Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: rodzina

czwartek, 21 czerwca 2018

Od pewnego czasu wchodzimy z Szanownym na plac sporny dotyczących naszych dzieci. To co dzieje się u dzieci Szanownego ja niekoniecznie okraszam aprobatą i na odwrót – to jak zachowuje się mój Syn niekoniecznie podoba się Szanownemu. To jest niestety problem małżeństw patchworkowych, gdzie zdarzają się spięcia dotyczące dzieci własnych. Od samego początku, kiedy zaczęłam spotykać się z moim obecnym mężem (a w tym roku stuknie nam 16 lat!) dawałam mu do zrozumienia, że wychowanie mojego Syna jest tylko i wyłącznie moją sprawą i proszę go o nie wtrącanie się do naszych relacji. Oczywiście jeśli miałby jakąś uwagę czy zauważyłby coś, co wymaga interwencji, to proszę – może mi powiedzieć na stronie, ale wychowaniem Młodego zajmuję się ja. Tym stanowiskiem chciałam uniknąć przyszłych niesnasek związanych z prawdopodobnymi tekstami: „nie jesteś moim ojcem, żeby mi mówić co mam robić”, lub podobnie. Oczywiście nic takiego nigdy się nie stało i nikt nigdy takich słów nie wypowiedział. Młody mój z wujkiem znalazł dobrą nić porozumienia, chociaż synowie mojego męża zawsze byli na miejscu pierwszym (co jest sprawą oczywistą).

Jak natomiast wyglądała sprawa wychowawcza od drugiej strony? Kiedy chłopcy mojego męża przyjeżdżali do nas w odwiedziny miałam niejako czterech synów ponieważ Szanowny zaakceptował to, że to ja wyznaczam granice, zadania, chwalę, rozmawiam, tłumaczę i wyjaśniam. Tatuś był elementem zabawowo-rozrywkowym i trochę jest w tym mojej winy, że zgodziłam się na taki układ, gdzie „matkowałam” pasierbom, a Szanowny był z tego powodu bardzo kontent.

Jednak kiedy wszyscy chłopcy zaczęli wchodzić w dorosłe życie, zaczęły się niesnaski. Najpierw Uszak spłodził pierwszego wnuka, nie mając perspektyw  na samodzielne mieszkanie, w którym mógłby wspólnie z partnerką wychowywać swoje dziecko. Więcej szczegółów we wpisach otagowanych „pacholę”. Potem kolejny syn zapragnął zostać tatusiem. Na szczęście on i jego (aktualnie) żona mieli oboje pracę, wynajmowali mieszkanie i założenie rodziny nie było jakąś wielką wpadką. W następnym roku ciąża przydarzyła się dziewczynie najmłodszego. I tak oto w ciągu trzech lat Szanownym został potrójnym dziadkiem.

Kiedyś też usłyszałam od teścia, że teraz czas na mojego Młodego, a jak mu powiedziałam, że syn nie ma dziewczyny i na razie nie planuje jej mieć, to powiedział, że ten mój chłopak jakiś nienormalny jest. Cóż.

Sytuacja rodzinna u moich pasierbów rozlewa się pomału na nowe pokolenia: Scareface będzie ojcem po raz drugi oraz Golas również będzie tatusiem w drugim wydaniu. Tylko dziewczyna Uszaka jakoś broni się przed kolejną ciążą. Póki nie włażą w nasze buty i w naszą pościel, dla mnie mogą płodzić i po sześcioro dzieci. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

Natomiast wiele żalów ostatnio słyszę od Szanownego na temat mojego Młodego. Moim skromnym zdaniem mąż mój poprzez pryzmat swoich kompleksów próbuje w jakiś sposób odreagować wewnętrzne pretensje. Słyszałam już wielokrotnie, że „mój syn jest owszem inteligentny, ale jednak przemądrzały”, że „całymi dniami go nie ma i nic nie robi w domu” – przypomnę tylko, że mój mąż pasjonuje się domowymi robotami w postaci różnorakich prac monterskich, hydraulicznych, malarskich, tokarskich, meblarskich, mechanicznych, rolniczych i …. nie zliczę jakich jeszcze ;-) Siedzący przed komputerem chłop jest dla niego niejako „wynaturzeniem”.

To, że mój syn pojechał do Paryża również ubodło mojego męża, że robił prawo jazdy, na które mu dołożyłam kasy również było solą w oku, bo przecież jego synom bardziej by się prawko przydało, bo… „mają dzieci”.

Nie staram się już wchodzić w dyskusję, bo zwyczajnie mi się nie chce. Kiedyś dyskutowałam ostro, teraz zlewam te pretensje ciepłym moczem. Mój Młody powiedział, że za wiele rzeczy może wujka przeprosić, bo przyznał, że bywa arogancki, ale nie za to, że realizuje swoje marzenia i plany. To, że mój syn nie żyje na podobieństwo synów mojego męża o niczym nie świadczy. A najbardziej boli mnie to, że wszelakie wąty do mojego dziecka idą bezpośrednio do mnie zgodnie z zasadą sprzed lat: „powiedziałaś kiedyś, że mam się nie wtrącać w wychowanie Młodego więc mówię tobie, a nie jemu”. Ale do cholery mój syn ma już 22 lata, na ile go wychowałam, na tyle jest świadomy swoich czynów i nic mu się nie stanie jak mąż matki wygarnie mu co jest nie tak.

Młody jak co roku wyjeżdża w sierpniu na obóz harcerski. Jest już w stopniu umożliwiającym mu organizowanie wypraw i posiadanie pod swoją opieką grup zuchowych. Szanowny poinformował mnie wczoraj, że „znowu nie będzie komu pomagać w remoncie, ociepleniu domu i on (biedaczek) zostaje z tą robotą sam”.

wtorek, 09 stycznia 2018

Wiecie co? Wysłałam do nowego/starego wujka przed świętami kartkę zrobioną własnoręcznie. Napisałam w niej życzenia wierszowane (własnomyślnie) i uśmiechałam się z dobrze popełnionego uczynku. 

Dziś odebrałam na poczcie przesyłkę, której się nie spodziewałam. Miała kształt tuby, a po rozpakowaniu z szarego papieru zobaczyłam prezent w postaci kalendarza na cały rok z rysunkami zwierząt. Są tam lisy, sowy, myszy polne i inne leśne stworzenia. Wszystkie te rysunki są autorstwa mojego nowego/starego wujka. 

Doznałam miłego szoku.

Nie wiem czy ktoś z Was kiedyś przeżywał coś podobnego. Ja się bowiem czuję dziwnie. Odkrywam jakąś część siebie, której nie znałam do tej pory. Odnajduje cechy rodzinne, których się dotąd bałam/wstydziłam/nie lubiłam (niepotrzebne skreślić). Z wujkiem jesteśmy w kontakcie smsowym. Chyba żadne z nas nie ma jeszcze odwagi, żeby zadzwonić i usłyszeć swój głos. Na razie wiemy jak wyglądamy :-) Wymieniliśmy się mailowo zdjęciami, a dodatkowo wujek jest sfotografowany na kalendarzu, który od niego otrzymałam. To kalendarz ze starostwa powiatowego, w którym wujek pracuje. 

Jest piękny. Te rysunki są piękne. Sowy jak żywe. 

Nie wiem jak się potoczy dalej ta nasza znajomość. Nie wiem co wujek sobie myśli o mnie i o całej tej sytuacji. Nie wiem czy z kimś rozmawia o tym. Ja opowiadając Szanownemu o tym co się dzieje mam ognie w oczach. Tak mnie to cieszy i sprawia mi radość, że czasem chce mi się płakać ze szczęścia. Wierzcie mi! Idąc dalej: widzę cały ogrom zmarnowanych lat, które przeleciały jak strzała. Widzę też ogromną przepaść pomiędzy siostrami mojej Mamy, które swoim charakterem i zachowaniem napełniły mnie jakąś wrogością do rodzinnych rozmów, spotkań, a wielką kulturą osobistą wujka. Choć nie chcę wpadać w euforię i zachwycać się wyimaginowanymi spotkaniami z rodziną mojego ojca... Może byłoby jeszcze gorzej... Ale chodzi mi o postrzeganie świata jednostronnie. Że nie widziałam alternatywy, innej opcji, tylko trzy starsze siostry musztrujące swoją najmłodszą siostrę jak ma żyć. Jak ma wychowywać swoje dzieci, co jeść, w co się ubierać, jak postępować, mimo dorosłości. Uzależnienie od innych i parcie na wolność w oczach mojej Mamy. Tę wolność noszę w sobie i ja i może dlatego gdzieś w środku nie dopuszczałam do procesów wychowawczych ojców moich dzieci. Czułam tę wielką odpowiedzialność, że tylko ja podołam temu zadaniu, że nie można mieć zaufania do innych, że trzeba wszystko samemu. 

Nie umiem sklecić porządnie swoich myśli, ale muszę je gdzieś wyrzucić. Na klawiaturze pisze się szybciej niż długopisem w pamiętniku. Potrzebuję się wypowiedzieć. Potrzebuję akceptacji. 

O dalszym rozwoju rodzinnej znajomości zapewne jeszcze będę pisać...

Tagi: rodzina wujek
21:22, sokramka
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dzieje się. Lubię jak się coś dzieje, bo mój umysł nie zaprząta sobie wtedy szarych komórek głupotami. W piątek pożegnałam się oficjalnie z moimi koleżankami i kolegami z pracy. Dostałam prze-pię-kny prezent w postaci kubków z kotami, w komplecie z pieprzniczką i solniczką, oczywiście tez w kształcie kotów ;-) O takie cudo razy 4:

Dziś zamierzam iść do lekarza i poprosić o L4 do końca tygodnia. W tym wolnym czasie nadrobię zaległości szydełkowe oraz powysyłam resztę kartek świątecznych. Przyznam, że w dobie internetyzowania wszystkiego jak popadnie, klasyczne wysyłanie listów sprawia mi ogromną radość i nie zaprzestanę tego, póki będę miała do kogo ;-) A ostatnio pojawiła się dodatkowa osoba.

W związku ze śmiercią mojego ojca postanowiłam poinformować o tym wydarzeniu jego najmłodszego brata, z którym miałam jako dziecko najlepsze stosunki. Najbardziej go lubiłam i widziałam w nim najmądrzejszą część rodziny mojego ojca. Bardzo bałam się napisać do wujka, ale w końcu przemogłam się, bo jeśli by mnie odrzucił, wtedy wiedziałabym, że nie ma co ciągnąć dalej tej sprawy.

Wujek jednak mi odpisał. I bardzo mnie zaskoczył, bo mimo otrzymania ode mnie złej wiadomości o śmierci jego brata, chce znajomość utrzymać. Będzie to oczywiście proces długi, albowiem budowanie relacji rodzinnych to nie pstryknięcie palcami, tym bardziej, że mamy „w plecy” około 30 lat… Cieszę się niezmiernie, bo zaczynam widzieć jak bardzo skrzywiona jest moja psychika przez to, że utrzymywałam kontakt tylko z jedną stroną rodzica, a i tak siostry mojej Mamy to płytkie, pozbawione wyobraźni, proste osoby. Już kiedyś pisałam, że wstydzę się sióstr swojej Mamy, bo w zasadzie nawet nie ma o czym z nimi rozmawiać. A jeśli już rozpoczęło się jakiś temat, to zazwyczaj i tak kończyło się na wypominkach z ich strony. Dlatego też ograniczyłam do minimum z nimi kontakty już dawno.  

Wujek ze strony mojego zmarłego ojca miał 16 lat, kiedy ja się urodziłam. Postanowili zrobić go moim chrzestnym. Pamiętam wakacje u niego, pamiętam jego nauki przyrody (wujek kocha ptaki, jest leśnikiem, rysownikiem, nauczycielem), pamiętam jego łagodny głos i sposób bycia. Totalne przeciwieństwo mojego ojca – agresora. Najważniejsze jest jednak, że zaczynamy coś budować, a właściwie odbudowywać, bo mimo mojej alienacji i niechęci do bywania na rodzinnych zjazdach, gdzieś tam, w środku czegoś zawsze mi brakowało. Być może gdybym widziała zwyczaje panujące w rodzinie mojego ojca, mój stosunek do rodzinnych zjazdów byłby inny. Ale to tylko gdybania i przypuszczenia. Na pewno wątek rodzinny po stronie miecza rozwinie się z czasem.

A tym czasem ;-) muszę wstawić drugie pranie i pojechać dziś do lekarza po L4. Pojechać mogę już swoim nowym autkiem! Bowiem w sobotę pojechałam z Szanownym kupić (moją już) niebieską strzałę! W tym tygodniu staruszek będzie mi montował instalację gazową i od nowego roku, do nowej pracy będę śmigać jak się patrzy ;-) Kupiony został Peugeot 206, taki mniej więcej jak na foci i nawet w takim kolorze.

Jeździ się bombowo. Samochód został sprawdzony i dokładnie obejrzany przez mój „autoryzowany serwis domowy”, czyli Szanownego – mechanika z zawodu.

Z nowym tygodniem – czas się brać za robotę! Miłego!

wtorek, 09 maja 2017

Istnieją jednak rzeczy ważne i ważniejsze, które uwierają jak przeprana metka w swetrze. Myślałam, że dobry czas zostanie na dłużej, ale jednak ta ciepłota ciała nie każdemu pasuje. Mam już wewnętrzne schizy polegające na tym, że to wszystko moja wina, że to ja nie potrafię upilnować miru domowego...

Ale w czym rzecz.

To, że mam pasierbów wiadomo. Że mieszkałam z nimi - też wiadomo, że jeden z nich mieszka w tym samym domu co my - też jest rzeczą wiadomą. Nie mogę narzekać, bo kontakt ze wszystkimi mam w miarę dobry, poprawny. Inne kobiety tworząc patchworkową rodzinę mają gorzej. Wiem, bo często czytając forumowe wpisy na gazecie, napatrzyłam się na wylewane żale. Ja też tych żali wylałam wiele, ale myślałam, że nastała jakaś stabilność w stosunkach międzypokoleniowych, a jednak to wraca jak bumerang.

Mój Pierworodny chodzi na kurs prawa jazdy. Obiecałam mu to jakiś czas temu, że zasponsoruję mu prawko jak tylko wyrwę się z finansowego dołka. Słowa dotrzymałam, on zresztą też - bo nawalił ze szkołą, ale jakoś doszedł do tej matury i aktualnie zdaje po kolei wszystkie egzaminy. O ten właśnie kurs prawa jazdy poszło i od tego się zaczęło. 

Tak więc w czasie jakiegoś luźnego wieczoru usłyszałam, że jak Scareface (syn Szanownego) skończył zawodówkę to musiał "szybko znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do domowego budżetu". Racja. Wprowadziłam te zasadę ponieważ uważałam, że 300 zł z pensji młodego chłopaka (bez żony/dziewczyny/dziecka i innych zobowiązań) to nie jest jakieś wielkie obdarcie ze skóry. Tym bardziej, że kiedy Scareface kończył szkołę to w domu się nie przelewało. Mieszkał z nami, korzystał jak każdy z nas z pralki, prądu, gazu, śmiecił tak samo jak my, albo może i więcej. Moje wyjaśnienia, że kiedy mój syn zda maturę, pójdzie do pracy i tak samo będzie się musiał dokładać i pewnie jeszcze opłacać za swoje studia, nie zostały przyjęte z aprobatą. Cóż.

Nikt Scareface'owi nie broni zwrócić się do mamusi (swojej) i tatusia (swojego), babci bądź dziadka o zasponsorowanie kursu prawa jazdy. Mój syn ma tylko mnie i żadni inni sponsorzy nie wchodzą w grę. 

Nie jestem też święta jeśli chodzi o pilnowanie porządku. Po pierwsze nie należę do osób, które kochają się w mieszkaniach - muzeach. Każdy normalny dom musi mieć magiczne krzesełko, na które można rzucić ciuszek, w każdym normalnym domu musi stać w zlewie choć jeden talerz czy miska, i każdy normalny dom musi mieć choć trochę okruchów czy kocich/psich kłaków na dywanie ;-) W domach "sterylnych" boję się siadać na fotel/kanapę, bo jeszcze "ubrudzę". Tak więc mój syn, za przykładem mamusi ma takie krzesełko, ma taki stos talerzy (na biurku) i ma też okruszki/papierki/rachunki na podłodze. Jego pokój jest jednak mały i niestety przechodni. Pierworodny w nim tylko śpi, albowiem całymi dniami zazwyczaj nie ma go w domu - albo harcówka, albo hufiec, albo spotkania z kolegami na mieście, lub organizowanie kolejnych wycieczek dla zuchów bądź harcerzy młodszych, albo jakieś kursy, szkolenia, czy nauka czegoś innego. On na komputer, dom i dziewczyny nie ma czasu. Kiedy próbuję odbijać pretensje o porządku mojego syna, które brzmią: "bo on ma bałagan, a to pokój przechodni i wszystko widać", mojego męża nic nie wzrusza. Na argumenty, że jego najmłodszy syn, Golas prowadził tak porządek w pokoju, że nos od smrodu sam odpadał, Szanowny tylko odbija piłeczkę, że mój syn niedługo będzie robił tak samo...

Może dorabiam dupie uszy i dramatyzuję, ale odkąd urodziłam Pierworodnego założyłam sobie, że stanę na głowie, ale nie dopuszczę do zejścia mojego dziecka na boczne drogi i doprowadzę do jego właściwego wychowania. Czy to się spełniło okaże się w jego samodzielnym, dorosłym życiu. Nie pozwoliłam też nikomu obcemu wtrącać się w zasady jakie zastosowałam, ani żadnej ciotce, ani Bratu, ani tym bardziej Szanownemu, który nie potrafił zapanować nad własnymi synami.

Najgorsze są więc kłótnie o "moje, twoje, nasze". Nigdy żadna ze stron nie będzie miała w pełni racji. Już nie twierdzę, że tylko "mojsza" racja jest na wierzchu, ale widzę ogromną dysproporcję między mną, moim synem, a Szanownym i jego chłopakami. Czy ktoś broni albo zazdrości inwestować w swoje wykształcenie lub zainteresowania? Czy porządek na biurku to jedyny priorytet życiowy człowieka? Czy serio - "wykształcony człowiek nie zostawia brudnych skarpet na podłodze"? - to argumenty mojego męża w stronę mojego syna. A tak na marginesie - odezwał się "czyścioch", który po każdej większej robocie (cięcie, rżnięcie, kiełbasy czy inne oleisto-ogrodowe rzeczy) nie zostawia po sobie widoku sali operacyjnej, tylko wciąż muszę go napominać, że zostawia po pracy krajobraz jak po bitwie...

Najgorsze jest być zależnym od kogoś. Jak mantrę powtarzam słowa mojej Mamy: "umiesz liczyć - licz na siebie". I wiem - jestem zależna mieszkaniowo od mojego męża, bo ten dom nigdy nie będzie mój. Wkładam do głowy mojemu Pierworodnemu, żeby jak najszybciej stąd spieprzał, bo nic tu nigdy jego nie będzie. Mnie w sumie też by się przydało jakieś maleńkie mieszkanko - choćby 20m2, gdzie mogłabym na starość kłaść swoje ciuszki na magicznym krzesełku, a kubeczek na zastawionym książkami stole i nic nikomu do tego. Póki Szanowny żyje jego synowie są grzeczni. Ale kto wie jak będą mnie traktować kiedy mojemu mężowi przyjdzie pora odejść z tego świata? Niby mnie zapewnia, że przecież "cię lubią i krzywdy ci nie zrobią", poza tym "współwłaścicielką będzie nasza Mania więc ona cię nie wyrzuci". Ale nawet w najlepszych rodzinach ludzie ludziom podkładają świnie.

Czasem myślę, że najlepiej żyć samemu. Albo nie - żyć z kotami, najlepiej trzema albo pięcioma :-))))

P.S. Justek - jeśli masz ochotę obedrzeć mnie z historii życiem pisanych - bierz i jedz ile chcesz ;-) Przecież masz już doświadczenie w tym zakresie. Bezcielesna - to również zdanie dla Ciebie :-)   

środa, 03 maja 2017

Nie da się jednak opuścić pola działania, szczególnie gdy ma się głębokie żale do wywalenia. Może blog nie jest najlepszym miejscem na opisywanie historii rodzinnych, ale czasem nie mam z kim pogadać, żeby ktoś zrozumiał paradoksy krążące pomiędzy pokoleniami. 

Czasem rzucę jakiś problem wśród znajomych i moje historie są często odbierane jako "dziwne", "niespotykane", zdarza mi się usłyszeć: "w mojej rodzinie to nie do pomyślenia". Dlatego wiele razy zostaję z przemyśleniami sama.

Otóż - wstydzę się swojej rodziny ze strony Mamy. Mama miała trzy starsze siostry, z których żadna nie jest godna mojego zaufania, przywiązania, czy nawet odwiedzania. A tak - myślcie sobie co chcecie, ale ja też swoją godność mam. 

Ciotka najstarsza - pierwsza córka mojej babci, ma 74 lata. Jest osobą nad wyraz śmiałą, otwartą, która chłonie nowinki i nie boi się ich. Jest antypisem, a w rozmowach politycznych wspiera KOD i nowe, młode twarze. Do tego jest bardzo przemądrzała, wtrynia się w cudze życie, uważa, że zawsze ma rację i wszyscy mają się jej słuchać. Jej dzieci ją akceptują, ale nie podążają za nią. Są dorosłe więc stworzyli własny mikroklimat rodzinny kierując się w stronę tych "lepszych stron mocy", czyli np. swoich teściów. Ciotka swoją agresywną i niezwykle absorbującą postawą zraziła większość rodziny. Mówi, że tylko na koleżankach może polegać, bo one jej do tej pory nie zawiodły. U tej właśnie ciotki mieszka tymczasowo mój Brat.

Ciotka średnia jest samotną, bezdzietną panną. Ma już skończone 70 lat i pod swoją opiekę postanowiła ją wziąć jej starsza siostra (patrz wpis: akapit wyżej). Od lat wszyscy podejrzewają u tej średniej jakieś zaburzenia psychiczne - schizofrenię, bądź inne zmiany mózgu. Ciotka jest więc w pełni kontrolowana w swoim nowym miejscu zamieszkania przez swoją starszą siostrę: nie wolno jej palić papierosów, nie wolno jej wychodzić samej z domu ("bo ucieknie"), dostaje jakieś ziołowe leki bez konsultacji z lekarzem, starsza siostra kontroluje jej sferę życia od świtu do zmierzchu od codziennych czynności po tematy do wspólnych rozmów.

Teraz mała dygresja: ciotka najstarsza pod swoim dachem trzyma mojego Brata i swoją młodszą siostrę.

Ciotka najmłodsza, trzecia w kolejności przyjścia na świat i bezpośrednio starsza od mojej Mamy skończyła w tym roku 70 lat. Ma cukrzycę, męża, psa, ale nie ma dzieci. Kiedyś powiedziała mi, że: "tak głęboka miłość do matki (mając mnie na myśli) nadaje się do leczenia", po tym nasze stosunki już zawsze pozostawały chłodne, a dziś nawet są lodowate.

Każdy coś tam na pewno ma za uszami i nie jestem święta, ani się nie wybielam, ale cieszę się, że nie muszę bywać na ustawianych spotkaniach rodzinnych trzech zwariowanych bab, bo one się po prostu nie odbywają. Każda z nich tworzy (tworzyła) swoją enklawę i w swoim sosie piorą swoje brudy. Widać to najlepiej po dzieciach mojej najstarszej ciotki, które od bardzo dawna nie uczestniczą aktywnie w imieninach, czy wigiliach urządzanych przez ich matkę. Jej dzieci wolą tę "lepszą stronę mocy". Biorąc jednak pod uwagę tradycje "rodzinności" to nic nie przetrwało wśród tych kobiet i nawet dopóki żyła moja babcia one we trzy darły ze sobą koty. Na dzień dzisiejszy babcia nie ma godnego nagrobka. Jest tylko kopczyk z krzyżem i tabliczką, bo każda z nich rzucała na siebie inwektywy z dodatkiem: "a dlaczego to ja mam być inicjatorką i wykonawczynią tego nagrobka?". Przykre.

Nie narzekam, ale gdzieś w środku jest mi przykro. Najbardziej wtedy kiedy z ust innych słyszę jakie mają wsparcie od swoich ciotek, wujków, czy innych kuzynów. Tak, tego wsparcia chyba mi brakuje najbardziej... Kiedy całe życie słyszało się, że "jest się do niczego", że "matka wam nic nie dała" (materializm) frustracja może osiągnąć poziom Himalajów. A kiedy ja obroniłam licencjat usłyszałam od najstarszej ciotki: "e, to nic nie znaczy, to tylko taka lepsza matura", poziom mojego dowartościowania osiągnął jądro ziemi. I znowu mogłam liczyć tylko na głos wsparcia najbliższych i znajomych.

Moja córka czasami ogląda ten durny serial "Trudne sprawy". Wie, że grają tam aktorzy i wszystko jest wyreżyserowane, bo w jej domu bezpośrednio nie zdarzają się takie sytuacje. Ale tłumaczę jej często, że bywają domy, w których tak durne załatwianie spraw jest na porządku dziennym. Sama przechodziłam to jako nastolatka... 

Tagi: rodzina
15:22, sokramka
Link Komentarze (8) »
wtorek, 07 marca 2017

Tak to jest, że kiedy układa nam się na jednej płaszczyźnie życia, to na drugiej powstają jakieś bruzdy. Kiedy w moim przypadku sfera służbowo-małżeńska idzie po jak najlepszej drodze, to kwestie bratersko-synowskie są na ostrzu noża. Jako najbliższa sobie rodzina, tworząc zestawy: mama-syn, siostra-brat, siostrzeniec-wujek, mamy ostatnio we wszystkich dziedzinach na pieńku. I nie uważam się wcale za ogniwo najbardziej poszkodowane w tym zestawie, bo też mam swój udział w tych sporach. Nasze ambicje, potrzeby i priorytety mijają się wielce, ale nie da się żyć tak, żeby osoby A i B robiły tak samo jak osoba C. To nielogiczne. Zresztą moja Mama zawsze mnie uczyła, że należy walczyć o swoją niezależność i nie ograniczać jej innym. 

Źle się czuję po takich spornych chwilach i jakkolwiek umiem potem dojść do porozumienia z moim synem, to jakoś z bratem nie i nie walczę już o to porozumienie. Zaczynamy się coraz bardziej rozbiegać. Kiedy jeszcze jakiś czas temu pisałam, że brat to święte więzy krwi i w ogóle, tak dziś nie trzymam się już kurczowo tej maksymy. Choć nasza Mama zawsze nam wpajała: "szanujcie się bo jak mnie zabraknie będziecie mieć tylko siebie". Wiem co miała na myśli mimo tego, że ja mam swoją rodzinę, a i mój brat samotnym człowiekiem nie jest. 

Mama wywodząca się z toksycznego domu, gdzie cztery siostry były na siebie wręcz szczute i nie uczono ich wzajemnej akceptacji, za wszelką cenę chciała stworzyć dom hermetyczny w miłości. Może to był błąd, który zaowocował toksycznym powiązaniem w innym kierunku... Dziś dowiedziałam się, że mój syn też cierpiał, kiedy moja Mama zmarła. Nigdy tak otwarcie nie mówił mi o tym, że babcia była dla niego kimś tak bardzo ważnym... 

Kłótnie są bardzo potrzebne dla oczyszczenia zatęchłej atmosfery, która czasem wytwarza się niechcący powstając przy rutynie, nudzie, zniechęceniu do innych. Ale te kłótnie muszą odbywać się w sposób cywilizowany. Ja na szczęście mam już wiele miesięcy nauki (terapii) kłócenia się i godzenia. Żadnych wyzwisk, żadnego wypominania, tylko merytoryczne argumenty i pragnienia. Wiem, że to czasem trudne, ale można się tego nauczyć. Serio. Mogą nawet czasem lecieć łzy, facet też potrafi płakać, tylko czasem można powiedzieć o jedno niewłaściwe słowo za dużo. I czasem wydłuża to okres powrotu do potencjalnej normalności. 

Tagi: rodzina
18:27, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 grudnia 2016

...będzie inaczej. Ponieważ nigdy nie przepadałam za świątecznym czasem, za tym zgiełkiem, za gonitwą po sklepach za prezentami, za szybkim krojeniem warzyw na sałatkę, wszystko mnie wkurzało. I tak nigdy nie starałam się dostosować do reszty gospodyń ;-) domowych, które myją okna "przed świętami", lepią pierogi - ja już się nalepiłam, już sobie obiecałam, że więcej swoich bolących nadgarstków poświęcać nie będę ;-)

W tym roku Święta wypadają podczas weekendu. Ja pracuję do samego końca, do piątku, tak więc nawet nie będę się szarpać z żadnymi "przygotowaniami". Choinkę jak co roku kupi Szanowny w ostatniej chwili (bo dobra cena) i ubierze ją z Manią. Choinka to symbol świecki, tak jak obdarowywanie się prezentami. Opłatkiem u mnie się nie dzieli od lat, odkąd pamiętam. I też w związku z tym będę miała święty spokój ;-) ponieważ dziadek wiecznie narzekał, że wieczór wigilijny u mnie nie jest taki jak potrzeba. Raczej nie jest taki jakim on by chciał. Wiele razy słyszałam, że nie szanuję tradycji (jakiej tradycji? czyjej? bo nie mojej) Kiedyś też usłyszałam, jak skarżył się przez telefon, że "mu wnuczki do komunii nie puściłam". A czy moja Mania jest jego własnością? Nikomu krzywdy nie robię nie poddając córki indoktrynacji religii katolickiej.

Tak więc spędzimy te trzy dni wolnego od zgiełku czasu we czwórkę. Szanowny, Pierworodny, Mania i ja. No i oczywiście nasze koty :-) Nastawiam się na upieczenie ciast, ale dopiero w niedzielę lub poniedziałek, kiedy nikt do niczego mnie nie będzie gonił. Z rzeczy nie tak słodkich nie będzie żadnego karpia (nikt z nas tej ryby nie lubi), za to przygotujemy z Szanownym dla siebie śledzie w oleju z cebulką. W zeszłym tygodniu mój kochany mąż uwędził zamarynowane trzy tygodnie wcześniej schaby, balerony i kiełbasy. Mamy więc zapas mięsiwa nawet jakby miały być miesiąc zamknięte sklepy ;-)

Co do prezentów to córka dostanie nowy plecak szkolny, o którym marzyła, Szanowny nową, ciepłą bluzę, ja zamarzyłam o nowym zegarku, a Syn mój dostał ode mnie opłacony kurs prawa jazdy :-)

Nie spodziewamy się gości albowiem Była zaprosiła swoich synów z synowymi i wnukami tradycyjnie na pogaduszki świąteczne. U niej jest to zorganizowane z pełną okrasą obrzędów kościoła katolickiego, włączając pasterkę. Tak więc synowie Szanownego chyba nie dadzą rady obskoczyć wszystkich domów ;-)

Fajnie jest czuć wolność, kiedy nic nie trzeba. Kiedy robi się coś z przyjemności, a nie z przymusu. Kiedy czas dla siebie ma być czasem wymarzonym, a nie wypoconym. Nawet jeśli ten czas ma trwać tylko trzy dni.

czwartek, 03 listopada 2016

Po dokonaniu tego wpisu mogę się spodziewać negatywnych komentarzy, ale co mi tam. Do pewnych rzeczy w życiu się dojrzewa, na inne patrzy się po latach ze złamanej perspektywy. Generalnie - człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera. I choćby zapierał się przy jednej opinii przez kilkadziesiąt lat, to zapewne po jakimś czasie odmieni mu się w danym temacie.

Będzie o relacjach rodzinnych pomiędzy mną, moim Synem, a moim Bratem.

Kiedyś popełniłam taki wpis, na końcu którego napisałam, że gdybym miała wybierać pomiędzy moim Bratem, a Szanownym, w sytuacji stresowo, powiedzmy, "rozwodowej", wybrałabym Brata. I teraz, z perspektywy czasu wiem, że to było bardzo błędne stwierdzenie.

Zacznę od tego, że robi się ze mnie indywidualistka większa, aniżeli byłam nią do tej pory. Być może sprawiła to obecna praca, w której się spełniam i czuję się dobrze. Nie będę wahać się użyć stwierdzenia, że czasem bywam "ważna-bagażna". Mam tego świadomość. I być może mam inne spojrzenia na wiele spraw. Może są one skrzywione, nie wiem.

Mój Brat nie ma gdzie mieszkać, koczuje u ciotki na wsi, do mnie przyjeżdża na gotowanie sobie obiadów na trzy dni zapasu oraz zostawia brudy do prania, zabiera czyste. Nie mogę go wziąć do siebie, bo po pierwsze: nie przepada za nim mój Szanowny, po drugie: nie mam wystarczająco miejsca na lokatora, a po trzecie i najważniejsze: mój Brat chyba nie chciałby koczować w takim kołchozie.

Mój indywidualizm objawia się ostatnio skierowaną frustracją właśnie w stronę mojego Brata. Nie umniejsza to mojej siostrzanej miłości do niego (bo to w końcu mój rodzony Brat), ale irytowały mnie jego pewne zachowania. Przyjeżdżał około południa, siedział 5-6 godzin, oglądał filmy, korzystał z internetu, pierdział w krzesło. Takie tam... Niby nic, a jednak na dłuższą metę zaczynało to wkurzać. Do tego wtryniał swój nos w moje decyzje remontowe. Ja to widziałam - przynajmniej tak odbierałam - jako krytykę moich wyborów. "te szafki to byle jakie, ale kran do zlewu spoko", "ja bym sobie takich kontaktów nie kupił, najlepsze to te firmy X". Niby nie powinno być to odbierane jako napaść, ale mnie coś trzaskało w środku.

Do tego mam poważne problemy z Pierworodnym. Małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - i tak dalej. Syn mój repetuje ostatnią klasę technikum, w której miał już w tym roku kalendarzowym zdawać maturę. Do wczoraj siedział w domu, pierdział w krzesło i nie zrobił NIC, żeby zrealizować choć część planu ratującego jego dupę. Czekał. Czekał na termin wizyty w poradni, potem czekał na wynik badań, później czekał na decyzję, marnując kilka dobrych miesięcy na znalezienie choćby najmniej płatnej, ale jakiejś pracy. Uciekły mu chęci do zarobkowania, a nawet już w harcerstwie nie udziela się tak jak dawniej. Nie sprząta, rzadko kiedy sobie pierze (ale pierze) i posiada wymagania: "kup mi książkę", "czy dołożysz mi do nowego telefonu?". Pyskuje. Wypomina. Nie szanuje. Drwi. Szydzi. Dokucza siostrze.

W pewnym momencie nie wytrzymałam i pewnego dnia wywołałam awanturę. Wszelkie próby szukania wsparcia u Brata kończą się od pewnego czasu jego stwierdzeniem: "oboje jesteście siebie warci." Fakt. Być może ma rację, ale ja z wychowywania mojej Mamy nie to pamiętam. Nie umywa się rąk, kiedy ktoś ma jakiś problem "bo mnie to nie dotyczy".

Zaraz ktoś mi napisze: "przecież sama kiedyś pisałaś, że nie lubisz jak Ci się Brat wtrąca w wychowanie Twoich dzieci". Tak! Jak się wtrąca - nie lubię. Nie lubię kiedy ktoś wywraca mój system wychowania do góry nogami i podważa mój autorytet. Ale w sytuacji kiedy osobiście zwracam się o poradę/pomoc od "mężczyzny", o zwrócenie uwagi na chamskie zachowanie dwudziestolatka, oczekuję minimalnego wsparcia od Brata. Nawet Szanowny - świadomie odsunięty przeze mnie 15 lat temu od spraw wychowawczych mojego Syna, potrafi więcej włożyć pomocy w problem kiedy go o to poproszę.

Nie wiem czy zrobiłam się zołzowatą jędzą, ważną "panią biurwą", nie wiem czy przekraczamy aktualnie "trudny wiek" mojego Pierworodnego, czy może przechodzimy z Bratem "kryzysy wieku średniego". W każdym razie Brat teraz przyjeżdża na krótko, pod moją nieobecność, robi sobie żarcie, zabiera czyste rzeczy, po czym zmywa się cichaczem. Oczywiście robi to po ustaleniach z Młodym, który musi być obecny w domu, bo inaczej Brat nie wejdzie.

Najgorsze jest to, że oni jako faceci za moimi plecami dogadują się między sobą. Mój Brat i moj Syn. Doskonale to rozumiem. Chyba mam za dużo mężczyzna na metr kwadratowy mojego życia (to tekst Bezcielesnej ;-)) Chociaż ostatnio Szanowny jest moim prawdziwym przyjacielem, partnerem takim, o jakim tylko mogłabym marzyć. Mimo jego wad nabytych i wrodzonych idzie się z nim dogadać na całej linii. Zaczynamy tworzyć taki magiczny team jak kiedyś moja Mama, ja i mój Brat, kiedy byliśmy nastolatkami... Może to czas przemian? Może to czas jakiegoś nowego rozdziału? Wiem jedno - uświadamiam mojego Syna, że trzymać go do starości nie będę i nie będę płakać kiedy w końcu się wyprowadzi na jakieś "swoje". Marzę o tym od jakiegoś dłuższego czasu. Nie rozumiem matek, które na siłę trzymają swoje dorosłe dzieci, bojąc się, nie wiem: o siebie, o swoją samotność? o niesamodzielność dzieci? Każdy musi zderzyć się z rzeczywistością i jej doświadczyć, bo nie ma innej szkoły życia. Nie ma życia bezproblemowego, bezstresowego.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Jakiś czas temu pisałam o Okularnicy i zaniedbaniach względem jej dziecka. Myszka zainspirowała mnie do pewnych przemyśleń związanych z odpowiedzialnością rodzicielską. Oto moje refleksje:

Wychowywała mnie i mojego Brata tylko Mama. Nasz ojciec nie chciał (nie mógł/nie potrafił) uczestniczyć w tym procesie. Wyniosłam z domu obraz kobiety niezależnej, za wszystko odpowiedzialnej i skazanej na własne decyzje. Mając już swoje dziecko (które także wychowywałam sama) nie dopuszczałam innego scenariusza jak poleganie tylko na sobie i niedopuszczanie facetów do swojego życia.

Oczywiście będąc już matką spotykałam się z facetami, ale nigdy nie marzyłam o byciu "żoną", "piastunką domowego ogniska", nie chciałam być częścią jakiejś układanki. Najważniejsze było dla mnie moje dziecko. Spotykając na swojej drodze Szanownego też myślałam tylko o luźnym związku. On nie miał jeszcze rozwodu, ja własnego lokum, bardzo mi pasował układ na odległość. Kiedy w końcu zamieszkałam z Pierworodnym "na swoim", Szanowny wprowadził się i nagle zobaczyłam, że kręci się po "moim rewirze" jakieś obce ciało ;-) Z przyzwoitości (i w zakochaniu) musiałam przyzwyczaić się do intruza. Dużo mnie kosztowało przestawienie się na model trzyosobowy.

Z przykładów życiowych: to Szanowny wyszedł pierwszy z inicjatywą o wspólnym dziecku, mimo, że sam już miał synów i ja swojego też, to Szanowny zaproponował po kilku latach wspólnych ślub, na którym była już nasza córka, choć ja nie nalegałam, a on miał za sobą jedno nieudane małżeństwo. Widać uznał, że pasujemy do siebie i możemy być czymś więcej niż tylko parą kochanków.

Po latach widzę, że samotne macierzyństwo uczy odporności wobec świństw na tym świecie. Ale SM to nie do końca taka wspaniała perspektywa. Mimo tego, że kobieta będzie całą sobą pokazywać światu, że daje radę. Widziałam to z czasem na przykładzie mojej Mamy. Choć zapewniała mnie, że żadne szurające kapcie nie zakłócą jej miru domowego, to często siedząc samotnie wieczorami zagadywała mojego Brata. Teraz wydaje mi się, że niechcący uszkodziła jego psyche i to dlatego mój Brat wciąż jest sam. Szuka ideału.

Zazdrościłam Bezcielesnej, że tak bez oporów zostawia córkę na weekendy swojemu Byłemu, że nie ma obaw, czy mała będzie dopilnowana, uczesana, nakarmiona. Przyznam, że ze mnie wychodziła zawsze diablica, która najlepiej wiedziała co mojemu dziecku jest potrzebne i że ten "tatuś" nie poradzi sobie w opiece nad dzieckiem.

Duży błąd, chyba niestety wynikający z mojej przeszłości.

Dziecko ma oboje rodziców. Spotyka się plemnik z jajeczkiem - tego nie da się zmienić ;-) I nawet jeśli nie wierzy się w siły przerobowe tatusia czy mamusi, to należy dać szansę na wykazanie się. Oczywiście pomijam fakt rodziców alkoholików, narkomanów, tych co o dzieciach zapominają, zostawiając w domach dziecka.

Co do mojego pasierba, Okularnicy i ich dziecka - to oczywiście Myszka ma dużo racji. Tatuś tez powinien uczestniczyć w walce o dobro dziecka. Nawet jeśli (tak jak mój pasierb) pracuje po 10-12 godzin. Ale przecież weekendy ma wolne. Nie jest Fiutosławem Płodzimierzem i swój rozum ma. Obecność pasierba w życiu małego jest mimo wszystko znacząca, bo tatuś bawi się z synkiem, czasem nakarmi, ale moim zdaniem powinien też wspierać Okularnicę w jej opiece nad ICH WSPÓLNYM, chorym dzieckiem.

Dziś mam zgoła inne podejście do życia z chłopem. Dużo się nauczyłam i uczę nadal. Dawno temu już Czubaszkowa pisała, że faceta nie da się zmienić. Typ jest do zaakceptowania, albo...zmiany modelu ;-) Ale przecież to samo działa w drugą stronę - kobiet też się nie da tak łatwo zmienić. Poza tym: nobody's perfect ;-)

Mój pasierb popełnia wiele błędów, ale jest trochę bystrzejszy od matki swojego dziecka. Powinien więc wziąć odpowiedzialność za ich oboje: dziecko i jego matkę. Myślę, że wtedy - angażując się w realne kłopoty, mogliby pomóc temu małemu powoli wychodzić na prostą. Nadmienię, że czeka chłopca kolejna operacja rozszczepu, rehabilitacja oraz wzmożona opieka intelektualna (mały wykazuje objawy opóźnienia umysłowego).

Chłopy - bierzcie się do roboty, a baby - poluzujcie trochę cugle i dajcie im się wykazać ;-) Nie wiem czy zdołałam w pełni przekazać o co mi chodziło, ale ogólnie życie ludzkie jest porąbane ;-) Koty mają łatwiej :-)))))


poniedziałek, 20 czerwca 2016

Już niedługo wakacje, wakacje.... Miałam w czasie weekendu ostatni zjazd. Luzik mnie ogarnął, bo to tylko formalności: wpisy i drobne zaliczenia. Żadnych egzaminów, stresów i nerwów. Niestety nie wszyscy wykładowcy byli dostępni od ręki ;-) miałam więc dłuższą przerwę w ciągu dnia sobotniego. Postanowiłam wybrać się do dawno nie widzianej koleżanki na kawę. Po drodze miło było spotkać Bezcielesną z Wiertką: dziewczyny miały w planach sadzenie kwiatków na balkonie. Podziwiam - to zupełnie nie moja bajka :-D

Późnym popołudniem dojechałam do domu. Wcześniej zostałam uprzedzona przez Szanownego, że przyjechali teściowie mojego pasierba, Scareface'a. W sumie miałam pierwszą, większą możliwość poznania tych ludzi, bo na ślubie młodych byliśmy tylko z daleka i na "dzień dobry". Teraz postanowiłam podejść do towarzystwa, uścisnąć rękę i spróbować zamienić kilka słów. Po kilku minutach okazało się, że niestety jest to zbyt duże zderzenie różnych kultur i nie ma sensu, żebym przesiadywała w tym towarzystwie. Po pierwsze: na stole obok potraw z grilla znalazła się wódka. Nie znoszę jej, a wiadomo - większość małomiasteczkowej społeczności nie wyobraża sobie imprezy bez wódki. Po drugie - tematy jakie próbowali narzucać goście to przede wszystkim krytyka świata ich otaczającego i ciągłe pretensje jak to im jest źle. No i po trzecie - to zatwardziałe Pisiorki. O tym, jak zbawienne jest 500+ oraz przyszłościowy program Mieszkanie+ nie chciałam juz słuchać. Za to Szanowny z chęcią został i zachęcony tematem przekomarzał się z nimi ostro.

Tak na marginesie wspomnę, że ja już dawno wiem, że PIS to nie partia, to stan umysłu. Tak jest tez w przypadku rodziny żony mojego pasierba. To zderzenie dwóch różnych kultur. Kiedy na stwierdzenie mojego męża, że nigdy, ale to nigdy nie zagłosowałby na partię jaśnie panującego prezesa, matka żony pasierba z wyrzutem zapytała: a na co? może na PO? I nawet próba wyjaśnienia im, że przecież w parlamencie nie ma tylko tych dwóch partii, że są inne opcje, nie przyniosła żadnego efektu. Oni mają wbite do głowy przez księdza z ambony, że PO jest złem, a PIS jest rycerzem zbawiennym na białym koniu. Oni nie rozumieją zasad ekonomii, że na 500+ komuś trzeba zabrać, że to nie są pieniądze z nieba, że Polska w ruinie, to dopiero będzie, jak Pisiory wydoją z budżetu wszystko co się da. Takie rzeczy są niezrozumiałe dla tej małomiasteczkowej społeczności. Rozmowa się nie kleiła.

W niedzielę była powtórka z uczelni - szybkie zaliczenia i wpisy. Potem małe przemeblowanie w domu. Postanowiliśmy poprzestawiać trochę meble w Mani pokoju. Właściwie to była moja inicjatywa, a Szanowny mi prężnie asystował ;-)

Podczas obiadu jaki żona mojego pasierba przygotowała dla swoich rodziców usłyszałam ze swojej kuchni podwórkowe rozmowy. Były to opinie o pierwszej synowej mojego męża. Okularnica niestety ma problemy z wejściem w rolę matki. Pisałam o tym jak ciężko jej się zajmować Małym, jak wiele błędów popełnia i jakie są tego konsekwencje. Blondyna, druga synowa mojego męża stwierdziła, że tej pierwszej nienawidzi, bo jak można tak zaniedbać opiekę nad dzieckiem. W sumie to nie moje małpy i nie mój cyrk, ale uważam, że zamiast wyrzucać z siebie krytykę, może należałoby tej pierwszej dziewczynie jakoś pomóc? Zapytać z czym sobie nie radzi. Z takich właśnie nieporozumień wynikają późniejsze, dalekosiężne antypatie rodzinne. Wiem też, że SS czyli była żona Szanownego również ma pretensje do synowej i nie pochwala formy opieki nad swoim wnukiem. Ale żeby wspomóc - nie robi nic.

Cóż, takie życie.

Dziś zastał nas deszcz, dobrze, bo nie jestem zwolenniczką upałów, jak zresztą większość już wie. Poza tym ziemia też potrzebuje pić.

Miłego poniedziałku!

 
1 , 2