Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: miłość

piątek, 25 listopada 2016

Mamy takich sąsiadów za płotem, z którymi utrzymujemy dość dobre, koleżeńskie stosunki. Sąsiedzi są w wieku raczej mojego Szanownego (przypominam różnicę wieku między nami - 11 lat), ale rozmawia się z nimi bardzo przyjemnie i nigdy nie mieliśmy żadnych zatargów. Sąsiedzi mają jedno dziecko - dorosłą już pannicę, mieszkającą na stałe poza granicami kraju.

Któregoś dnia przyszło mnie i Szanownemu do głowy, że coś sie musiało stać z Nim. Jego samochód nie stał na podwórku, nie było widać Jego podczas prac ogródkowych, nie On wychodził z psem tylko Ona. Ponieważ On miał pracę w ruchu drogowych, pomyśleliśmy, że dostał jakieś dalsze zlecenie i dlatego Go nie widać. W końcu Szanowny nie wytrzymał i zapytał Jego teściowej (z którą wspólnie mieszkają) co się stało z zięciem? Otrzymał odpowiedź: a poszedł do innej pani...

Moja zaprzyjaźniona blogerka napisała ostatnio o adoratorach, którzy krążą wokół niej, pytajac czy to męski kryzys wieku średniego? ;-) Próbowaliśmy sami analizować sytuację, czy i naszemu sąsiadowi nie odbiła szajba, ale doszliśmy do wniosku (znając Ich życie), że jednak nie.

Nie jestem zwolenniczką utrzymywania związku/małżeństwa na siłę. Ale nie jestem też zwolenniczką rozwodu bez powodu. Bo "tak". To wszystko jest bardzo złożone. Jako DDRR sama miałam zapędy do rozwalenia mojego małżeństwa, które po osobistej analizie jest chyba najlepszym związkiem na świecie i byłam najgorszą i najgłupszą, gdybym podjęła kroki rozwodowe. Co innego moja Mama: Ona była bita, szykanowana, sprawdzana, szkoda słów. Krok ku wolności osobistej to było najlepsze co mogła w swoim krótkim życiu zrobić. I mimo traumy jaką nam rodzice zafundowali, jestem Mamie za ten rozwód wdzięczna.

Ale nie o tym. Nasi sąsiedzi są (jeszcze) małżeństwem od prawie 30 lat. To długi staż. Ale od kilku lat (przynajmniej od czasu kiedy tam mieszkam) nie widziałam, żeby ten związek nazwać "dobrym małżeństwem". Wszędzie chodzili osobno - ona do kościoła sama, on na zakupy sam. W zasadzie tylko w czasie Świąt wyjeżdżali razem, bo zabierali ze sobą teściową/matkę, starszą już osobę. On w ogrodzie zapieprzał jak głupi - koszenie, pielenie, dbanie o tuje. Jej nigdy nawet z grabiami nie widziałam. On przy samochodach od rana do wieczora, w piwnicy, przy piecu, koło domu, rozpalał grilla. Jej nigdy nie widziałam nawet z jedną siatką zakupów, nigdy nie wyszła z psem, nie widziałam, żeby myła okna...

Gwoździem do trumny była opowiedziana kiedyś przez starszą panią historia, że ona im zmienia pościel i każde z nich ma osobną kołdrę. Hmm... uważam, że wykładnią zgodnego małżeństwa/związku jest spanie w jednym łóżku, pod jedną kołdrą. Zawsze można się przytulić, za łapkę złapać, no i innych rzeczy skosztować ;-) Sama wiem po sobie, że jak się wkurzałam na Szanownego to wyciągałam kołdrę z szafy i spałam w przeciwnym do niego kierunku ;-) Taki foch. A u nich foch trwa już od wielu lat. Ale o tym potem.

Któregoś dnia, kiedy miałam dzień urlopu starsza pani zaprosiła mnie na herbatę. Lubię ją, czasem zrobię drobne zakupy (gazetki, jakaś meliska) bo córka nie ma dla niej nigdy czasu. Pani zwierzyła mi się, że zięć wyprowadził się do innej kobiety, że jej córka ma to głęboko w dupie i nie będzie walczyć o męża. Potem zjawił się On. Akurat kończyłam rozmowę i chciałam wychodzić. Sąsiad wziął psa na spacer i odprowadził mnie do bramy. Po drodze miał ogromną potrzebę wygadania się i chyba... wytłumaczenia. Usłyszałam, że zamierzał Ją zostawić już od kilku ładnych lat, ale zawsze było "coś". A to córka szła do komunii, to nie (argumenty Jej - żony), a to córka zdawała maturę, to nie był dobry moment, a to zdawała na studia, to też nie był dobry moment na rozwód. Powiedział mi też, że zawsze miało być tak, jak Ona chciała - wakacje - tylko według jej potrzeb, kredyty - tylko za jej wymaganiami, samochód chciała - kupił jej i wiecznie mało... Katalizatorem stała się w końcu znajomość z kobietą prawie 15 lat młodszą. Wynajmują razem mieszkanie. On zrobił sobie zęby, w dniu spotkania ze mną był ogolony, wypachniony, ładnie ubrany, naprawdę niezłe ciacho jak na faceta po 50.

Znamy ich oboje i wiemy, że coś z tych jego opowieści było prawdą. Choć wiadomo, każdy kij ma dwa końce. Dlatego uważam, że o małżeństwo czy związek dwóch osób muszą dbać obie strony. Wiem to po sobie, że jeśli będzie się za dużo wymagać a za mało dawać, to rusztowanie szybko runie. I nie ma sensu być razem tylko aby być. Albo dla dzieci, albo dla rodziców, marazm w małżeństwie i nuda zabija wszelkie uczucia. Trzeba nauczyć się drugiej drugiej osoby, rozmawiać, pytać o potrzeby. Mój Szanowny jeszcze się tego uczy, bo on w zasadzie żadnych potrzeb większych nie ma, ale też uczymy się siebie wzajemnie.

W sumie to kibicujemy z Szanownym Jemu. Nasz sąsiad to bardzo pracowity człowiek, nie palący, nie pijący, wesoły (teraz bardziej - wcześniej przygaszony). Gdzie tkwi przyczyna rozpadu tego związku - nie nam wnikać. Na pewno źle się działo od lat i przyznam szczerze, że to było widać. To były dwa cienie przemykające obok siebie i oprócz przymusowych, rodzinnych wyjazdów nasi sąsiedzi nic nie robili razem. A to jest przecież bardzo ważne, żeby mimo dbania o własne zainteresowania i spełnianie swoich osobistych potrzeb, być partnerem w codziennym życiu.