Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: ojciec

wtorek, 19 listopada 2013

Mam dylemat, który gryzie mnie od dłuższego czasu. Otóż postanowiłam wysłać mojemu ojcu kartkę urodzinową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ze swoim ojcem nie widziałam (i nie słyszałam się) ... ojej, już 20 lat. 

Moi rodzice rozwiedli się kiedy miałam 13 lat. Z domu wyprowadziłam się z Mamą i Rodzonym mając 10. Od czasu wyroku, w którym sąd nakazał regularne widzenia ojca z dziećmi, moje oczy oglądały rodzica zaledwie parę razy. Aż do moich 18 urodzin, kiedy to uchachana tak doniosła chwilą w końcu udało mi się "dorwać tatę" pod blokiem. Po krótkiej rozmowie podekscytowana powiadomiłam go krótko: "tato, a ja skończyłam już 18 lat!", na co mój ojciec odparł: "no i co z tego?". Pojawiły się łzy w moich oczach, coś ścisnęło mi gardło, w jednej chwili przyszła mi do głowy myśl, którą przetworzyłam przez struny głosowe: "wiesz co? nie chcę cię znać, od dziś nie mam ojca, a ty nie masz córki".

Odwróciłam się na pięcie i od tamtej pory mój kontakt z ojcem urwał się. Długo nie mogłam się z tym pogodzić. Długo nie mogłam zrozumieć dlaczego mój ojciec nie chce się ze mną widywać. Pamiętam z dzieciństwa mój wielki respekt przed "tatą", wtedy jeszcze mogłam śmiało wymówić to słowo. Dziś nie mogę go przełknąć i chyba już na zawsze pozostanie dla mnie "ojcem".

Jako mała dziewczynka chyba byłam kochana przez ojca, ale jak próbował okazywać mi uczucia nigdy mu to nie wychodziło. Kiedy przytulał - bolało - był/jest, bo żyje, bardzo wysokim i silnym facetem (syn kowala). Kiedyś siedziałam mu na kolanach, kupił mi nowe spinki do włosów, takie motylki, bujał mnie na tych swoich kolanach, aż w końcu moja głowa niechcący opadła na podłogę uderzając nowymi spinkami. Ozdoby połamały się w drobny mak.

Pamiętam też jak poszedł ze mną na sanki, miałam chyba z sześć lat. Chciał mnie puścić z wysokiej góry, bałam się, a on chciał na siłę zrobić ze mnie odważne dziecko. Puścił mnie mimo protestów. Wystraszona odwracałam się na sankach wołając za tatą, a mój ruch ciała spowodował zmianę toru ruchu sanek. Wylądowałam na drzewie. Miałam rozbity nos. Leciała krew.

Pamiętam jak już w trakcie rozwodu moich rodziców, kiedy jeszcze mieszkaliśmy z nim razem, ojciec buntował mojego małego wówczas Brata (lat 4) słowami: "masz czekoladkę i zjedz sam, nie dawaj siostrze, bo ona jest dla taty niedobra". A ja byłam tylko silnie związana emocjonalnie z Mamą.

Długo tkwiłam w przekonaniu, że mój ojciec dla mnie zmarł. Nienawidziłam go za to, że pobił nasza Mamę, że po złości wsypywał jej sól do butów, wkładał masło, wyłączał budzik i psuł piecyk, żebyśmy nie mieli ciepłej wody jak on wychodził do pracy. Nieżywego nie można tłumaczyć, tym bardziej, że on to robił na trzeźwo. Alkoholika tez można usprawiedliwiać chorobą.

Kiedy mój syn miał 7 lat, postanowiłam zabrać go do rodzinnego miasteczka mojego ojca. Tam jeździłam do babci na wakacje, tam mieszkało moje stryjeczne rodzeństwo. Chciałam pokazać Młodemu grób jego pradziadków, nikt nigdy nie poinformował mnie o śmierci dziadków. Pytając się kiedyś o żałobę w klapie marynarki mojego ojca, otrzymałam odpowiedź, że to nikt dla mnie ważny. Udało mi się również trafić do mieszkania siostry mojego ojca. Ciocia bardzo się ucieszyła z naszej wizyty. Jednak zaraz zadzwoniła do swojego brata i za chwilę oboje wypytywali mnie, po co ja w ogóle tu przyjechałam. Odczułam fałsz. Do tego bacznie mi się przyglądali. Usłyszałam nawet, że pewnie chcę się skontaktować z ojcem, bo mam ochotę na jego mieszkanie.

Rodziny się nie wybiera, rodzinę się ma. Ja mam tylko trzy ciotki ze strony Mamy, ich dzieci, i rodzinę własną, najbliższą. Dlatego ten dylemat - czy mu to wysłać, czy sobie darować. Czy rozdrapywanie ran przyniesie korzyści? czy pogrąży mnie w większej rozterce?

Nie wiem nic o moim ojcu - czy na coś choruje, czy sobie kogoś znalazł. Wiem tylko, że wciąż mieszka w komunalnej kawalerce, z której 28 lat temu wyniosła się nasza Mama zabierając trzy rzeczy: torebkę, córkę i syna. W tym roku ojciec skończy 63 lata.      

poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Ostatnio nudy. Wiosnę już widać za oknem jak stara się wedrzeć w każdą, zaśnieżoną szczelinkę. Szanowny wreszcie posadził pomidorki. Tak jak w zeszłym roku będzie miał swoją małą „plantację”.

 Ale nie o warzywkach miało być. W niedzielę odwiedziłam z Małą Bezcielesną i jej córkę. W zasadzie nie mam przyjaciółek, tylko mnóstwo znajomych, do których mam zaufanie albo nie. Do Bezcielesnej mam. Dziewczynki szybko złapały bakcyla zabawy, a my miałyśmy czas na kawę i plotki. Weszłam na temat jej relacji z Byłym i naprzemiennej opieki nad ich córką. Mając zgoła inne doświadczenie nad wychowywaniem dzieci, do tej pory odnosiłam wrażenie, że moja koleżanka chcąc korzystać ze swojego wolnego czasu podrzuca perfidnie dziecko ojcu, jak kukułka niechciane jajko. Wiem, że moja otwartość i zadawanie pytań wprost często wyjaśnia wiele niedomówień. Tak się stało i tym razem. Doświadczenia jakie Bezcielesna ma w związku z rodzicielstwem wskazują, że jej Były doskonale sprawdza się w roli ojca. To ojciec obcina paznokcie ich córce, to ojciec myje głowę, to w końcu ojciec nie miał problemów z odpieluchowaniem dziecka.

 Moje poglądy diametralnie się więc się zmieniły, sama pochodzę z rodziny, gdzie pierwsze skrzypce grała Mama. O ojcu wypowiadałam się (i wypowiadam nadal) pogardliwie, choć w pewnym stopniu już o nim zapomniałam i wytarłam z pamięci. Dla mnie mój ojciec umarł, choć żyje nadal, gdzieś tam, w swojej samotni. Nawet słowo „tata” nie jest w stanie przejść mi przez gardło, zawsze będzie to mój „ojciec”.

 Wspomnienia o nim mam prawie żadne. Wciąż nieobecny w domu, jako kierowca dużych samochodów wiecznie był w rozjazdach i z dziećmi widywał się podczas weekendów. Przywoził prezenty z Rosji, Czechosłowacji, a ja byłam z Mamą i tylko z nią potrafiłam organizować sobie czas. Potem był jeszcze młodszy brat i to nasza „święta trójca” tworzyła zgrany zespół.

 Ojciec nie umiał się nami cieszyć, kiedy Mama radziła mu wspólny spacer, zabawę, zazwyczaj stawał się wtedy sztywny i niedostępny. Nie umiał przytulać, chwalić, uśmiechał się „na pokaz”. Taki obraz ojca wyniosłam z domu. Ten obraz pogłębił się mocniej, kiedy Mama w końcu postanowiła wziąć z nim rozwód. Miałam 13 lat. Dla dziecka to najgorszy okres w życiu. Widząc swoją najbliższą osobę (Mamę) utożsamiającą się z drugą połową rodziny, na pewno wypaczyłam sobie obraz kobiety – matki, żony, kochanki. Kiedy młoda dziewczyna widzi wbijającą gwoździe w ścianę fest babkę, naprawiającą zepsuty mikser, czy malującą ściany własną matkę, wyobraża sobie zapewne, że tak jest normalnie. Że każda kobieta to potrafi, bo jej Mama tak robi. Do tego „męskiego” wizerunku mojej Mamy brakowało jej tylko prawa jazdy i wykształcenia mechanika. Niestety, lub stety, była krawcową ;)

 Do tego dochodzi zaufanie do drugiej osoby – Bezcielesna mając pełne zaufanie do ojca swojego dziecka, po prostu może bez obaw zostawiać je pod opieką Byłego. Ja nie miałam nigdy zaufania do swojego Szanownego, bo traktował dzieci jak porcelanowe miseczki. Kiedy urodziła się Mała brał ją na ręce tak delikatnie, że bałam się, że mu upadnie. Szanowny do dziś nie umie zajmować się dziećmi w sensie opiekuńczo – wychowawczym. Kiedy wracam wieczorem po zjeździe nasza córka często ma poczochrane włosy, jest ubrana byle jak, albo w ogóle łazi w piżamie, o jedzeniu też można by podyskutować, jak tatuś zgłodnieje to i córka się załapie ;) Dobrze, że Mała ma już 7 lat i umie otwierać lodówkę. Kwestie porządku domowego oraz zasad również są mojemu mężowi obce. Za to nie można odmówić Szanownemu organizacji czasu dla rozrywki. Mąż zawsze znajdzie zajęcie, które nie pozwoli córce siedzieć przed telewizorem. Zawsze będzie jakiś teatrzyk, wycinanki, malowanki, lepienie z plasteliny, budowanie domu z krzeseł, pomaganie przy wypieku ciasta, pomaganie przy drobnych pracach mechanicznych. I chęci są ogromne, nic nie jest sztywne/udawane. O ten czas nie muszę się martwić – dziecko jest emocjonalnie spełnione.

 Ja ze swoim ojcem nie byłam spełniona emocjonalnie. Ten komfort dawała mi Mama. Dziś pewnie jestem kobietą wypaczoną, bo po pierwsze miałam w domu Mamę „z penisem”, a po drugie podświadomie związałam się z mężczyzną, który swoją ogładą i śmiertelnym spokojem, cierpliwością zaimponował mi. Z jakimś „macho” zapewne bym się żarła co dzień, aż do upływu krwi ;)

 I tak sobie po wczorajszym spotkaniu pomyślałam: skoro ja mogłam ufać własnej matce, jak przyjaciółce, skoro mogłam jej ufać jak najlepszemu ojcu, to dlaczego inni nie mogą ufać swoim byłym mężom/żonom, sąsiadom? Przecież spełnienie emocjonalne można znaleźć wszędzie.

czwartek, 19 lipca 2012

 Ta emerytowana nauczycielka matematyki, którą poleciła mi pani z opieki społecznej. Byłam wczoraj u niej na pierwszej lekcji. Na moje oko w wieku ok. 60 lat. Nie jest niepełnosprawna, jak ktoś błędnie mnie poinformował, ma tylko problemy z kręgosłupem, czeka ja operacja wstawienia implantów. Złapałyśmy nawet wspólny temat, bo jeśli u mnie nic się nie zmieni, to na starość też mogą mi grozić implanty.

 Mieszka w małej, komunalnej kamienicy. Mieszkanko jest niewielkie, ale przytulne. Siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy kawę, rozwiązywałyśmy zadania i czasem przeklinałyśmy.

 Pani ma tak fantastyczne podejście do człowieka, że przypomina mi się tylko jedna nauczycielka z dziecinnych lat o takim usposobieniu: moja matematyczka z podstawówki, pani Basia. Ogrom cierpliwości i wyrozumiałość, a jednocześnie możliwie najlepszy sposób przekazania posiadanej wiedzy. To właśnie wspólne cechy łączące te dwie panie.

 Kiedy byłam mała i mieszkałam jeszcze z ojcem, podczas odrabiania lekcji siedział ze mną właśnie on. Nie wiem dlaczego był taki podział ról, miałam przecież lepszy kontakt z mamą. Może to właśnie mama zainicjowała te spotkania przy lekcjach? Żeby się ojciec „wykazał”, albo żeby się ojciec poczuł rodzicem w pełni? W każdym razie ja bardzo nie chciałam siedzieć z nim przy odrabianiu lekcji. Miał taki dziwny, złośliwy stosunek do pracy z dzieckiem.

 Pamiętam jak dziś, właśnie zadaną pracę z matematyki, ojciec siedział nade mną i pytał: „no nie wiesz ile to jest? Pomyśl, to zadanie dla głupków”, kiedy w końcu zgadłam wynik ojciec postanowił mi wbić jeszcze szpileczkę pytając: „a jesteś tego pewna? To na pewno dobry wynik?” miałam mętlik w głowie. Tak było zawsze. Ojciec nigdy mnie nie chwalił, zawsze uważał, że ja powinnam wszystko umieć śpiewająco. Może dlatego w szkole podstawowej byłam przez pewien czas prymuską, żeby nie przesiadywać z ojcem nad lekcjami, a potem rodzice się rozstali, przestał mieć wreszcie nade mną kontrolę, ale o tym już kiedyś pisałam….

 Wracając do emerytowanej matematyczki; nawet przyzwyczajenia ma do dzisiaj nauczycielskie: w moim zeszycie poprawia mi wszystko na czerwono, a jak chce coś podkreślić, albo wytłumaczyć, używa koloru zielonego. Kiedy do niej przyszłam zapytała czy mam poduszki w spodniach, bo ona strasznie krzyczy i bije swoich uczniów. Ma ogromne poczucie humoru. Z czułością wspomina swoich byłych uczniów, nawet tych, którzy już są dorośli – musi posiadać duży autorytet skoro tyle lat ludzie o niej pamiętają.

 No i przede wszystkim nie ma strachu przed brakiem wiedzy u tej pani. Matematyka jest do polubienia, ale trzeba ją zrozumieć, a żeby zrozumieć trzeba pytać. Tutaj każde pytanie, ma odpowiedź. Nie ma głupich pytań, pani jest w stanie odpowiedzieć na każde: „dlaczego”.

 Lubię spotykać na swojej drodze osoby, które mają pasję, są szczere, uśmiechnięte i skromne. Drażnią mnie ludzie (i chyba się boję z nimi obcować), którzy prą do przodu mimo wszystko, a nade wszystko na pierwszym miejscu stawiają własne „ja”. To znaczy obnoszą się ze swoimi działaniami, są aroganccy wobec świata i nieuprzejmi. Być może to naiwne, ale jednak mam więcej znajomych o dużej dawce skromności niż tych, którzy chcą być panami świata.

 Mam nadzieję, że współpraca z tą panią przyniesie oczekiwane skutki.