Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: pasierb

wtorek, 09 maja 2017

Istnieją jednak rzeczy ważne i ważniejsze, które uwierają jak przeprana metka w swetrze. Myślałam, że dobry czas zostanie na dłużej, ale jednak ta ciepłota ciała nie każdemu pasuje. Mam już wewnętrzne schizy polegające na tym, że to wszystko moja wina, że to ja nie potrafię upilnować miru domowego...

Ale w czym rzecz.

To, że mam pasierbów wiadomo. Że mieszkałam z nimi - też wiadomo, że jeden z nich mieszka w tym samym domu co my - też jest rzeczą wiadomą. Nie mogę narzekać, bo kontakt ze wszystkimi mam w miarę dobry, poprawny. Inne kobiety tworząc patchworkową rodzinę mają gorzej. Wiem, bo często czytając forumowe wpisy na gazecie, napatrzyłam się na wylewane żale. Ja też tych żali wylałam wiele, ale myślałam, że nastała jakaś stabilność w stosunkach międzypokoleniowych, a jednak to wraca jak bumerang.

Mój Pierworodny chodzi na kurs prawa jazdy. Obiecałam mu to jakiś czas temu, że zasponsoruję mu prawko jak tylko wyrwę się z finansowego dołka. Słowa dotrzymałam, on zresztą też - bo nawalił ze szkołą, ale jakoś doszedł do tej matury i aktualnie zdaje po kolei wszystkie egzaminy. O ten właśnie kurs prawa jazdy poszło i od tego się zaczęło. 

Tak więc w czasie jakiegoś luźnego wieczoru usłyszałam, że jak Scareface (syn Szanownego) skończył zawodówkę to musiał "szybko znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do domowego budżetu". Racja. Wprowadziłam te zasadę ponieważ uważałam, że 300 zł z pensji młodego chłopaka (bez żony/dziewczyny/dziecka i innych zobowiązań) to nie jest jakieś wielkie obdarcie ze skóry. Tym bardziej, że kiedy Scareface kończył szkołę to w domu się nie przelewało. Mieszkał z nami, korzystał jak każdy z nas z pralki, prądu, gazu, śmiecił tak samo jak my, albo może i więcej. Moje wyjaśnienia, że kiedy mój syn zda maturę, pójdzie do pracy i tak samo będzie się musiał dokładać i pewnie jeszcze opłacać za swoje studia, nie zostały przyjęte z aprobatą. Cóż.

Nikt Scareface'owi nie broni zwrócić się do mamusi (swojej) i tatusia (swojego), babci bądź dziadka o zasponsorowanie kursu prawa jazdy. Mój syn ma tylko mnie i żadni inni sponsorzy nie wchodzą w grę. 

Nie jestem też święta jeśli chodzi o pilnowanie porządku. Po pierwsze nie należę do osób, które kochają się w mieszkaniach - muzeach. Każdy normalny dom musi mieć magiczne krzesełko, na które można rzucić ciuszek, w każdym normalnym domu musi stać w zlewie choć jeden talerz czy miska, i każdy normalny dom musi mieć choć trochę okruchów czy kocich/psich kłaków na dywanie ;-) W domach "sterylnych" boję się siadać na fotel/kanapę, bo jeszcze "ubrudzę". Tak więc mój syn, za przykładem mamusi ma takie krzesełko, ma taki stos talerzy (na biurku) i ma też okruszki/papierki/rachunki na podłodze. Jego pokój jest jednak mały i niestety przechodni. Pierworodny w nim tylko śpi, albowiem całymi dniami zazwyczaj nie ma go w domu - albo harcówka, albo hufiec, albo spotkania z kolegami na mieście, lub organizowanie kolejnych wycieczek dla zuchów bądź harcerzy młodszych, albo jakieś kursy, szkolenia, czy nauka czegoś innego. On na komputer, dom i dziewczyny nie ma czasu. Kiedy próbuję odbijać pretensje o porządku mojego syna, które brzmią: "bo on ma bałagan, a to pokój przechodni i wszystko widać", mojego męża nic nie wzrusza. Na argumenty, że jego najmłodszy syn, Golas prowadził tak porządek w pokoju, że nos od smrodu sam odpadał, Szanowny tylko odbija piłeczkę, że mój syn niedługo będzie robił tak samo...

Może dorabiam dupie uszy i dramatyzuję, ale odkąd urodziłam Pierworodnego założyłam sobie, że stanę na głowie, ale nie dopuszczę do zejścia mojego dziecka na boczne drogi i doprowadzę do jego właściwego wychowania. Czy to się spełniło okaże się w jego samodzielnym, dorosłym życiu. Nie pozwoliłam też nikomu obcemu wtrącać się w zasady jakie zastosowałam, ani żadnej ciotce, ani Bratu, ani tym bardziej Szanownemu, który nie potrafił zapanować nad własnymi synami.

Najgorsze są więc kłótnie o "moje, twoje, nasze". Nigdy żadna ze stron nie będzie miała w pełni racji. Już nie twierdzę, że tylko "mojsza" racja jest na wierzchu, ale widzę ogromną dysproporcję między mną, moim synem, a Szanownym i jego chłopakami. Czy ktoś broni albo zazdrości inwestować w swoje wykształcenie lub zainteresowania? Czy porządek na biurku to jedyny priorytet życiowy człowieka? Czy serio - "wykształcony człowiek nie zostawia brudnych skarpet na podłodze"? - to argumenty mojego męża w stronę mojego syna. A tak na marginesie - odezwał się "czyścioch", który po każdej większej robocie (cięcie, rżnięcie, kiełbasy czy inne oleisto-ogrodowe rzeczy) nie zostawia po sobie widoku sali operacyjnej, tylko wciąż muszę go napominać, że zostawia po pracy krajobraz jak po bitwie...

Najgorsze jest być zależnym od kogoś. Jak mantrę powtarzam słowa mojej Mamy: "umiesz liczyć - licz na siebie". I wiem - jestem zależna mieszkaniowo od mojego męża, bo ten dom nigdy nie będzie mój. Wkładam do głowy mojemu Pierworodnemu, żeby jak najszybciej stąd spieprzał, bo nic tu nigdy jego nie będzie. Mnie w sumie też by się przydało jakieś maleńkie mieszkanko - choćby 20m2, gdzie mogłabym na starość kłaść swoje ciuszki na magicznym krzesełku, a kubeczek na zastawionym książkami stole i nic nikomu do tego. Póki Szanowny żyje jego synowie są grzeczni. Ale kto wie jak będą mnie traktować kiedy mojemu mężowi przyjdzie pora odejść z tego świata? Niby mnie zapewnia, że przecież "cię lubią i krzywdy ci nie zrobią", poza tym "współwłaścicielką będzie nasza Mania więc ona cię nie wyrzuci". Ale nawet w najlepszych rodzinach ludzie ludziom podkładają świnie.

Czasem myślę, że najlepiej żyć samemu. Albo nie - żyć z kotami, najlepiej trzema albo pięcioma :-))))

P.S. Justek - jeśli masz ochotę obedrzeć mnie z historii życiem pisanych - bierz i jedz ile chcesz ;-) Przecież masz już doświadczenie w tym zakresie. Bezcielesna - to również zdanie dla Ciebie :-)   

czwartek, 29 grudnia 2016

No właśnie - te kilka dni wolnego, trochę przedłużony weekend, a jednak takie dni, podczas których mogą się zdarzyć rzeczy niespotykane w ciągu roku. 

U nas nie ma czegoś takiego jak kolacja wigilijna. Owszem - choinkę ubiera Szanowny z Manią, ale ja nie szykuję żadnych specjałów na stół. A ostatnio nawet postanowiłam tylko zrobić dobry obiad i w spokoju zjeść go we czwórkę, jak nigdy. Dziadek wyjechał ze swoją narzeczoną do sanatorium więc nikomu i z niczego nie musiałam się tłumaczyć. Nareszcie czas spędziliśmy tak naprawdę po naszemu. Miło, spokojnie, z prezentami, które sami sobie wybraliśmy i sami się nimi obdarowaliśmy. 

Muszę też przyznać, że w tym roku mój syn chyba poczuł zew wolności i jakieś dziwne parcie na kuchnię, albowiem sam przygotował dwa ciasta na ten świąteczny weekend, a od wczoraj pichci jakieś dwie kolejne pyszności na pożegnanie koleżanki z hufca ;-) Szacun dla Pierworodnego!

Natomiast w niedzielę odwiedził Szanownego jego najmłodszy syn ze swoją kobietą i dzieckiem, które urodziło się w sierpniu. Szanowny widział wnuczka po raz pierwszy. Najgorsze z tej wizyty było okraszenie jej... wódką. Tak, tak, kolejny raz ostro wyraziłam swoje zdanie na temat tego alkoholu. Synuś przyniósł flaszkę do obalenia razem z tatusiem. Potem pojawił się najstarszy z moich pasierbów ze swoją rodzinką, a ja udałam, że baaaaaardzo mnie boli głowa i poszłam czytać do Maniutkowego pokoju. 

Ech najchętniej to bym chciała, żeby całą wódę świata zalało morze i żeby jej nigdy nie było, a jedynym alkoholem dostępnym dla ludzi było piwo i wino. Nie wiem dlaczego akurat do wódki mam taką awersję. Mój mąż nie jest alkoholikiem, wódkę pije właśnie raz w roku i jest po niej wesoły i niesamowicie wygadany, czego nie można o nim powiedzieć kiedy jest trzeźwy ;-) Ale ten konkretny alkohol nie pasuje mi do żadnej okazji. A jeszcze jak zobaczyłam, że piją oboje młodzi rodzice (!) tego najświeższego malucha, to doznałam szoku. Do tego oboje palący.

To niby nie moje małpy i nie mój cyrk, ale zauważyłam jak dziwnie łączą się ludzie w pary: moja Mama uciekła z rodzinnego domu w małżeństwo, w którym nie mogła dogadać się pod względem intelektualnym, chociaż czarę goryczy przelała przemoc ojca wobec mojej Mamy. Rozwiodła się. Moja teściowa - kobieta wykształcona, z dobrego, bogatego domu, związała się z człowiekiem ze wsi, mimo oporów i sprzeciwów jej opiekunki. Gdyby nie fakt, że teściowa była kobietą niezwykle ugodową, zapewne też by się rozwiedli ze względów intelektualno-kulturowych. Następnie mój mąż ożenił się z kobieta niezwykle religijną, prostą, z małego miasteczka, której edukacja zakończyła się na szkole zawodowej i zapewne do dziś pani przejawia strach przed zabobonami, a nauka czy nowości techniczne są dla niej obce (wiem, że nie posiada nawet adresu mailowego). Rozwiedli się. A ich synowie - każdy ma kobietę inną, z różnych środowisk, jednak są to dziewczyny proste, nie przejawiające żadnych ambicji. No, może Blondyna Scareface'a jest kobietą o szerszym horyzoncie myślowym, jakieś tam studia chciała podejmować, ale urodziło się dziecko i siedzi teraz w domu. 

Patrzę na dzieci mojego męża i jestem zadziwiona. Porównując ich do mojego syna widzę ogromny mur, choć żaden z nich nie jest ani złodziejem (no, jeden był...) ani narkomanem, porobili dzieci, pracują na te dzieci i w miarę możliwości się tym swoim domem zajmują. Nic szczególnego, nic specjalnego, żadnych ambicji, marzeń, pasji, hobby. Mój syn kiedyś został nazwany przez dziadka "pedałem". "On to chyba jakiś pedał jest, bo dziewczyny jeszcze nie ma". Strasznie mnie to zabolało, bo wyszła z dziadka zaściankowość i patrzenie na życie przez pryzmat stereotypów.  

Na szczęście głos teścia nie będzie słyszalny aż do 5 stycznia i chwała mu za to :-) 

W poniedziałek wzięłam się za maszynę i uszyłam prezent właśnie dla jednej z moich synoch, która wg mnie jest z nich trzech najbardziej "ludzka". To łapki kuchenne, które już wiszą na Insta. Powiesiłam też nasze zdjęcia z ostatnich wakacji w dużej ramce, a z chłopem rozplanowaliśmy wykonanie łóżka dla Mani, do którego jakiś czas temu zakupiliśmy sam materac. W najbliższą sobotę zapewne pojedziemy po dechy. 

Mam cały tydzień urlopu międzyświątecznego. Do pracy idę dopiero w nowym roku. Mimo to wstaje najpóźniej o 7.00 bo dzień wtedy zupełnie inaczej się układa. O 12.00 mam już zrobione pranie, zmywanie, przykładam się też do dawno nie trzymanych drutów i włóczki (mam w planach szalik). No i oczywiście w międzyczasie pisanie pracy magisterskiej pochłania moje wolne minuty. Aktualnie czytam też drugi tom Krugera autorstwa Marcina Ciszewskiego. Bardzo długo na tę pozycję czekałam i już prawie zapomniałam co się działo w pierwszym tomie ;-) 

W każdym razie zaraz będziemy starsi o kolejny rok. I oby ten 2017 był milszy od tego cholernego 2016, podczas którego zgasły wielkie gwiazdy i osobistości oraz w czasie którego Polska rozbiła się na dwa wrogie sobie obozy. 

poniedziałek, 03 października 2016

Zaczęło się już w piątek. Pokłóciłam się z Szanownym o... mojego Pierworodnego. Generalnie porównywanie ludzi do innych osób, to paskudny element dyskusji i dlatego moje wzburzenie rozrosło się do fali tsunami. Za własną rodziną będę stała jak lwica zawsze. Cóż, niestety Pierworodny nie jest synem Szanownego i tu mam wielokrotnie bitwę w sercu - kto jest ważniejszy, a kto jakim czynem zasłużył sobie na krytykę.

Zasadniczo moi panowie nie sprzeczają się - jest między nimi taka niewidzialna nić porozumienia i wzajemna akceptacja. Ale obaj potrafią na siebie donosić właśnie do mnie. I to mnie irytuje.Po kłótni postanowiłam noc z piątku na sobotę spędzić z córką w łóżku. Taki foch ;-)

W sobotę z chęcią pojechałam na uczelnie. Rok akademicki juz się dla nas zaczął i to na całe 9 godzin. Wieczorem, po powrocie do domu zastałam Uszaka i jego dziewczynę z małym. Ponieważ mój organizm przyzwyczajony jest do wstawania o świcie, zwyczajnie o 20.30 położyłam się spać. Wszak niedzielę też miałam przywitać na uczelni. Zamieniłam jedno (dosłownie) zdanie z Okularnicą, które potem okazało się gwoździem do trumny moich stosunków z pasierbem. Okazało się, że Uszak wypił sobie troszkę u brata, jego kobieta za bardzo wzięła sobie do serca moje zdanie o życiu z chłopem i... pokłócili się w drodze do domu. Dostałam od pasierba takiego wulgarnego smsa, że całą niedzielę miałam gniota w żołądku, który nie chciał zejść.

Co ja mu takiego zrobiłam, że mnie tak obsmarował? Nie odpisałam, nie wdawałam się w dyskusję, bo stwierdziłam, że na takim wulgarnym poziomie nie będę wdawać się w polemikę.

Po powrocie z uczelni postanowiłam pogadać z Szanownym. Wtedy też pękło coś we mnie i wylałam z siebie wiadro łez. Potrzebowałam wyrzucić z siebie zatęchłe od piątku żale i to mi dobrze zrobiło. Bałam się jednak, że tak jak ja staję murem za swoim synem, mój mąż będzie stał murem za swoim. Miło się zaskoczyłam ponieważ Szanowny powiedział, że jeśli jego syn mnie obraził - nie będzie miał w tym względzie dla niego usprawiedliwienia.

Ulżyło mi.

Sprawa z moim synem również została wyjaśniona. Na znak "pokuty" ;-) Pierworodny przekopał połowę ogródka. Atmosfera wróciła do normy, wróciłam do własnego łózka. Boli mnie tylko to, że mój nadpobudliwy pasierb pozwolił sobie bez konfrontacji używać inwektyw w moim kierunku. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia, a wyszło na to, że wypowiedziane przeze mnie jedno zdanie w rozmowie z jego dziewczyną zadziałało jak zapalnik tłumiącej się między nimi awantury.

poniedziałek, 12 września 2016

Wrzesień chyba nie chce pożegnać się z upałami i trzyma się kurczowo wysokich temperatur. Mnie to doprowadza do szału ;-) Nic się chce, żadna praca nie daje satysfakcji, człowiek wchodzi pod prysznic mokry i wychodzi.... mokry ;-) Ale nic. Przeżyło się jedne upały to przeżyje się i drugie ;-)

Ogródek już wypielony przez Szanownego. Zbiory w koszach stoją w piwnicy i sukcesywnie są przerabiane na przetwory. Cały weekend poświęciłam na zabawę ze słoiczkami ;-) Słoneczniki też już zerwane. Mam mnóstwo przecierów pomidorowych, keczupów, utartej i zamrożonej dyni, przecierów z ogórków kwaszonych. W sumie - jest co jeść. Kukurydza tez obrodziła i mieliśmy taki czas, kiedy jedliśmy ją na śniadanie, obiad i kolację, a i rybki w oczku się trochę pożywiły ;-) Miałam w niedzielę na chwilę spotkać się z Bezcielesną, ale gary mnie pochłonęły, czego jednak nie żałuję, wręcz przeciwnie :-) 

W niedzielę też odwiedził nas Uszak z Okularnicą i Pacholęciem. Mały już chodzi (uwaga - w styczniu skończy dwa lata), uśmiecha się, bawi się piłką. Jednak jest emocjonalnie bardzo zaniedbany. Nie mnie wnikać w przyczyny, bo to ani nie mój wnuk, ani żaden pociotek. Widzę, że Szanowny bardzo jednak przeżywa niedbalstwo matczyne swojej synowej. Pasierb rozmawiając ze mną potwierdził te zaniedbania. Dziewczyna jest miła, sympatyczna, ale niestety nieporadna i chyba trochę leniwa. Potrzeba jej wsparcia.

Nowy tydzień, to zakończenie starych wniosków i chyba koniec w tym roku naszej służbowej aktywności. Zakupy teraz będą już tylko realizowane. Jeśli nie dojdzie mi nic na cito, to będę miała do końca roku kalendarzowego spokojniejszą pracę :-)

Miłego tygodnia!

poniedziałek, 11 lipca 2016

Jakiś czas temu pisałam o Okularnicy i zaniedbaniach względem jej dziecka. Myszka zainspirowała mnie do pewnych przemyśleń związanych z odpowiedzialnością rodzicielską. Oto moje refleksje:

Wychowywała mnie i mojego Brata tylko Mama. Nasz ojciec nie chciał (nie mógł/nie potrafił) uczestniczyć w tym procesie. Wyniosłam z domu obraz kobiety niezależnej, za wszystko odpowiedzialnej i skazanej na własne decyzje. Mając już swoje dziecko (które także wychowywałam sama) nie dopuszczałam innego scenariusza jak poleganie tylko na sobie i niedopuszczanie facetów do swojego życia.

Oczywiście będąc już matką spotykałam się z facetami, ale nigdy nie marzyłam o byciu "żoną", "piastunką domowego ogniska", nie chciałam być częścią jakiejś układanki. Najważniejsze było dla mnie moje dziecko. Spotykając na swojej drodze Szanownego też myślałam tylko o luźnym związku. On nie miał jeszcze rozwodu, ja własnego lokum, bardzo mi pasował układ na odległość. Kiedy w końcu zamieszkałam z Pierworodnym "na swoim", Szanowny wprowadził się i nagle zobaczyłam, że kręci się po "moim rewirze" jakieś obce ciało ;-) Z przyzwoitości (i w zakochaniu) musiałam przyzwyczaić się do intruza. Dużo mnie kosztowało przestawienie się na model trzyosobowy.

Z przykładów życiowych: to Szanowny wyszedł pierwszy z inicjatywą o wspólnym dziecku, mimo, że sam już miał synów i ja swojego też, to Szanowny zaproponował po kilku latach wspólnych ślub, na którym była już nasza córka, choć ja nie nalegałam, a on miał za sobą jedno nieudane małżeństwo. Widać uznał, że pasujemy do siebie i możemy być czymś więcej niż tylko parą kochanków.

Po latach widzę, że samotne macierzyństwo uczy odporności wobec świństw na tym świecie. Ale SM to nie do końca taka wspaniała perspektywa. Mimo tego, że kobieta będzie całą sobą pokazywać światu, że daje radę. Widziałam to z czasem na przykładzie mojej Mamy. Choć zapewniała mnie, że żadne szurające kapcie nie zakłócą jej miru domowego, to często siedząc samotnie wieczorami zagadywała mojego Brata. Teraz wydaje mi się, że niechcący uszkodziła jego psyche i to dlatego mój Brat wciąż jest sam. Szuka ideału.

Zazdrościłam Bezcielesnej, że tak bez oporów zostawia córkę na weekendy swojemu Byłemu, że nie ma obaw, czy mała będzie dopilnowana, uczesana, nakarmiona. Przyznam, że ze mnie wychodziła zawsze diablica, która najlepiej wiedziała co mojemu dziecku jest potrzebne i że ten "tatuś" nie poradzi sobie w opiece nad dzieckiem.

Duży błąd, chyba niestety wynikający z mojej przeszłości.

Dziecko ma oboje rodziców. Spotyka się plemnik z jajeczkiem - tego nie da się zmienić ;-) I nawet jeśli nie wierzy się w siły przerobowe tatusia czy mamusi, to należy dać szansę na wykazanie się. Oczywiście pomijam fakt rodziców alkoholików, narkomanów, tych co o dzieciach zapominają, zostawiając w domach dziecka.

Co do mojego pasierba, Okularnicy i ich dziecka - to oczywiście Myszka ma dużo racji. Tatuś tez powinien uczestniczyć w walce o dobro dziecka. Nawet jeśli (tak jak mój pasierb) pracuje po 10-12 godzin. Ale przecież weekendy ma wolne. Nie jest Fiutosławem Płodzimierzem i swój rozum ma. Obecność pasierba w życiu małego jest mimo wszystko znacząca, bo tatuś bawi się z synkiem, czasem nakarmi, ale moim zdaniem powinien też wspierać Okularnicę w jej opiece nad ICH WSPÓLNYM, chorym dzieckiem.

Dziś mam zgoła inne podejście do życia z chłopem. Dużo się nauczyłam i uczę nadal. Dawno temu już Czubaszkowa pisała, że faceta nie da się zmienić. Typ jest do zaakceptowania, albo...zmiany modelu ;-) Ale przecież to samo działa w drugą stronę - kobiet też się nie da tak łatwo zmienić. Poza tym: nobody's perfect ;-)

Mój pasierb popełnia wiele błędów, ale jest trochę bystrzejszy od matki swojego dziecka. Powinien więc wziąć odpowiedzialność za ich oboje: dziecko i jego matkę. Myślę, że wtedy - angażując się w realne kłopoty, mogliby pomóc temu małemu powoli wychodzić na prostą. Nadmienię, że czeka chłopca kolejna operacja rozszczepu, rehabilitacja oraz wzmożona opieka intelektualna (mały wykazuje objawy opóźnienia umysłowego).

Chłopy - bierzcie się do roboty, a baby - poluzujcie trochę cugle i dajcie im się wykazać ;-) Nie wiem czy zdołałam w pełni przekazać o co mi chodziło, ale ogólnie życie ludzkie jest porąbane ;-) Koty mają łatwiej :-)))))


poniedziałek, 20 czerwca 2016

Już niedługo wakacje, wakacje.... Miałam w czasie weekendu ostatni zjazd. Luzik mnie ogarnął, bo to tylko formalności: wpisy i drobne zaliczenia. Żadnych egzaminów, stresów i nerwów. Niestety nie wszyscy wykładowcy byli dostępni od ręki ;-) miałam więc dłuższą przerwę w ciągu dnia sobotniego. Postanowiłam wybrać się do dawno nie widzianej koleżanki na kawę. Po drodze miło było spotkać Bezcielesną z Wiertką: dziewczyny miały w planach sadzenie kwiatków na balkonie. Podziwiam - to zupełnie nie moja bajka :-D

Późnym popołudniem dojechałam do domu. Wcześniej zostałam uprzedzona przez Szanownego, że przyjechali teściowie mojego pasierba, Scareface'a. W sumie miałam pierwszą, większą możliwość poznania tych ludzi, bo na ślubie młodych byliśmy tylko z daleka i na "dzień dobry". Teraz postanowiłam podejść do towarzystwa, uścisnąć rękę i spróbować zamienić kilka słów. Po kilku minutach okazało się, że niestety jest to zbyt duże zderzenie różnych kultur i nie ma sensu, żebym przesiadywała w tym towarzystwie. Po pierwsze: na stole obok potraw z grilla znalazła się wódka. Nie znoszę jej, a wiadomo - większość małomiasteczkowej społeczności nie wyobraża sobie imprezy bez wódki. Po drugie - tematy jakie próbowali narzucać goście to przede wszystkim krytyka świata ich otaczającego i ciągłe pretensje jak to im jest źle. No i po trzecie - to zatwardziałe Pisiorki. O tym, jak zbawienne jest 500+ oraz przyszłościowy program Mieszkanie+ nie chciałam juz słuchać. Za to Szanowny z chęcią został i zachęcony tematem przekomarzał się z nimi ostro.

Tak na marginesie wspomnę, że ja już dawno wiem, że PIS to nie partia, to stan umysłu. Tak jest tez w przypadku rodziny żony mojego pasierba. To zderzenie dwóch różnych kultur. Kiedy na stwierdzenie mojego męża, że nigdy, ale to nigdy nie zagłosowałby na partię jaśnie panującego prezesa, matka żony pasierba z wyrzutem zapytała: a na co? może na PO? I nawet próba wyjaśnienia im, że przecież w parlamencie nie ma tylko tych dwóch partii, że są inne opcje, nie przyniosła żadnego efektu. Oni mają wbite do głowy przez księdza z ambony, że PO jest złem, a PIS jest rycerzem zbawiennym na białym koniu. Oni nie rozumieją zasad ekonomii, że na 500+ komuś trzeba zabrać, że to nie są pieniądze z nieba, że Polska w ruinie, to dopiero będzie, jak Pisiory wydoją z budżetu wszystko co się da. Takie rzeczy są niezrozumiałe dla tej małomiasteczkowej społeczności. Rozmowa się nie kleiła.

W niedzielę była powtórka z uczelni - szybkie zaliczenia i wpisy. Potem małe przemeblowanie w domu. Postanowiliśmy poprzestawiać trochę meble w Mani pokoju. Właściwie to była moja inicjatywa, a Szanowny mi prężnie asystował ;-)

Podczas obiadu jaki żona mojego pasierba przygotowała dla swoich rodziców usłyszałam ze swojej kuchni podwórkowe rozmowy. Były to opinie o pierwszej synowej mojego męża. Okularnica niestety ma problemy z wejściem w rolę matki. Pisałam o tym jak ciężko jej się zajmować Małym, jak wiele błędów popełnia i jakie są tego konsekwencje. Blondyna, druga synowa mojego męża stwierdziła, że tej pierwszej nienawidzi, bo jak można tak zaniedbać opiekę nad dzieckiem. W sumie to nie moje małpy i nie mój cyrk, ale uważam, że zamiast wyrzucać z siebie krytykę, może należałoby tej pierwszej dziewczynie jakoś pomóc? Zapytać z czym sobie nie radzi. Z takich właśnie nieporozumień wynikają późniejsze, dalekosiężne antypatie rodzinne. Wiem też, że SS czyli była żona Szanownego również ma pretensje do synowej i nie pochwala formy opieki nad swoim wnukiem. Ale żeby wspomóc - nie robi nic.

Cóż, takie życie.

Dziś zastał nas deszcz, dobrze, bo nie jestem zwolenniczką upałów, jak zresztą większość już wie. Poza tym ziemia też potrzebuje pić.

Miłego poniedziałku!

wtorek, 14 czerwca 2016

Sobota i niedziela pod znakiem dziecka. Najpierw odwiedzili nas Uszak, Okularnica i Pacholę. I tu kilka moich osobistych spostrzeżeń: rzeczywiście widać, że Mały jest lekko opóźniony, niedouczony, niedopilnowany, niedomyty... Chłopiec niedługo skończy 1,5 roku, a dopiero zaczyna chodzić. Siedząc na podłodze bawił się zabawkami. Kiedy zaczęłam go prosić o to, żeby dał mi misia, autko czy klocek, patrzył się z otwartą buzią i mętnymi oczami. Myślałam, że to przez fakt bycia mu osobą nieznajomą, ale w przypadku Szanownego sytuacja się powtórzyła. No nic. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

W niedzielę walczyłam z Manią. Dosłownie, bo pokłóciłyśmy się na całego. Zrobiłam jej nawet czystkę w biurku, bo z szafki wysypywały się różne papiery i nie mogła znaleźć tego co ważne. Później poszło o lekcje. Pani od historii prosiła dzieci, żeby wykończyły ćwiczenia we własnym zakresie w związku ze zbliżającym się zakończeniem roku. Mania oczywiście powiedziała, że nie będzie tego robić, bo ona nie lubi historii, a poza tym pani i tak tego nie sprawdza. Nie pomogło nawet zdanie siekiery pokoleniowej, że "nie uczy się dla pani tylko dla siebie". Po ponownej, stanowczo wypowiedzianej prośbie zrobienia ćwiczeń z historii, Mańka bezpardonowo chwyciła zeszyt ćwiczeń i... rozdarła go pół! Krzycząc: "nie będę robić i już!". Po czym wyszła ze swojego pokoju informując krótko: "wychodzę". Na co ja odparłam: "to idź, może ci głupoty na dworze wywietrzeją".

Przyznam szczerze, że trochę się zdygałam po swojej reakcji, bo w zasadzie Mania mogła wyjść i iść w.... Ale na szczęście za 5 minut wróciła, siedziałam już wtedy w kuchni. Podeszła do mnie i oświadczyła: "wróciłam, zrobiłam sobie rundkę wokół domu", "ochłonęłaś" - spytałam, "tak", "no to dobrze, bo ja też" - dodałam. Po czym usiadła mi na kolanach i stwierdziła, że chce się przytulić. Zapytałam się więc mojej córki czy kiedykolwiek przestaniemy się kłócić? Na co moje dziecko krótko odparło, że nie, bo kłótnie są potrzebne, a poza tym potem jest fajnie się godzić (?)

Do końca nauki zostało dzieciom kilka dni. W przyszłym tygodniu mają mieć tylko zabawy i przychodzenie bez książek. Urlop bierzemy z Szanownym dopiero od 1 sierpnia. Nie mamy żadnej rodziny, babci, ani miejsca, w którym mogłaby przebywać Mania. Na wakacje w mieście nie chciała się zapisywać. Ona lubi samotnie przesiadywać w domu. Tylko, że takie samotne przesiadywanie w domu z wiekiem zaczyna być podejrzane ;-)

13:06, sokramka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 marca 2016

Wiele się działo, ale da się wszystko streścić w jednym wpisie ;-)

W zeszłym tygodniu miałam w pracy całodzienne szkolenie dotyczące systemu obowiązującego na miejscu. Trochę nudno poprowadzone, ale test zaliczony więc chyba coś w tej łepetynie zostało ;-)

Co do psychologicznego potwora u mojej córki wiem już więcej niż myślałam. Po wizycie u znanej mi psycholog (m. in. tej, z którą współpracowałam w przypadku problemów z Golasem) uświadomiłam sobie, że mam w domu...nastolatkę. Tak, tak, te buntownicze objawy niemające podstaw w żadnej traumie szkolnej, to wyraz krzyku i chęci większego zainteresowania swoja osobą. Doszłyśmy do wniosku z panią psycholog, że muszę być bardziej konsekwentna i wymagająca (a można jeszcze bardziej? ;-)) Ale jednocześnie otwarta i zacząć traktować ją już nie jak dziecko. Tylko, że ja właśnie niedawno zaczęłam ją traktować jak dorastającą pannę. Nie wiem co mogę więcej uczynić. Na razie będzie odprowadzana do szkoły przez Pierworodnego. Młody nie chodzi do szkoły, do pracy idzie od połowy kwietnia więc obiecał mi pomóc.

W niedzielę były chrzciny Królewny. Wnuczka Szanownego ma już cztery miesiące więc rodzina postanowiła zapisać ją do grona chrześcijan. Niestety, sama impreza nie przypadła do gustu mojemu mężowi. Takie zderzenie dwóch różnych kultur spowodowało, że Szanownemu w ogóle nie chciało się tam siedzieć, ale zrobił to dla swojego syna. W skrócie można by określić to jednym zwrotem: "zastaw się, a postaw się". Wódka, wódka i jeszcze raz wódka. Jak to na wiejskich chrzcinach. Nie obrażając przyzwoitych ludzi ze wsi ;-)

Wczoraj natomiast udało nam się wyciągnąć Dziadka na spacer do lasu. Szanowny bał się, że skoro narzeczona Ojca pojechała do swojej rodziny, on będzie próbował szukać monopolowego i zapijać nudę. Początkowo Teść nie chciał nigdzie iść, bo źle się czuł, nie chciało mu się, ale w końcu dał się namówić na leśny spacer. A pogoda była cudowna. Zrobiliśmy sobie parę wspólnych zdjęć i po powrocie do domu Teść poszedł się zdrzemnąć zmęczony jak dziecko.

Przyznam się, że gdyby Ojciec nie pił byłby naprawdę fajnym, rozrywkowym człowiekiem. Mimo jego prostoty wyniesionej ze wsi potrafi był fajny. Tylko ten alkoholizm... To może zniszczyć każdego.

Mania z koleżankami bawiła się wczoraj na powietrzu, oblewając się z pistoletów i spryskiwaczy. Dobrze, że pogoda dopisała, bo wszystkie dzieci szybko schły ;-) A dziś zaczyna się nowy tydzień, nowe zadania w pracy, a w międzyczasie gdzieś plącze się włóczka, kordonek i szydełko..., Ale o tym w innym wpisie, bo muszę przetransferować fotki ;-)

Miłego dnia!!!


poniedziałek, 14 marca 2016

Piąteczek przywitał mnie porannym szkoleniem w pracy. Zaskoczyła mnie sytuacja, w której jeszcze kilka miesięcy temu czułabym się baaaardzo źle. Choć i w piątek nie było rewelacyjnych odczuć. Mianowicie przed samym szkoleniem pan prowadzący poprosił osiem nowo przyjętych osób, w tym mnie, żebyśmy wystąpili i przedstawili się całej sali konferencyjnej. Jakieś 150-200 osób! Dobrze, że było nas ośmioro i mikrofon był przekazywany z prędkością pioruna. Klasyczna formułka w typie: nazywam się tak i tak, pracuję w pionie tym i tym szybko przepłynęła przez nasze usta i na szczęście samo szkolenie zaraz się rozpoczęło.

Sam weekend to szkoła, która na razie niczym mnie nie zaskakuje. Wszystko powtarzane, materiał znany, egzaminy łatwe, praktycznie czekają mnie same zaliczenia. W niedzielę czekając na jednego z wykładowców złapałam komara na szkolnej ławce ;-) To wstawanie o 5.20 jest jednak trochę wyczerpujące, ale nie należę do osób śpiących do południa. Wolę być rannym ptaszkiem.

W niedzielę odwiedzili nas również Uszak, Okularnica i Pacholę. Dziecię już ma rok. Matko jak ten czas leci... Chłopczyk jeszcze nie chodzi, ale jest już po operacji rozszczepu podniebienia i ma już osiem ząbków! Pobawiliśmy się trochę z Szanownym i jego wnukiem, a ja już mam w głowie pomysł na własnoręczny prezent dla małego.

Między mną a Szanownym jest ostatnio tak słodko, że aż mdli. Na serio ;-) Mówię do chłopa: Ryjku, on do mnie: Pupelku, aż śmiać mi się chce, że tak bardzo odrodziły się uczucia między nami. Przeczytałam ostatnio kilka starych wpisów i aż mi się zrobiło głupio jak mogłam tak pluć jadem na Szanownego.... A już ten pomysł o wyborze pomiędzy Bratem i Szanownym to totalna porażka....

Tak więc wiosna się zbliża, pomidorki na parapecie w małych doniczkach czekają na cieplejsze dni i rowery trzeba by było odkurzyć, bo aż mi się chce popedałować gdzieś daleko....

Miłego, ciepłego, słonecznego dla Was wszystkich!!!!!!

piątek, 04 marca 2016

Nie wiem od czego zacząć, bo jeszcze jestem w szoku, po wczorajszej wiadomości. Otóż... mój mąż... Szanowny... będzie dziadkiem po raz trzeci... Tym razem padło na jego najmłodszego syna, Golasa. Wnuki rok po roku. Nic by się takiego strasznego nie stało, gdyby nie fakt, że oboje rodzice nie mają pracy. Do tego dochodzą fatalne warunki mieszkaniowe (nie został ukończony remont, brak prysznica, tylko zimna woda do podgrzewania). No i najgorsza rzecz to wizja widywania się z panią SS, bo przecież Golas zajmuje mieszkanie w domku, w którym przebywany. Szanowny pociesza mnie, że przecież wejście jest osobne i nie ma szans, żebyśmy na siebie wpadły. Niby fakt, ale...

Nie wiem co o tym wszystkim myśleć - oni się wszyscy zmówili? To oczywiście żart. Mąż mój powiedział wczoraj wieczorem: już teraz nic mnie nie zaskoczy. Poczekamy na rozwój zdarzeń.

Tagi: pasierb
08:34, sokramka
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5