Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: zdrowie

wtorek, 20 czerwca 2017

W marcu tego roku postanowiłam zadbać o swoje koszmarne bóle głowy. Zresztą poganiał mnie już Szanowny wypominając, że jego gonię do dentysty i płacę za leczenie szczęki, tak teraz i on może pogonić mnie z moim zdrowiem. Dostało mi się również ;-) za brak inicjatywy w kwestii rehabilitacji kręgosłupa. 

Zapisałam się więc do znanej mi pani neurolog, ale niestety na NFZ termin miałabym dopiero na koniec września. Wzięłam sprawy w swoje ręce i skorzystałam z tego, że pani doktor prowadzi prywatną praktykę lekarską niedaleko pobliskiego szpitala. Fakt, że wizyta kosztuje 120 zł nie odstraszył mnie, wszak potrzebowałam szybko porady, bo migreny dopadają mnie naprawdę często. 

Po długim wywiadzie (u pani doktor regulaminowych 15 minut nie usiedzisz - co najmniej 45 min) dostałam receptę na dwa leki przeciwmigrenowe oraz skierowanie na badanie głowy, które zwie się "angio-tk". Aż musiałam je sobie wygooglać, żeby się dowiedzieć co będzie mi robione ;-) Angio-TK ma wyeliminować ewentualnego tętniaka, który również może być przyczyną tak ostrych bólów głowy. 

Pani doktor, idąc w ślad za moim mężem nie omieszkała mnie również opierniczyć ;-) za niedopilnowanie schorzenia kręgosłupa i kazała zająć się w trybie pilnym ponowną jego rehabilitacją. Podziękowałam za troskę, kręgosłupem się na pewno zajmę, albowiem podobno u mnie w pracy jest rewelacyjna poradnia rehabilitacyjna, z której wszyscy nagminnie korzystają. To pokorzystam z czasem i ja - dla własnego zdrowia. 

Kiedy tak siedziałam i zbierałam już kwity od pani neurolog, spytałam się nieśmiało czy może mi wystawić zwolnienie choćby za ten dzień, kiedy nie poszłam do pracy (wczorajszy poniedziałek). Na co pani doktor radośnie oznajmiła, że chętnie wystawi mi zwolnienie, na ile tylko chcę - nawet na trzy tygodnie. Zdębiałam. Ale propozycję chętnie przyjęłam i tak oto w ten sposób jestem od wczoraj na L4 z powodu bólu migrenowego oraz schorzenia kręgosłupa. W karcie zapisano - oszczędzający tryb życia. Chyba muszę więc przyjść na nauki do Bezcielesnej bo szybki kurs korzystania z K.K.K. w wolnym tłumaczeniu - Kawa, Książka, Kocyk. 

Mimo ogromnych pokładów energii gdzieś się ten organizm po drodze buntuje i choć się chce i idzie się pod prąd, to jednak nie można za wiele. Dobrze jest być wiecznie radosnym i energicznym, ale odpoczywać też trzeba umieć, a ja walczę z tym od lat. Że nie umiem usiąść w spokoju 5 minut, że wypoczynek to tylko aktywny i w ruchu, że wynajduję sobie robotę, żeby chyba zająć głowę, bo mózg mój tez pracuje od lat na zwiększonych obrotach - studia, bezrobocie, bieda, nowa praca, problemy Małej, doroślejący Pierworodny, pasierbowie, depresja... Sporo tego na karku...

Tak więc do końca czerwca mam "fritajm". W tym tygodniu na spokojnie, bez stresu zakończę temat studiów (wydrukować i złożyć pracę magisterską do dziekanatu) a w przyszłym - to się zobaczy...

I najgorsze jest to, że będąc na L4 mam wyrzuty sumienia, że w ogóle na nie poszłam. A przecież instytucja, w której pracuję nie zawali się bez mojej obecności... ;-) 

Tagi: zdrowie
09:40, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 kwietnia 2017

Urlop ma się po to, żeby z niego korzystać. Wzięłam więc sobie jeden dzień i skorzystałam z dostępnych mi przywilejów upiększania organizmu ;-)

Z samego rana poleciałam (wcześniej już umówiona) do swojego gina. Przegląd techniczny każdej kobiecie należy się jak psu micha i koniecznie trzeba z tego korzystać. Wyniki za trzy tygodnie. Potem poleciałam (wcześniej już umówiona) do fryzjera. Zmieniłam zupełnie wygląd, ale moja asymetria już mnie nudziła i potrzebowałam odmiany. Niby nowa fryzura nie jest tym czego oczekiwałam (chyba znowu muszę poszukać innej fryzjerki), ale jest to znaczna odmiana - a o to właśnie chodziło. Ja w ogóle jestem człowiekiem, który nie lubi monotonii, stagnacji, nudy - co nie znaczy oczywiście, że nie lubię stabilizacji - to co innego, ale mierzi mnie rutyna i wciąż powtarzające się w kółko te same czynności i zjawiska. Nawet jak jeżdżę do pracy to staram się raz na jakiś czas zmieniać trasę - raz autobusem, raz pociągiem, raz rowerem ;-) czasami wysiądę wcześniej żeby się zwyczajnie przejść. Nie-lubię-rutyny.

No ale nie o tym. Na koniec (wcześniej już umówiona) poleciałam do swojego stomatologa robić siódemkę. Mam na sześć tygodni założony tlenek cynku, bo groziło mi leczenie kanałowe. Kiedyś zaniedbałam leczenie tego zęba i teraz są tego skutki. Ale jak się nie miało porządnej pracy to się nie miało głowy do płacenia za zęby. Teraz już będzie inaczej.

Raz na jakiś czas muszę zrobić taki reset organizmu i zadbać o somę. Psyche mam na wystarczająco dobrym poziomie więc należało pomyśleć o tej drugiej części organizmu ;-)

Tagi: uroda zdrowie
08:36, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 18 stycznia 2017

Poniedziałek był dla mnie dniem wolnym od pracy ponieważ już jakiś czas temu zapisałam się do stomatologa na zdjęcie osadu i kamienia z zębów. Staram się to robić regularnie, a niestety przez ostatnią niszę finansową zaniedbałam moje zębiska i kamienia było mnóstwo. Siedziałam na fotelu ponad 50 min.

Do dentysty lubię chodzić. Może to dlatego, że zębinę mam mocną i w wieku 42 lat mam dwie plomby i jeden ubytek, który i tak został mi wyrwany przez głupotę. Mógł być leczony.

Kiedy kamień został zdjęty postanowiłam zapisać się na następną wizytę, podczas której wezmę się za leczenie małej próchnicy. Potem piaskowanie i na końcu lakierowanie. Będą ząbki jak perełki ;-) Chodzę do takiej przychodni, która ma podpisaną umowę z NFZ. Terminy ma około miesięczne, niektóre usługi w ramach ubezpieczenia, a niektóre za kasę. Staram się mieszać te usługi i np. plomby biorę białe, światłoutwardzalne, za kasę.

Wiem, że swoim wpisem mogę wkurzać tych, którzy zmagają się z problemami zębowymi, bardzo przepraszam, ale to jest chyba jedyna rzecz w moim organizmie, z której jestem naprawdę dumna i dzięki której nie popadam w nadmierne kompleksy. Moje zęby powodują, że uśmiecham się od ucha do ucha, mogę gryźć, zgrzytać i kąsać ;-) bez zbędnych problemów. Jako nastolatka otwierałam butelki z piwem za pomocą zębów (moich) :-)))))) Teraz pukam się w głowę z powodu głupoty jaka mi wtedy towarzyszyła.

Z moich dzieci tylko Pierworodny odziedziczył po mamusi dobrą kość zębową. Mania ma niestety ząbki po tatusiu. Słabe i żółte. Ale jedno, co mi się udało w sprawie stomatologicznej, to nauczenie moich dzieci, że dentysta to taki sam lekarz jak internista czy laryngolog. Dlatego też i Mania i Pierworodny siadają na fotelach bez lęku ;-)

czwartek, 01 grudnia 2016

Od trzech dni wróciło do mnie dziwne kołatanie w sercu. Ostatnie takie przygody spotkały mnie w 2013r. Wtedy Bromm kazała mi się zapisać do kardiologa. Nie zrobiłam tego, ale wykonałam podstawowe badania, które nie wykazały nic niepokojącego. Teraz postanowiłam postawić krok naprzód i posłuchać się koleżanki, męża, syna, bo od wtorku znów mi dokucza to kołatanie. Wyczuwam nierównomierne bicie organu i autentycznie się go boję. To jest takie uczucie, jakby ktoś chciał się wydostać z mojej klatki piersiowej i walił w nią z całych sił od środka. Trwa to chwilę i zaraz ustaje. Po kilkunastu minutach powtórka. Do tego czuję zduszony oddech, który też pojawia się na chwilę i za moment ustaje.

Do lekarza pierwszego kontaktu zapisałam się na przyszły tydzień. Znalazłam też przychodnię, w której wizyta u kardiologa może być wyznaczona w przeciągu 10 dni.

Nie należę do osób, które użalają się nad sobą i z każdym katarkiem lecą po antybiotyk, ale serce to nie przelewki. Tym bardziej, że miewam częste kurcze nóg i wiecznie mam zimne stopy oraz ręce (nie przeszkadza mi to - wręcz bardzo to lubię, nie pocę się ;-)) Poza tym sytuacja domowa nie jest do pozazdroszczenia, stres związany z szykanami ze strony dziadka dobija mnie chyba bardziej niż Szanownego ponieważ o wszystkie plagi świata to ja jestem wiecznie oskarżana. Teść czyni mnie winną wszystkiego zła, które go dotyka i opowiada to wszem i wobec.

Nie wiem jak długo to kołatanie się utrzyma i jakie będą wyniki kiedy okaże się, że na wizycie nic mi nie dolega. Podobno można nosić tzw Holter, który bada czynność serca przez dłuższy czas. Wszystko okaże się po wizycie u kardiologa.

To jest rzecz, której autentycznie się boję, bo to nie boli, a wkurwia.

Tagi: zdrowie
10:11, sokramka
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 czerwca 2016

Dużo, wiele i mnóstwo. Od soboty choruję. Tzn nie jest to coś, co powaliłoby mnie z nóg (bo mnie tak łatwo nie jest powalić ;-)) ale jednak ból gardła i gile dokuczają dość mocno. Mija tydzień więc według powiedzenia ludowego powinnam z przeziębienia już jutro wyjść ;-)

W pracy wniosek za wnioskiem leci, w międzyczasie staram się robić rzeczy poza planem, przydzielane mi na "cito". Dobrze się w tym czuję i spełniam się zawodowo. Dowiedziałam się również, że od lipca czekają nas jakieś podwyżki. W zasadzie nie będą to jakieś ogromne pieniądze, tylko sumy rzędu 150-200 zł (brutto) ale zawsze coś. Proszę pamiętać, że pracuję w budżetówce więc tutaj tylko kierownictwo obraca kwotami wyższymi niż średnia krajowa ;-)

W domu oczekiwanie na nowego lokatora, a właściwie lokatorkę. Mamy już "zaklepaną" małą kotkę, urodzoną niedawno przez kotkę u zaprzyjaźnionej koleżanki. Cieszymy się bardzo. Kocię jednak musi mieć 12 tygodni, żeby bezpiecznie zabrać je od mamy. W planach jest już imię dla kotki - Frytka ;-)

Z wieści poza domowych: dowiedzieliśmy się, że pacholę, po operacji zespolenia rozszczepu podniebienia, niestety będzie cierpiało na następnej. Przyczyną jest podobno... niedbalstwo rodziców. Szczegółów nie znam, ale wiem tylko, że dziecku wszystko się rozłazi mimo operacji. Miała być w planach już tylko kosmetyka twarzy, a tu się okazuje, że ponownie trzeba będzie usypiać do operacji. Przykre to i choć wielokrotnie powtarzałam, że to nie moje małpy i nie mój cyrk, jest mi zwyczajnie szkoda tego dziecka, bo rodzice jednak udowadniają, że nie dorośli do pełnienia tej funkcji. To im jest bardziej potrzebna opieka.

Zaraz koniec roku szkolnego: Mania wychodzi z czwartej klasy z bardzo dobrymi ocenami i zachowaniem wzorowym. Szczerze to jestem zdziwiona, bo ta jej absencja powinna przynajmniej obniżyć zachowanie o jeden stopień, ale widać pani dała jej szansę. Co do psychologicznych potworów, walczymy z nimi nadal: np. poniedziałek był znów dniem wagarów. W czwartek byłam u szkolnej psycholog, którą bardzo lubię i cenię za profesjonalne podejście do zawodu. Namawiała mnie na ukończenie badań w poradni, mimo naszych (moich i Mani) oporów i antypatii do tamtejszej psycholog. Argumentowała to tym, że to będzie jakby "kara" dla Małej, że w ramach jej zaniedbywania szkoły musi cierpieć w nielubianym miejscu. Wiem, że żeby zamknąć badanie w poradni potrzeba tylko jeszcze jednej wizyty. Potem będzie wystawiona opinia i koniec. Tak więc rozważę ten pomysł.

Jeśli wyrobię się do końca czerwca z obrobieniem wszystkich moich papierów, będę mogła spokojnie iść na zasłużony urlop od 1 sierpnia. Na to tylko czekam....

poniedziałek, 07 grudnia 2015

Moja Mania ma stwierdzoną nadwagę. Nie jest to otyłość, ale przekracza normy i w centylach wychodzi poza granice swojego wieku i wzrostu. Pisałam już kiedyś, że mogą być z tego nieprzyjemności natury emocjonalnej. Na szczęście Mańka jest lubiana wśród koleżanek i nic takiego ostatnimi czasy się nie zdarza.

Pomimo jej aktywnego życia, basenu, wychodzenia z domu do koleżanek, Mała tyje w oczach. Nie ukrywam, że również lubi jeść. Wszystko. I na słodko i na kwaśno, mięso czy czekolada, szpinak czy ogórek, nie ma znaczenia. Zaintrygowały mnie kwestie wypowiadane godzinę po posiłku: mamuś, jestem głodna, mogę coś zjeść? Zaraz, zaraz, przecież dopiero był obiad/śniadanie, nie za szybko? 

Poszłam z tymi wątpliwościami do pediatry. Oczywiście wizyta była pod pretekstem jakiegoś kaszelku. Pan doktor obejrzał, powiedział, że wszystko ok, a ja poprosiłam, żeby popilnowała mojej torby na korytarzu, a ja jeszcze spytam o coś lekarza ;-) Pan doktor wiedział o co chodzi i zlecił badania w kierunku czynności tarczycy, cukru, cholesterolu. Dał również skierowanie do endokrynologa. Oczywiście nasza państwowa służba zdrowia daje dziewięciomiesięczne terminy do dziecięcego specjalisty, musiałam więc wyskrobać stówę z domowego budżetu i pójśc do lekarza prywatnie. Ale czego sie nie robi dla dziecka? ;-)

Pani endokrynolog nie stwierdziła odchyleń od norm. Powiedziała jasno i wyraźnie, że to nie zaburzenia tarczycy, a zwykła nadwaga. Żołądek jest rozepchany i dlatego Mania wciąż czuje głód. Dodała też, że należy przejść na dietkę: mniej ziemniaków, kluchów, ogólnie węglowodanów. Kupić wagę i pilnować, żeby w ciągu pół roku nie wzrosła. Żeby organizm poszedł w górę, a nie w szerz.

Po wizycie moja córka się rozpłakała. Kiedy spytałam dlaczego odparła, że teraz nie będzie mogła jeść tego, co lubi. Wyprowadziłam ją z błędu, bo wcześniej rozmawiałam z zaprzyjaźnioną koleżanką-cukrzykiem. Usłyszałam od Ewy kilka drogocennych rad w temacie żywienia i generalnie musimy ograniczyć ilość przekładając jedzenie na jakość i częstotliwość. 

To co mnie zadziwiło po tych dwóch tygodniach diety, to fakt, że Mania pyta się czy TO może zjeść, czyta opakowania co dany produkt zawiera (np. cukier), uczy się świadomie jeść. Mnie też to na dobre wychodzi, bo ostatnio nic nie smażę. Jest dużo mięsa duszonego, pieczonego, grillowanego, ewentualnie jajko sadzone ponieważ ma krótki czas smażenia. 

Chciałabym utrzymać wagę mojej córki do wiosny. Chciałabym, żeby wyciągnęła się w górę. Choć i tak w wieku prawie 10 lat wygląda na 12, a waży jak panna młoda na wydaniu. 

15:32, sokramka
Link Komentarze (7) »
czwartek, 26 lutego 2015

Podpierając się tym starym, dowcipnym porzekadłem można w jednym zdaniu zobrazować sytuację w moim domu z ostatnich dni ;) 

Najpierw jakaś cholera zaatakowała Młodego. Kasłał jak gruźlik, bolała go głowa i w końcu polazł do konowała po jakieś medykamenty. Dziś już lepiej, ale do końca tego tygodnia siedzi w domu na zwolnieniu. Potem cos paskudnego wlazło w płuca Szanownego. Kasłał jak gruźlik, głowa go nie bolała, bo mojego męża nigdy głowa nie boli, ale gorączkował. Do konowała nie poszedł bo stary nie lubi chodzić po lekarzach (jak to chłop), ale namówiłam go na pobranie sobie ogólnie dostępnych wspomagaczy przeciw objawom przeziębienia i grypy. Dziś już lepiej. Następnie ja - taka twarda i jak zwykle niezłomna zostałam złamana przez kaszel, który chciał mi wyrwać płuca. Do lekarza nie poszłam, ale wykaraskałam się znowu za pomocą leków ogólnie dostępnych. Dziś już jest dobrze.

Dawno wszyscy nie chorowaliśmy. Jedynie Mania, ta, która zawsze miała jakieś problemy z odpornością (kurzajki, jęczmienie na oku) wytrwała między nami nietknięta przez wirusy. Usłyszałam od znajomej, że nasza dzielnica właśnie zmaga się z jakąś groźną odmianą grypy.

Najważniejsze jest to, że już się mamy wszyscy dobrze :) 

Tagi: zdrowie
14:23, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 28 listopada 2014

Wczoraj odbębniłyśmy wizytę u lekarza od oczu, wedle zaleceń pani psycholog, co to dysleksję podejrzewa. Oczywiście dziecko moje młodsze żadnej wady wzroku nie ma. No chyba, że na siłę wyrobimy okularki 0,5 a nawet 0,25 (gdzie nawet nie dopytałam się czy plus czy minus), z których to okularków Mała i tak wyjdzie bo z wady obecnej się wyrasta.  

Ki chuj ja się pytam potrzebne to całe zamieszanie? Z tablicy widzi, bajki w telewizorze widzi, litery czyta, zdania skleci. Albo ja ostatnio przewrażliwiona jestem, albo mam naprawdę za dużo energii, bo mam ochotę komuś dać w mordę ;) Z jednej strony dobrze, że sprawdziłyśmy z Manią ewentualność chorego narządu wzroku, ale z drugiej strony patrzyłam na obecne tam dzieci z takimi wadami (byłyśmy w szpitalu na oddziale okulistycznym), że odechciewało nam się siedzieć. Przynajmniej mi. Moim zdaniem cała ta wizyta była zmarnowana i mogło z niej skorzystać inne dziecko, które tej pomocy okulistycznej naprawdę potrzebuje. Poza tym zaproponowane przez panią doktor okularki nie kosztują 50 zł. Nie wyskrobię sobie potrzebnych na to funduszy, kiedy nie ma pilnej potrzeby. To nie te czasy, może 5 lat temu tak...

W każdym razie Mania miała badanie zwykłe, po kropelkach, komputerowe i zdrowa jest jak koń. Co tam jeden - jak cały tabun dzikich koni. 

Całe to zamieszanie wokół jej awersji szkolnej jakoś ostatnio się skończyło. Koleżanka mówiła, że ta nasza psycholożka to jakoś tak traktuje dzieci instrumentalnie. Odniosłam podobne wrażenie. Badanie oczu zrobiłam,do poradni zaniosę, będę miała spokój. Na razie córka chętnie do szkoły biega i nie widzę problemu. Z uśmiechem na ustach opowiadamy sobie przygody dnia codziennego. Oby tak trwało najdłużej ;)

poniedziałek, 20 października 2014

W końcu bez cewnika. Jestem już w domowym zaciszu, chałupka pusta, a ja sobie siedzę, sączę soczek i odwiedzam świat internetu.

I teraz takie małe spostrzeżenie: każdy ma inną granicę bólu fizycznego i jego wytrzymałości. Koleżanka z pracy nastraszyła mnie, że wyjęcie cewnika to taka straszna sprawa, że cewka boli, że nera szarpie i w ogóle koniec świata. W internecie też czytałam różne opinie forumowiczów, a sama przekonałam się, że nie taki diabeł straszny. Owszem jest to zabieg nieprzyjemny polegający na włożeniu przez cewkę moczową cienkiego istrumentu, za pomocą którego lekarz wyjmuje cewnik. Ale: cała okolica sromu pacykowana jest jakimś płynem, który fajnie ogrzewa skórę, wprowadzenia żelu znieczulającego tak naprawdę wcale się nie czuje. Lekarz zajmuje człowiekowi ok minuty jego życia. A ulga jest nie do opisania.

To tak jak z porodami. Jedna będzie krzyczeć, że nigdy w życiu, że to taki ból straszny, rozrywający i w ogóle, że najchętniej to cesarkę na życzenie i takie tam pierdalamenty. A ja urodziłam oboje swoich dzieci dwoma pierdnięciami i gdybym mogła, rodziłabym za inne ;)

Mam tatuaże na obu ramionach, bólu się chyba nie boje i wiele potrafię znieść. Oczywiście w granicach dopuszczalnych, tylko każdy sobie tę granicę sam wyznacza. Nie ma się co słuchać innych, tylko samemu wszystko należy zbadać, zmierzyć i przeżyć ;) Wtedy dopiero można wyrokować.

Szanowny na ten przykład jest osobą niesamowicie wrażliwą i nigdy nie patrzy na krew, nawet jak mu pobierają. A ja nie dość, że to mi się podoba, to jeszcze wystawiam łapy z lepszą żyłą i patrzę jak ścieka ta zła ;)

Najważniejsze, że już bez rurki chodzę i teraz musze się dobrze nawadniać, żeby ta cholera - kolka - nie chciała znowu mnie odwiedzić. Tak sobie pomyślałam, że za jakiś miesiąc może USG nerki sobie zrobię?

Tagi: zdrowie
13:28, sokramka
Link Komentarze (7) »
sobota, 18 października 2014

Jestem zła. Złość też uczucie ludzkie. A nic co ludzkie nie jest nam obce. Wczoraj, zgodnie z zaplanowanymi zabiegami miałam mieć usunięty cewnik DJ. Jako porządny, nie lubiący się spóźniać obywatel/pacjent, zjawiłam się o 7.00 na planowej izbie przyjęć. Oczywiście musiałam swoje odczekać w kolejce, to normalne. Zdołałam się już przyzwyczaić do szpitalnych kolejek. Po zarejestrowaniu się i otrzymaniu opaski identyfikacyjnej, przebrałam się grzecznie w piżamkę i powędrowałam na oddział.

Na oddziale okazało się, że....muszę poczekać na korytarzu, bo nie ma wolnego łóżka, żeby mnie gdzieś położyć. Między słowami dodam, że zabieg wyjęcia cewnika z pęcherza trwa ok dwóch minut. Łóżko zwolniło się ok 10.30. Dobrze, że zabrana książka ratowała przedłużające się minuty nudy korytarzowej.

Po zainstalowaniu się na szpitalnym łóżku poznałam swoją współlokatorkę, która tak jak ja była planowo przyjęta na wyjęcie cewnika DJ. Dodam, że taki zabieg trwa ok dwóch minut. W trakcie oczekiwania na wolne łóżko miałam pobraną krew do badania oraz mocz. Wyniki bardzo długo schodziły z laboratorium. O godz. 13.00 jeszcze nie było mojej próby ciążowej. Salowa śmiała się, że chyba będę mamą. No, niedoczekanie! Jeszcze tego brakowało, żebym była w ciąży. Na szczęście okazało się, że zlecenie nie zostało zarejestrowane w komputerze laboratorium i stąd to oczekiwanie.

Obie z moją współlokatorką byłyśmy na czczo. Pacjentom podawano śniadanie, potem obiad, a my wciąż czekałyśmy na zabieg wyjęcia cewnika DJ. Przypominam, że trwa on ok dwóch minut. Po obiedzie, kiedy nasze wyniki badań dotarły już na miejsce skierowano nas na rtg okolicy nerki. Pomimo kompletu wszystkich badań i nadwyrężonej naszej cierpliwości zabiegu nie wykonano. Blok operacyjny o 15.00 już nie funkcjonuje, a ordynator na obchodzie o 15.11 poinformował nas, że musimy przyjść w poniedziałek.

Jasna cholera!

Z potwornym bólem głowy, głodna, śpiąca i wymęczona nudą szpitalną wyszłam z oddziału o 15.30. Robiąc dobrą minę do złej gry potrafiłam się jeszcze uśmiechnąć do pielęgniarek, bo przecież czemu one winne?

Dziś boli mnie kręgosłup bardziej niż zwykle (nie wiem - brak ruchu, wysiłku fizycznego?). Dla dwóch minut zabiegu straciłam cały dzień, stracę też poniedziałek. Ja wiem, że nie mam prawa mieć pretensji do konkretnych osób, bo różne rzeczy się przytrafiają w służbie zdrowia, ale ta sytuacja dobiła mnie psychicznie.

Bo żeby chorować to trzeba mieć końskie zdrowie.  

08:32, sokramka
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4