Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: opieka społeczna

wtorek, 17 czerwca 2014

Nie mojego małżeństwa, nie, jeszcze się trochę wzajemnie powkurzamy ;)

Po pierwsze zakończył się mój dwuletni kontrakt z OPSem (jak to szybko zleciało!), z którego oprócz darmowych obiadów w szkole dla córki, otrzymałam możliwość uczestnictwa w wielu warsztatach oraz szkoleniach i choć nie nawiązałam bliższych znajomości z ich uczestnikami, pozwoliło mi to spojrzeć na ludzi innym okiem. 

Tak jak w zeszłym roku http://zyciewdzungli.blox.pl/2013/06/Pochwala-nie-gryzie.html dziękowałam pani ze skarbówki pismem do naczelnika, tak i teraz napisałam podziękowania z wyszczególnieniem nazwisk osób, które bardzo mi pomagały. Podobno byłam jedyna osobą, która coś takiego nasmarowała ;)

W związku z zakończeniem kontraktu skończył mi się również dwuletni bilet miesięczny (ależ to brzmi - dwuletni bilet miesięczny). Na pocieszkę dobre jest to, że gdybym chciała go sobie doładować, mogę to zrobić ulgowo - jako student zaoczny mam do tego prawo. 

A propos szkoły - kończy się ona u każdego z nas (córki, syna i mnie) II klasą. Ja mam jeszcze do zaliczenia dwa trudne egzaminy, ale myślę, że ten drugi rok zakończę jak poprzedni - osobistym sukcesem. 

O sukcesie może tez powiedzieć mój starszy syn. Groziła mu repeta, a tu proszę: wszystko pozaliczane. Fakt, że w bólach i okrasie mojego ględzenia, a nawet jednej awantury, ale udało się! Młody może być z siebie dumny. Brawo! Mój Pierworodny!

Kończy się tez działalność sklepowa dziadka. To było do przewidzenia już rok/dwa wstecz, ale aktualnie teść ma na głowie inne, osobiste sprawy i tak naprawdę nie ma już ochoty zajmować się własnym biznesem. Poza tym wiek i skłonność do alkoholizmu odsunęły od niego wielu klientów. Do tego doszła strata dwóch papug - nimf, które teść z teściową mieli od kilkunastu lat. Czwórka ptaków to byli rodzice i dzieci. Matka zdechła w zeszłym roku. Ostały się trzy. Kilka dni temu dziadek był umówiony na swoje kolejne rendez vous. Zostawił pootwierane drzwi, stał na podwórku, czekał na "ukochaną". Dwa samce wyfrunęły i uciekły. Nie były jak koty/psy - nie potrafiły wrócić do domu. Najgorsze jest to, że teść w ogóle się tym faktem nie przejął. Najważniejsza była randka. 

I tak oto jak to w życiu kończą się pewne etapy, a zaczynają nowe. 

Wakacje - mój syn jak co roku pojedzie na obóz harcerski. Mała nigdzie. Nie chciała być wpisana na żadne "Lato w mieście", ona ostatnio marzy o wakacjach z rodzicami nad morzem. Niestety, z powodów finansowych niemożliwe do zrealizowania. 

Ja w wakacje ostro zabiorę się za szukanie pracy. Było po drodze kilka spotkań rekrutacyjnych, ale nie opisuję już tych wydarzeń, bo zbyt oklepane są. 

piątek, 12 kwietnia 2013

Dziś będę płodna we wpisy. Zapomniałam z tego wszystkiego pochwalić się kolejnymi warsztatami. Przypomnę tylko, że jestem objęta kontraktem socjalnym z Ośrodkiem Pomocy Społecznej do 2014 r. Program nazywa się: „Małe kroki do sukcesu” i co jakiś czas wysyłają uczestników na różne zajęcia. W zeszłym roku pisałam o warsztatach z aktywizacji zawodowej, od dziś mam zajęcia pt. „Dobry rodzic”.

Jest nas 11 mam, ale dziś przyszło tylko 8. Ucieszyłam się bo spotkałam trzy dziewczyny z poprzednich, zeszłorocznych zajęć. Oczywiście jak to na początku – kwestia zapoznania, opowiedzenia o sobie i wyznaczenia celu warsztatów: czego oczekuję po zajęciach?

Po wprowadzeniu dwie nasze przewodniczki zaprezentowały program zajęć. Będzie o problemach wychowawczych dzieci, o umiejętności radzenia sobie z buntem nastolatka, o nauce malucha zasad domowych, o konsekwencji i własnej kontroli. Już nie mogę się doczekać. Szkoda tylko, że warsztaty odbywać się tylko przez pięć dni. Warto takie wiadomości głębiej poszerzać.

Tak więc przede mną aktywny tydzień (bo i do konowała zapisać się muszę, mam również zaległą wizytę u koleżanki i umówioną wizytę u dentysty, uff) ale ja się cieszę, bo lubię aktywność. Od jutra weekend naukowy – przede mną kolejny zjazd, muszę nadrobić zaległości.  

A tymczasem sfochowana księżniczka przeprosiła swojego „księcia ze bajki” i pojechali dalej z tym koksem. Okazało się, że moja reakcja wystąpiła dlatego, że się najzwyczajniej, po ludzku o swoje zdrowie boję. Nie lubię „cichych dni”, wolę wyrzucić z siebie jak z katapulty. Dobrze, że mam bardzo wyrozumiałego męża, drugi by mnie za takie chimery zabił ;)  

piątek, 08 lutego 2013

 Wiem, że mi przejdzie, ale właśnie skończyłam czytać wpis na innym blogu zaprzyjaźnionej koleżanki. Wpis nie jest wesoły, a ja też nie mam nic pozytywnego do zakomunikowania. Młodemu rozsypał się do końca komputer. Zdechł i nie działa. Za chwilę padnie mi mój laptop, oba sprzęty są już dosyć wiekowe. Najgorsze jest to, że moja dziesięcioletnia pralka też zaczyna szwankować. Eksploatowana praktycznie codziennie, za chwilę odmówi mi posłuszeństwa. W domu mamy jeden telewizor, taki kineskopowy, ma chyba z 15 lat. Zaczynają się pojawiać na ekranie jakieś dziwne pasy.

 Ja wiem, że „oby zdrowie było”, ale jednak żyjemy w świecie, gdzie nie sposób funkcjonować przy ogarku świecy, lub prać stertę skarpet na tarze.

 Dziś mija termin składania ofert do budżetówki, o której pisałam ostatnio. Może po niedzieli będę miała okazję napisać coś pozytywnego? W międzyczasie  wysłałam kilka „cefałek” na ogłoszenia znalezione w necie. Sprzątam cały czas w Urzędzie i tego się będę na razie trzymać.

 Wczoraj była u mnie moja pani z OPSu. Musiała przyjść, zrobić wywiad do nowej decyzji na obiady dla Małej na II semestr. Ileż to papierów trzeba uskładać, żeby państwo pozwoliło dziecku zjeść ciepły posiłek w szkole? Do tego kryterium dochodowe jest niewiarygodne! Już kiedyś pisałam, jakim trzeba być nędzarzem, żeby móc skorzystać z pomocy finansowej OPSu. Wkurza mnie to, bo wolałabym zapłacić za te obiady i u nikogo się nie prosić, a tak musiałyśmy nagiąć prawdę w papierach i skłamać, że ze sprzątania mam 350, a nie 650, bo w tym drugim przypadku przekroczylibyśmy dochód! Dobrze, że moja „opiekunka” jest wyrozumiała i ludzka.

 W sobotę przede mną ostatni egzamin w tej sesji. Ekonomia. Fuj. Rzygam już tymi kosztami krańcowymi, barierami wejścia i wyjścia, podażą, popytem, elastycznością cenową. Mam nadzieję, że to zaliczę.

 Znowu zaśnieżyło moje miasto. W urzędzie pewnie będzie mnóstwo błota pośniegowego. Ech… Oby do wiosny. 

środa, 28 listopada 2012

 Z moimi pracami społeczno – użytecznymi. W poniedziałek przespacerowałam się do Opieki Społecznej zapytać się co dalej z moim kontraktem za 300 zł miesięcznie? Okazało się, że ów kontrakt wygasa i do marca przyszłego roku nie ma szans na jakąkolwiek pracę. Poraziło mnie to, ale pocieszyłam się faktem, że mam to sprzątanie u koleżanki. Nie będę całkiem goła finansowo.

 Z pozostałych kontraktów pozostaje umowa o przydzieleniu mi Asystenta Rodzinnego, do którego wczoraj napisałam maila, żeby się zwyczajnie wyżalić. Nie mam osobistych przyjaciół – taką funkcję pełniła od zawsze moja Mama, a odkąd Jej brak nie mam się komu zwierzać. Owszem, gro znajomych wie o moich problemach, ale są takie sprawy, o których nie napiszę nawet na blogu. „Takie” sprawy znałaby tylko Mama.

 Zostaje również pielęgniarka środowiskowa, która regularnie odwiedza moje domostwo. No i bilet miesięczny naładowany do kwietnia 2014 r. Tylko po co mi ten bilet jak w grudniu będzie koniec świata???? ;) ;) ;)

czwartek, 08 listopada 2012

 Jutro tj. w piątek przychodzi do mnie pielęgniarka środowiskowa, jak co miesiąc. Realizuje kontrakt, którym jestem objęta umową z OPS. Pani pielęgniarka jest moją wizytatorką co miesiąc, tak jak pani Asystent rodzinny. Ponieważ nie jestem żadną „patolką” (nazwa zaczerpnięta z innego bloga), nie piję, nie palę, nie puszczam się, dbam o dzieci, tylko pracy brak i panuje ogólne ubóstwo, Asystent rodziny odwiedza mnie po uprzednim telefonie. Bywa, gdy naprawdę potrzebuję wsparcia lub zwyczajnej rozmowy. Tak jak było w przypadku podjęcia decyzji o rozpoczęciu moich studiów. Pielęgniarka jest regularnie.

 Otóż pani P. ma jutro przy okazji naszej rozmowy, dać mi cynk odnośnie pracy. Nic nie jest pewne, jak zawsze, ale czekam na te wieści z niecierpliwością. Oprócz tego, że wysyłam jak głupia CV jedno za drugim (tylko bez przesady - czytam warunki zatrudnienia), wszyscy moi znajomi wiedzą, że znalezienie pracy to dziś dla mnie priorytet.

 Dziś krótko, ale treściwie. Okazuje się, ze będąc bezrobotną można doskonale wykorzystać wolny czas do załatwienia wielu spraw na mieście. Podobno istnieje nawet taka funkcja „stacza urzędowego”, ciekawe gdzie o tym piszą? Może coś można zarobić będąc dla kogoś pomocnym?  

czwartek, 11 października 2012

 Koza. Ma cztery nogi i jest dość duża, ale nie daje mleka, bo to koza do palenia. Tak jak ja wydałam nasze ostatnie pieniądze na swoje studia, tak Szanowny wczoraj wydał nasze ostatnie pieniądze (zgromadzone przez jakiś czas) na kupno kozy. Powiedział, że ma już dość, że wszyscy marzniemy i on musiał to zrobić. Urlop przymusowy jaki miał wczoraj wykorzystał na przejazd do pobliskiej miejscowości. Tak zakupił kozę wraz z niezbędnym orurowaniem. Mamy teraz w „przedpokoju” pomiędzy pokojem Scareface’a a Młodego kotłownię ;) Jest ciepło, jest przyjemnie, da się przeżyć.

 Była też u mnie pani z OPSu. Wypełniłam kilka druczków i tym oto sposobem dostaniemy dofinansowanie do rachunku za energię elektryczną (niewielkie, zapewne jak w przypadku gazu kilka miesięcy temu) oraz drobną pomoc finansową w postaci żywej gotówki. Wciąż czuję niesmak z tego powodu, ale powtarzam sobie, że to sytuacja przejściowa, że to się w końcu musi odmienić, bo człowiek nie może leżeć w bagnie całe życie. Nie jesteśmy pijakami, menelami, bezrobotnymi „z wyboru”, chcemy kształcić nasze dzieci, czerpać z życia tyle ile można więc chwilowa pomoc Opieki Społecznej nie jest żadną zbrodnią.

 Za tydzień rozpoczynam zajęcia i bardzo się z tego powodu cieszę. Dziś krótki wpis, bez wulgaryzmów, bez zbędnych emocji. Taka to ja już jestem sinusoida emocjonalna ;)

sobota, 11 sierpnia 2012

 Zacznę od sukcesów, zawsze to przyjemniej. Udało mi się sprzedać uszytą przez siebie torbę zakupową. Oczywiście była robiona na zamówienie, ale ja i tak jestem z siebie dumna, że ktoś chciał mój handmade. Za mało jeszcze mam wiary w siebie. Torba była dla siedmioletniej dziewczynki, różowa z aplikacją jej imienia. Od siebie dodałam własnoręcznie zrobiony kwiatuszek materiałowy. Szyłam z tego, co miałam w domu, tak więc znalezienie czegoś różowego graniczyło z cudem, ale się udało.

 Z przyjemnych rzeczy jest jeszcze wczorajszy przyjazd Scareface’a. Przyjechał z prezentami dla Młodej. Kupił siostrze trochę z wyprawki do I klasy; kilka zeszytów, ołówki, nożyczki, plastelinę, farby. Mała cieszyła się z jego wizyty, a mnie było miło, nie ukrywałam, że pomógł trochę w wydatkach szkolnych.

 Scareface ostatnio dość często bywa z wizytą w swoim rodzinnym domu, ale mnie to cieszy. Chłopak mówi, że dobrze mu na swoim, uczy się życia. Każdemu chyba potrzeba trochę samodzielności i odpowiedzialności za swoje postępowanie. Pod tym względem myślę tutaj tez o Golasie, bo kiedy miał dach nad głową, darmowy prysznic i jedzenie, które sobie albo ukradł, albo wyżebrał od mamy lub dziewczyny, albo nawet kupił, nie przejmował się niczym. Nie chciał żyć z rodziną, nie przyjmował propozycji współpracy, robił co chciał, bo wiedział, że nie poniesie żadnych konsekwencji. Może teraz to się zmieni.

 Miałam również domową wizytę pani z opieki społecznej. Zostałam wciągnięta do programu „Małe kroki do sukcesu”. Tak naprawdę nie wiem jakie korzyści będę mieć z uczestnictwa w tym programie, bo: warsztaty aktywizacyjne już zaliczyłam, osoby niepełnosprawnej w rodzinie nie mam, żebym korzystała z wizytatora medycznego, ale ponoć pani stwierdziła, że gdy zobaczyła mnie w OPSie stwierdziła, że muszę być ich kandydatką. Dobrze, mogę być tym królikiem doświadczalnym. Projekt finansowany jest ze środków UE.

 Pani w ogóle przy rozmowie ze mną chwaliła mnie na każdym kroku. Dziwiła się, że z taką osobowością nie mogę znaleźć pracy, że daję radę na stanowisku macochy, że mimo wszystko uśmiecham się, że chcę iść na studia. Potem uświadomiłam sobie, że jest młoda i dlatego nie zna jeszcze życia. Mówiąc, że ona mnie podziwia tak naprawdę sama niczego jeszcze w życiu nie doświadczyła. Być może będąc w moim wieku nabierze dystansu do świata?

 A porażki? Chyba to, że nie udała się praca mojemu Młodemu. Facet, z którym kontaktowałam się od czerwca zwodził mnie, mówiąc, że robota będzie, ale dopiero od 10 sierpnia. 9 sierpnia zadzwoniłam do niego i usłyszałam, że nie ma czasu ze mną rozmawiać. Poprosiłam zatem o zwrotny kontakt w wolnej chwili. Nie oddzwonił. Próbowałam się ja z nim połączyć, ale już nie odbierał ode mnie telefonów. Nie wiem co się mogło stać. Wiem tylko, że Młody wcześniej odrzucił inną propozycję pracy wakacyjnej bo wiedział, że tu ma ją zagwarantowaną. Tak przynajmniej obiecywał ten facet. Mam jednak dobre dziecko, bo po tym wszystkim powiedział: „mama, nie martw się, będą następne wakacje i potem następne, a teraz jakoś damy radę, żal mi tylko, że będziesz musiała sama wybulić tyle kasy na moje książki”.

 No właśnie – książki. To kolejna porażka. Po wyszukaniu w internetowych sklepach wydawnictw potrzebnych mi pozycji, wyszło mi, że dla dwójki dzieci muszę szykować ok. 600,00 zł na książki. Koszmar jakiś. Kiedyś pamiętam były tzw. „książki przechodnie” jak to ładnie określiła moja koleżanka. Pakowało się co roku komplet do biblioteki szkolnej w czerwcu, a we wrześniu odbierało się na nowy rok. Teraz do wyboru, do koloru. Aby tylko kasę wyciągać. Nie podoba mi się to. Nawet gdy byłam forsiasta, kiedy Młody chodził do podstawówki, byłam przeciwna temu systemowi, bo jest to mało ekonomiczne – kupować co roku nowe egzemplarze, marnować papier, nie dawać szans tym biedniejszym. Bezsens.

 I jeszcze jedno: odwiedziłam wczoraj wieczorem swoją przyjaciółkę, która uświadomiła mi coś, co wiedziałam, ale nie byłam do tego przekonana. Mianowicie chodzi o mojego męża. Niby tak na niego psioczę, ględzę i marudzę, ale zawsze bronię. I mam cywilną odwagę powiedzieć, że go jednak kocham, mimo wszystko. Że inna zostawiłaby takiego ciapę i nie przejmowała się jego losem. Mam też tą świadomość, że potrafiłam stworzyć namiastkę rodziny moim pasierbom, że mój Pierworodny i dwóch synów mojego męża lubią się jak bracia. Że moja córka kocha wszystkich swoich przyrodnich braci, że mimo ciętego czasem języka, uczę moich bliskich szacunku do siebie. I to jest kolejny mój „mały sukces”.

 

 

wtorek, 17 lipca 2012

Tak naprawdę nie do końca.

 Mam poprawione moje CV przez doradcę zawodowego, tego samego, który z nami prowadził warsztaty aktywizacyjne. Fantastyczna babka! Jestem jej wdzięczna za to, że potrafiła wyzwolić we mnie pozytywną energię i uwierzyć w swoje możliwości. Poza tym dzięki niej będę miała zajęcia z emerytowaną nauczycielką matematyki, która pozwoli mi przygotować się do poprawki w sierpniu. Może wtedy te cholerne dwa punkty, które przeszkodziły mi zaliczyć egzamin w tym roku, przełknę jak bułkę z masłem? Zasada współpracy z nauczycielką polega na wolontariacie. Opieka społeczna organizuje jej pomoc w postaci sprzątania, zakupów, drobnych napraw w domu (kobieta ma problemy z chodzeniem), a ona w zamian udziela korepetycji z matematyki. Super układ.

 Dostałam również z opieki społecznej doładowanie karty miejskiej do końca l i s t o p a d a. Mogę sobie teraz jeździć do woli po mieście w poszukiwaniu pracy. Wstaję codziennie rano, myję się, ubieram, maluję, chcę prowadzić taki tryb życia jakbym tę pracę miała. Boję się zagłębić w lenistwo, marazm, zniechęcenie. I tak teraz wynalazłam sobie robotę przy maszynie więc muszę być czasowo ogarnięta.

 Z wieści urzędowych: pani SS w końcu zostanie wymeldowana. Byłam wczoraj w urzędzie dowiedzieć się czy teść musi stawić się osobiście na wezwanie, w celu przejrzenia zgromadzonych dokumentów w sprawie. Pani zaprzeczyła. Dostałam również informację, że SS była, przyznała się, że nie mieszka i na podstawie tego oraz zeznań sąsiadów zostanie wydana decyzja o wymeldowaniu jej. A tak się odgrażała, żeby je pokój szykować bo ona tu wracać będzie…

 Wszystko układa się w jednolitą całość. Małe elementy puzzli układają się tak jak powinny. Jeszcze tylko kilka ważnych części musi się złożyć w całość. Zresztą, jak się nic nie dzieje to jest źle. Lubię jak sprawy nabierają rozpędu, jak trzeba czegoś dopilnować, załatwić, poszukać. W przeciwieństwie do mojego męża; on chciałby, żeby jego życie było spokojne, bez wrażeń, może nawet całkiem jałowe, żeby nie musiał się niczym martwić, przejmować.

 Czytam i czytam. Nadrabiam zaległości, które powstały podczas przygotowywania się do egzaminów. Pamiętam, że dawnymi czasy zdarzały się takie lata, kiedy nie otworzyłam żadnej książki. Nie było na to czasu. Teraz znów chłonę lektury, w autobusie, w łazience, pilnując kąpiącej się Małej, przed snem. Warto. Cieszę się, że „nauczyłam książek” moje dzieci. Młody chce się zapisać do osiedlowej biblioteki; z racji braku pracy, a co za tym idzie przypływu gotówki, nie mam mu za co kupować czytadeł. Mała na razie słucha jak czytam jej, ale widzę, że lubi sama składać litery w wyrazy i typowo dziecięce pozycje podczytuje sama.

 Nawiązując jeszcze do tematu pasożyta Golasa, po wczorajszym spotkaniu z przyjaciółką i przegadaniu babskich tematów, postanowiłam nałożyć ten znamienny klosz i od dziś wyłączam gaz. Najzwyczajniej nie będzie ciepłej wody. Nie ukrywam, że moja przyjaciółka trochę mnie podbuntowała, ale to tylko wyjdzie na dobre sprawie ponieważ ona uświadomiła mi, że tak naprawdę mój mąż daje mi wolną rękę do działań. Na podstawie moich opowieści co do postępowania wobec jego dzieci dawniej i dziś. Jeśli ojciec nie potrafi radykalnie zmienić przyzwyczajeń swojego synka do darmochy domowej, ja skutecznie będę chłopakowi to życie utrudniać. Już i tak jestem posądzana o bycie wredną macochą, przynajmniej teraz będę wiedziała, że sobie na takie miano w pełni zasłużyłam.

 Niedawno koleżanka podesłała mi link do forum, gdzie kobieta pytała się „ile ma żądać od swojego dorosłego syna za mieszkanie?”. Wywiązała się burzliwa dyskusja ponieważ jak się potem okazało, syn jest pasożytem i do tego alkoholikiem. Większość doradzała matce pozbycie się syna z domu, ale ona była daleka od tej decyzji, bała się co się stanie jak synuś sobie nie poradzi. Śmiem twierdzić, że takie obawy ma również mój mąż. Nie pozbędzie się syna – złodzieja z domu, bo: „gdzie on się wyprowadzi? Jak on sobie poradzi? A jak wróci z policją i powie, że go z własnego domu wyrzuciłem?”.

 Czytając tę forumową polemikę dotknęło mnie jeszcze jedno zdanie, napisane przez osobę, która właściwie wypowiadała się dosyć konstruktywnie: „Pewnie w końcu spoważnieje, na dobre dorośnie, on ma dopiero 21 lat.DOPIERO? Dla mnie 21 lat to JUŻ, no chyba, że ktoś swoje dzieci wychowuje właśnie na roszczeniowych pasożytów i do 40 roku życia chce fundować dziecięciu studia, darmowe mieszkanie, wikt i opierunek.

 Nie jestem za wychowywaniem dzieci w otoczeniu wszystkiego co dostępne, podane na talerzu. Dziecko musi nauczyć się życia na podstawie własnych doświadczeń. To tak jak się mądrze mówi: nie dawaj mu ryby, daj mu wędkę, niech sam ją złowi. Najpierw wytłumacz, pokaż, wyjaśnij, sparzy się? Nic nie szkodzi, następnym razem będzie uważać.

 Mała ma teraz na wakacje kolegę, który przyjechał do siostry mojego męża aż z drugiego końca Polski. Chłopczyk ma 8 lat, moja córka 6,5. Chłopczyk nie umie jeździć na rowerze – moja córka śmiga jak strzała, tamten nie wie co to hulajnoga – moja córka śmiga jak strzała, tamten siedzi całymi dniami przed komputerem – moja Mała nie usiedzi kilku minut w domu jak ma możliwość wyjścia na podwórko. Dochodzi do tego, że z Chłopczykiem nikt się nie chce bawić, Mała próbowała go wtopić w swoje towarzystwo, ale i on nie bardzo chciał i reszta dzieci go nie akceptowała. Poza tym dochodzi jeszcze kwestia jego zachowania; jest bardzo zarozumiały, wysławia się po dorosłemu, ale jednocześnie nie zna elementarnych zasad dobrego wychowania. Nie powie „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam”. Siostra męża tłumaczy takie zachowanie „wychowaniem przez samych dorosłych”, a ja śmiem się nie zgodzić! Nawet jeśli są sami dorośli w domu to nie problem zabrać dziecko na plac zabaw, nauczyć jazdy na rowerze, hulajnodze, tłumaczyć, że się trzeba witać z sąsiadami. Najwygodniej jest posadzić dziecko przed komputerem i mieć „problem z głowy”.

Ale się rozpisałam, a przecież wieje nudą....