Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: zainteresowania

niedziela, 12 marca 2017

Jak już kiedyś pisałam: Mania moja uczy się grać na gitarze. Nie ma oczywiście w tym nic dziwnego ponieważ wiele dzieci chodzi na różne dodatkowe zajęcia. Ale moja córka zapragnęła czegoś więcej: otóż zamarzyła jej się gra na keyboardzie i nauka gry na pianinie. Jakiś czas temu spotkałam się z koleżanką i w luźniej rozmowie wyszło pragnienie mojej Mani. Koleżanka napomknęła, że jej brat chce sprzedać używany keyboard za cenę, za jaką nabył go w UK. Po przeliczeniu na złotówki okazało się, że to wcale nie tak dużo. Keyboard ma wiele funkcji, jest w pełni sprawny i jako instrument do nauki gry na pianinie doskonale się do tego nadaje. Kupiłam więc. 

To było już jakiś miesiąc temu. Instrument najpierw musiał być przeze mnie przetestowany, znam bowiem układ nut na klawiaturze i pamiętam jeszcze kilka utworów ze szkoły średniej. Chodziłam do liceum dla przyszłych nauczycielek - przedszkolanek. Lekcje gry na instrumencie miałam obowiązkowe. 

Tak więc w ciągu tego miesiąca z hakiem moja Mania zdążyła nauczyć się (ze słuchu) "Ody do radości" Bethovena, prostych linii melodycznych w typie: "happy birthday to you", "wlazł kotek na płotek" i parę innych. Ściągnęłam jej z internetu nuty na utwór Beethovena "Do Elizy", który na dzień dzisiejszy gra na dwie ręce, wolno i tylko ten podstawowy motyw, ale gra! Do tego uczę ją czytania nut - gdzie i jaka nuta odpowiada położeniu na klawiaturze oraz jak długo się ją gra. Obie czerpiemy z tego niezłą zabawę.

Kiedy jednak spytałam ją o naukę taką profesjonalną, na lekcjach płatnych, gdzieś w klubie, szkole muzycznej, stanowczo odmówiła. Powiedziała, że woli jak uczy się w domu, ze mną. Nawet zrezygnowała z lekcji gry na gitarze w szkole i sięga po instrument tylko jak jestem w domu i może mnie podpytać czy dobrze wykonuje utwory. 

Zainteresowania mojej córki kłócą się z ogólnie przyjętymi stereotypami. Ponieważ Mania ma umysł ścisły, doskonale radzi sobie z matematyką oraz przyrodą. Odrabianie lekcji z zakresu języka polskiego oraz historii to dla niej kara. Zawsze muszę jej w tym pomagać i siedzieć przy lekcjach. Z prac klasowych z matematyki i przyrody przynosi czwórki, piątki, z polskiego i historii: trójki, czwórki, zdarzyły się też dwójki i jedna pała. 

Słuch moje dziewczę ma, słyszy melodię, potrafi ją odtworzyć, wyczucie rytmu też. Na razie chęci również są i to chyba jest najważniejsze. Jak potoczy się dalej jej zainteresowanie muzyką nie wnikam i tym bardziej nie naciskam. Rozmawiam, pytam. Mania chce być informatykiem (!). Chce chodzić do technikum informatycznego i projektować strony internetowe. Całkiem konkretne plany ;-) Jak to się jednak ułoży - zobaczymy z czasem...

wtorek, 25 października 2016

Dużo pracy, dużo zajęć, mało czasu, wszystko w biegu, ale tak ma być, ja to lubię. Zasadniczo wpis ma być o mojej córce, która rozwija się jak motyl, szukając nowych zainteresowań i hobby, które ją pochłonie.

Od miesiąca chodzi na zajęcia nauki gry na gitarze. Spotkania są raz w tygodniu w jej szkole, zaraz po zakończeniu godzin lekcyjnych. Początkowo na lekcje zaproszone były wszystkie chętne dzieci i było ich mnóstwo. Pierwsze dwie lekcje były darmowe. Ale kiedy pan prowadzący rozdał umowy do podpisania przez rodziców, liczba dzieci drastycznie się zmieniła. No bo przecież nie ma nic za darmo ;-) Ja zapłaciłam, bo zobaczyłam w Mani siebie. Swoją pierwszą i jedyną gitarę kupiłam sobie z oszczędności od rosjan, kiedy w Warszawie, na stadionie kwitł jeszcze niezły handel ;-) Gry uczyła mnie koleżanka mniej więcej kiedy miałam 16-17 lat. Obgryzałam wtedy pazury i było to niezwykle wygodne, kiedy uczyłam się cisnąć struny do progów. Potem doszły papierochy i tanie piwo. Na podwórku kamienicy, w której mieszkałam, wśród dobrych znajomych i ze swoim pierwszym chłopakiem urządzaliśmy wieczorki muzyczne, które krytykowane były przez sąsiadów. Potem w wieku 21 lat urodziłam Pierworodnego i moje ręce zaczęły obejmować małego chłopca, a nie gryf gitary.

Gitara była przeze mnie malowana, ozdabiana wypalaniem wzorów lutownicą ;-) aż nastał jej kres, kiedy to gryf pękł i z żalem oddałam ją Szanownemu na opał :-(

Mój Syn miłość do gitary poczuł w harcerstwie. Mimo tego, że słoń mu na ucho nadepnął ;-) radził sobie nieźle i nauczył się wygrywać parę drobnych akordów. W zeszłym roku pożyczył od kumpla gitarę, z której ten pierwszy nie korzystał w ogóle i za "opiekę" nad sprzętem pozwolił mojemu Synowi potrzymać ją dłużej ;-) Teraz Mania ćwiczy na niej swoje pierwsze kroki gitarowe. Jest podobno w tym niezła, pan ją chwali i ja mogę się pochwalić, że ma słuch. Nie śpiewa, bo się wstydzi, ale czasem gdzieś tam w tle, słyszę jak nuci cichutko swoje ulubione utwory... Ładnie to robi.

W planach mam kupienie jej używanej, taniej gitary, żeby poczuła to na 100%. Kiedy zobaczę, że zajęcia stają się jej pasją zainwestuję w nowy, dobry sprzęt. Na razie obserwuję jak rośnie mi mała, domowa Lita Ford ;-) Długie blond włosy już ma, gitarę ćwiczy, tylko partnera do śpiewania jej brak :-)

piątek, 17 czerwca 2016

Nie umiem żyć bez muzyki. Podkreślam to wiele razy, że dla mnie stacja radiowa, teledysk, wykonawca, historia utworu ma ogromne znaczenie. Nie umiem jak część ludzi słuchać, aby słuchać. Taki jest mój Szanowny. Jeśli coś mu wpadnie w ucho, jest fajnie, ale przeminie moda na daną piosenkę i szybko o niej zapomina. A ja inaczej. Mam zapełnioną pamięć karty w telefonie mnóstwem pozycji. Wszystkie są pogrupowane: rock, po polsku, instrumentalnie, muzyka z filmów, poważnie, tanecznie (nawet ;-)) Trochę mi przykro, że w temacie nowości z mojej półki muzycznej nie mam z kim dyskutować. Z Szanownym jest kilka płaszczyzn, w których świetnie się dogadujemy, ale akurat muzycznie do siebie nie pasujemy. Muzycznie pasuje do mnie mój Pierworodny. Wyszkoliłam go muzyką puszczaną w aucie he he ;-) ale on nie przywiązuje wagi do szczegółów. Lubi słuchać tego co ja, ale nic ponad to.

Lubię też odgrzebywać nostalgicznie stare przeboje, albo wnikać, wgryzać się co to za utwór w tej reklamie/czołówce programu. Lubię czytać biografie muzyków, ich historie dotarcia na szczyty, lubię też sprawdzać artystę na żywo, co pozwala potwierdzić lub wykluczyć jego talent ;-) Ostatnio bawiłam się w szukanie utworów z dżingli radiowych. Głównie zapamiętanych z programu III. Co do poziomu tej stacji nie będę się wypowiadać, bo najnormalniej w świecie jestem wkurzona co tam sie w tej trójce ostatnio dzieje. Ale mu tu o muzyce.

Kto słuchał LP pr. III ten zapewne poniższy dżingiel rozpozna bez wahania ;-)

Kolejnym znaleziskiem archeologicznym ;-) jest trwający 14 min fenomenalny utwór "Children of Sanchez" Chucka Mangione. W późnych latach 70ych kawałek trwający od 3,40 wykorzystywany był do czołówki programu "Kalejdoskop kino-oko". Utkwiła mi czołówka z powodu wielkiego oka na ekranie w czasie rozpoczynania programu ;-) ale polecam przesłuchać cały utwór. Jest genialny!


Wracając do nowości mamy w tym roku na rynku kolejny, jedenasty album Papryczek. Kto wie - ten wie, a kto nie wie to wspominam Red Hot Chilli Peppers. Przesłuchuję właśnie kawałek po kawałku i.... jak zwykle się nie zawiodłam. Album przewspaniały. A basy w wykonaniu Flea są jak miód na moje serce. Zresztą posłuchajcie sami:

Staram się sobie "umuzyczniać" życie jak tylko mogę, ale czasem się nie da. Mój mąż nie rozumie, kiedy mam słuchawki w uszach i akurat w TEJ chwili nie mogę odpowiedzieć na jego pytanie. Przecież muzyka potrwa mniej więcej trzy minuty i się skończy, może więc poczekać :-P

Wstaję rano - włączam radio, ostatnio się wkurzam, bo w kuchni coś sygnał zanika. Muszę pomyśleć o lepszej antenie ;-) Wracam po pracy - włączam radio.

P.S. Bromm - chciałam Ci podziękować za odkurzenie Berdien Stenberg. W zasadzie dzięki Tobie powstał dzisiejszy wpis :-)

Miłego, muzycznego dnia!!

czwartek, 15 stycznia 2015

Osobistej? Może i nie do końca, chociaż klnę jak szewc i strasznie mi z tym głupio, ale chuj z tym ;) 

Chodzi mi raczej o kulturę upiększającą. Taką, którą sama sobie kiedyś serwowałam (teatr, kino, koncerty w warszawskiej stodole), a potem gdy nagle zabrakło na to funduszy, zaczęła mi sponsorować ciocia. Ciocia jednak już po siedemdziesiątce i sama przysiadła trochę w fotelu. 

Próbuję nadrabiać trochę zaległości znanymi sobie sposobami. Ostatnio zauważyłam, że czytam 3-4 książki w miesiącu, a 2 to na pewno. Teraz zakuwam więc literatura dla przyjemności odstawiona na bok. Filmy oglądam w internecie, najczęściej wieczorami, na kompie, kiedy Szanowny zaśnie przy jakiejś marnej produkcji telewizyjnej. BTW, dzięki Bezcielesna za przypomnienie "Rzezi" Polańskiego. Nareszcie obejrzałam to fantastyczne studium ludzkich emocji ;) 

Jak już jesteśmy w towarzystwie mojej serdecznej koleżanki, to gdyby nie jej zaproszenia, byłabym już totalnym tłumokiem od kultury ;) Dziś miałam tez zaproszenie, ale musiałam rozłożyć na cito maszynę. Złamała się igła, szew trzeba było zrobić, wszystko miało być zgrane w czasie, a nie było :( Do tego znajdując się długo w pozycji siedzącej jakieś dziwne mrowienia nóg mnie złapały. 

Po sesji mam zamiar obejrzeć kilka zaległych pozycji: "Bogowie", "Wilk z Wall Street", "Wielki Liberace", "Papusza" i tak jakoś dzięki postępom cywilizacji mam dostęp do wielu filmów w necie. Gorzej ze spektaklami, ale już się umówiłyśmy z koleżanką z roku, że po sesji natychmiast się odchamiamy i pędzimy do teatru. naszym celem jest "Polityka" w teatrze 6 piętro.

Ale nie tylko to. Wciąż nie mogę trafić z finansami w przedstawienie baletu "Dziadek do orzechów". Bardzo chciałabym zabrać na nie Małą. Ona lubi balet i oglądała ze mną tylko "Jezioro Łabędzie". 

Ostatnio zwróciłam uwagę na słowa Zygmunta Miłoszewskiego po rozdaniu paszportów polityki zwrócone do przedstawicieli najwyższych państwowych urzędów. "Macie niezły tupet, że tu przyszliście". Jacek Żakowski próbował interpretować wypowiedź polskiego pisarza. Ale w jednym miał rację: że kultura w Polsce jest sprawą marginalną. Robi się tyle wywiadów, a panią premier pyta się, czy ją bolą nogi od szpilek... A pytanie o kulturę i sztukę nie pada. 

piątek, 28 listopada 2014

Wiadomo, że muzyka łagodzi obyczaje, tak było jest i będzie. Nie wyobrażam sobie życia bezdźwięcznego, nie wyobrażam sobie poranka bez mojej ukochanej stacji radiowej, nie wyobrażam sobie samochodu bez radia. Nie wyobrażam sobie ciszy. Ciszy się boję.

Mama w dzieciństwie woziła mnie w wózku z radiem tranzystorowym. Potem było uświadamianie celowe, polegające na wspólnym słuchaniu programu trzeciego polskiego radia, Piotra Kaczkowskiego, a w dojrzalszych latach Marka Niedźwieckiego. Z tego okresu pojawiła się miłość do LP pr III (mam komplet płyt wydawanych na dwudziestopięciolecie Listy).

Co do płyt, to ich niestety nie zliczę. Już nie kupuję. Albo ściągam w całości, albo wybrane utwory, które zapadły mi w pamięć. Zapaść musi mi piosenka kogoś, kogo znam, lubię i cenię, choć nowicjusz znajdzie u mnie uznanie czymś świeżym, dobrym i smacznym. Płyt mam parę set... A teraz jest pora na format mp3 więc gromadzę utwory na nośnikach wielogigowych. Najpszym prezentem dla mnie jest zawsze coś związane z muzyką bądź Thorgalem ;)

Gram na gitarze, choć już nieaktywnie, palce już nie te i gitara poszła do pieca, gryf pękł.

Gram na pianinie, choć już nieaktywnie, palce już nie te i takiego sprzętu w domu nie mam.

Nie słucham rytmu, melodii, słucham całego utworu. Potrafię nucić utwór drugim głosem (R.E.M. "Losing My Religion", David Bowie "Absolute Beginners") Potrafię wychwycić uchem dźwięk świszczącej struny pod wpływem prowadzonego po niej palca, uwielbiam bębny, te prawdziwe z klasycznych perkusji. Muszę wiedzieć o czym śpiewają, czego dotyczy utwór i co autor chciał mi przekazać. To Mama pierwsza uświadomiła mi, że the Beatles śpiewają o polu truskawkowym ;)

Lubię tez wiedzieć, czy utwór jest autorski czy jest coverem. Czy macie pojęcie, że śpiewany przez Lenny'ego Kravitza utwór "American Woman" należy do Guess Who? A piosenka wykonywana przez Limp Bizkit "Behind blue eyes" to własność zespołu The Who ;) 

Mam w domu kilka biografii muzycznych. Najukochańszym artystą jest dla mnie Freddie Mercury. Mam to szczęście, że mój Pierworodny urodził się tego samego dnia co Freddie :) 

Wiele jest utworów, o których wiem, ze są coverami, a gimbaza i ludzie, którzy nie chcą wiedzieć, zachwyca się nimi jak nowościami. Piosenka "Everlasting love" miała bodaj pięć podejść do rynku muzycznego. Mierzyła się z nią m.in. Sandra w 1987 roku oraz Gloria Estefan w 1995 roku. Ta ostatnia wersja doprowadza mój żołądek do wywrotów niekontrolowanych. No cóż, ale nie każdy musi kochać rock&roll ;)

Czego słucham: 

Aerosmith, Alice in Chains, Annie Lennox, Archive, Arctic Monkeys, Audioslave, Black Sabbath, Billy Idol,  Creed, Editors, Damn Yankees, Guns n' Roses, Hole, Heart, INXS, Jimmy Hendrix, Kavinsky, Lenny Kravitz, 4 Lyn, Limp Bizkit, Marillion, Massive Attack, Freddy Mercury, Queen, Motley Crue, Metallica, Nirvana, Pearl Jam, Phil Collins, Poison, Radiohead, Rolling Stones, Rush, Sheryl Crow, Simply Red, Simple Minds, Suzanne Vega, Stone Temple Pilots, Tom Petty, Whitesnake, AC/DC, David Bowie, Mike Oldfield, Paul Young, Peter Murphy, Talk Talk, Ultravox, The Stranglers, Daft Pank, Depeche Mode, Faith No More, Rammstein, U2, Van Halen, Accept, Apocalyptica, Beaste Boys, Deep Purple, Foo Fighters, Gorillaz, Iron Maiden, Joy Division, Kid Rock, Korn, Muse, Placebo, Smashing Pumpkins, Skunk Anansie, Sisters of Mercy, Soundgarden, The Cure, The Kinks, The Offspring, itepe, itede..... można tak w nieskończoność.

Polska muzyka również kipi od dobrych artystów, tylko nie takich jak Ewa Farna, nie uwłaczając Ewie, bo dziewczyna też swoich fanów ma, m.in. w osobie mojej córki ;) Zachwycam się wciąż panującym Heyem, wciąż słucham Waglewskich, czekam na nowego Tomka Lipińskiego, a Tomka Lipnickiego kocham za Lipali i Illusion. A widzieliście dokonania Arka Jakubika i jego projekt Dr. Misio? To jest dopiero czad! Polecam.

Musze poznać najnowszy krążek Pink Floyd i posłuchać AC/DC. Zobaczcie na tych dziadków, na ich siwe włosy, na ich zmarszczki i brak sił. Ale krzepa jest, moc i miłość do muzyki też. Aż się chce pracować, gnać do przodu ;)


niedziela, 19 października 2014

Od kilku dni obserwuję informacje na temat powrotu Miasteczka Twin Peaks na ekrany telewizji. Przyznam, że jestem tym pomysłem zachwycona. Jako fanka serialu z lat 90ych czekam niecierpliwie jak zostanie przedstawiony schemat dziewięciu odcinków, planowany na rok 2016. Wiadomym jest, że część aktorów z głównej serii nie ma już wśród żywych, ale pozostała część żyje.

„Sowy nie są tym czym się wydają” wisiało u mnie na prowizorycznej tablicy „korkowej”, wykonanej z tafli styropianu, który załatwiła mi Mama, wiedząc, że nie mam żadnego miejsca na przyczepianie plakatów, sentencji, moich rysunków itepe. Mama serial oglądała razem ze mną, w ten sposób strach, który wynikał ze scen z udziałem np. Boba znikał, gdyż razem z Mamą tłumaczyłyśmy sobie ich sens.

Byłam wtedy nastolatką. Każdy odcinek serialu wzbudzał u mnie ciekawość i podziw dla kunsztu Davida Lyncha. Zresztą będąc starszą starałam się oglądać większość jego filmów. Widzieliście „Mulholland Drive”? Dla mnie bomba. „Blue Velvet”, „Dzikość serca” no i fenomenalna „Diuna”. Pożyczyłam kiedyś od koleżanki „Sekretny dziennik Laury Palmer” do przeczytania, napisany został przez córkę Davida Lyncha. Niestety nie mam w zbiorach, ale jako informacja książkowa wnosi trochę wartości dla fanów serii.


Laura Palmer powiedziała do Agenta Coopera: „widzimy się za 25 lat”. Te 25 lat właśnie mija i ciekawa jestem gdzie się spotkają? Może to czas, aby Cooper w końcu wydostał się z Czarnej Chaty? W końcu Bob w ostatnim odcinku opanował jego ciało ;)


niedziela, 15 czerwca 2014

Jestem zadowolona z utworzonego projektu Sound Tropez. Głos Jacka Rozenka doskonale pasuje mi do obrazu Thorgala, a Sonia Bohosiewicz w roli Slivii jest wyśmienita. Choć nie jestem zwolenniczką audiobooków to owa realizacja wyszła znakomicie ;) Narracja, która de facto nie istnieje w komiksie, jest dla mnie zadowalająca. Opisuje treść komiksu w bardzo dokładny sposób. 
Czekam na pozostałe realizacje :)
wtorek, 06 maja 2014

Nie, nie będzie o moich doznaniach wodnych, choć biorąc pod uwagę osobiste dolegliwości kręgosłupa przydałoby się, ale będzie o przeżyciach Małej.

Od zawsze próbowałam zainteresować moje dzieci jakimiś ścieżkami, którymi później same podążałyby w ramach pasji. U Młodego jest to harcerstwo od I klasy s.p. u Młodej chyba będzie pływanie. Piszę „chyba” bo zainteresowania na razie są w powijakach i trzeba czasu, żeby w końcu dziewczyna się przyzwyczaiła do konsekwencji. Jak chodziła z zapałem na plastykę do osiedlowego klubu w zerówce, to po kilku miesiącach jej się znudziło. Przepisana na rysunek na sztaludze po jakimś czasie zrezygnowała. Chciała chodzić na balet, ale sorry… z jej tuszą i skłonnościami do pączkowatego wyglądu… Delikatnie jej to wyperswadowałam.

W końcu ten basen. Nigdy nie narzucałam swoim dzieciom zajęć, zawsze wychodziły z inicjatywą same, choć przyznam, że naprowadzałam je na różne ścieżki zainteresowań. Do częstszych wizyt basenowych Mała przymierzała się już od jakiegoś czasu. Prosiła mnie o wspólną wyprawę, męczyła tatusia, brata i zawsze cieszyła się na nadejście wtorku (w te dni II klasy mają obowiązkowe zajęcia na basenie). W końcu zapytałam się jednego z instruktorów czy są w tym ośrodku basenowym organizowane jakieś zajęcia dodatkowe dla chętnych dzieci. Okazało się, że właśnie ów instruktor prowadzi szkółkę pływacką, gdzie aktualnie przychodzą do niego cztery dziewczynki w wieku 11-13 lat. Zajęcia ma raz na tydzień, w poniedziałki i serdecznie zaprasza. Oczywiście to kosztuje.

Poszłyśmy więc wczoraj pierwszy raz na te dodatkowe zajęcia i mimo, że instruktor przegonił moją Małą po basenach, z deską, bez deski, na brzuchu, na plecach i mimo, że wyraźnie Mała odstaje od tamtej czwórki, była zachwycona i żałowała, że to tylko jeden raz w tygodniu.

Później zamieniłam z panem słówko na temat córki i dowiedziałam się, że ona dobrze sobie radzi i zapewne po kilku spotkaniach dużo się nauczy i nadrobi za starszymi dziewczynami. Ponoć jest też osobna sekcja pływacka dla młodzieży (he he moje dziecko ma dopiero 8 lat) i pan instruktor powiedział, że jak Mała sobie będzie dobrze radzić to można ją tam „wepchnąć”, z tym że zajęcia/treningi odbywałyby się wtedy już codziennie, bez przebaczenia.

Mam nadzieję, że wytrwa. Chciałabym, żeby znalazła sobie coś takiego, co będzie zajmować jej zbędny czas poza lekcjami. Żeby nie włóczyła się po osiedlu, nie zadawała z podejrzanym towarzystwem. No jak każda normalna matka chcę najlepiej. 

czwartek, 22 sierpnia 2013

Banan na twarzy pojawia się zawsze kiedy mogę podziwiać swoje twory szyciowe. Dostałam zamówienie na uszycie worka na kapcie. Wczoraj zakupiłam w pasmanterii niezbędne dodatki. Byłam nawet w szmateksie, żeby wyszukać odpowiedni materiał do aplikacji. Udało się. 

Zdjęć na razie nie wstawię. Szanownego notebook nie posiada programu do obróbki fotek. Może uda mi się przemycić gdzieś, kiedyś. Worek pojedzie sobie za Miasto. 

Do tego dostałam zlecenie podszycia zasłonek do klasy mojej córki. Koleżanka zakupiła materiał, a ja mam pociąć go na cztery, obszyć i zaopatrzyć w taśmę. Znowu banan na twarzy. Maszyna do szycia furka. 

No i na koniec niespodzianka dla samej siebie - szyję sobie torbę z dżinsu, materiał w spadku po teściu, który już aktywnym krawcem nie jest. Co mi wyjdzie z tego - zobaczymy. Robię to pierwszy raz: i pomysł i wykrój i wykonanie. Mam nadzieję, że torba będzie wyględna. 

Do tego Mała zadała mi bobu - wpadła na pomysł stroju karnawałowego (dopiero wakacje, a ona już o lutym myśli )))) Otóż marzy jej się strój Draculary, z modnego ostatnio serialu animowanego dla dziewczynek Monster High. Bohaterów znam, bo obejrzałam z córką kilka odcinków i wiem jak wygląda owa postać. Zobaczymy - do karnawału daleko, jeszcze czas. 

W ramach terapii antydepresyjnej powinnam się chyba zapisać na kurs kroju i szycia ;)))))

niedziela, 18 sierpnia 2013

Dosłownie i w przenośni. Ostatnio padł mi mój osobisty komputer. Kupiłam go zaraz po śmierci mojej Mamy, tak więc koleżka służył mi dobre 5 lat. Kilka miesięcy temu zdechł nam komputer stacjonarny. Oficjalnie należał do mojego Młodego, ale i tak wszyscy z niego korzystali - nikt więcej nie posiadał w domu takiego sprzętu. Teraz korzystam z internetu w telefonie, ale taki system ogranicza moje ruchy w wielu dziedzinach. Bez komputera i udostępnianych do niego możliwości bywam jak bez ręki. Takie czasy. Wpis na blog powstaje na notebooku Szanownego. Nic nie mogę kupić na raty, nie mówiąc już o żywej gotówce. Pracuję na umowę zlecenie i to mnie drastycznie ogranicza. Do tego od stycznia tego roku mam zajęcie komornicze na moim koncie bankowym. Niby nie duża jest kwota do spłacenia, ale dla kogoś kto zarabia średnią krajową to pikuś. Dla kogoś kto bierze tauzena za machanie mopem to wyrzeczenie. 


Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale nie ma gorszej nędzy jak nie ma pieniędzy. Ktoś kto nigdy nie zaznał skrajnej biedy nie zrozumie o czym piszę. To tak jak syty nie zrozumie głodnego. I bawią mnie już te teorie o podniesionym czole, o olewaniu kłopotów, o chodzeniu z wytężoną piersią i robieniu tego co się chce. Ludzie, róbta co chceta we własnym zakresie i nie uczcie mnie życia. To są moje problemy, które piętrzą mi się na łbie i których w tydzień nie rozwiążę. Musiałaby nastać rewolucja na miarę francuskiej, żebym mogła bieg zdarzeń odwrócić o 180 st.  


Mój system wewnętrzny również się zachwiał. Awaria postępuje z dnia na dzień i gdyby nie łapanie się brzytwy, jak tonący, zapewne topiłabym się w bagnie własnych kłopotów. Zaszywam się więc. I znowu dosłownie i w przenośni. Zamykam się w swoim świecie, mało rozmawiam, dużo czytam, niewiele żądam. A dosłownie chcę sobie uszyć torbę dżinsową. Już mam projekt i wykrój niektórych części. To trochę potrwa. Muszę dokupić suwak, bo w zbiorach krawieckich potrzebnego nie posiadam. Do tego dostałam zlecenie od blogowej koleżanki na uszycie worka do przedszkola dla jej córki. Cieszy mnie to, bo jestem komuś potrzebna i zrobię coś co lubię. Wykaże się. Cholernie ambicjonalnie do tego podchodzę. Na sobie mogę eksperymentować, ale dla kogoś musi być tip-top. 


Ostatnio byłam u ciotki poza Miastem. Ciotka ma 70 lat, ale wygląda na 10 mniej. Jest najstarszą siostrą mojej Mamy. Ciotka powiedziała mi, że kocha pieniądze i nie wyobraża sobie bez nich życia, albo takiego życia, w którym musiałaby sobie odmawiać czegokolwiek. Przez ostatnie 25 lat była agentem ubezpieczeniowym. Namawiała mnie na to samo zajęcie. ma znajomości. Ale do tego chyba trzeba mieć predyspozycje. Według mnie ja się do tego nie nadaję. Chociaż niektórzy twierdzą, że świetnie bym sobie poradziła i się w tym odnalazła. Widać ja siebie nie znam - dlatego chciałabym iść na indywidualna terapię poznawczą. 


Młody wrócił z tygodniowej wyprawy nad morze. Nawdychał się jodu, trafił również na dobrą pogodę. Ale jako "syn młynarza" nabawił się czerwonych placków, a skóra schodziła mu przez wiele dni. Potem nawet w Mieście, przy wysokiej temperaturze chodził już tylko w długich spodniach.


Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Miotam się jak idiota po własnych wnętrznościach. Nie mam na siebie sposobu. Na razie muszę wziąć się za naukę do egzaminu poprawkowego. Te studia to jedyny pozytywny epizod jaki mnie motywuje, choć czasem też zastanawiam się nad ich sensem. Ale są jak na razie za darmo więc będę korzystać. Głos rozsądku podpowiada mi wyjścia do ludzi, ale rozglądam się wokół i nie widzę nikogo z kim mogłabym konstruktywnie i z sensem pogadać o dupie maryni. Boję się być odebrana jako toksyczny rozmówca, który wyssie pozytywną energię zostawiając tę marudzącą. 


Ostatnio czytałam artykuł o sprężystości emocjonalnej, o tym, że tego można się nauczyć, że można być odpornym na depresje, cierpienia, agresje, stany lękowe.  Siła wewnętrzna to przekonanie o własnej wartości, o tym, że jesteśmy i reżyserem i aktorem własnego życia. Podobno płaksy, grymaśnicy, obrażalscy, smutasy i maruderzy w dzieciństwie, to kandydaci do wczesnego treningu emocjonalnej sprężystości. Ja byłam obrażalska i wciąż nosiłam na ustach zdanie: "dziękuję, mam u mamy w domu".


Jutro, tj. w poniedziałek muszę podskoczyć do pasmanterii. Chciałabym się tez zobaczyć z Bratem, mam dla niego ogórkową z ukwaszonych przez siebie ogórków. Nie wiem czy do tego dojdzie, bo Brat może być w pracy. Do tego rwie mnie w kostce śródstopia. Coś jakby halluks, ale przecież butów na obcasie nie noszę, wąskich i ciasnych tym bardziej.  Ogólnie posrany ten świat. 


 
1 , 2