Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: nauka

sobota, 24 stycznia 2015

I jak tu się uczyć???

;)

Tagi: koty nauka
12:43, sokramka
Link Komentarze (11) »
środa, 07 stycznia 2015

I zakuwamy. 

Ja - prawo własności intelektualnej, Młody skrobie jakieś obliczenia geodezyjne. Każde w "swojej" izbie, tylko sporadycznie żurawia zapuszczamy na siebie.

Bywają dni, że jak się z nim pokłócę to aż ściany się trzęsą, ale on ma mój charakter. Dobrze, że mamy identyczny gust muzyczny ;)

Tagi: nauka
12:12, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 września 2012

 Zakończone w ostatnią środę prawie dwutygodniowe spotkania dały mi wiele do myślenia. Spotkałam osoby, które mają różne charaktery, potrzeby życiowe, problemy, no a co najważniejsze: różne nastawienie do życia. Jeszcze dwa lata temu być może zachowywałabym się podobnie do niektórych tam obecnych, ale siła własnej woli i wsparcie bliskich mi osób (i tu niespodzianka: nie męża) pozwoliły mi wyjść z głębokiej depresji.

 Dziś się samorealizuję stosując: „małe kroki do sukcesu”, jestem z siebie bardzo zadowolona.

 Pani Asystent rodzinny niestety nie będzie mogła dziś do mnie przyjść. O możliwościach studiowania dowiem się zapewne w przyszłym tygodniu.

 Wczoraj próbowałam załatwić jedną z nurtujących mnie od dwóch tygodni spraw. Mianowicie nie mogłam odebrać swojego świadectwa ukończenia dwuletniego studium o kierunku: Technik Administracji. Znowu do głosu dochodzą zmory z przeszłości: lata nauki przypadały na 2007-2009. Na trzy miesiące przez zakończeniem IV semestru przestałam chodzić na zajęcia a co za tym idzie zaliczać materiał. Zostałam z przysłowiową ręką w nocniku z trzema przedmiotami bez ocen końcowych. Realizując moje małe kroki do sukcesu, po uprzednim telefonie do szkoły, dopisałam się do IV semestru w tym roku i po kolei zaliczałam zaległości. W czerwcu zdałam indeks i oczekiwałam na odbiór świadectwa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mojego świadectwa nie ma.

 Podczas wakacji skupiałam się na poprawce z matematyki. Dopiero teraz zaczęłam drążyć sprawę tajemniczego zaginięcia dokumentu. Okazało się, że mam do zaliczenia jeszcze jeden przedmiot, o którym żadna z pań sekretarek podczas całego IV semestru nie zdołała mi powiedzieć.

 Problem jest do odkręcenia. Nie byłabym sobą, gdybym nie potrafiła znaleźć recepty ;) Napisałam podanie i już wczoraj byłam umówiona z panem dyrektorem szkoły. Dostałam jednak telefon, że pan musiał udać się do lekarza. Spotkanie zatem przesunięte.

 Dziś prace społeczno-użyteczne, jutro piknik kolejarzy zorganizowany z myślą o dzieciach (dostałam zaproszenie od koleżanki), a w niedzielę być może odwiedzę kolejną znajomą, aby przy smaku kawy i świergoleniu naszych dzieci poplotkować trochę o życiu.

 Najbardziej szkoda mi w tym wszystkim mojego męża, odsuwamy się od siebie niezauważalnie. Ja ewoluuję; po stanach depresyjnych i natłoku problemów próbuję wracać do „żywych”. On wciąż stoi w miejscu i chyba mnie nie rozumie. Na moje delikatnie żartobliwe pytanie: „czy jak pójdę na studia nie będzie ci przeszkadzać, że twoja żona może być lepiej wykształcona?” odpowiedział: „a ucz się, uczennico, mógłbym się tylko wkurzyć, gdybyś zaczęła zarabiać lepiej ode mnie”.

 Mam w głowie wątek o oddalaniu się, właśnie z myślą o Szanownym. Na chwilę obecną staram się ignorować jego postępowanie, ale przecież wpis nie tego dotyczył ;)

wtorek, 18 września 2012

 Dziś już nie tak bardzo, ale wczoraj tak. Życie czasem pisze nam różne scenariusze i bywa się raz na wozie, raz pod wozem. Nauczyłam się bycia cierpliwą i konsekwentną w swoich zaplanowanych działaniach. Przynosi to efekty. Takim efektem jest odebrane wczoraj świadectwo dojrzałości. To dla mnie krok milowy, który przekroczyłam, wyznaczając sobie cel. 18 lat przerwy w nauce – od ukończenia L.O. do dziś, a jednak się udało, dałam radę sama przekroczyć tę granicę. Teraz tylko pozostaje mi czekać na telefon od mojego opiekuna rodzinnego. Pani po wczorajszej wiadomości, którą jej osobiście przekazałam, obiecała poszukać w zasobach ofert UE wydziałów, które być może nie będą oczekiwały wygórowanych opłat. Przyjemniej potem wpisać w CV: studentka I roku bla, bla, bla.

 Nie mam dziś zbytnio ochoty pisać. Mam ochotę poszaleć, poskakać, pośpiewać, uśmiechać się do sąsiadów, psów, kotów, nawet wrogów. To jest naprawdę budujące; chce się iść dalej, kiedy coś wychodzi, udaje się, kiedy robi się coś dla siebie z myślą, że zaowocuje to w przyszłości :) 

Tagi: nauka
10:03, sokramka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 02 września 2012

 Wracam do zdrowia, nie lubię chorować. Świadomość, że coś mi umyka za plecami jest nie do zniesienia. Nie umiałabym chyba leżeć w szpitalu tygodniami, gdzieś w głębi duszy mam jakąś dziwną potrzebę kontrolowania świata wokół mnie. „Umiesz liczyć? Licz na siebie” – tak mawiała moja Mama. Może dlatego moja rodzina składa się z osób, które opierają się na mnie, a kiedy ja potrzebuję oparcia nikt nie wie jak się zachować.

 No dobrze, streszczę trochę bo się wiadomości nazbierało. Mój syn dostał awans w strukturach harcerstwa. Można teraz go tytułować: Zastępca Komendanta Szczepu. Młody mówi, że nie jest to jakiś znaczący awans, ot jeden szczebel do góry, za to odpowiedzialności więcej i obowiązków. Ale widzę, że się cieszy, że ma to jednak dla niego znaczenie, ktoś go docenia, naznacza, wyróżnia. To ważne dla szesnastolatka.

 A co z mebelkami? Ano zostały wykonane przez mojego Szanownego – Zdolniachę na specjalne zamówienie dobrej koleżanki, Maliny. Na początku, w trakcie projektu przestraszyła mnie stwierdzeniem: „muszę upchać gdzieś te sześć metrów książek”, ale potem okazało się, że nie taki diabeł straszny. Regaliki wyszły moim zdaniem super. Mąż jest zdolny i uważam, że też nie potrafi wykorzystać swojego potencjału. Większość mebli jakie do tej pory posiadaliśmy (i posiadamy) zostały wykonane przez ręce Szanownego. Regał w dużym pokoju, łóżko ze schodkami dla Małej, biurko, szafka na buty w przedpokoju, nawet łóżka piętrowe dla chłopaków, kiedy byli jeszcze mali. Teraz z racji braku kasy mąż nic nie „produkuje”, ale gdybym miała urządzać sobie kuchnię wiem, że meble chciałabym tylko od niego.

 Jutro zaczyna się rok szkolny. Dla moich dzieci będą to pierwsze klasy: Mała w podstawówce, a Młody w Technikum. Syn ma trochę pietra, ale mam nadzieję, że się odnajdzie, tym bardziej, że do jednej klasy będzie chodził z kolegą z gimnazjum. Książki zamawiałam internetowo. Zaoszczędzę w ten sposób około 150 zł na obu kompletach. Przytrzymałam poprzednie alimenty, a resztę pożyczyłam od teścia. Jak ja marzę o etatowej pracy, też bym chciała jak moje dzieci zaczynać coś od początku września.

 A z domowych przygód: mieliśmy dziś „domową rozpierduchę”. Językiem mało literackim pozwoliłam sobie nazwać rozwalenie w końcu tych ścian po Golasie. Kuchnia nagle stała się ogromna i… pusta. Zagnieżdżona na kilku metrach kwadratowych bez okna, zyskałam dzienne światło i masę przestrzeni, której nie mam jak wykorzystać. Bo co jest potrzebne? P i e n i ą d z e oczywiście, których chroniczny brak doprowadza nas wszystkich na granicę przepaści umysłowej. Ale ma być dobrze i będzie dobrze, innej opcji nie ma.

 Jutro zaczynam dzień od wyprawienia Młodego na 9.00 do Technikum, z Małą zaczynamy o 10.30. Cieszymy się, bo specjalnie przyjedzie Scareface na rozpoczęcie roku swojej siostry. Potem może jakiś skromny grill i tydzień musi płynąć jak zawsze.

wtorek, 21 sierpnia 2012

 Wypadałoby coś napisać. W końcu nikt nie uwierzy, że przez kilka dni z rzędu nic się nie dzieje. Tak to czasem bywa, że z pozoru monotonne dni przynoszą jakieś niespodzianki.

 Taką niespodzianką była niedzielna wizyta Scareface’a. Nie było to absolutnie stresowe, jak wskazuje tytuł wpisu, ale nader przyjemne. Lubimy z mężem jak ten chłopak do domu przyjeżdża. Moja Mała też się cieszy na jego widok, mówi, że to oprócz mojego Młodego jej „ulubiony brat”. Jak się czasem Uszak zjawi w pobliżu to też staje się „ulubionym bratem”, tak to już jest z tymi najmłodszymi siostrami.

 Scareface miał zabrać list polecony, który przyszedł do Golasa z Urzędu Pracy. Zadzwonił przy nas do brata i usłyszał, że tamtemu się nie chce spotykać w sprawie jednego listu – niech starszy brat przeczyta za niego zawartość. Okazało się (o czym później poinformował nas Scareface), że UP wykreślił pana Golasa z szeregów osób zarejestrowanych. Przyczyną było nie stawienie się na wyznaczoną wizytę. Teraz Golas będzie musiał czekać 120 dni na odnowienie się jego statusu osoby bezrobotnej. Na dzień dzisiejszy musi pozostawać w „niebycie”.

 Komentować nie będę, nie warto, po co pisać: „ja wiedziałam, że tak będzie, yhy, yhy”.

 Wrócę może do tytułu wątku, bo mam tak skłębione myśli, ze sama nie wiem już o czym informowałam. Stres otaczał mnie ostatnimi czasy z powodu egzaminu poprawkowego z matematyki. Tak, jak zapewne wiele osób pamięta – mam skończone L.O. bez zaliczonego egzaminu maturalnego. Nigdy do niego nie podeszłam. O szczegółach swojej „kariery szkolnej” pisałam jeszcze na starym, zielonym blogu. Nie uważałam się nigdy za kogoś głupszego od Iksińskiej ani Kociubińskiej, ale na studia nigdy nie miałam parcia, chociaż mojej Mamie marzyła się córka – nauczycielka, wychowawczyni przedszkolna. Teraz po prostu życie wymusiło na mnie uzupełnienia wykształcenia. I jak dobrze pójdzie to znajdą się jeszcze zaoczne studia dofinansowane z UE. Żeby cały ten projekt zakończyć Wielkim Sukcesem.

 W maju mi nie poszło, dwóch punktów zabrakło, żeby wskoczyć na podium. Dość bolesne, ale i dość ciekawe przeżycie tym bardziej, że nie chodziłam na żadne kursy, doszkalania, wykłady. Sama, z listą lektur, siedząc nad arkuszami z poprzednich lat starałam się wczuć w rolę ucznia. Język polski poszedł mi śpiewająco, ale to było proste jak budowa cepa. 80-90% mam w kieszeni. Język angielski również zaliczony na poziomie 50%. Tutaj też pozwolę sobie przyklasnąć –  poszłam na egzamin z wiedzą z lat szkolnych i używaniem języka tylko w postaci prywatnych projektów. No, a naukę w L.O. skończyłam dobre 17 lat temu. Matematyka była jak kara. Ponieważ ja nie lubię się uczyć „na blachę” tylko zawsze wszystko muszę zrozumieć, dołowało mnie patrzenie na cyferki, które nie wiadomo skąd brały się na arkuszach odpowiedzi. Nawet wspaniała strona matematyka.pisz.pl nie pomogła. Ktoś musiał mi w końcu wytłumaczyć: „dlaczego?”. No i przypadkiem znalazłam darmowe korepetycje u emerytowanej matematyczki. Rozjaśniła mi umysł i muszę jej się za to odwdzięczyć.

 Po egzaminie wróciłam do domu i od razu wrzuciłam stronę, na której mogły być dodane wyniki. Siedziałam jak na szpilkach, ale kiedy wskakiwał punkt za punktem wiedziałam, że jest lepiej niż dobrze. Wyniki 13 września. Jeśli panie z OPS pomogą mi znaleźć uczelnię, od października będę chyba studentką. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

 Moja przyjaciółka mówi, że jestem „miszczu”. Pozwolę sobie schować moją skromność do kieszeni i chyba pierwszy raz w życiu zgodzić się z tym stwierdzeniem. Jestem z siebie DUMNA, że postawiłam ten krok, że idę dalej, że robię coś dla siebie, że mimo wszystko się nie poddaję, że CHCĘ. Nie skończyłam studiów za młodu, to skończę je teraz, na naukę nigdy nie jest za późno. Tym bardziej, że strasznie wierzy we mnie mój Młody i przyznam, że jak nikt wspierał mnie przez cały ten czas. Bo ja, tak naprawdę robiłam z tego wielką tajemnicę, wstydziłam się, że nie mam matury, o braku tego egzaminu wiedzieli nieliczni. Mama, brat, mąż, syn, najbliższe przyjaciółki. Podchodząc do niego wiedziałam, ze idę w paszczę lwa. Liczyłam się z porażką, ale mimo potknięcia znalazłam jakąś drogę przejścia przez dżunglę.

  Dziś mam ochotę lenić się do późnego wieczora. Do pracy idę dopiero w czwartek więc jutro śpię do oporu, dopóki mnie córka nie obudzi.

Tagi: nauka pasierb
18:04, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 lipca 2012

 Ta emerytowana nauczycielka matematyki, którą poleciła mi pani z opieki społecznej. Byłam wczoraj u niej na pierwszej lekcji. Na moje oko w wieku ok. 60 lat. Nie jest niepełnosprawna, jak ktoś błędnie mnie poinformował, ma tylko problemy z kręgosłupem, czeka ja operacja wstawienia implantów. Złapałyśmy nawet wspólny temat, bo jeśli u mnie nic się nie zmieni, to na starość też mogą mi grozić implanty.

 Mieszka w małej, komunalnej kamienicy. Mieszkanko jest niewielkie, ale przytulne. Siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy kawę, rozwiązywałyśmy zadania i czasem przeklinałyśmy.

 Pani ma tak fantastyczne podejście do człowieka, że przypomina mi się tylko jedna nauczycielka z dziecinnych lat o takim usposobieniu: moja matematyczka z podstawówki, pani Basia. Ogrom cierpliwości i wyrozumiałość, a jednocześnie możliwie najlepszy sposób przekazania posiadanej wiedzy. To właśnie wspólne cechy łączące te dwie panie.

 Kiedy byłam mała i mieszkałam jeszcze z ojcem, podczas odrabiania lekcji siedział ze mną właśnie on. Nie wiem dlaczego był taki podział ról, miałam przecież lepszy kontakt z mamą. Może to właśnie mama zainicjowała te spotkania przy lekcjach? Żeby się ojciec „wykazał”, albo żeby się ojciec poczuł rodzicem w pełni? W każdym razie ja bardzo nie chciałam siedzieć z nim przy odrabianiu lekcji. Miał taki dziwny, złośliwy stosunek do pracy z dzieckiem.

 Pamiętam jak dziś, właśnie zadaną pracę z matematyki, ojciec siedział nade mną i pytał: „no nie wiesz ile to jest? Pomyśl, to zadanie dla głupków”, kiedy w końcu zgadłam wynik ojciec postanowił mi wbić jeszcze szpileczkę pytając: „a jesteś tego pewna? To na pewno dobry wynik?” miałam mętlik w głowie. Tak było zawsze. Ojciec nigdy mnie nie chwalił, zawsze uważał, że ja powinnam wszystko umieć śpiewająco. Może dlatego w szkole podstawowej byłam przez pewien czas prymuską, żeby nie przesiadywać z ojcem nad lekcjami, a potem rodzice się rozstali, przestał mieć wreszcie nade mną kontrolę, ale o tym już kiedyś pisałam….

 Wracając do emerytowanej matematyczki; nawet przyzwyczajenia ma do dzisiaj nauczycielskie: w moim zeszycie poprawia mi wszystko na czerwono, a jak chce coś podkreślić, albo wytłumaczyć, używa koloru zielonego. Kiedy do niej przyszłam zapytała czy mam poduszki w spodniach, bo ona strasznie krzyczy i bije swoich uczniów. Ma ogromne poczucie humoru. Z czułością wspomina swoich byłych uczniów, nawet tych, którzy już są dorośli – musi posiadać duży autorytet skoro tyle lat ludzie o niej pamiętają.

 No i przede wszystkim nie ma strachu przed brakiem wiedzy u tej pani. Matematyka jest do polubienia, ale trzeba ją zrozumieć, a żeby zrozumieć trzeba pytać. Tutaj każde pytanie, ma odpowiedź. Nie ma głupich pytań, pani jest w stanie odpowiedzieć na każde: „dlaczego”.

 Lubię spotykać na swojej drodze osoby, które mają pasję, są szczere, uśmiechnięte i skromne. Drażnią mnie ludzie (i chyba się boję z nimi obcować), którzy prą do przodu mimo wszystko, a nade wszystko na pierwszym miejscu stawiają własne „ja”. To znaczy obnoszą się ze swoimi działaniami, są aroganccy wobec świata i nieuprzejmi. Być może to naiwne, ale jednak mam więcej znajomych o dużej dawce skromności niż tych, którzy chcą być panami świata.

 Mam nadzieję, że współpraca z tą panią przyniesie oczekiwane skutki.