Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: przyroda

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Za oknem pora, którą lubię bardzo. Ale jak się to przełoży na życie codzienne – aura ta nie jest przyjazna na przykład kierowcom ;-) Odkąd dojeżdżam do pracy ponad 30 km w jedną stronę, zaczynam tęsknić za wiosną lub w miarę chłodnym latem. Z wielu powodów: po pierwsze jazda w środku nocy nie należy do komfortu prowadzenia samochodu, tym bardziej, że jestem krótkowidzem i astygmatykiem. Obraz dalszy niż 50 m zwyczajnie staje się dla mnie niewyraźny. Po drugie: zimową porą, kiedy sypnie śnieg, wiejskie drogi, lub międzyleśne szlaki (a takimi zdarza mi się jeździć do pracy) nie są tak odśnieżane jak drogi miejskie. Zdejmuje się wtedy nogę z gazu i trzeba wyjść wcześniej z domu, żeby na 7.00 zdążyć do roboty.

Ale zimowa aura w takim miejscu gdzie obecnie pracuje ma również swoje plusy. Otóż ta miejscowość, która według mnie powinna nazywać się Wypiździewo ;-) urzeka mnie swoim leśnym malowaniem. Już nie mogę się doczekać jak zobaczę ten las wiosną. Na jesieni podobno pracownicy zbierają tu grzyby! Takie miejsce pracy ma swój urok. Z daleka od smogu miasta i ryku samochodów.


Taki mam widok z okna (aktualnie), a poniżej miejscowy futrzak, którego wszyscy dokarmiają przynosząc pani sprzątającej saszetki i puszki dla sędziwego sierściucha. Ja już oczywiście też zdążyłam się wkupić w łaski czworonoga, przyniosłam bowiem zestaw kocich saszetek.


Moja córka też cieszy się z zimowej aury, a w dniu kiedy sypnął pierwszy, większy śnieg, ulepiła przed domem ogromnego bałwana. Po drodze miała dwunaste urodziny, na które zaprosiła sobie trzy koleżanki. Parę dni wcześniej zorganizowała sobie „piżama party”, po którym cztery koleżanki zostały na noc. Oczywiście po wcześniejszym umówieniu się z ich rodzicami. Wierzcie mi – pięć nastolatek pozostałych na noc jest gorsze niż stado bawołów przelatujących przez sawannę. Z racji przeżywania opieki nad męską częścią ludzkości – zdecydowanie wolałam trzech nastoletnich pasierbów i mojego osobistego syna niż niewinne (wydawałoby się) dziewczęta ;-)


Tort urodzinowy był mojego autorstwa (jak zwykle), smakował tak jak wyglądał czyli chyba dobrze ;-)

A w międzyczasie powstał prezent urodzinowy dla mojej wieloletniej koleżanki, z którą kiedyś pracowałam. Miałam liczyć sobie czas jaki poświęciłam tej serwetce, ale okazało się, że o tym zapomniałam. Jednakże licząc od dnia rozpoczęcia i biorąc pod uwagę wolne wieczorne godzinki po powrocie z pracy, zajęło mi to tydzień.

Wuala:

Serwetka ma 63 cm średnicy, robiłam ją szydełkiem nr 2 i zużyłam prawie cały motek kordonka Aria 5 w kolorze naturalnym. 

A pamiętacie rękawiczki pięciopalczaste, takie z wełenki melanżowej w szarych odcieniach? Otóż zostały mi skonfiskowane i aktualnie należą do mojej córki ;-) Powiedziała, że są takie ciepłe (wełna 60% + akryl 40%), że ona musi je mieć. Wychodzi na to, że muszę udziergać sobie nową parę ;-)

Czas leci, my coraz starsi, ale upodobania wciąż pozostają te same ;-) 

poniedziałek, 27 marca 2017

Niedziela skłoniła nas do wiosennych porządków. To znaczy bardziej Szanowny wziął się za uprzątnięcie ganku oraz.... uwaga - umycie okien gankowych! Serio. Mój mąż z założenia nie sprząta, nie myje więc również okien (za to robi inne pożyteczne rzeczy ;-)) Tak więc wielkim dla mnie zdziwieniem była praca mojego Szanownego.

Przy okazji mycia okien okazało się, że mamy dzikiego lokatora. I teraz uwaga - uprasza się wszystkie wrażliwe osoby o nie czytanie dalszej części wpisu albowiem będzie on zawierał opisy owadów i innych drażliwych rzeczy dla oka ludzkiego. Akurat w moim przypadku nie wpłynęło to na moje samopoczucie, ale już nasza córka prawie płakała jak Szanowny zaczął opowiadać. Skończył szybciej niż zaczął, żeby jej nie denerwować.

Tak więc zacznę od przeszłości. W zeszłym roku latały po naszym ogrodzie dziwne osy. Małe, chude, raczej niegroźne, nie atakowały nas, było ich może dwie / trzy sztuki. Zastanawialiśmy się z Szanownym co to za owad, bo pierwszy raz coś takiego widzieliśmy na oczy. W tym roku przy okazji sprzątania na ganku mąż odkrył siedlisko kokonów. Zrobił zdjęcie, które pozwolę sobie zamieścić, żeby każdy miał pogląd na to, co go może spotkać we własnym domu. Jest to bowiem gatunek nowy, który nie występował do niedawna w Europie, podobno budzi zainteresowanie biologów, naukowców, nie jest to owad, który rezyduje u nas na stałe.

Owad ten nazywa się gliniarz naścienny. Na Wikipedii jeszcze nie znalazłam opisu, ale wpadłam na bardzo ciekawy blog, w którym autor dokładnie opisuje pochodzenie tego owada oraz jego zachowanie. Proszę zajrzeć, jeśli ktoś ciekawy.

A znalezione kokony w szczelinach okiennych naszego ganku prezentują się tak:

Oczywiście foto zrobione jest w powiększeniu. Rozmiar jednego kokona wynosi niecały 1 cm. Nawet trochę mniej. Na blogu, który pozwoliłam sobie zacytować jest zdjęcie tej egzotycznej osy. Z tego co wyczytałam - nie atakuje ludzi, żywi się pająkami na etapie larwalnym, natomiast po przepoczwarzeniu spożywa nektar kwiatów.

Gdyby ktoś z Was spotkał tego dziwnego owada w swoim otoczeniu - szukajcie kokonów na strychach, w różnego rodzaju szczelinach, gdzie ludzkie oko nie sięga ;-)

P.S. dokonałam małej zmiany tytułu, bo wstyd jak cholera pomylić botanikę z entomologią :-D

09:27, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Miał być naukowo-uczelniany, ale pojechałam tylko podstemplować legitymację i stwierdziłam, że więcej stracę siedząc na nudnych wykładach, niż będąc w tym czasie w domu. I rzeczywiście. Do skończenia był kocyk ;-) do posprzątania wykładzina w przedpokoju z ptasich piór (efekt kociego śniadania). Potem przyjechali do nas Scareface z Blondyną i Królewną.

W domu obserwowałam przyrodę. Tak, tak - ja obserwowałam przyrodę ;-) ale kwiatów nadal nie lubię i chyba się nie przekonam. No chyba, że kiedyś..... i nie mów nigdy - nigdy ;-) Otóż okazuje się, że mamy w oczku żaby, które złożyły skrzek. Tak więc będą kijanki i małe żabki. Już można usłyszeć o świcie i wieczorami miłe da ucha żabie gruchanie. Boimy się tylko czy czasem nasze koty nie będą chciały potraktować żabek jako przystawkę przed obiadem :-( Ale miejmy nadzieję, że tak nie będzie.

Kocyk ukończyłam w niedzielę. Został spakowany i w najbliższym czasie powędruje do Królewny. Niedzielny obiad skończył się w końcu otwarciem sezonu grillowego, zimnym piwem i siedzeniem obok chłopa i córki na ławce podwórkowej. Miło.

A poniżej moja przyroda domowa:

I ukończony kocyk:

Miłego poniedziałku! I całego nadchodzącego tygodnia ;-)