Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: urlop

piątek, 11 sierpnia 2017

Kobieta po czterdziestce i mężczyzna po pięćdziesiątce wyruszą na poszukiwanie siebie w polskich górach ;-) Wyjeżdżamy z samego rana z Szanownym zaraz po odstawieniu naszej Mani na dworzec autobusowy. Ona bowiem również zaczyna swoje prawdziwe wakacje. Jedzie nad morze z moją koleżanką i jej synem. 

Do zobaczenia po urlopie!


Tagi: urlop
08:40, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 sierpnia 2016

Jak miło być w domu! Byle jakim, ale W DOMU. Spać we własnym łóżku, na własnej podusi, jadać na własnych talerzach, kąpać się we własnym brodziku. Ech...

No dobrze, czas na relację, która będzie bardzo podzielona. Proszę nie spodziewać się ani zachwytów, ochów, achów, ani żalów, pretensji i rozgoryczenia. Wrażenia po urlopie mamy.. nijakie takie. Wiemy jedno - nad morzem byliśmy dwa razy - pierwszy i ostatni ;-) 

Będzie o złych rzeczach, niewygodnych, nieodpowiednich dla nas i nie sprawiających radości oraz komfortu wypoczywania ;-) Ale będą też dobre wspomnienia :-) 

Po pierwsze w miejscu gdzie pojechaliśmy były bardzo niewygodne łóżka. Dla naszych zbolałych kręgosłupów spanie na sprężynowym, falującym materacu powodowało codzienne jęki i stęki dopóki organizm nie naprawił boleści sam. Po drugie - turyści. Ten temat wałkowany był w tym roku bardzo często. Wypowiadała się i Młynarska i Zawadzka, że buraki - cebulaki, że noszą sandały i skarpety, że chodzą w strojach kąpielowych po mieście i w sklepach przy plażach, że piją piwo na plaży, że śmiecą petami na piasku... Niestety, ale my to wszystko potwierdzamy. Choć ostatnio koleżanka była na plaży w kraju europejskim i stwierdziła, że buractwo tam gorsze jak u nas w Pl ;-) Także nie dajmy się zwariować, ale ogólnie z kulturą plażową u nas na bakier. 

Na plaży morświnów nie brakowało. Przepraszam wszystkich puszystych - sama do miss polonia nie należę, ale nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby zakładać dwuczęściowy kostium przy wylewających się boczkach i sflaczałym brzuszku ;-) Tak samo nie pozwoliłabym Szanownemu założyć krótkich slipek kąpielowych przy lekkiej ciąży spożywczej jaką posiada. Kupiłam mu specjalnie na wyjazd dłuższe bokserki. Poza tym nasze wizyty na plaży ograniczały się do wieczornych spacerów po jeździe rowerowej. Na opalanie i kocing z parawaningiem się nie nadajemy. Okazało się, że i Mania nie jest zwolenniczką słonecznych kąpieli, a morze ją przeraża - dowodem jest to, że ani razu nie założyła swojego kostiumu na wypad na plażę. Moczyła tylko stopy. 

Z atrakcji poza plażowych było Akwarium Gdyńskie, które chciała bardzo zobaczyć Mania. Jako zapalona wielbicielka zwierza wszelkiego rodzaju, fauną morską zachwycała się na każdym kroku. Dobre i to, bo Gdynia jak każde większe miasto swoje wady ma: korki, problemy z parkowaniem i inne ;-) Ale ogólnie wycieczka nam się podobała. 

Generalnie byliśmy zanudzeni. Nuda, nuda, nuda i jeszcze raz - nuda. Jako zadeklarowani zwolennicy ruchu i aktywności nie mogliśmy znieść, że nad morzem bierze się kocyk, parawan i leży plackiem sześć godzin w słońcu. Nie - i jeszcze raz nie! No bo co można zwiedzić na plaży? Dupy morświnów?? :-D

Ale z dobrych rzeczy mieliśmy na szczęście gdzie jeździć rowerami. Dużo ścieżek rowerowych, fajnie pokręconych, dawało nam trochę radości. Musieliśmy coś wykombinować, bo po trzech dniach zdążyliśmy się już z Szanownym pokłócić ;-) Mania poznała koleżankę, która przyjechała dwa dni po nas i przynajmniej miała zajęcie przez część dnia. Koleżanka z mamą były wielbicielkami smażingu plażowego :-P 

Dzień nasz wyglądał bardzo poprawnie. Mogę się założyć, że znajdą się tacy, którzy będą zaraz się pukać w głowę ze zdziwienia, ale kawę piliśmy juz o 7.00 i kilka razy udało nam się zobaczyć wschód słońca na pustej plaży :-) Tylko rybacy zawzięcie wyciągali kutry z wody i handlowali rybami. 

Odnośnie ryb: jako zatwardziała przeciwniczka ryb i owoców morza nie chciałam jeść niczego co z morza wyszło. Zresztą gotowałam sama we wspólnej kuchni (tam i tak większość letników stołowała się na mieście). Aż w końcu Szanowny powiedział - jesteś nad morzem, no weź chociaż spróbuj tej ryby. I kupiłam sobie wędzonego pstrąga i wędzonego jakiegoś innego diabła co nazwy nie pamiętam - powiem szczerze: dupy mi nie urwało ;-) Ale trzeba przyznać, że przyległe jadłodajnie drogie nie były. Słysząc od znajomych, że cena obiadu dla trzech osób to stówka niewyjęta, łapaliśmy się za głowę! A potem okazało się, że możemy zjeść obiad nawet za 45 zł na trzy osoby :-) Ha!

W pewnym momencie przypomniały mi się wspomnienia kolonijne, na jakie jeździłam w dzieciństwie, kiedy Mamie udało się coś załatwić dla dziecka ;-) To takie wspomnienia, gdzie w listach pisałam słowa: zabierz mnie stąd, ja nie chcę tu być :-P Szanowny czuł się podobnie. W końcu postanowiliśmy wrócić dzień wcześniej, choć doba "hotelowa" trwała tam od 13.00 do 10.00. Stwierdziliśmy wszyscy troje, że wolimy tę noc spędzić już w naszych łóżkach. 

W sumie z Szanownym zrobiliśmy kilkadziesiąt kilometrów rowerowych, z Manią trochę mniej. Zamiast 9 dni byliśmy 8 i nasza przygoda z morzem w tym roku chyba się już skończyła ;-) 

Rezerwat kormoranów, który zachwycił nas suchymi, badylowatymi pniami drzew. Wrażenie niesamowite. Drzewa usychają ponieważ odchody ptaków są tak silne, że roślinność nie wytrzymuje z przenawożenia. 

No i niezmiennie wzbudzające we mnie zachwyt elektrownie wiatrowe. Zdjęcie nie odda tego monumentalizmu i dostojności wiatraka. Z nimi nie chce się walczyć - wiatraki chce się podziwiać ;-) 

I wspaniała kolejka wąskotorowa, której prędkość nie przekraczała 30-40 km/h. Miała okna bez szyb, można było poczuć wiatr we włosach i to było w niej najfajniejsze :-)

A na koniec mam wiadomość o nowej lokatorce - Psotce. Ale o niej będzie w osobnym wpisie :-)

Tagi: urlop
16:50, sokramka
Link Komentarze (8) »
piątek, 29 lipca 2016

Już czuję zapach wiatru z północy ;-)

Od poniedziałku jedziemy na wymarzony, upragniony URLOP. Zrobiłam już wstępny plan atrakcji wakacyjnych, spisałam miejsca, do których mamy zamiar się wybrać i teraz tylko należy myśleć o dobrej pogodzie. Nie muszą być upały, ale żeby nie było deszczu.

W związku ze związkiem - zostawiam blog na dwa tygodnie. Potrzebuję odpoczynku od wszystkiego, od ekranu laptopa też :-) Do zobaczenia po 15 sierpnia!

Zamiast chłopczyka powinna być dziewczynka, ale wszystko inne się zgadza :-D

Trzymajcie się!

Tagi: urlop
12:51, sokramka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 sierpnia 2015

Nie, nie żaden wyjazd, wycieczka czy wyprawa. A szkoda. Ale są czasem w życiu takie chwile, kiedy robi się dokładnie to, na co pozwala sytuacja życiowa. Nam pozwoliła wyremontować w końcu kuchnię tak, żeby pozbyć się gratów z całego mieszkania i żeby ta kuchnia wreszcie wyglądała. Teraz mam jakieś pięć kroków w jedną stronę od ściany od ściany i jakieś trzy w drugą stronę od ściany do ściany. Jedne drzwi wejściowe, jedno okno, żadnych ciągów przechodnich. Po prostu wypas. Ściana, która kiedyś mieściła drzwi do pasierba ma teraz pełne cztery metry (z kawałkiem) i lśni bielą. Zbawienny dla nas był zwrot podatku z PIT, bo inaczej nie bylibyśmy w stanie zakupić glazury oraz wykładziny. 

Szanowny wraca w poniedziałek do pracy, ale mówi, że dopiero teraz poszedłby na urlop. Wcale mu się nie dziwię - po dwóch tygodniach zapieprzu remontowego w piekielnym upale. Ja zresztą też myślę o jakimś, najlepiej górskim wypoczynku. Zapieprzałam tak samo jak i on, a do tego wyrabiałam normy kury domowej, zbierając z przydomowego ogródka (pilnowanego przez Szanownego) plony jego pracy: ogórki, fasolkę szparagową i pomidory. Ogórków jest tyle w tym roku, że zrobiłam już ponad dwadzieścia słoików konserwowych, około piętnastu słoików sałatek, ogórki w chilli, w zalewie curry, a w międzyczasie były tez i małosolne. Ufff.

Czasem zdarzy się tak, że nie zauważymy schowanego ogórasa w liściach i uchowa się taki tłuścioch-pestkowiec przed naszymi oczami.

Zrobiłam nawet ciasto ogórkowe, na które przepis znalazłam tutaj Przypomina trochę ciasto dyniowe, ale przecież te warzywa to podobny koszyk smakowy ;-)

Upał na szczęście już odpuszcza. Młody mój wrócił z obozu harcerskiego i od razu poleciał do pracy, ale tylko weekendowej. Najbardziej szkoda mi Małej, bo wakacji nie miała żadnych, a rekompensowanie jej wyjazdu drobnymi wyjściami na miasto to nie to samo. Poza tym, rzadko była ku temu okazja, bowiem oboje już od 7.00 rano stawaliśmy na placu boju kuchennego. Żal mi Mani. Ale za dwa tygodnie zacznie się rok szkolny, a Młoda nie może się już doczekać. Jako czwartoklasistka będzie miała nowe przedmioty i nową wychowawczynię. I tego jest bardzo ciekawa. Zresztą ja też ;-)      

sobota, 09 sierpnia 2014

Lato w pełni, dziecko w domu, chłop na urlopie też w domu, nie próżnuje, pracuje, ale miał już dość. Wymyśliliśmy sobie, że wezmę „nielegalny” dzień wolnego i wyjedziemy gdzieś poza granice naszego zasmrodzonego Miasta. Padło na Farmę Iluzji w Trojanowie.

Mam o tyle dobre układy w miejscu, w którym używam mopa służbowo, że bez problemu powiedziano mi, że mogę sobie jeden dzień pracy odpuścić. Gdyby dowiedzieli się o nieobecności w biurze firmy, która zleca sprzątanie, miałabym obciętą dniówkę. Tak więc z samego rana w piątek, wyszykowaliśmy się do wyjazdu, aby być na miejscu na godzinę otwarcia parku edukacji. Od nas to ok godzina jazdy więc i podróż nie była nudna. Trochę padało na początku, ale później się wypogodziło.

W zasadzie pojechaliśmy tam głównie ze względu na naszą córkę. Nie ma dziewczyna żadnych wakacji, tylko dom, dom, huśtawka na podwórku, ewentualnie jakieś wyjście z mamą, lub zabawa z tatą. Wszystkie jej koleżanki z okolicy wyjechały albo na kolonie, albo do rodziny na wieś, szkoda nam było, żeby Mała nie miała żadnych wspomnień.

Wykosztowaliśmy się z lekka, bo bilety wcale nie takie tanie. Choć dla jednego taki koszt może być „panem pikusiem”. Gdybym jechała na farmę 5-6 lat temu, dla mnie wtedy też byłby to „pikuś”. Ale czego się nie robi dla dziecka ;)

Po opłaceniu wejściówki Mała dostała opaskę uprawniającą ją do korzystania ze wszystkich atrakcji parku. Korzystała z mini tyrolki, grała w mini golfa, z nami w big chińczyka, były też ogromne szachy i meble olbrzyma. Potem obie strzelałyśmy z łuku na strzelicy (jak dla mnie – bomba!), poszliśmy we trójkę do grobowca faraona, zwiedziliśmy zatokę piratów i tam obie zrobiłyśmy sobie zdjęcie jako syrenka. Potem zachwycił nas trójwymiarowy domek, który „obracał się” zawsze w naszym kierunku, następnie przepłynęliśmy tratwą „napędzaną” własnymi rękami, zobaczyliśmy lewitujący kran i Mała z ojcem weszła do krzywego domku. Ja nie dałam rady – błędnik wysiadał. Później była sala luster, stół z dziurawym blatem, gdzie można było od spodu wejść i położyć głowę na talerzu. Wyglądało się jak porcja jadła. My jednak zjedliśmy gofry, pooglądaliśmy różne iluzje, a nogi nas bolały, że hej. Był jeszcze labirynt wiklinowy, lasek trapera i zjeżdżalnia pontonowa, ale Mała zjeżdżać nie chciała.

Wracając mieliśmy o czym dyskutować i śmiechu było co nie miara. To, co zostaje w dziecku to wspomnienia. Mam nadzieję, że choć trochę zostanie w mojej córce wspomnień ze wspólnych dni spędzonych razem z rodzicami. Tak mało jej ich dajemy.

 

Lewitujący kran. Zdjęcie nie jest najlepszej jakości, ale chodzi o złudzenie płynącej wody z kranu, który do niczego nie jest przytwierdzony.

Do tego domku radzę wchodzić po kielichu ;)

Polecam:

http://www.farmailuzji.pl/index.html

 

Tagi: urlop
14:11, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 lipca 2014

Sezon ogórkowy w pełni. W miejscu, w którym służbowo używam mopa polowa kadry wypłynęła na szerokie wody urlopów. Jednym słowem - mam mniej pracy. Mniej ludzi to mniej śmieci, mniej odkurzania, mniej mopowania. Lżej i krócej. Mi również proponowali urlop, ale fizycznie mnie na to nie stać. Umowa zlecenie to taki dziwny twór, że jak nie przyjdziesz do pracy to ci nie zapłacą. Tej umowy kodeks pracy nie obejmuje. To zwykła umowa cywilna.

Szanowny bierze swój urlop w sierpniu. Logiczne jest, że nigdzie nie pojedziemy, chyba że skombinuje na tyle kasy, żeby zabrać gdzieś naszą córkę i spędzić z nią kawałek wakacji. Ale: "on nie chce sam, on chce ze mną". Będzie więc siedzieć w domu. 

Ja zaś szarpnęłam się na dodatkowego, popołudniowego mopa. Cierpiąc na chroniczny brak funduszy i mając wizję przyszłego roku szkolnego, musiałam podjąć taką decyzję. To co zarobię dodatkowo, będzie akurat na książki dla moich dzieci. Zaczynam od dziś.

Tagi: praca urlop
12:06, sokramka
Link Komentarze (4) »