Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: syn

wtorek, 09 maja 2017

Istnieją jednak rzeczy ważne i ważniejsze, które uwierają jak przeprana metka w swetrze. Myślałam, że dobry czas zostanie na dłużej, ale jednak ta ciepłota ciała nie każdemu pasuje. Mam już wewnętrzne schizy polegające na tym, że to wszystko moja wina, że to ja nie potrafię upilnować miru domowego...

Ale w czym rzecz.

To, że mam pasierbów wiadomo. Że mieszkałam z nimi - też wiadomo, że jeden z nich mieszka w tym samym domu co my - też jest rzeczą wiadomą. Nie mogę narzekać, bo kontakt ze wszystkimi mam w miarę dobry, poprawny. Inne kobiety tworząc patchworkową rodzinę mają gorzej. Wiem, bo często czytając forumowe wpisy na gazecie, napatrzyłam się na wylewane żale. Ja też tych żali wylałam wiele, ale myślałam, że nastała jakaś stabilność w stosunkach międzypokoleniowych, a jednak to wraca jak bumerang.

Mój Pierworodny chodzi na kurs prawa jazdy. Obiecałam mu to jakiś czas temu, że zasponsoruję mu prawko jak tylko wyrwę się z finansowego dołka. Słowa dotrzymałam, on zresztą też - bo nawalił ze szkołą, ale jakoś doszedł do tej matury i aktualnie zdaje po kolei wszystkie egzaminy. O ten właśnie kurs prawa jazdy poszło i od tego się zaczęło. 

Tak więc w czasie jakiegoś luźnego wieczoru usłyszałam, że jak Scareface (syn Szanownego) skończył zawodówkę to musiał "szybko znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do domowego budżetu". Racja. Wprowadziłam te zasadę ponieważ uważałam, że 300 zł z pensji młodego chłopaka (bez żony/dziewczyny/dziecka i innych zobowiązań) to nie jest jakieś wielkie obdarcie ze skóry. Tym bardziej, że kiedy Scareface kończył szkołę to w domu się nie przelewało. Mieszkał z nami, korzystał jak każdy z nas z pralki, prądu, gazu, śmiecił tak samo jak my, albo może i więcej. Moje wyjaśnienia, że kiedy mój syn zda maturę, pójdzie do pracy i tak samo będzie się musiał dokładać i pewnie jeszcze opłacać za swoje studia, nie zostały przyjęte z aprobatą. Cóż.

Nikt Scareface'owi nie broni zwrócić się do mamusi (swojej) i tatusia (swojego), babci bądź dziadka o zasponsorowanie kursu prawa jazdy. Mój syn ma tylko mnie i żadni inni sponsorzy nie wchodzą w grę. 

Nie jestem też święta jeśli chodzi o pilnowanie porządku. Po pierwsze nie należę do osób, które kochają się w mieszkaniach - muzeach. Każdy normalny dom musi mieć magiczne krzesełko, na które można rzucić ciuszek, w każdym normalnym domu musi stać w zlewie choć jeden talerz czy miska, i każdy normalny dom musi mieć choć trochę okruchów czy kocich/psich kłaków na dywanie ;-) W domach "sterylnych" boję się siadać na fotel/kanapę, bo jeszcze "ubrudzę". Tak więc mój syn, za przykładem mamusi ma takie krzesełko, ma taki stos talerzy (na biurku) i ma też okruszki/papierki/rachunki na podłodze. Jego pokój jest jednak mały i niestety przechodni. Pierworodny w nim tylko śpi, albowiem całymi dniami zazwyczaj nie ma go w domu - albo harcówka, albo hufiec, albo spotkania z kolegami na mieście, lub organizowanie kolejnych wycieczek dla zuchów bądź harcerzy młodszych, albo jakieś kursy, szkolenia, czy nauka czegoś innego. On na komputer, dom i dziewczyny nie ma czasu. Kiedy próbuję odbijać pretensje o porządku mojego syna, które brzmią: "bo on ma bałagan, a to pokój przechodni i wszystko widać", mojego męża nic nie wzrusza. Na argumenty, że jego najmłodszy syn, Golas prowadził tak porządek w pokoju, że nos od smrodu sam odpadał, Szanowny tylko odbija piłeczkę, że mój syn niedługo będzie robił tak samo...

Może dorabiam dupie uszy i dramatyzuję, ale odkąd urodziłam Pierworodnego założyłam sobie, że stanę na głowie, ale nie dopuszczę do zejścia mojego dziecka na boczne drogi i doprowadzę do jego właściwego wychowania. Czy to się spełniło okaże się w jego samodzielnym, dorosłym życiu. Nie pozwoliłam też nikomu obcemu wtrącać się w zasady jakie zastosowałam, ani żadnej ciotce, ani Bratu, ani tym bardziej Szanownemu, który nie potrafił zapanować nad własnymi synami.

Najgorsze są więc kłótnie o "moje, twoje, nasze". Nigdy żadna ze stron nie będzie miała w pełni racji. Już nie twierdzę, że tylko "mojsza" racja jest na wierzchu, ale widzę ogromną dysproporcję między mną, moim synem, a Szanownym i jego chłopakami. Czy ktoś broni albo zazdrości inwestować w swoje wykształcenie lub zainteresowania? Czy porządek na biurku to jedyny priorytet życiowy człowieka? Czy serio - "wykształcony człowiek nie zostawia brudnych skarpet na podłodze"? - to argumenty mojego męża w stronę mojego syna. A tak na marginesie - odezwał się "czyścioch", który po każdej większej robocie (cięcie, rżnięcie, kiełbasy czy inne oleisto-ogrodowe rzeczy) nie zostawia po sobie widoku sali operacyjnej, tylko wciąż muszę go napominać, że zostawia po pracy krajobraz jak po bitwie...

Najgorsze jest być zależnym od kogoś. Jak mantrę powtarzam słowa mojej Mamy: "umiesz liczyć - licz na siebie". I wiem - jestem zależna mieszkaniowo od mojego męża, bo ten dom nigdy nie będzie mój. Wkładam do głowy mojemu Pierworodnemu, żeby jak najszybciej stąd spieprzał, bo nic tu nigdy jego nie będzie. Mnie w sumie też by się przydało jakieś maleńkie mieszkanko - choćby 20m2, gdzie mogłabym na starość kłaść swoje ciuszki na magicznym krzesełku, a kubeczek na zastawionym książkami stole i nic nikomu do tego. Póki Szanowny żyje jego synowie są grzeczni. Ale kto wie jak będą mnie traktować kiedy mojemu mężowi przyjdzie pora odejść z tego świata? Niby mnie zapewnia, że przecież "cię lubią i krzywdy ci nie zrobią", poza tym "współwłaścicielką będzie nasza Mania więc ona cię nie wyrzuci". Ale nawet w najlepszych rodzinach ludzie ludziom podkładają świnie.

Czasem myślę, że najlepiej żyć samemu. Albo nie - żyć z kotami, najlepiej trzema albo pięcioma :-))))

P.S. Justek - jeśli masz ochotę obedrzeć mnie z historii życiem pisanych - bierz i jedz ile chcesz ;-) Przecież masz już doświadczenie w tym zakresie. Bezcielesna - to również zdanie dla Ciebie :-)   

czwartek, 03 listopada 2016

Po dokonaniu tego wpisu mogę się spodziewać negatywnych komentarzy, ale co mi tam. Do pewnych rzeczy w życiu się dojrzewa, na inne patrzy się po latach ze złamanej perspektywy. Generalnie - człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera. I choćby zapierał się przy jednej opinii przez kilkadziesiąt lat, to zapewne po jakimś czasie odmieni mu się w danym temacie.

Będzie o relacjach rodzinnych pomiędzy mną, moim Synem, a moim Bratem.

Kiedyś popełniłam taki wpis, na końcu którego napisałam, że gdybym miała wybierać pomiędzy moim Bratem, a Szanownym, w sytuacji stresowo, powiedzmy, "rozwodowej", wybrałabym Brata. I teraz, z perspektywy czasu wiem, że to było bardzo błędne stwierdzenie.

Zacznę od tego, że robi się ze mnie indywidualistka większa, aniżeli byłam nią do tej pory. Być może sprawiła to obecna praca, w której się spełniam i czuję się dobrze. Nie będę wahać się użyć stwierdzenia, że czasem bywam "ważna-bagażna". Mam tego świadomość. I być może mam inne spojrzenia na wiele spraw. Może są one skrzywione, nie wiem.

Mój Brat nie ma gdzie mieszkać, koczuje u ciotki na wsi, do mnie przyjeżdża na gotowanie sobie obiadów na trzy dni zapasu oraz zostawia brudy do prania, zabiera czyste. Nie mogę go wziąć do siebie, bo po pierwsze: nie przepada za nim mój Szanowny, po drugie: nie mam wystarczająco miejsca na lokatora, a po trzecie i najważniejsze: mój Brat chyba nie chciałby koczować w takim kołchozie.

Mój indywidualizm objawia się ostatnio skierowaną frustracją właśnie w stronę mojego Brata. Nie umniejsza to mojej siostrzanej miłości do niego (bo to w końcu mój rodzony Brat), ale irytowały mnie jego pewne zachowania. Przyjeżdżał około południa, siedział 5-6 godzin, oglądał filmy, korzystał z internetu, pierdział w krzesło. Takie tam... Niby nic, a jednak na dłuższą metę zaczynało to wkurzać. Do tego wtryniał swój nos w moje decyzje remontowe. Ja to widziałam - przynajmniej tak odbierałam - jako krytykę moich wyborów. "te szafki to byle jakie, ale kran do zlewu spoko", "ja bym sobie takich kontaktów nie kupił, najlepsze to te firmy X". Niby nie powinno być to odbierane jako napaść, ale mnie coś trzaskało w środku.

Do tego mam poważne problemy z Pierworodnym. Małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - i tak dalej. Syn mój repetuje ostatnią klasę technikum, w której miał już w tym roku kalendarzowym zdawać maturę. Do wczoraj siedział w domu, pierdział w krzesło i nie zrobił NIC, żeby zrealizować choć część planu ratującego jego dupę. Czekał. Czekał na termin wizyty w poradni, potem czekał na wynik badań, później czekał na decyzję, marnując kilka dobrych miesięcy na znalezienie choćby najmniej płatnej, ale jakiejś pracy. Uciekły mu chęci do zarobkowania, a nawet już w harcerstwie nie udziela się tak jak dawniej. Nie sprząta, rzadko kiedy sobie pierze (ale pierze) i posiada wymagania: "kup mi książkę", "czy dołożysz mi do nowego telefonu?". Pyskuje. Wypomina. Nie szanuje. Drwi. Szydzi. Dokucza siostrze.

W pewnym momencie nie wytrzymałam i pewnego dnia wywołałam awanturę. Wszelkie próby szukania wsparcia u Brata kończą się od pewnego czasu jego stwierdzeniem: "oboje jesteście siebie warci." Fakt. Być może ma rację, ale ja z wychowywania mojej Mamy nie to pamiętam. Nie umywa się rąk, kiedy ktoś ma jakiś problem "bo mnie to nie dotyczy".

Zaraz ktoś mi napisze: "przecież sama kiedyś pisałaś, że nie lubisz jak Ci się Brat wtrąca w wychowanie Twoich dzieci". Tak! Jak się wtrąca - nie lubię. Nie lubię kiedy ktoś wywraca mój system wychowania do góry nogami i podważa mój autorytet. Ale w sytuacji kiedy osobiście zwracam się o poradę/pomoc od "mężczyzny", o zwrócenie uwagi na chamskie zachowanie dwudziestolatka, oczekuję minimalnego wsparcia od Brata. Nawet Szanowny - świadomie odsunięty przeze mnie 15 lat temu od spraw wychowawczych mojego Syna, potrafi więcej włożyć pomocy w problem kiedy go o to poproszę.

Nie wiem czy zrobiłam się zołzowatą jędzą, ważną "panią biurwą", nie wiem czy przekraczamy aktualnie "trudny wiek" mojego Pierworodnego, czy może przechodzimy z Bratem "kryzysy wieku średniego". W każdym razie Brat teraz przyjeżdża na krótko, pod moją nieobecność, robi sobie żarcie, zabiera czyste rzeczy, po czym zmywa się cichaczem. Oczywiście robi to po ustaleniach z Młodym, który musi być obecny w domu, bo inaczej Brat nie wejdzie.

Najgorsze jest to, że oni jako faceci za moimi plecami dogadują się między sobą. Mój Brat i moj Syn. Doskonale to rozumiem. Chyba mam za dużo mężczyzna na metr kwadratowy mojego życia (to tekst Bezcielesnej ;-)) Chociaż ostatnio Szanowny jest moim prawdziwym przyjacielem, partnerem takim, o jakim tylko mogłabym marzyć. Mimo jego wad nabytych i wrodzonych idzie się z nim dogadać na całej linii. Zaczynamy tworzyć taki magiczny team jak kiedyś moja Mama, ja i mój Brat, kiedy byliśmy nastolatkami... Może to czas przemian? Może to czas jakiegoś nowego rozdziału? Wiem jedno - uświadamiam mojego Syna, że trzymać go do starości nie będę i nie będę płakać kiedy w końcu się wyprowadzi na jakieś "swoje". Marzę o tym od jakiegoś dłuższego czasu. Nie rozumiem matek, które na siłę trzymają swoje dorosłe dzieci, bojąc się, nie wiem: o siebie, o swoją samotność? o niesamodzielność dzieci? Każdy musi zderzyć się z rzeczywistością i jej doświadczyć, bo nie ma innej szkoły życia. Nie ma życia bezproblemowego, bezstresowego.

wtorek, 15 marca 2016

Uderza z innej strony, z tej, która mnie najbardziej boli. Mianowicie chodzi o moje dzieci. Wstyd się przyznać, ale zaczynam traktować moją najbliższą rodzinę jak Adamsów. Każdy ma jakieś "coś" za uszami, jakieś problemy, jakieś fobie i nijak nie umiem sobie tego wytłumaczyć.

Ja - wiadomo - po śmierci Mamy, utracie pracy i mieszkania, chorobie teścia, śmierci teściowej i walce z SS o święty spokój, utraciłam normalność i zgłosiłam się do psychologa. To było dawno, ale pół roku temu wróciło i postanowiłam się ratować. Teraz, gdy widzę świat w jasnych kolorach chcę uratować swoje dzieci.

Najpierw Mania: problemy z (nie) chodzeniem do szkoły powtarzają się cyklicznie i nie jestem w stanie temu zaradzić. Włączyłam nawet w ratowanie naszego dziecka Szanownego i Pierworodnego. Mają wspierać Małą w jej porannych przygotowaniach do wyjścia z domu. Szanowny ją budzi, gdy wychodzi do pracy, daje buziaka, życzy miłego dnia. Ja przygotowuję jej śniadanie, czeszę, zostawiam pieniądze na poranne zakupy do szkoły, a Pierworodny pilnuje, żeby wyszła z domu. Co z tego, jak Mania wraca się średnio raz w tygodniu, z powodów różnych - za zimno jej w ręce, zapomniała telefonu, boli ją żołądek, za słabo słońce świeci... Ten ostatni argument wymyśliłam, bo naprawdę nie wiem co jest poważną przyczyną absencji szkolnej.

Nie pomagają tłumaczenia, że każdy opuszczony dzień (nawet raz w tygodniu) powoduje braki w edukacji, że koleżanki będą się o nią pytać, że będzie się nudzić w domu, nawet zagroziłam, że zabiorę jej tablet za karę. Nie przejmuje się tym. Jak ma nie pójść to coś zawsze wynajdzie, żeby wagarować. A to jest dopiero czwarta klasa podstawówki. Czy to się już nadaje na wizytę u psychologa??

Kolejna sprawa, to matura mojego Pierworodnego. Niestety nie będzie jej zdawał w tym roku. Zawalił ostatnią klasę technikum po całości. W grudniu był już tak sfrustrowany, że nie sposób było z nim rozmawiać. Cokolwiek człowiek powiedział, to Młody najeżał się agresywnością. Sam zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc w zapisaniu się do psychologa. Chodzi na terapię jak ja. Bierze lekkie antydepresanty. W karcie ma napisane, że zgłosił się z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi. Myślę, że przerosła go ilość obowiązków: harcerstwo, wolontariat, przygotowania do matury. Wszyscy go gdzieś do czegoś angażowali, a on nie chciał i nie potrafił odmawiać.

Jak mam teraz traktować moje dzieci kiedy starsze siedzi w domu, a ja je wykorzystuję do wychowywania młodszego? Mogę się spodziewać, że Mania w końcu powie mi: Brat nie jest dla mnie autorytetem, bo też nie chodzi do szkoły.

Pierworodny dogadał się w szkole, że będzie powtarzał czwartą klasę systemem eksternistycznym i maturę zda w przyszłym roku. Dyplom technika na szczęście ma. Będzie musiał iść do pracy, co zresztą sam planuje. Pani pedagog szkolna powiedziała, żeby wyprostował swoją sytuację psychiczną i dopiero podszedł do ukończenia szkoły. Ze studiów nici, a tak o nich marzył. Chciał startować na logistykę. Trudno.

A co z Manią? Nie znam powodu, dla którego nie chce chodzić do szkoły. Przecież wszystko ma naszykowane, odrobione lekcje z moim wsparciem, wraca się do domu juz po wyjściu z niego. Co ją blokuje? Mówi, że w szkole jest ok, nikt jej nie dokucza, a może ja coś przeoczyłam? Gdzieś popełniłam błąd? Co ze mnie za matka, która pozwala, żeby w dzieciach rodziły się fobie? Może nieświadomie sama im je przekazuje, albo patrząc na mnie myślą, że to normalne. Ale ja nie znam człowieka, który niczego by się nie bał.

Za dużo rozmawiam? Za głęboko tłumaczę? Może w niektóre tematy nie należy wnikać, może trzeba mówić: bo tak i koniec? Wiem, że Mania często opowiada mi o innych rodzicach, że nie rozumie jak mama np. Kingi nie pozwala jej wyjść na dwór bez uzasadnienia. Bo nie i koniec. "Ty mamusiu przecież byś mi wytłumaczyła dlaczego" - mówi.

Głupieję. Uśmiecham się szczerze, chwalę, wspieram, a i tak jest źle. Mam być taką samą wredną matką jak tysiące innych? Czy terror w domu to jedyny sposób na wychowanie odpornego na dziki świat dziecka?

środa, 01 kwietnia 2015

Będzie zbiorczo.
Energia mnie rozpiera i już czasem nie wiem co mam z nią robić. Mogę rozdać - bierzcie ile chcecie! Wymiatam stare kurze i kołtuny spod szaf, przepędzam demony przeszłości i żyję dniem dzisiejszym. Mam nadzieję, że ten kilkumiesięczny dobry stan ducha to oznaka jakichś głębszych zmian - wszak podobno życie ludzkie zmienia się co 7 lat ;) 

Nie narzekam na dzieci: Młody pozaliczał wszystkie pały z pierwszego semestru. Jak on to zrobił - nie mam pojęcia. Praktycznie nie bywał w domu, opuszczał szkołę, bo zbiórki, bo wolontariat, bo tysiąc innych rzeczy, tylko nie szkoła. W swoich szeregach został juz nawet kwatermistrzem! 

Mania też jest na dobrej drodze do otwartości. Samodzielnie wraca do domu ze szkoły (nawet autobusem!) w pokoju swoim odkurza, wyciera kurze, wywiązuje się świetnie z zadań powierzonych jej na kartce (mój system karteczkowy wciąż działa)

Nie narzekam na współlokatorów, bo...ich praktycznie nie ma w domu. Odkąd Pacholę skończyło dwa miesiące Okularnica znika na całe dnie z Małym. Przychodzą do domu późnym popołudniem, albo nawet późnym wieczorem. Kiedy wracam do domu chałupa jest pusta. Dla mnie raj. Niestety spoglądam kątem oka na Uszaka, który raju nie widzi bowiem wracając ze swojej roboty zastaje pusty pokój, puste gary, często też brudne ciuchy i bałagan w pokoju. Ale skoro dziewczyny nie ma całymi dniami, to kiedy ma coś zrobić? Podobno zostawia Pacholę u swoich rodziców i jeździ po koleżankach. Uszak chce jak najszybciej wyprowadzić się do planowanego miejsca zamieszkania, bo wierzy, że wtedy ją "usidli". Nie wiem, nie moje małpy, nie mój cyrk. 

Szanowny posadził juz pomidory, rośnie tez papryka, truskawki i fasolka. Wszystko na razie w małej szklarence na ganku. Potem do ziemi. Znowu będę bawić się w przetwory jesienią. Fajnie. 

Nie mogę narzekać, naprawdę nie mogę...

niedziela, 18 stycznia 2015

Moje starsze dziecko wyjechało na obóz. Pierworodny pojechał już jako opiekun, po zrobionym trzyweekendowym kursie przewodnikowskim. Teraz już nie dość, że kadra zarządzająca, to jeszcze może brać odpowiedzialność za grupę zuchów. Ech, te dzieci. Dopiero po nich widać jak szybko się starzejemy ;)

Co do starzenia, to moje młodsze dziecko w sobotę skończyło lat 9. Nie zdążyłam obfotografować tortu własnoręcznie zrobionego, bo zniknął ze stołu tak szybko, jak Mania szybko zdmuchnęła świeczki. Na imprezę przyszedł Uszak (właściwie nie musiał "przychodzić", przecież mieszka z nami) Scareface i Dziadek. Dziadek był trzeźwy! Okularnica nie dojechała, bo niebawem się sypnie i woli być blisko tatusiowego samochodu w razie porodowych akcji. 

A teraz akapit dotyczący trzeciego dziecka, tego nienarodzonego od Uszaka. Spytałam się dziś pasierba jak on sobie wyobraża pobyt matki i noworodka w tym jego pokoju, gdzie jest zimno jak w psiarni? Czy czasem młoda mama będzie pomiędzy jednym cycem, a drugim rozpalać w kozie? Usłyszałam, że na dwa tygodnie po porodzie chłopak weźmie urlop. Przyuczy (tak-przyuczy) Okularnicę "obsługi" pieca, a później ona ma już sobie sama radzić. Zobaczymy. Jednak sen o wolności nie ma aktualnie prawa się ziścić. Póki mieszkanie nie będzie wyszykowane na oddzielne, wyodrębnione od głównej części domu, będę teściochą dla synochy 24/h. 

I tak całą niedzielę spędziliśmy samotnie w trójkę: Szanowny, Mania i ja bowiem Uszak w końcu pojechał do Okularnicy, odwiedzić ją przed rychłym rozwiązaniem. Wieczorem jeszcze zajrzał w odwiedzimy do siostry Golas. Dawno go nie widzieliśmy. Podobno bierze nadgodziny, bo bieda piszczy i robi nawet w niedziele. 

20:51, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 września 2014

Tak, tak, moje dziecko w zeszłym tygodniu obchodziło 18 urodziny. Tak ten czas leci. Niestety nic więcej się nie zmieniło; ani Synowi nie wyrosło trzecie ucho, ani mu się w głowie bardziej nie poukładało. No dzień jak co dzień.

Niestety nie było czasu, aby te urodziny świętować. Obiecałam mu tort i ten tort będzie chyba w najbliższy weekend. Nie ma tego złego, bo przyjaciele z drużyny zorganizowali mu imprezę na działce jednego z nich. Kupili mu cztery książki, złożyli życzenia i chyba było fajnie, bo wrócił po weekendzie bardzo zadowolony.

Sam sobie zbierał na czytnik e-booków. Ponieważ moje dziecko pożera książki, wydawało nam się, że taki prezent będzie najbardziej odpowiedni. Mam kumpla w UK i chciałam synowi prezent sprowadzić, najlepszy bowiem miał być Kindle. Jednak okazało się, że wśród oferty tabletów, dostępnych w naszych, polskich sklepach, znalazł się taki, którym zainteresował się mój Pełnoletni. Prezent oczywiście kupił sobie sam. On w ogóle jest bardzo samodzielny i nie potrzebuje mamusi do towarzystwa, co mnie bardzo cieszy. Jestem mamusią, która raczej przygotowuje pisklę do wyfrunięcia z gniazda i cieszy się, jak sobie pisklę potem radzi.

Z perspektywy czasu widzę, że Pełnoletni to totalna kopia mnie samej. Stąd często się sprzeczamy, ale jako już starsza i mądrzejsza ;) ustępuję. Wiem, że na pewno poradzi sobie w życiu i nie muszę się o niego martwić. Gorzej z Małą, ale to temat na inny wpis.

W każdym razie w tym roku na zebrania chodzić już nie muszę. Złożyłam tylko podpis w dzienniczku na wzór, Pełnoletni podał wychowawcy wszystkie niezbędne dane i niech sobie radzi sam. Wiem, że i tak będzie się spowiadał co w szkole, bo widzę, że czuł i czuje potrzebę rozmowy ze mną. To miłe. Słyszę czasem jak koleżanki opowiadają, że ich dorosłe dzieci nie mają z nimi żadnego kontaktu. Ja usłyszałam kiedyś od Pełnoletniego taki tekst (odbierałam go z obozu):

- wiesz mamo, koledzy mi powiedzieli, że moja mama to mnie tak kocha, że w domku będzie pewnie czekał upieczony chlebek, jakieś ciasto i te sprawy, a ja im powiedziałem, że moja mama to mnie tak kocha, że mnie po głupiemu nie rozpieszcza.

;) 

Tagi: syn urodziny
15:55, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 czerwca 2014

Nie mojego małżeństwa, nie, jeszcze się trochę wzajemnie powkurzamy ;)

Po pierwsze zakończył się mój dwuletni kontrakt z OPSem (jak to szybko zleciało!), z którego oprócz darmowych obiadów w szkole dla córki, otrzymałam możliwość uczestnictwa w wielu warsztatach oraz szkoleniach i choć nie nawiązałam bliższych znajomości z ich uczestnikami, pozwoliło mi to spojrzeć na ludzi innym okiem. 

Tak jak w zeszłym roku http://zyciewdzungli.blox.pl/2013/06/Pochwala-nie-gryzie.html dziękowałam pani ze skarbówki pismem do naczelnika, tak i teraz napisałam podziękowania z wyszczególnieniem nazwisk osób, które bardzo mi pomagały. Podobno byłam jedyna osobą, która coś takiego nasmarowała ;)

W związku z zakończeniem kontraktu skończył mi się również dwuletni bilet miesięczny (ależ to brzmi - dwuletni bilet miesięczny). Na pocieszkę dobre jest to, że gdybym chciała go sobie doładować, mogę to zrobić ulgowo - jako student zaoczny mam do tego prawo. 

A propos szkoły - kończy się ona u każdego z nas (córki, syna i mnie) II klasą. Ja mam jeszcze do zaliczenia dwa trudne egzaminy, ale myślę, że ten drugi rok zakończę jak poprzedni - osobistym sukcesem. 

O sukcesie może tez powiedzieć mój starszy syn. Groziła mu repeta, a tu proszę: wszystko pozaliczane. Fakt, że w bólach i okrasie mojego ględzenia, a nawet jednej awantury, ale udało się! Młody może być z siebie dumny. Brawo! Mój Pierworodny!

Kończy się tez działalność sklepowa dziadka. To było do przewidzenia już rok/dwa wstecz, ale aktualnie teść ma na głowie inne, osobiste sprawy i tak naprawdę nie ma już ochoty zajmować się własnym biznesem. Poza tym wiek i skłonność do alkoholizmu odsunęły od niego wielu klientów. Do tego doszła strata dwóch papug - nimf, które teść z teściową mieli od kilkunastu lat. Czwórka ptaków to byli rodzice i dzieci. Matka zdechła w zeszłym roku. Ostały się trzy. Kilka dni temu dziadek był umówiony na swoje kolejne rendez vous. Zostawił pootwierane drzwi, stał na podwórku, czekał na "ukochaną". Dwa samce wyfrunęły i uciekły. Nie były jak koty/psy - nie potrafiły wrócić do domu. Najgorsze jest to, że teść w ogóle się tym faktem nie przejął. Najważniejsza była randka. 

I tak oto jak to w życiu kończą się pewne etapy, a zaczynają nowe. 

Wakacje - mój syn jak co roku pojedzie na obóz harcerski. Mała nigdzie. Nie chciała być wpisana na żadne "Lato w mieście", ona ostatnio marzy o wakacjach z rodzicami nad morzem. Niestety, z powodów finansowych niemożliwe do zrealizowania. 

Ja w wakacje ostro zabiorę się za szukanie pracy. Było po drodze kilka spotkań rekrutacyjnych, ale nie opisuję już tych wydarzeń, bo zbyt oklepane są. 

środa, 15 stycznia 2014

Jęczeń i utyskiwań ciąg dalszy. Wczoraj byłam na zebraniu u Młodego. Na 14 przedmiotów jakie obowiązują mojego syna, widnieje 8 jedynek na semestr. I nie jest to skutek jakichś problemów z głową, trudności w przyswajaniu materiału, dokuczania kolegów, czy inne. To wszystko wynikło z ponad stu godzin nieobecności. Wagary, wagary i jeszcze raz wagary. Temat wałkowany po stokroć. Pytanie: dlaczego nie chodzisz do szkoły? do dziś pozostaje bez odpowiedzi. Rozmowa z panią pedagog szkolną skończyła się rezolutnym zapewnieniem mojego dziecka, że nic się nie dzieje, że Młody na pewno szkołę skończy i że nie ma żadnych większych problemów. 

W harcerstwie wychwalany, awansowany, wyznaczany do odpowiedzialnych misji. Przy pracy na łódkach ma opinię sumiennego i dokładnego pomocnika (remontują żaglówki na wakacje jako drużyna żeglarska, ponadto syn ma patent - lubi pływać i żeglować). A szkoła w tyle. 

Zabrałam mu komputer. Tak na dobre. Trudno - nadużył mojego zaufania, będę go traktować jak dziecko. Założyłam zeszyt prac domowych - codziennie ma mi pokazywać wpis - zadane to i to, podpis - brak zadanych lekcji, podpis. Kontrola jak w wojsku, ale sam się prosił. 

Jeśli nie będzie chciał wstać rano z łózka - zerwę z niego kołdrę i gucio mnie będzie obchodzić jego reakcja. Jeśli chory czy przeziębiony to dopiero jego stan zejściowy pozwoli mi na wyrażenie zgody na absencję szkolną. 

Nie pije, nie pali, nie porusza się w trudnym towarzystwie, jest cholernie inteligentny i wyszczekany. Ma zainteresowania, ma pasje, ma przyjaciół, z którymi doskonale się dogaduje. Tym bardziej dziwi mnie jego lenistwo brak obowiązkowości. Na moje pytanie: co ja robię źle i może jestem niedobrą matką dla niego, słyszę: jesteś najwspanialszą matką na świecie, wszyscy mi ciebie zazdroszczą.

Nie wiem gdzie tkwi błąd. Czy naprawdę moje dziecko musi repetować klasę, żeby zrozumiało, że najważniejszym jego obowiązkiem jest szkoła? Brat był ze mną na zebraniu. Spięliśmy poślady i wspólnie opracowaliśmy plan kontroli nad Młodym. Ja stacjonarnie - brat telefonicznie - na odległość. 

Trzeba na to czasu, bo straconego semestru nie da się naprawić, ale można uratować  drugi, a co za tym idzie wypracować koniec roku na pozytywnych ocenach. 

14:03, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 grudnia 2013

Chyba gdzieś popełniłam błąd. Błąd, o którym nie wiem i nie jestem go świadoma. Jak każda matka chciałam jak najlepiej, ale nie znam matki (mądrej matki), która nie przyznałaby się do popełnianych błędów. 

Młody mój wagaruje jak chce i kiedy chce. To II klasa technikum. Przedmioty zawodowe, materiały z przedmiotów ogólnych wchodzą już w zakres matury. A on w poniedziałek nie idzie do szkoły, we wtorek się pojawia, czwartek robi sobie wolny, piątek na zmianę: przychodzi lub go nie ma. W pierwszej klasie miał wspaniałą, młodą wychowawczynię, która ambicjonalnie podchodziła do swoich wychowanków. Obecnie jest tylko nauczycielką polskiego, ale nadal utrzymuję z nią stały kontakt, bo aktualna wychowawczyni nie wykazuje nadmiernego zainteresowania swoimi uczniami. 

Nie wiem co mam robić... bo kontrola i pytania w stylu: "byłeś dziś w szkole?" obracają się przeciwko mnie. Młody mówi mi, że woli jak się go pytam: "jak  było dziś w szkole?" bo zadając wcześniejsze pytanie on czuje, że jest inwigilowany.

Myślałam już o wizycie u psychologa, ale nie szkolnego. Odmówię sobie pewnych rzeczy i zapłacę za wizytę prywatną, ale nie wiem czy to przyniesie jakiś pozytywny skutek. Zostawiać go z tym problemem nie chcę, bo z perspektywy własnych 17 lat wiem, że on nadal potrzebuje wsparcia matki. 

Nie jest zbuntowany, ale potrafi dokuczyć. Coś w stylu: "ty mnie nie rusz, bo mam dziś muchy w nosie". O pomocy ze strony Szanownego nawet nie chcę myśleć. Po pierwsze: na początku naszej znajomości dałam Szanownemu jasno do zrozumienia, że nie chcę żeby wtrącał się w wychowanie mojego syna, a ja nie będę wtrącać się w jego dzieci. Po drugie: widząc mało ambitny stosunek mojego męża do kwestii wychowania dzieci, postanowiłam sukcesywnie odsuwać go od decyzji i obowiązków rodzica. Jemu było z tym wygodnie, a ja miałam wszystko pod kontrolą. Dlatego cały czas czuję się samotną matką, ale w tej kwestii nie narzekam. 

Jedyne co mnie boli to niemoc w stosunku do własnego dziecka. Brat jest za daleko, żeby potrząchnąć siostrzeńcem, poza tym kiedy wujek próbuje dzwonić Młody nie odbiera od mojego Brata telefonów. 

Syn jest inteligentnym, bystrym chłopakiem. Jego pasją jest harcerstwo i zrobi wszystko, żeby tam być i piąć się po szczeblach kariery, ale harcerstwo mu papu nie da, nie ubierze go, nie zapewni dachu nad głową. Co będzie jak Młodemu się noga powinie i nie zda do III klasy? Przeraża mnie to, bo zawsze był prymusem i kończył klasy z czerwonymi paskami, aż do gimnazjum. 

Moja Mama zawsze stawała w obronie swoich dzieci, nawet jak przysparzaliśmy jej kłopotów. Do niedawna ja też broniłam Pierworodnego, ale już nie mam sił. No bo ileż można tłumaczyć dziecko, że chore, że miał zlot, że zaspał... Ostatnio nawet nie wiem kiedy i gdzie chodzi na te wagary, domyślam się po historii przeglądarki komputera i wymianie smsów z wychowawczynią. 

Boję się o niego, boję się o siebie, że poniosę klęskę wychowawczą. 

18:21, sokramka
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 25 listopada 2013

Piątek

Po pracy miałam wycieczkę „na miasto”. Musiałam przejechać się do szpitala dziecięcego , żeby zapisać Młodego do ortopedy. Tak, tak, mimo tego, że chłopak wygląda na 21 lat, musi jeszcze być leczony przez lekarzy dziecięcych, nie jest pełnoletni.

Z tym moim Młodym ostatnio mam więcej przeżyć niż z resztą rodziny. Chyba czas coś napisać i sobie ulżyć.

Sobota

Brak zajęć na uczelni – czas dla domu i rodziny. Szanowny miał również wolną sobotę pojechaliśmy więc z samego rana na kiermasz militarny niedaleko mojego miasta. Wojsko miało wyprzedawać jakieś ogromne ilości butów, bojówek, kurtek, czapek, menażek itepe. Na miejscu okazało się, że ceny nie przyciągają tak jak miały to robić, a i wybór był żaden. Szanowny chciał sobie kupić buty (w piątek wziął połówkę wypłaty), bo chodzi w wiosennych cichobiegach, a Młody miał chrapkę na kolejne bojówki. Skończyło się tylko kupnem Synowi kapelusza z osłonką na wędrówki harcerskie.

Po powrocie do domu Szanowny zabrał się od razu za wyrób domowych wędlin. Znowu będzie na dwa tygodnie kiełbasy, szynki, pasztetowej, a dla siebie zrobił boczek. Upieprzył mi kuchnię maksymalnie, bo sobota była dniem przygotowywania mięsa do wędzenia. Ale czymże jest syf wobec smaku domowej kiełbachy?

Poza tym Szanowny poruszył wątek kucharzenia: „myślę, że nie powinienem być mechanikiem, tylko kucharzem”, a ja jako ta niedobra  żona zgasiłam jego zamysły, mówiąc: „myślę, że dobrze, że nie jesteś kucharzem, bo nikt by nie chciał jeść np. na brudnym talerzu”. Wiem, świnia jestem, ale wieczorem pomogłam mu sprzątać, bo zmywak i gąbka w ręku mojego męża to jak święto narodowe. Tak samo jest  z odkurzaczem i szczotką.

To jeszcze nie koniec soboty. Na 17.00 Młody miał wyznaczoną wizytę na MR. Skierowanie na rezonans dostał od neurologa w związku z jego bólami kręgosłupa. Z tego też powodu zapisywałam go w piątek do ortopedy. I tu mała dygresja: ja wiem, że młodzież szybko rośnie, że bywają bóle kręgosłupa z tym związane i wiem, że nie powinnam szkalować własnego syna, ale coś mi się widzi, że ten problem jest nadto przerośnięty. Obserwuję Młodego i widzę, jakie wykonuje prace, jak chodzi i co może dźwignąć. Z własnej perspektywy – mojej wady kręgosłupa i bólów z tym związanych. Moim zdaniem uważam, że przesadza. No, ale wyniki badań kłamać nie będą. Zdziwiła mnie tylko postawa lekarza pediatry, który z marszu dał Młodemu zwolnienie z WFu do końca stycznia i sugestię rehabilitacji (to już wypisała pani neurolog). Zobaczymy.

Niedziela

Od 9.00 mąż już palił w wędzarce. A ja w końcu mogłam ogarnąć chałupę i po swojemu posprzątać. Zła jestem tylko, bo moja młoda kicia zrobiła gdzieś kupsko w kącie i nie mogę go zlokalizować. Mała cholera jako jedyna nie radzi sobie z robieniem na dworze. Owszem, wychodzi z dwoma pozostałymi kotami, ale zdarza się jej nasikać w domu (najczęściej w kuchni pod stołem).

Leniwie kończąc niedzielę uszyłam Małej fartuszek kuchenny, zabierze go jutro do szkoły. Dzieci będą robiły własnoręcznie kanapki. Potem, po lekcjach zamiast basenu mają zaplanowane zajęcia na lodowisku. Łyżwy są mi obce, obecna jednak będę.

Zdjęć fartuszka na razie nie wstawię. Nie mam jak. Ale przy okazji, może… 

 

 
1 , 2 , 3