Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: małżeństwa

poniedziałek, 25 czerwca 2018

W sobotę byłam na ślubie mojej koleżanki ze studiów, której wykonałam w prezencie jedną z moich serwet. Ślub był kościelny więc mogłam przekonać się jak wygląda takie wydarzenie, bowiem ostatni ślub w budynku sakralnym pamiętam z lat młodzieńczych, kiedy byłam nastolatką i za mąż wychodziła moja siostra cioteczna. Niestety, zostałam wtedy zatrudniona do… opieki nad psem i podczas całego wydarzenia stałam przed kościołem z czworonogiem na smyczy. Na drugi ślub kościelny mojego brata ciotecznego nie poszłam, bo akurat byłam wtedy na kolonii. Później odechciało mi się chodzić na takie imprezy, a poza tym moja okrojona jednostronnie rodzina nie kwapiła się do zawierania małżeństw. Zresztą mój brak wiary umacniał się z czasem i nie zależało mi na bywaniu w takich miejscach.

W sobotę było inaczej. Państwo młodzi już nie tacy młodzi, bo wiekowo krążą wokół pięćdziesiątki, ale oboje wyglądali zjawiskowo. Ona z poprzednim partnerem nie miała ślubu, a on z pierwszą żoną nie miał ślubu kościelnego. Postanowili więc zawrzeć konkordatowy. Bardzo podobała mi się sukienka panny młodej, nie była biała, bo raczej być nie mogła, ale i moja koleżanka wyglądała w niej przepięknie. Nigdy bym nie powiedziała, że ma tyle lat ile ma. Spokojnie niejedna trzydziestka mogłaby pozazdrościć jej figury.

Gości było niewiele, tylko najbliższa rodzina i koleżanki z pracy. No i my – dwie kumpele ze studiów. Początkowo siedziałam razem z innymi w ławce kościelnej, a gdy już państwo młodzi przyrzekli sobie małżeńskie obietnice, wyszłam na koniec kościoła i spokojnie przesiedziałam sobie resztę mszy w ostatniej ławce.

Ślub odbył się w największym kościele w mojej dawnej dzielnicy – Bezcielesna, byłam w Twoich okolicach, a na mojej dawno zamieszkałej ulicy ;-) Druga z koleżanek, z którą przyszłam, opowiadała mi, że budynek niedawno został odnowiony, odrestaurowany, wstawione zostały nowe witraże oraz… położony dywan na środku. W każdym razie kościół jako budowla architektoniczna prezentuje się wspaniale.

Po ślubie wyszliśmy przed budynek i zaczęliśmy składać młodej parze życzenia. A potem było wspólne fotografowanie. Ponieważ autorem zdjęć była również nasza wspólna znajoma z pobliskiego zakładu fotograficznego, atmosfera nie była taka sztywna. Ja chyba też czułam się inaczej, swobodniej, przebywając z osobami, które bardzo dobrze znam i są z mojej rodzimej dzielnicy.

Na marginesie mogę dodać, że w sobotę również za mąż wyszła była żona mojego męża ;-) Jak widać – każda potwora znajdzie swego amatora. Niech im się szczęści i wiedzie.

Pogoda dopisała, bo było trochę słońca, trochę zachmurzenia i upał na szczęście nie zagościł. Dziś mam dzień wolny. Czekam na paczkę z włóczkami, albowiem mam już dwa następne pomysły na prezenty, a jeden twór będę robić na zamówienie, co mnie (podejrzewam) strasznie zestresuje.

Miłego poniedziałku!

sobota, 09 czerwca 2018

Czasem uczestniczymy niechcący w życiu naszych znajomych. Słuchamy ich narzekań i nie wierzymy, że tak się może dziać. Ale czasem też zostajemy poproszeni o pomoc. O taką pomoc zostałam niedawno poproszona przez moją koleżankę. Otóż dziewczyna jest w moim wieku i … rozstaje się z mężem. To, że podjęła taki krok, akurat mnie nie dziwi, bowiem jej mąż to gburowaty prostak, używający jako argumentów swoich łap. Damski bokser w jednym określeniu. Znam ich odkąd nasze córki zaczęły chodzić razem do jednej klasy czyli już ok. 7 lat z zerówką licząc łącznie. O tym, że coś tam może się złego dziać domyślałam się dawno, ale nie chciałam się wtrącać ani dopytywać. Jestem doświadczona ojcem – agresorem więc niejako widziałam w oczach córki mojej koleżanki znajomy strach przed ojcem.

Koleżanka poprosiła mnie czy byłabym w stanie zeznawać w sądzie po jej stronie, a przeciw jej mężowi. Zgodziłam się bezwarunkowo i wtedy dopiero dziewczyna otworzyła się przede mną i opowiedziała jak zaślepiona była do tej pory w tym związku. Na szczęście mąż mojej koleżanki nie zrobił jej tak wielkiej krzywdy jak mój ojciec mojej mamie, ale i tak musiała zrobić sobie obdukcję.

Nigdy nie zaakceptuję jakiegokolwiek rodzaju przemocy. Nigdy. Ktoś kto używa łap do argumentowania swoich racji jest dla mnie zwykłym chamem i prostakiem. Tak więc w piątek miałam dzień wolny, bo w samo południe odbyła się sprawa w sądzie. Mąż mojej koleżanki jest według mnie na przegranej pozycji chociaż obstawia cały czas argumenty o tym, jaki to on był dobry ojciec i we wszystkim aktywnie uczestniczył. Owszem – był zawsze na wszystkich zebraniach i szkolnych imprezach, ale jego zachowanie było agresywne, roszczeniowe i większość rodziców gasiła jego zapał do przechwycenia kontroli nad grupą. Używał też słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne. Na tym Sąd nie dał się oszukać, bo ja jako świadek potwierdzałam to, co koleżanka wniosła w pozwie. A ważne jest to, co się widziało, a nie to, co jest czyjąś opinią. Dostałam nawet od Sądu pytanie: „czy czułam się bezpiecznie w domu państwa X, przychodząc z córką w odwiedziny?” Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie.

Po południu spotkaliśmy się przypadkiem z panem X na ulicy. Spytał dlaczego mam do niego pretensje i czy możemy o tym porozmawiać. Odburknęłam mu, że nie ma co liczyć na rozmowę ze mną ponieważ jestem po stronie jego (niestety wciąż) żony i zdania nie zmienię. Po wymianie kilku nieprzyjemnych kwestii rzucił mi hasłowo, że jestem wredna. Cóż. Żal tylko koleżanki, bo Sąd wyznaczył kolejną rozprawę na jesień, a jeśli i ta nie zakończy się pomyślnym rozwiązaniem, państwo X szarpać się będą jeszcze na wiosnę przyszłego roku.

Na moim starym, zielonym blogu jest jeden z ostatnich wpisów, w którym zaznaczam, że byłam świadkiem rozwodu moich znajomych. Ale tamta sytuacja był zgoła inna. Tam ludzie rozwiedli się z klasą. Za obopólną zgodą, bez szarpania się. Po prostu im nie wyszło i oboje doszli do wniosku, że ciągnąć tego dalej nie ma sensu. Złożony był wniosek o rozwód bez orzekania o winie, ale i tak przy takich sprawach wymagani są świadkowie ze względu na dobro małoletnich dzieci. Musiałam więc (tak jak i wczoraj) opowiadać o sytuacji domowo-materialnej córki moich znajomych. Rozwód otrzymali już po tej drugiej sprawie.

piątek, 25 listopada 2016

Mamy takich sąsiadów za płotem, z którymi utrzymujemy dość dobre, koleżeńskie stosunki. Sąsiedzi są w wieku raczej mojego Szanownego (przypominam różnicę wieku między nami - 11 lat), ale rozmawia się z nimi bardzo przyjemnie i nigdy nie mieliśmy żadnych zatargów. Sąsiedzi mają jedno dziecko - dorosłą już pannicę, mieszkającą na stałe poza granicami kraju.

Któregoś dnia przyszło mnie i Szanownemu do głowy, że coś sie musiało stać z Nim. Jego samochód nie stał na podwórku, nie było widać Jego podczas prac ogródkowych, nie On wychodził z psem tylko Ona. Ponieważ On miał pracę w ruchu drogowych, pomyśleliśmy, że dostał jakieś dalsze zlecenie i dlatego Go nie widać. W końcu Szanowny nie wytrzymał i zapytał Jego teściowej (z którą wspólnie mieszkają) co się stało z zięciem? Otrzymał odpowiedź: a poszedł do innej pani...

Moja zaprzyjaźniona blogerka napisała ostatnio o adoratorach, którzy krążą wokół niej, pytajac czy to męski kryzys wieku średniego? ;-) Próbowaliśmy sami analizować sytuację, czy i naszemu sąsiadowi nie odbiła szajba, ale doszliśmy do wniosku (znając Ich życie), że jednak nie.

Nie jestem zwolenniczką utrzymywania związku/małżeństwa na siłę. Ale nie jestem też zwolenniczką rozwodu bez powodu. Bo "tak". To wszystko jest bardzo złożone. Jako DDRR sama miałam zapędy do rozwalenia mojego małżeństwa, które po osobistej analizie jest chyba najlepszym związkiem na świecie i byłam najgorszą i najgłupszą, gdybym podjęła kroki rozwodowe. Co innego moja Mama: Ona była bita, szykanowana, sprawdzana, szkoda słów. Krok ku wolności osobistej to było najlepsze co mogła w swoim krótkim życiu zrobić. I mimo traumy jaką nam rodzice zafundowali, jestem Mamie za ten rozwód wdzięczna.

Ale nie o tym. Nasi sąsiedzi są (jeszcze) małżeństwem od prawie 30 lat. To długi staż. Ale od kilku lat (przynajmniej od czasu kiedy tam mieszkam) nie widziałam, żeby ten związek nazwać "dobrym małżeństwem". Wszędzie chodzili osobno - ona do kościoła sama, on na zakupy sam. W zasadzie tylko w czasie Świąt wyjeżdżali razem, bo zabierali ze sobą teściową/matkę, starszą już osobę. On w ogrodzie zapieprzał jak głupi - koszenie, pielenie, dbanie o tuje. Jej nigdy nawet z grabiami nie widziałam. On przy samochodach od rana do wieczora, w piwnicy, przy piecu, koło domu, rozpalał grilla. Jej nigdy nie widziałam nawet z jedną siatką zakupów, nigdy nie wyszła z psem, nie widziałam, żeby myła okna...

Gwoździem do trumny była opowiedziana kiedyś przez starszą panią historia, że ona im zmienia pościel i każde z nich ma osobną kołdrę. Hmm... uważam, że wykładnią zgodnego małżeństwa/związku jest spanie w jednym łóżku, pod jedną kołdrą. Zawsze można się przytulić, za łapkę złapać, no i innych rzeczy skosztować ;-) Sama wiem po sobie, że jak się wkurzałam na Szanownego to wyciągałam kołdrę z szafy i spałam w przeciwnym do niego kierunku ;-) Taki foch. A u nich foch trwa już od wielu lat. Ale o tym potem.

Któregoś dnia, kiedy miałam dzień urlopu starsza pani zaprosiła mnie na herbatę. Lubię ją, czasem zrobię drobne zakupy (gazetki, jakaś meliska) bo córka nie ma dla niej nigdy czasu. Pani zwierzyła mi się, że zięć wyprowadził się do innej kobiety, że jej córka ma to głęboko w dupie i nie będzie walczyć o męża. Potem zjawił się On. Akurat kończyłam rozmowę i chciałam wychodzić. Sąsiad wziął psa na spacer i odprowadził mnie do bramy. Po drodze miał ogromną potrzebę wygadania się i chyba... wytłumaczenia. Usłyszałam, że zamierzał Ją zostawić już od kilku ładnych lat, ale zawsze było "coś". A to córka szła do komunii, to nie (argumenty Jej - żony), a to córka zdawała maturę, to nie był dobry moment, a to zdawała na studia, to też nie był dobry moment na rozwód. Powiedział mi też, że zawsze miało być tak, jak Ona chciała - wakacje - tylko według jej potrzeb, kredyty - tylko za jej wymaganiami, samochód chciała - kupił jej i wiecznie mało... Katalizatorem stała się w końcu znajomość z kobietą prawie 15 lat młodszą. Wynajmują razem mieszkanie. On zrobił sobie zęby, w dniu spotkania ze mną był ogolony, wypachniony, ładnie ubrany, naprawdę niezłe ciacho jak na faceta po 50.

Znamy ich oboje i wiemy, że coś z tych jego opowieści było prawdą. Choć wiadomo, każdy kij ma dwa końce. Dlatego uważam, że o małżeństwo czy związek dwóch osób muszą dbać obie strony. Wiem to po sobie, że jeśli będzie się za dużo wymagać a za mało dawać, to rusztowanie szybko runie. I nie ma sensu być razem tylko aby być. Albo dla dzieci, albo dla rodziców, marazm w małżeństwie i nuda zabija wszelkie uczucia. Trzeba nauczyć się drugiej drugiej osoby, rozmawiać, pytać o potrzeby. Mój Szanowny jeszcze się tego uczy, bo on w zasadzie żadnych potrzeb większych nie ma, ale też uczymy się siebie wzajemnie.

W sumie to kibicujemy z Szanownym Jemu. Nasz sąsiad to bardzo pracowity człowiek, nie palący, nie pijący, wesoły (teraz bardziej - wcześniej przygaszony). Gdzie tkwi przyczyna rozpadu tego związku - nie nam wnikać. Na pewno źle się działo od lat i przyznam szczerze, że to było widać. To były dwa cienie przemykające obok siebie i oprócz przymusowych, rodzinnych wyjazdów nasi sąsiedzi nic nie robili razem. A to jest przecież bardzo ważne, żeby mimo dbania o własne zainteresowania i spełnianie swoich osobistych potrzeb, być partnerem w codziennym życiu.