwiek człowiek powiedział, to Młody najeżał się agresywnością. Sam zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc w zapisaniu się do psychologa. Chodzi na terapię jak ja. Bierze lekkie antydepresanty. W karcie ma napisane, że zgłosił się z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi. Myślę, że przerosła go ilość obowiązków: harcerstwo, wolontariat, przygotowania do matury. Wszyscy go gdzieś do czegoś angażowali, a on nie chciał i nie potrafił odmawiać.

Jak mam teraz traktować moje dzieci kiedy starsze siedzi w domu, a ja je wykorzystuję do wychowywania młodszego? Mogę się spodziewać, że Mania w końcu powie mi: Brat nie jest dla mnie autorytetem, bo też nie chodzi do szkoły.

Pierworodny dogadał się w szkole, że będzie powtarzał czwartą klasę systemem eksternistycznym i maturę zda w przyszłym roku. Dyplom technika na szczęście ma. Będzie musiał iść do pracy, co zresztą sam planuje. Pani pedagog szkolna powiedziała, żeby wyprostował swoją sytuację psychiczną i dopiero podszedł do ukończenia szkoły. Ze studiów nici, a tak o nich marzył. Chciał startować na logistykę. Trudno.

A co z Manią? Nie znam powodu, dla którego nie chce chodzić do szkoły. Przecież wszystko ma naszykowane, odrobione lekcje z moim wsparciem, wraca się do domu juz po wyjściu z niego. Co ją blokuje? Mówi, że w szkole jest ok, nikt jej nie dokucza, a może ja coś przeoczyłam? Gdzieś popełniłam błąd? Co ze mnie za matka, która pozwala, żeby w dzieciach rodziły się fobie? Może nieświadomie sama im je przekazuje, albo patrząc na mnie myślą, że to normalne. Ale ja nie znam człowieka, który niczego by się nie bał.

Za dużo rozmawiam? Za głęboko tłumaczę? Może w niektóre tematy nie należy wnikać, może trzeba mówić: bo tak i koniec? Wiem, że Mania często opowiada mi o innych rodzicach, że nie rozumie jak mama np. Kingi nie pozwala jej wyjść na dwór bez uzasadnienia. Bo nie i koniec. "Ty mamusiu przecież byś mi wytłumaczyła dlaczego" - mówi.

Głupieję. Uśmiecham się szczerze, chwalę, wspieram, a i tak jest źle. Mam być taką samą wredną matką jak tysiące innych? Czy terror w domu to jedyny sposób na wychowanie odpornego na dziki świat dziecka?

środa, 01 kwietnia 2015

Będzie zbiorczo.
Energia mnie rozpiera i już czasem nie wiem co mam z nią robić. Mogę rozdać - bierzcie ile chcecie! Wymiatam stare kurze i kołtuny spod szaf, przepędzam demony przeszłości i żyję dniem dzisiejszym. Mam nadzieję, że ten kilkumiesięczny dobry stan ducha to oznaka jakichś głębszych zmian - wszak podobno życie ludzkie zmienia się co 7 lat ;) 

Nie narzekam na dzieci: Młody pozaliczał wszystkie pały z pierwszego semestru. Jak on to zrobił - nie mam pojęcia. Praktycznie nie bywał w domu, opuszczał szkołę, bo zbiórki, bo wolontariat, bo tysiąc innych rzeczy, tylko nie szkoła. W swoich szeregach został juz nawet kwatermistrzem! 

Mania też jest na dobrej drodze do otwartości. Samodzielnie wraca do domu ze szkoły (nawet autobusem!) w pokoju swoim odkurza, wyciera kurze, wywiązuje się świetnie z zadań powierzonych jej na kartce (mój system karteczkowy wciąż działa)

Nie narzekam na współlokatorów, bo...ich praktycznie nie ma w domu. Odkąd Pacholę skończyło dwa miesiące Okularnica znika na całe dnie z Małym. Przychodzą do domu późnym popołudniem, albo nawet późnym wieczorem. Kiedy wracam do domu chałupa jest pusta. Dla mnie raj. Niestety spoglądam kątem oka na Uszaka, który raju nie widzi bowiem wracając ze swojej roboty zastaje pusty pokój, puste gary, często też brudne ciuchy i bałagan w pokoju. Ale skoro dziewczyny nie ma całymi dniami, to kiedy ma coś zrobić? Podobno zostawia Pacholę u swoich rodziców i jeździ po koleżankach. Uszak chce jak najszybciej wyprowadzić się do planowanego miejsca zamieszkania, bo wierzy, że wtedy ją "usidli". Nie wiem, nie moje małpy, nie mój cyrk. 

Szanowny posadził juz pomidory, rośnie tez papryka, truskawki i fasolka. Wszystko na razie w małej szklarence na ganku. Potem do ziemi. Znowu będę bawić się w przetwory jesienią. Fajnie. 

Nie mogę narzekać, naprawdę nie mogę...

niedziela, 18 stycznia 2015

Moje starsze dziecko wyjechało na obóz. Pierworodny pojechał już jako opiekun, po zrobionym trzyweekendowym kursie przewodnikowskim. Teraz już nie dość, że kadra zarządzająca, to jeszcze może brać odpowiedzialność za grupę zuchów. Ech, te dzieci. Dopiero po nich widać jak szybko się starzejemy ;)

Co do starzenia, to moje młodsze dziecko w sobotę skończyło lat 9. Nie zdążyłam obfotografować tortu własnoręcznie zrobionego, bo zniknął ze stołu tak szybko, jak Mania szybko zdmuchnęła świeczki. Na imprezę przyszedł Uszak (właściwie nie musiał "przychodzić", przecież mieszka z nami) Scareface i Dziadek. Dziadek był trzeźwy! Okularnica nie dojechała, bo niebawem się sypnie i woli być blisko tatusiowego samochodu w razie porodowych akcji. 

A teraz akapit dotyczący trzeciego dziecka, tego nienarodzonego od Uszaka. Spytałam się dziś pasierba jak on sobie wyobraża pobyt matki i noworodka w tym jego pokoju, gdzie jest zimno jak w psiarni? Czy czasem młoda mama będzie pomiędzy jednym cycem, a drugim rozpalać w kozie? Usłyszałam, że na dwa tygodnie po porodzie chłopak weźmie urlop. Przyuczy (tak-przyuczy) Okularnicę "obsługi" pieca, a później ona ma już sobie sama radzić. Zobaczymy. Jednak sen o wolności nie ma aktualnie prawa się ziścić. Póki mieszkanie nie będzie wyszykowane na oddzielne, wyodrębnione od głównej części domu, będę teściochą dla synochy 24/h. 

I tak całą niedzielę spędziliśmy samotnie w trójkę: Szanowny, Mania i ja bowiem Uszak w końcu pojechał do Okularnicy, odwiedzić ją przed rychłym rozwiązaniem. Wieczorem jeszcze zajrzał w odwiedzimy do siostry Golas. Dawno go nie widzieliśmy. Podobno bierze nadgodziny, bo bieda piszczy i robi nawet w niedziele. 

20:51, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 września 2014

Tak, tak, moje dziecko w zeszłym tygodniu obchodziło 18 urodziny. Tak ten czas leci. Niestety nic więcej się nie zmieniło; ani Synowi nie wyrosło trzecie ucho, ani mu się w głowie bardziej nie poukładało. No dzień jak co dzień.

Niestety nie było czasu, aby te urodziny świętować. Obiecałam mu tort i ten tort będzie chyba w najbliższy weekend. Nie ma tego złego, bo przyjaciele z drużyny zorganizowali mu imprezę na działce jednego z nich. Kupili mu cztery książki, złożyli życzenia i chyba było fajnie, bo wrócił po weekendzie bardzo zadowolony.

Sam sobie zbierał na czytnik e-booków. Ponieważ moje dziecko pożera książki, wydawało nam się, że taki prezent będzie najbardziej odpowiedni. Mam kumpla w UK i chciałam synowi prezent sprowadzić, najlepszy bowiem miał być Kindle. Jednak okazało się, że wśród oferty tabletów, dostępnych w naszych, polskich sklepach, znalazł się taki, którym zainteresował się mój Pełnoletni. Prezent oczywiście kupił sobie sam. On w ogóle jest bardzo samodzielny i nie potrzebuje mamusi do towarzystwa, co mnie bardzo cieszy. Jestem mamusią, która raczej przygotowuje pisklę do wyfrunięcia z gniazda i cieszy się, jak sobie pisklę potem radzi.

Z perspektywy czasu widzę, że Pełnoletni to totalna kopia mnie samej. Stąd często się sprzeczamy, ale jako już starsza i mądrzejsza ;) ustępuję. Wiem, że na pewno poradzi sobie w życiu i nie muszę się o niego martwić. Gorzej z Małą, ale to temat na inny wpis.

W każdym razie w tym roku na zebrania chodzić już nie muszę. Złożyłam tylko podpis w dzienniczku na wzór, Pełnoletni podał wychowawcy wszystkie niezbędne dane i niech sobie radzi sam. Wiem, że i tak będzie się spowiadał co w szkole, bo widzę, że czuł i czuje potrzebę rozmowy ze mną. To miłe. Słyszę czasem jak koleżanki opowiadają, że ich dorosłe dzieci nie mają z nimi żadnego kontaktu. Ja usłyszałam kiedyś od Pełnoletniego taki tekst (odbierałam go z obozu):

- wiesz mamo, koledzy mi powiedzieli, że moja mama to mnie tak kocha, że w domku będzie pewnie czekał upieczony chlebek, jakieś ciasto i te sprawy, a ja im powiedziałem, że moja mama to mnie tak kocha, że mnie po głupiemu nie rozpieszcza.

;) 

Tagi: syn urodziny
15:55, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 czerwca 2014

Nie mojego małżeństwa, nie, jeszcze się trochę wzajemnie powkurzamy ;)

Po pierwsze zakończył się mój dwuletni kontrakt z OPSem (jak to szybko zleciało!), z którego oprócz darmowych obiadów w szkole dla córki, otrzymałam możliwość uczestnictwa w wielu warsztatach oraz szkoleniach i choć nie nawiązałam bliższych znajomości z ich uczestnikami, pozwoliło mi to spojrzeć na ludzi innym okiem. 

Tak jak w zeszłym roku http://zyciewdzungli.blox.pl/2013/06/Pochwala-nie-gryzie.html dziękowałam pani ze skarbówki pismem do naczelnika, tak i teraz napisałam podziękowania z wyszczególnieniem nazwisk osób, które bardzo mi pomagały. Podobno byłam jedyna osobą, która coś takiego nasmarowała ;)

W związku z zakończeniem kontraktu skończył mi się również dwuletni bilet miesięczny (ależ to brzmi - dwuletni bilet miesięczny). Na pocieszkę dobre jest to, że gdybym chciała go sobie doładować, mogę to zrobić ulgowo - jako student zaoczny mam do tego prawo. 

A propos szkoły - kończy się ona u każdego z nas (córki, syna i mnie) II klasą. Ja mam jeszcze do zaliczenia dwa trudne egzaminy, ale myślę, że ten drugi rok zakończę jak poprzedni - osobistym sukcesem. 

O sukcesie może tez powiedzieć mój starszy syn. Groziła mu repeta, a tu proszę: wszystko pozaliczane. Fakt, że w bólach i okrasie mojego ględzenia, a nawet jednej awantury, ale udało się! Młody może być z siebie dumny. Brawo! Mój Pierworodny!

Kończy się tez działalność sklepowa dziadka. To było do przewidzenia już rok/dwa wstecz, ale aktualnie teść ma na głowie inne, osobiste sprawy i tak naprawdę nie ma już ochoty zajmować się własnym biznesem. Poza tym wiek i skłonność do alkoholizmu odsunęły od niego wielu klientów. Do tego doszła strata dwóch papug - nimf, które teść z teściową mieli od kilkunastu lat. Czwórka ptaków to byli rodzice i dzieci. Matka zdechła w zeszłym roku. Ostały się trzy. Kilka dni temu dziadek był umówiony na swoje kolejne rendez vous. Zostawił pootwierane drzwi, stał na podwórku, czekał na "ukochaną". Dwa samce wyfrunęły i uciekły. Nie były jak koty/psy - nie potrafiły wrócić do domu. Najgorsze jest to, że teść w ogóle się tym faktem nie przejął. Najważniejsza była randka. 

I tak oto jak to w życiu kończą się pewne etapy, a zaczynają nowe. 

Wakacje - mój syn jak co roku pojedzie na obóz harcerski. Mała nigdzie. Nie chciała być wpisana na żadne "Lato w mieście", ona ostatnio marzy o wakacjach z rodzicami nad morzem. Niestety, z powodów finansowych niemożliwe do zrealizowania. 

Ja w wakacje ostro zabiorę się za szukanie pracy. Było po drodze kilka spotkań rekrutacyjnych, ale nie opisuję już tych wydarzeń, bo zbyt oklepane są. 

 
1 , 2 , 3 , 4