Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: pieniądze

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Mija już jakiś czas odkąd rząd wprowadził swój sztandarowy program 500+. Z własnej obserwacji mogę dojść do kilku wniosków, które będą i chwalić i jednocześnie krytykować tę formę pomocy rodzinom.

Otóż na pierwszy ogień pójdzie rodzina mojej znajomej. Mają dwoje dzieci, jedno w wieku szkolnym, drugie w wieku przedszkolnym. Oboje pracują zawodowo i są ludźmi wykształconymi, otwartymi na nowości, no i przede wszystkim są antypisiakami ;-) Pieniądze na drugie dziecko oczywiście pobierają. Ponieważ ich zarobki nie należą do niskich, mogą sobie pozwolić, aby te pieniądze przeznaczać bezpośrednio na dziecko fundując tej starszej dziewczynce dodatkowe lekcje angielskiego lub prywatne zajęcia tematyczne. To, że mają nagle 500+ więcej nie wzbogaca ich nadmiernie, bo sami zarabiają tyle, że i bez tego wsparcia mają fundusze na utrzymanie dzieci. Posiadanie drugiego dziecka było ich zamierzeniem jeszcze przed rządami obecnej władzy.

Druga rodzina, którą pozwolę sobie wziąć na tapetę, to samotna matka z dwójką dzieci (każde z innym), bezrobotna, słabo wykształcona i poglądami krążąca wokół obecnego rządu. Mama ta nie poczuwa się do obowiązku pracy ponieważ, jak sama uważa – pracy nie może dla siebie znaleźć (coś jakby z Kiepskiego), a poza tym brak jej opieki nad młodszym dzieckiem (dwulatek). Siedzi więc kobieta w domu i pobiera: 500+ x 2, z racji bezrobocia i braku dochodów, 1000 zł alimentów od ojca jednego dziecka i 850 zł alimentów od ojca drugiego dziecka. Do tego dochodzi wypłacany zasiłek rodzinny, który jest niezwykle niski, ale zawsze – 95zł na młodsze z dzieci oraz 124zł na starsze z dzieci. Po zsumowaniu jej dochodów nawet ja tyle nie dostaję wynagrodzenia ))w budżetówce. Tak więc nasuwa się pytanie, które wspomniana mama sama kiedyś zadała: po co pracować??? Starsze z dzieci ma problemy w szkole, wiem, że na korepetycje mama „nie ma pieniędzy”.

Dodatkowo mogę jeszcze podać przykład jednego z moich pasierbów, który mając dziecko po operacji oraz niepracującą kobietę, nie korzysta z możliwości dodatkowego zarobku w soboty, tłumacząc to tym, że im wystarcza 500+, rodzinne oraz dodatek z tytułu niepełnosprawności dziecka (niedawno wywalczonej). Co do kwestii ostatniej – nie będę się rozpisywać ponieważ to drażliwa sprawa i nikt kto dokładnie problemu nie zna, nie będzie chciał wchodzić w polemikę. W każdym razie to kolejna rodzina, która jako przykład swoją postawą pokazuje, że pracować nie trzeba – państwo da.

Zawsze uważałam, że praca uszlachetnia, jakakolwiek, czy to będzie sprzątanie, czy obsługa kasy, czy intratne stanowisko za biurkiem bądź kierownicą służbowego samochodu. Sama pracy nie posiadając imałam się różnych zajęć. Nie siedziałam w domu i nie czekałam, aż mąż „mi da”, albo „dostanę od państwa”. Brakuje mi w tej chwili odpowiednich słów, żeby dokładnie nakreślić mój światopogląd w tej sprawie. Nie piętnuję ludzi bezrobotnych, bo czasem różne rzeczy się w życiu zdarzają, ale nie można przedstawiać tylko postawy roszczeniowej. Należy przede wszystkim dawać coś swoimi czynami i z tego czerpać korzyści.

Moim zdaniem 500+ jest nieodpowiednim programem, wprowadzonym tylko i wyłącznie jako wyborcza kiełbasa, bo nie wszyscy spośród naszych obywateli potrafią z tego rozdawnictwa korzystać. Poza tym to mielenie naszych wspólnych pieniędzy. Nikt nie dostaje nic „z nieba”. Nie jesteśmy społeczeństwem na tyle dojrzałym, by móc porównywać się do innych obywateli Europy, którzy inteligentnie rozporządzają swoimi pieniędzmi. Tylko najgorsze jest to, że nie ma żadnej rozsądnej alternatywy dla tego pomysłu. PO już wspomniała, że gdy na powrót dojdzie do władzy, to nie dość, że nie zlikwiduje tego programu, to dorzuci jeszcze parę groszy na pierwsze dziecko. Czy nasz kraj na to stać??

środa, 22 lutego 2017

... z tymi rachunkami? Jak zwykle temat śliski, bo o pieniądzach ludzie chyba nie lubią gadać. A trzeba. Ja mówię zawsze wprost, czy to dobrze czy źle. Mój mąż nie lubi tego tematu i unika go jak diabeł święconej wody i to na mojej głowie zawsze siedzą najgorsze zmory.

Sytuację mieszkaniową mam jaką mam. Dobrze, że od dłuższego czasu nie dzielę już wspólnej kuchni ani z dziadkiem, ani z żadnym z moich pasierbów. Ale "zespolona" jestem z nimi wspólnymi: rachunkiem za ścieki, za śmieci i w podatku za chałupę. O ile mój pasierb stara się wywiązywać z comiesięcznego dokładania do rachunków (ale szczegóły później), o tyle teść ma to głęboko w zadzie i chyba nic się już do jego śmierci nie zmieni. Odkąd oddzieliliśmy się od niego jako osobna jednostka rodzinna i odkąd nie kłócimy się w zakresie podziału kasy za zużyty gaz czy prąd, dziadek ma (mówiąc językiem bardzo nieliterackim) wyjebane na koszty związane z obsługą domu. W swoim mieszkaniu teść ma swoje liczniki za gaz i energię. Opłaca je, ale gęga za każdym razem jaki to on jest biedny (ale na wódkę ma zawsze). Kiedyś przynosił mi pieniądze i rachunek, żebym mu opłaciła, bo on nie ma siły iść na pocztę. Raz mnie oszukał i dał rachunek, a kasa miała być przyniesiona później, czekał ponoć na emeryturę.  Złotówki na oczy nie zobaczyłam, a teść mi później wpierał, że mi kasę dawał tylko ja teraz chcę go oszukać i wyciągnąć pieniądze. Zapewne nie zrobił tego celowo, bo to już i demencja starcza i skutki alkoholizmu, ale kto go tam wie... Od tamtej pory przestałam pośredniczyć w opłacaniu jego rachunków. Przerzucił się więc na Scareface'a i jego młodą żonę. Wiem, że oni też już mu nie pomagają, bo w ten sam sposób nie dał im kasy na rachunek za komórkę.

Scareface jest podpięty podlicznikiem do naszego licznika energii. Wie ile ma do zapłaty i stara się przynosić kasę co miesiąc. Jednak jeśli nie ma "bata" nad głową w postaci papierowego rachunku, czy nawet wiadomości na @,(tak jak to robią firmy obsługujące swoich klientów) trzeba mu przypominać. Młodzi żyją tylko z jednym zobowiązaniem za energię (z gazu nie korzystają).

Nie mam kłopotów z artykułowaniem problemu, ale wychodzi na to, że tylko ja robię z tego większe utrapienie niż by się wydawało. Mój mąż pensję przynosi w zębach do domu, zostawia sobie drobne na cały miesiąc i wali go cała reszta. Dopiero jak podstawię mu rachunki pod nos, wtedy otwiera szeroko oczy. Nie przeczę, że odpowiedzialność za domowe rachunki mam we krwi i dobrze mi z tym, ale nie lubię jak robi się ze mnie raroga czyhającego na cudzą kasę. Przecież ten dom jest wspólny, razem mieszkają tu trzy rodziny, a nikt oprócz naszej nie ponosi odpowiedzialności za ogólny stan domu. Zimową porą Scareface odśnieżał, tak więc mogę go trochę wybronić.

Od samego początku (od młodości) kiedy zaczęłam zarabiać jakiekolwiek pieniądze nigdy nie miałam ich w stu procentach "dla siebie". Może dlatego jestem tak wyczulona na szastanie groszem bądź nie myślenie o opłatach. A one są przecież najważniejsze. Mojego Syna uczę gospodarowania złotówką. Ma swoją półkę w lodówce, je co chce i co sam sobie kupi. Zarabia jakieś drobne, okazjonalnie, ma alimenty i z tego ma się utrzymać. Nie płacę za jego bilet miesięczny, pierze sobie we własnych środkach czystości. Ale jak pójdzie do pracy to będzie choć trochę musiał dołożyć się do rachunków i zapłacić samodzielnie za swój rachunek telefoniczny.

Nie wiem już jak mam rozgrywać te śliskie tematy, bo mój chłop problemu nie widzi, tylko jak zobaczy teraz (niedługo) wysokość rachunku za energię to zdębieje. Ja go oczywiście opłacę, ale wtedy nie będzie miał obiadków do pracy codziennie. To samo z podatkiem za chałupę, nie wynosi on niestety 100 zł i jakoś z tej opłaty trzeba wybrnąć.

A najgorsze jest to, że ten dom nigdy nie będzie moją własnością.

14:30, sokramka
Link Komentarze (8) »
czwartek, 15 września 2016

Znowu jestem w trójce klasowej. Nie żałuję tego kroku (zgłosiłyśmy się same z koleżanką, z którą już przerabiałyśmy ten temat wcześniej). Teraz znowu mamy kontrolę nad klasą i jesteśmy w stanie ogarnąć składki, wpłaty, różne wycieczki i prezenty dla dzieci.

I o finansach właśnie będzie refleksja.

Na pierwszym zebraniu nie mogliśmy się dogadać w kwestii składki klasowej na różne rzeczy dla naszych dzieci - prezenty mikołajkowe, na zakończenie roku, kwiaty dla nauczycieli... Dla jednych 5 zł miesięcznie było za dużo, inni chcieli 10 zł. W końcu nie doszło do porozumienia i postanowiłyśmy napisać taką "wklejkę" dla rodziców, żeby się sami określili ile mają wpłacać kasy na swoje, przecież, dzieci.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem czy są jakieś ustalenia odnośnie składek. Opowiedziałam jej więc o "wklejkach". Koleżanka natychmiast odparła, że to niesprawiedliwe, żeby jeden dawał 5 zł, drugi 10, a trzeci nawet 2. Ona jest samotną matką, zawsze dawała pieniądze, opłacała wszystkie potrzebne rzeczy, a rodzice, którzy "rozbijają się" samochodami olewali temat i nie płacili nigdy nawet złotówki. Ale prezent dla dziecka to chcieli. No to teraz ona teraz z zemsty za poprzednie lata nie będzie płaciła nic. Niech inni się postarają i utrzymują jej córkę.

Zdębiałam.

Nie przypuszczałam, że usłyszę to z jej ust. Owszem - dziewczyna jest prosta, z małej miejscowości, w politykę się nie angażuje, ale bywa miła, uśmiechnięta, dba o tę swoją córkę najlepiej jak potrafi, pracuje i nic złego nie można o niej powiedzieć. Dlaczego rodzice nie myślą o swoich dzieciach? W sumie nic za darmo nie ma. Brak wyobraźni niektórych mnie czasem poraża. Przecież to tak jakby poszła ze swoją małą do sklepu i kupiła jej jakiś drobiazg z własnego portfela. Tak my - trójka klasowa zbieramy te składki, żeby potem sprawić radość jakimś drobnym podarunkiem dzieciom z naszej klasy. Nawet pierdołą, ale dzieci zawsze się ucieszą. Warto też docenić każdą wpłaconą złotówkę, czy to będzie zadeklarowane pięć czy dziesięć zł. 

Nie bardzo rozumiem takiego myślenia "z zemsty nie będę dawać składek, niech inni dają". Z jakiej zemsty? Za co? Co jej ktoś personalnie zrobił? Od razu kojarzą mi się ci rodzice, którzy otrzymują 500+ i rezygnują z zatrudnienia, bo dostają kasę "za nic". Za darmo to teraz nawet w mordę się nie dostanie, bo trzeba przynajmniej czymś zasłużyć, np mówieniem po niemiecku, albo egzotycznym wyglądem.

Czy koleżanka wpłaci jakąś symboliczną kwotę - nie wiem. Rabanu nie będziemy robić, to będzie jej decyzja. Na szczęście takich rodziców mamy niewielu i poradzimy sobie z budżetem klasowym.

Wczoraj drukując te wklejki przeanalizowałam sobie rodziców, którzy jeszcze nic nie zapłacili, ani składki, ani obowiązkowych opłat za koncerty, czy zbliżającą się wycieczkę. I wyszło, że profil społeczny tych rodziców jest bardzo zróżnicowany. Są wśród nich rodzice pracujący w telewizji, ale są też samotne matki i rodzice patologiczni. Nie ma reguły.

Najważniejsze, że jako trójka klasowa będziemy dobrze dysponować wspólną kasą. Pamiętam jak prowadziłyśmy buchalterię w klasach 1-3, rodzice mieli wszystkie informacje w dzienniczkach - ile jest kasy, na co zostało wydane, jakie są dalsze propozycje.

wtorek, 08 września 2015

...od dwóch lat, odkąd czyszczę kible tym szmatławcom w mundurach, odwarknęłam jednemu takiemu. Kiedyś, ktoś próbował zgadywać cóż to za służby, które odbierają usługi firmy sprzątającej, w której się znajduję, ale ja nadal będę trzymać buzię na kłódkę ;-)

Otóż więc, jeden taki, karypel ledwo podrośnięty, metr dwadzieścia w kapeluszu był dziś świadkiem mojej rozmowy z zaprzyjaźnioną koleżanką, która to umartwiona moim brakiem codziennego uśmiechu spytała o co chodzi. A chodzi o to, że szarpnęłam się znowu na dodatkowego mopa. Latam jak kot z pęcherzem, z jednego obiektu na drugi. Fakt jest faktem, że z kwoty zarobionej w jednym miejscu, która jest poniżej najniższej krajowej, mogę wskoczyć na kwotę podwojoną. Miejsce niby jest ohydne, obskurne, prawie same śmierdzące szatnie i męskie kible, ale zawsze jakiś grosz. 

No więc gadam sobie na lajcie, próbuję wyciągnąć zza zasłony mroku uśmiech, gdy moja kumpela normalnie, żartobliwie zadała pytanie: "no to po co sobie to sprzątanie wzięłaś, jak się tak męczysz?". Odpowiedziałam: "bo zwyczajnie potrzebowska jestem". Na co mój kolega-karypel odparł z westchnieniem: "no a któż dziś nie jest potrzebowski?" A mnie jakby się zapalnik odpalił, wrzód pękł, albo bomba wybuchła. Z błyskawicą w oku odpysknęłam mu następująco: "ty mi nie porównuj swoich zarobków, z wszelkimi przywilejami z moją "jałmużną" i w ogóle, weź i mnie nie denerwuj!" Po czym wyszłam trzaskając drzwiami. 

Ech.

Kolega-konus zapewne kwestii tej nie wypowiedział celowo i aby mnie upokorzyć, ale dla mojego ego to było jak iskra. No bo tak: siedzi taki na dupie, w mundurze, palcem w bucie kiwa, nie ma żadnych obowiązków i cztery tysie przytuli. Na zwolnienie idzie z katarkiem, urlopu ma miesiąc i pół, a żonka (pracująca w tej samej instytucji) przytula ze dwa i pół tysia. Dla mnie to i może dziesięć tysi przytulać, ale niech nie mówi, że jest potrzebowski. No chyba, że są "potrzeby" i POTRZEBY. 

W sumie to śmiać mi się potem chciało, bo kolega-karypel poszedł skarżyć się do żonki ;-) Ja mu oczywiście powiedziałam, że nic do niego osobiście nie mam, tylko jestem na tyle szczera, żeby mówić, co mi wisi na języku. A jeszcze jak to dotyka bolesnych, finansowych spraw, to juz w ogóle. 

A będąc bliżej spraw służbowych, to wcale może mi się nie udać przebywanie dłużej na drugim mopie. Coś się nie zgadza na płaszczyźnie czasowej. Jedni chcą sprzątaczki od rana i drudzy. No nie rozerwę się. Poza tym, w pierwotnym miejscu też jakieś krzywe kluchy się dzieją i okazać się może, że nagle zostanę i bez tego mopa. 

To będzie tragedia.

Zmieniłam sobie CV, zmieniłam formę listu motywacyjnego na bardziej rozrywkowo-niekonwencjonalny. Chodzę na rozmowy (nie ma ich dużo, ale średnio jedna w tygodniu wypada) i nadal nic. Koleżanka powiedziała, że mam głowę. Gdybym miała plecy zamiast głowy ;-) na pewno praca by się szybko znalazła. Ale to nieprawda. Mam mądre koleżanki, które znalazły pracę i to bez protekcji, bez pleców i do tego z ogłoszeń lokalnych. Jakoś może i mnie coś trafi. 

Byle nie szlag.

Finansowe, sztywne przemyślenia rekompensuje sobie czytadłami. Tego sobie nigdy nie mogę odmówić. Ten świat - tam - na kartkach papieru jest przynajmniej niezobowiązujący ;-)

czwartek, 20 marca 2014

Z powietrza? Kuźwa też bym tak chciała. Wpis będzie nie wesoły, bo mnie coś chyba boli, albo wychodzi na to, że niegospodarna jestem. Na podstawie mimowolnej obserwacji trzech rodzin z mojego otoczenia, dochodzę do wniosku, że lepiej chyba być patolką i żyć na koszt państwa. Osobiście jednak jestem zdania, że mając dwie zdrowe ręce, nogi i myślący mózg zdecydowanie lepiej zarobić na własne potrzeby. 

Jak wiadomo jestem pod opieką Ośrodka Pomocy Społecznej. Związana jestem dwuletnim kontraktem, gdzie obie strony maja wywiązywać się ze swoich obowiązków. Z mojej strony to uczestnictwo we wszelkiego rodzaju warsztatach, szkoleniach, spotykanie się z „opiekunką”, pielęgniarką, w celu nadzoru z ich strony, czy aby jakaś patologia nie wdarła się z powodu permanentnej biedy.

W trakcie takich warsztatów spotykałam na swojej drodze różne rodziny (ich przedstawicielki głównie). Część znam ze szkoły mojej córki, część jest z innej dzielnicy. Bałam się, że jako jedyna będę reprezentować styl życia bezalkoholowy, beznikotynowy, starający się dokształcać, rozwijać, dbać o dzieci etc. Otóż na szczęście takich normalnych mam jest więcej w programie.

Jednak wracając do pierwszego akapitu, przyznam się, że widząc te trzy rodziny, prawie codziennie, w różnych ostępach czasowych każda, robiące zakupy w tym samym sklepie co ja, otwieram oczy ze zdumienia. Są to rodziny posiadające trójkę dzieci najmniej, jest rodzina z piątką i czwórką, gdzie tu dwoje najmłodszych to niepełnosprawne dziewczynki. Ludzie ci palą papierosy. Rodzice ze wszystkich trzech rodzin. Widuję czasami dwóch ojców popijających piweczko pod sklepem na naszym osiedlowym bazarku. Jedna z dziewczynek z tych rodzin chodzi z moją Małą do klasy. Mamusię więc znam z zebrań szkolnych. Nikomu nic nie żałuję i niczego nie bronię, ale koszyki tych państwa zawierają często produkty na ogólną sumę przekraczającą 100 zł. Dla jednych to mało dla innych to dużo. Ja ze stówą muszę często, gęsto wyginać umysł, zastanawiając się co kupić, żeby przeżyć następny tydzień. Do tego wiem jak wyglądają zasiłki z OPSu, czy to celowe, czy rodzinne, wiem, bo zostałam zmuszona korzystać. To wszystko jest mało. A ci ludzie NIE PRACUJĄ.

Kiedyś, przy wizycie mojej „opiekunki”, de facto bardzo miłej i kompetentnej osoby, wspomniałam, że czasem przychodzi taki dzień, że nie mam na chleb. Trzeba się zmusić i przeczekać na jakiś spływ gotówki, ale to boli. Na co moja opiekunka wystawiła mi papier, na podstawie którego mogłam zgłosić się po darmową pomoc żywieniową dla biednych. Skorzystałam, ale powiedziałam sobie, że prędzej kręgosłup na mopie złamię, aniżeli skorzystam z tego drugi raz. W kolejce stali ludzie naprawdę z marginesu. Zasikani, brudni, niepełnosprawni nie dbający o siebie, śmierdzący papierochami i moczem. Gdzieś tam w tłumie widziałam te matki z supermarketu, które robią zakupy za więcej niż 100 zł. W zestawie darowizny znalazło się: 4 paczki ryżu, 4 paczki kaszy gryczanej, 2 kartony mleka, 2 serki topione, 3 słoiki dżemu, 4 konserwy mięsne, dwie lodowe sałaty i paletka Danmleka.

Oprócz ryżu, kaszy i mleka wszystko miało podejrzany smak. Konserwy mięsnej nie chciały jeść nawet nasze koty. Sałata była już nadpsuta. Serek podsychał. Wiem, że darowanemu koniowi…i tak dalej, ale bez przesady. Co do zapasu produktów suchych, kasza została wykorzystana do kaszanki, ryż jemy prawie codziennie (rzygamy już nim) i dobrze, że mleko ma u nas status priorytetu, szybko znika.

I teraz wracam do tych rodzin. Skąd oni mają pieniądze na opłacenie wycieczki szkolnej dla dzieci? Jak biednym trzeba być, żeby korzystać z tych darmowych dobrodziejstw? Skąd jest kasa na papierosy, piwo, środki czystości, które kupują, nie dostają. No i pytanie: jak można tak żyć?

Wiem, że taka postawa rodzi następne pokolenia pasożytów. Wiem, bo obserwuję. Proponuję też poczytać sobie blog „Na marginesie życia”, który mam w zakładkach. Blog kuratora sądowego.

Nie chcę być w jednym worku z takimi ludźmi. W czerwcu kończy mi się kontrakt socjalny. Skończy się nadzór i kontrola, ale skończą się też profity w postaci np. darmowego biletu miesięcznego. Ale szczerze mówię: wolałabym zapracować się, by mieć pieniądze dla dzieci, niż nie robić nic i brać państwowe. Za darmo. Bo nawet po pierwszych warsztatach w podzięce za wspaniałe wykłady, uszyłam dla pani torbę zakupową. To też była moja praca.

 

środa, 15 stycznia 2014

Nie dość, że licha ta pensja, to jeszcze pozbawiona jednej setki. Qrwa. Może nie powinnam się wściekać, bo to i tak nic nie pomoże, ale muszę chociaż wyrzucić z siebie całą tę frustrację. Poza tym dobił mnie fakt, że nie zostałam poinformowana o tym przez pracodawcę jak cywilizowany człowiek, tylko sama musiałam dochodzić swoich spraw. 

Okazało się, że zmniejszona pensja wynika z zatrudnienia w tym miejscu nowego człowieka na teren zewnętrzny, bo my (trzy) nie chciałyśmy tego terenu ogarniać. Chodzi o odśnieżanie, odgarnianie liści, dbanie o chodniki. Facet musi mieć zapłacone, ale my mamy zabrane. 

Wydaje mi się, że o takich ruchach powinno się pracownikowi powiedzieć, nawet jak jest zatrudniony na zlecenie i nawet jak jest to sprzątaczka. 

Trochę dało mi to do myślenia. Jak zwykle moja naiwność wzięła górę nad rozsądkiem. Wychodzi na to, że dziś nie można być do końca szczerym, uczciwym, lojalnym, bo i tak cię zrobią w balona. Chyba trzeba oszukiwać, kraść, lawirować, olewać i dawać się nieść prądom cywilizacyjnego motłochu. 

poniedziałek, 07 października 2013

Zawsze mam giga doła.
Przed dziesiątym zawsze mam pusto w portfelu.
Przed dziesiątym mam mega wkurwa i proszę mi w drogę nie wchodzić.
Dziesiątego mam przelew poborów i Szanowny również dziesiątego bierze do ręki wypłatę.

Do jutra muszę zapłacić 60 zł za wycieczkę Malej w szkole. Mam 80 zł do dyspozycji do czwartku. Nie znoszę pożyczać, bo pożycza się cudze, a oddaje własne. Taki marny żart.

Szanowny miał rację – nie ma kasy, a ja miałam w niedzielę dwa i pół tysiąca w ręku i kupiłam Młodemu komputer.

Wszystko to jedno, wielkie gówno. 

niedziela, 18 sierpnia 2013

Dosłownie i w przenośni. Ostatnio padł mi mój osobisty komputer. Kupiłam go zaraz po śmierci mojej Mamy, tak więc koleżka służył mi dobre 5 lat. Kilka miesięcy temu zdechł nam komputer stacjonarny. Oficjalnie należał do mojego Młodego, ale i tak wszyscy z niego korzystali - nikt więcej nie posiadał w domu takiego sprzętu. Teraz korzystam z internetu w telefonie, ale taki system ogranicza moje ruchy w wielu dziedzinach. Bez komputera i udostępnianych do niego możliwości bywam jak bez ręki. Takie czasy. Wpis na blog powstaje na notebooku Szanownego. Nic nie mogę kupić na raty, nie mówiąc już o żywej gotówce. Pracuję na umowę zlecenie i to mnie drastycznie ogranicza. Do tego od stycznia tego roku mam zajęcie komornicze na moim koncie bankowym. Niby nie duża jest kwota do spłacenia, ale dla kogoś kto zarabia średnią krajową to pikuś. Dla kogoś kto bierze tauzena za machanie mopem to wyrzeczenie. 


Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale nie ma gorszej nędzy jak nie ma pieniędzy. Ktoś kto nigdy nie zaznał skrajnej biedy nie zrozumie o czym piszę. To tak jak syty nie zrozumie głodnego. I bawią mnie już te teorie o podniesionym czole, o olewaniu kłopotów, o chodzeniu z wytężoną piersią i robieniu tego co się chce. Ludzie, róbta co chceta we własnym zakresie i nie uczcie mnie życia. To są moje problemy, które piętrzą mi się na łbie i których w tydzień nie rozwiążę. Musiałaby nastać rewolucja na miarę francuskiej, żebym mogła bieg zdarzeń odwrócić o 180 st.  


Mój system wewnętrzny również się zachwiał. Awaria postępuje z dnia na dzień i gdyby nie łapanie się brzytwy, jak tonący, zapewne topiłabym się w bagnie własnych kłopotów. Zaszywam się więc. I znowu dosłownie i w przenośni. Zamykam się w swoim świecie, mało rozmawiam, dużo czytam, niewiele żądam. A dosłownie chcę sobie uszyć torbę dżinsową. Już mam projekt i wykrój niektórych części. To trochę potrwa. Muszę dokupić suwak, bo w zbiorach krawieckich potrzebnego nie posiadam. Do tego dostałam zlecenie od blogowej koleżanki na uszycie worka do przedszkola dla jej córki. Cieszy mnie to, bo jestem komuś potrzebna i zrobię coś co lubię. Wykaże się. Cholernie ambicjonalnie do tego podchodzę. Na sobie mogę eksperymentować, ale dla kogoś musi być tip-top. 


Ostatnio byłam u ciotki poza Miastem. Ciotka ma 70 lat, ale wygląda na 10 mniej. Jest najstarszą siostrą mojej Mamy. Ciotka powiedziała mi, że kocha pieniądze i nie wyobraża sobie bez nich życia, albo takiego życia, w którym musiałaby sobie odmawiać czegokolwiek. Przez ostatnie 25 lat była agentem ubezpieczeniowym. Namawiała mnie na to samo zajęcie. ma znajomości. Ale do tego chyba trzeba mieć predyspozycje. Według mnie ja się do tego nie nadaję. Chociaż niektórzy twierdzą, że świetnie bym sobie poradziła i się w tym odnalazła. Widać ja siebie nie znam - dlatego chciałabym iść na indywidualna terapię poznawczą. 


Młody wrócił z tygodniowej wyprawy nad morze. Nawdychał się jodu, trafił również na dobrą pogodę. Ale jako "syn młynarza" nabawił się czerwonych placków, a skóra schodziła mu przez wiele dni. Potem nawet w Mieście, przy wysokiej temperaturze chodził już tylko w długich spodniach.


Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Miotam się jak idiota po własnych wnętrznościach. Nie mam na siebie sposobu. Na razie muszę wziąć się za naukę do egzaminu poprawkowego. Te studia to jedyny pozytywny epizod jaki mnie motywuje, choć czasem też zastanawiam się nad ich sensem. Ale są jak na razie za darmo więc będę korzystać. Głos rozsądku podpowiada mi wyjścia do ludzi, ale rozglądam się wokół i nie widzę nikogo z kim mogłabym konstruktywnie i z sensem pogadać o dupie maryni. Boję się być odebrana jako toksyczny rozmówca, który wyssie pozytywną energię zostawiając tę marudzącą. 


Ostatnio czytałam artykuł o sprężystości emocjonalnej, o tym, że tego można się nauczyć, że można być odpornym na depresje, cierpienia, agresje, stany lękowe.  Siła wewnętrzna to przekonanie o własnej wartości, o tym, że jesteśmy i reżyserem i aktorem własnego życia. Podobno płaksy, grymaśnicy, obrażalscy, smutasy i maruderzy w dzieciństwie, to kandydaci do wczesnego treningu emocjonalnej sprężystości. Ja byłam obrażalska i wciąż nosiłam na ustach zdanie: "dziękuję, mam u mamy w domu".


Jutro, tj. w poniedziałek muszę podskoczyć do pasmanterii. Chciałabym się tez zobaczyć z Bratem, mam dla niego ogórkową z ukwaszonych przez siebie ogórków. Nie wiem czy do tego dojdzie, bo Brat może być w pracy. Do tego rwie mnie w kostce śródstopia. Coś jakby halluks, ale przecież butów na obcasie nie noszę, wąskich i ciasnych tym bardziej.  Ogólnie posrany ten świat. 


środa, 10 kwietnia 2013

Tęgość umysłu osoby bezrobotnej, lub posiadającej zajęcie mało dochodowe i niestałe musi być wbrew pozorom bardzo duża. Otóż nauczyłam się tak lawirować pomiędzy supermarketami i sklepami dyskontowymi, że sama siebie podziwiam ;)

Kiedyś byłam „zakochana” tylko w Tesco. Teraz sklep ten doprowadza mnie do szewskiej pasji. Omijam również takie miejsca jak Real i Carrefour. Auchan ponoć kusi w miarę dobrymi cenami, ale w moim mieście mam do niego za daleko. W żadnym z tych supermarketów dawno już nie robiłam zakupów. Przerażają mnie ogromną ilością klientów, nieskończonymi kolejkami do kas i ceny u nich wcale nie są takie niskie jak zachwalają.

Ponieważ człowiek bezrobotny ma różne potrzeby; żywieniowe, higieniczne, potrzeba mu też szukać tanich produktów. Tanich to nie znaczy złych. I tak oto po miesiącach wyrzeczeń portfelowych nauczyłam się korzystać z dostępnych produktów, które wcale nie muszą być markowe.

Po pierwsze Kaufland. Los mi dał ten komfort, że sklep ten mam prawie pod nosem. Nawet gdy akurat nie mam na benzynę do samochodu, mogę śmiało iść do niego po zakupy jak na osiedlowy bazarek. Kupuję tam głównie żywność, choć nie całą. Przede wszystkim sery żółte, u mnie pizza i zapiekanki są robione dosyć często. Masło, mleko, wszystko marki KF, główne produkty do zapełnienia lodówki. No i kawa „made by Kaufland” nie jest taka zła. Z chemii – proszek do prania – zawsze się jakiś znajdzie w promocji.  

 Biedronka jest niedaleko mojego mopowania. Przed robotą zaglądam najczęściej po wodę cytrynową, ale lubię też w Biedronie serki kupować dla dzieci, takie homogenizowane, smakowe. Mają też fajne, tanie i dobre parówki. Wbrew obiegowej opinii ludzi, którzy narzekali na słabą jakość towarów w Biedronce, to się naprawdę zmieniło in plus. Ostatnio na potęgę kupuję banany – w żadnym sklepie nie kupię ich tak tanio!

 W Lidlu zaś kupuję papier toaletowy. Jest najlepszy z tych trzech wymienionych przeze mnie dyskontów. Mają też fajne produkty mięsne.

 Do Rossmana zaglądam po ich rodzime szampony do włosów, są niedrogie i całkiem dobre. Pasują całej naszej czwórce. Zapomniałam dodać, że dwaj moi pasierbowie od dawna zaopatrują się sami w produkty do własnego użytku.

 Tak więc cytując Maksa Paradysa z Seksmisji: „człowiek, proszę pana, to się do wszystkiego może przyzwyczaić”. Nie trzeba jadać w restauracjach na mieście, ani ubierać się w Zarze. Można przeżyć ciężkie czasy wykorzystując taniość dyskontów.

wtorek, 09 kwietnia 2013

 Takie pytanie pojawia się zawsze u mojego Pierworodnego, kiedy potrzebuje pieniędzy na swoje, drobne wydatki. Tak jak dziś rano. I co ja mam wtedy robić? Siedemnastoletni chłopak, który już nie jest dzieckiem, a jeszcze nie mężczyzną, chciałby już gospodarować się jak dorosły. Sama wiem z własnego doświadczenia, jak szybko chciałam mieć swoje pieniądze, żeby nie żebrać od Mamy.

 Młody nie ma wymagań, którym nie mogłabym sprostać, ale w przypadku permanentnego braku kasy może się okazać, że nawet najprostsze prośby nie mogą się ziścić. Rozumiałabym odmowę dawania pieniędzy gdyby chodziło o papierosy (Młody jest harcerzem – nie pali) rozumiałabym odmowę nawet w przypadku kupna Młodemu idiotycznych gier komputerowych, które aż roją się od przemocy, krwi i durnych misji do przejścia. Ale Młody ma inne potrzeby. „Mamo, za tydzień wychodzi nowa saga fantasy, trzy tomy będą, kupisz mi?”, „Mamo, ja już nie mam co czytać, może pojedziemy do Empiku?”, „Mamo, potrzebuję cztery dychy na czołówkę (latarkę taką na głowę), jedziemy na rajd i będę jej w lesie potrzebował”. No weź i nie daj.

 Młody jest dzieckiem wyrozumiałym, wie, że jak nie mam to nie dam, ale widzę po jego minie, że wolałby aby kasa była swobodnie dostępna. Może nie w formie płynącej rzeki, żeby się we łbie poprzewracało ;) ale tak, aby nie trzeba było sobie niczego odmawiać.

 Z ojcem Młodego mam dobry, poprawny kontakt. Jednak Były nie wykazuje inicjatywy w dogadzaniu własnemu synowi. I tu nie ma się co dziwić – siedemnaście lat braku kontaktu, sporadyczne spotkania, na których w żadnym razie nie można nawiązać więzi emocjonalnej. No i nie jest to związane z moim chorym egoizmem – Były po prostu nie chciał mieć dzieci i zwyczajnie się na nas wypiął. Po latach odnowił kontakt kiedy wystąpiłam o podwyższenie alimentów i tu okazało się, że jest normalnym, pracującym facetem, bez zobowiązań (nie założył drugiej rodziny) i nagle przypomniał sobie, że ma dziecko… Coś próbował, ale nieudolnie. Tak więc syn nasz zdany jest tylko na łaskę i niełaskę własnej matki ;)

 Kiedy żyła moja Mama, dawała Młodemu coś w rodzaju kieszonkowego. Drobne kwoty co miesiąc (10, 20 zł) dla ucznia podstawówki nie były żadną rozpustą. Ale Babci już nie ma, dziadka w ogóle chłopak nie zna i klops.

 Wujek – mój Brat rodzony. Właściwie to on sam potrzebuje pomocy. Wożę mu porcje obiadowe, bo nie zawsze on sam ma pieniądze i ochotę na przygotowywanie posiłków. Komornik na pensji, po opłaceniu rachunków niewiele zostaje na życie. Z jednej strony dobrze, że nie ma rodziny, ciężko by im było. Może kiedyś popełnię wpis o losach lokatorów odzyskiwanych kamienic. Sama byłam w identycznej sytuacji co mój Brat obecnie. Nie mogę mu nie pomagać.

 Młody czasem zarobi sobie trochę grosza u Prezesa. Tak nazywamy człowieka, który prowadzi pewną fundację i współpracuje z młodymi ludźmi od lat. Kiedyś byłam do niego wrogo nastawiona. Miałam nawet podejrzenia pedofilskie, ale okazało się, że człowiek ów ma po prostu zbyt mocno wyrobiony instynkt opiekuńczy i lubi włazić w czyjeś życie z butami, bo swojego nie ma.

 Syn będzie miał zatem bardzo dobre CV, kiedy w końcu zapragnie pójść do pracy. Wolontariat, mnóstwo zainteresowań, teraz zaczął praktyki zawodowe. I obawiam się, że historia będzie musiała się powtórzyć – ja byłam zmuszona pójść do pracy w wieku 18 lat. Nie uczyłam się dalej, pracowałam. Młody pewnie też po skończeniu technikum rozpocznie karierę zawodową, bo na studia dzienne chyba nie będzie mnie stać. Ale myślę, że nie powinno to wyjść nam wszystkim na złe. Chociaż do jego matury pozostało kilka lat, może się coś zmieni do tego czasu? Młody uczy się odpowiedzialności za swoje czyny już od pierwszej klasy S.P. Odkąd został harcerzem. Wszystkie podejmowane przez niego decyzje muszą być przemyślane. Owszem, robił błędy i przysparzał mi nie lada kłopotów (jak większość gimnazjalistów chyba) ale to już minęło. Były nawet wpisy o tym na moim starym, zielonym blogu.

 I mów tu, że pieniądze szczęścia nie dają… Ale nie ma gorszej nędzy jak nie ma pieniędzy. No proszę jakie te stare przysłowia są prawdziwe ;)

 
1 , 2