Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: język polski

czwartek, 04 lipca 2013

Nie jestem ani w fazie żadnego cyklu, ani nie obsrał mnie gołąb. Po prostu mam dziś wisielczy humor i wszystko mnie drażni, albo wkurza. O, nawet wpienia mnie mój ledwo żyjący laptop, który nie ma klawisza do literki „u” i muszę przez to uważać co piszę. W każdym bowiem słowie zdarzyć się może owa literka i wtedy trzeba popatrzeć czy się „wybiła” na monitorze.

To bzdet. A nie bzdetem jest obecna pogoda. Matko jedyna, jak ja nie znoszę takich upałów. Duszę się, głowa mi pęka, nic mi się nie chce, a przecież pracuję fizycznie. Normalnie Sahara w Polsce.

No to sobie ponarzekam, a co, wolno mi. W końcu cóż innego mi zostało przy takiej pogodzie. Cieszyć się będę kiedy indziej jak nadejdą chłodniejsze dni i będzie można skakać.

Moje współpracownice zaczęły powoli wkraczać na tematy blisko – rodzinne. Dziś rozpoczął się sezon pokazywania zdjęć rodzinnych. „Ojej jaki fajny wnusio, a jaka ładna córeczka, jutro przyniosę swoje zdjęcia to wam pokażę”. Ja udaję, że zdjęcia mam tylko w formie elektronicznej, bo chwalić się przybytkiem nie zamierzam. Wiedzą, że jestem zamężna, że mam dzieci, ale gdzie mieszkam i z kim – o tym już nie wspominałam. Do tego usłyszałam dziś całą plejadę słów, które moje uszy kaleczą niemiłosiernie. I nie będą to przekleństwa, bo przyznam, że dziewczyny kulturalne są, wulgaryzmów zbyt wielu nie używają ;)

Przy kolejnym obgadywaniu pracowników budżetówki, w której sprzątamy jedna z moich współpracownic wytoczyła szerokie działo: „ony robiom, idom, majom”, wciąż „włancza”, „przełancza”, „załancza”, kurde, nawet edytor nie chce takich słów przyjmować! ;) Do tego mówi o nas jak o mężczyznach: byliśmy, robiliśmy, posprzątaliśmy. No i dziś usłyszałam o nowym zawodzie: „weteryniarz”, kiedy jej pies zachorował na „parawirozę” to musieli go leczyć u „weteryniarza”.

Cofam się w rozwoju normalnie. Od razu przypomina mi się moja znajoma, która pisała mi o spotkaniu pod „przeczkolem” i „podomiesz” są targi dla dzieci. O mamooooooooooo, ratuj. Uszy więdną. Wiem, może się czepiam, ale nie umiem dostosować się do tego typu rozmów. Nie palę, nie chodzę z nimi na przerwy, nie piję, nie świętuję na alkoholowo imienin, urodzin, w ogóle jestem zdania, że prywatne imprezy powinny odbywać się na prywatnym terenie, a nie w miejscu pracy. Dziwna jestem – wiem.

A propos miejsca pracy – wszystkie te biurwy (cicho, ja też biurwa), które tam siedzą całe osiem godzin, albo przynajmniej sześć, stosują zasadę tzw. „nicnierobienia”. Autentycznie. Są pokoje, w których kobiety czytają książki, biegają po korytarzach z kubkami pełnymi kawy, jest nawet taka pani, która za biurkiem dzierga na drutach. U innej można zobaczyć wspaniały „ogród” na parapecie i ją samą pracującą usilnie nad… nową doniczką. Tak, pani ta w czasie pracy zajmuje się przesadzaniem roślinek. Wczoraj byłyśmy świadkami przemeblowania w jednym z pomieszczeń. Paniom nie podobał się układ biurek, musiały więc sobie wszystko poprzesuwać, aby się „lepiej pracowało”. W zasadzie mogłabym wymienić tylko kilka pokoi, w których praca jest merytorycznie związana z profilem zawodowym tego miejsca. Bo oczywistym jest, że nie będę się chwalić gdzie aktualnie sprzątam. Reszta to obiboki siedzące na załatwionych stołkach przez mężów, braci, siostry i dalsze kuzynostwo.

No to dosyć na dziś narzekania. Muszę jeszcze zrobić jakiś obiad. Młody mój wrócił z trzydniowego wyjazdu i szykuje się na trzytygodniowy obóz harcerski. Jak co roku. Od niedzieli zostanę tylko z córką. No i z pasierbami. No i też z mężem. No i oczywiście z dziadkiem za ścianą.

Kotki rosną. Muszę się nimi w końcu światu pochwalić.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

 Nie jestem ani polonistką, ani specjalistką od poprawności polskiej pisowni czy wymowy. Lubię jednak ładnie, bezbłędnie mówić i pisać po polsku, choć wiem, że na pewno popełniam błędy. Nie krępuje mnie zwracanie mi uwagi przez innych, bo w ten sposób uczę się dalej, poza tym to czysta przyjemność umieć „włączać”, a nie „włanczać”, „wziąć”, a nie „wziąść”. Sama staram się również zwracać uwagę na ładne słowotwórstwo u innych, choć niektórzy są oporni i popełniają błędy z premedytacją mówiąc: ja tak mówię i tego nie zmienię ;)

 Długo nie mogłam wykorzenić z moich chłopaków „włanczania”, ale się udało. „Poszłem” było też dość często używanym przez nich zwrotem. Zarówno mąż jak i jego synowie długo mówili: „tu pisze” i „w każdym bądź razie”, spotkałam się również z wersją: „w każdym mąć razie” na szczęście nie u moich panów. Ale co innego niewiedza, a co innego czyste lenistwo i premedytacja.

 Twory ludzkiego języka są czasem tak dziwaczne, że nie jestem w stanie pojąć ich prawdziwego znaczenia. Z drugiej strony nie oszukujmy się, ale nie stworzono nas do tego, żeby posługiwać się tylko językiem literackim. Mój syn wprowadził ostatnio do domowego słownika wyraz „epickie”. Wszystko u niego jest epickie; epicki film, epicka książka, epicki koncert. To tez potrafi drażnić, ale nie uwolnimy się od ewolucji polskiego języka.

 Czymże jest tytułowy „podomiesz”? Otóż jest tworem, który przyszedł do mnie wczoraj smsem od koleżanki. Nie ukrywam, że musiałam chyba ze dwa razy przeczytać treść wiadomości, żeby w ogóle zrozumieć jej sens. Przytoczę: „czy jutro masz wolne podomiesz sa targi zabawy dla dzieci gratis co ty na to” pisownia oryginalna. Żadnych znaków interpunkcyjnych. Zatkało mnie.

 Komentować nie chcę, bo koleżankę lubię na swój sposób, ale długo nie mogłam pojąć jak takie osoby funkcjonują wśród innych? Przecież to kobieta pracująca za biurkiem, obracająca się w środowisku ludzi na pewno wykształconych. Musi w pracy wysyłać maile, rozmawiać przez telefon, pisać raporty (wiem czym się zajmuje). Kiedyś dostałam od niej wiadomość, że chciałaby się spotkać ze mną i naszymi córkami pod „przeczkolem”. Rozmawiać z nią mogę tylko na temat tragicznej sytuacji gospodarczej w kraju, o wysokości alimentów na dzieci i nasłuchać się mogę o innych dzieciach krzywdzących jej córkę. A tak naprawdę po krótkiej obserwacji jej małej dochodzę do wniosku, że ta dziewczynka całkiem nieźle radzi sobie z rówieśnikami.

 Cóż, Polacy „podomiesz” bardzo mało czytają książek, a szkoda, bo te robaczki, zwane literkami bardzo często zostają z tyłu głowy na dłużej. I to się opłaca.

 Jeśli kogoś niechcący obraziłam tym wpisem, to bardzo przepraszam ;)

09:47, sokramka
Link Komentarze (4) »