Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: rower

wtorek, 28 marca 2017

Sezon rowerowy uważam za oficjalnie otwarty. I to z wielką pompą! Od wczoraj jeżdżę na rowerze z pracy. Powstanie zapewne pytanie: a co z drogą DO pracy? Otóż mam bardzo dobrego i uczynnego męża, który jeździ do swojej pracy w tym samym kierunku co ja. Pakuje więc mój rower do swojego auta (na szczęście jest baaaaardzo pojemne) i podwozi mnie do określonego celu. Z tamtego punktu mam zaledwie 4,5 km do samej roboty więc się nie spieszę, nie stresuję, dojeżdżam wcześniej, zdążę się przebrać, umalować, popachnić ;-) A po pracy wsiadam na "mercedesa" i jadę prawie 20 km w tempie pasującym do pogody i mojego nastroju. Raz jest to 13 km/h, a raz 27 km/h jak wiatr pomoże ;-)

Wczoraj stwierdziłam, że muszę zmienić system ubierania. Rano jest jeszcze rześko więc wiosenna kurtka z kapturem jest jak najbardziej na miejscu. Ale już popołudniu taki ubiór jest niewskazany. Raz, że wysiłek fizyczny powoduje nadmiar potu, a dwa, że ten pot z pleców nie ma gdzie uciekać w wiosennej kurtce. Efekt był taki, że po powrocie do domu miałam wielką plamę na plecach i Szanowny się ze mnie śmiał :-)))) 

Dziś już będę wracać w polarze, a kurtka wyląduje w plecaku. Zmienię też sobie trasę ponieważ wczoraj straciłam zbyt dużo cennych minut na noszenie roweru po kładkach oraz jazdę po dziurawych chodnikach. Niestety ścieżek rowerowych nadal mało, choć wciąż budują się nowe. Nie lubię, wręcz nie znoszę też jeździć po ulicy. Jako kierowca samochodu wiem jak irytujący może być rowerzysta szusujący pomiędzy szybszymi od niego autami. Wolę pojechać po chodniku, nawet wolniej, przeprosić ludzi, zejść z roweru, ale być bezpieczną.

A poniżej mały screen moich wyczynów. Dupy to nie urywa - dla wprawnego rowerzysty zapewne jest to "pan pikuś", ale mnie to cieszy i sprawia ogromną radość.


 

Tagi: rower
09:05, sokramka
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 09 maja 2016

Oj tak. W sobotę strasznie nie chciało mi się iść na wykłady, bo i pogoda nie nastrajała do nudnych wykładów i zajęcia nie były przyciągające. Ale postanowiłam przyjechać, bo i tak miałam do oddania referat na zaliczenie. No i się opłacało. Wykładowca z pierwszych zajęć postanowił zrobić nam wykłady w pobliskim parku, na tzw "majówce" ;-) oraz docenił naszą obecność stawiając nam piątki do zaliczenia. Koleżanka, która ze mną studiowała, a która czasem tu zagląda pewnie domyśli się który to wykładowca - nikt inny tylko dr Krzysztof G. Basiu - pozdrawiam Cię z tego miejsca!

Przyjazd do domu napawał mnie radością. Nie tak jak jeszcze rok, dwa wstecz. I tu mała dygresja: wciąż boję się odstawić leki, boję się tej Sokramki, która potrafiła ryczeć, awanturować się, lubię tę Sokramkę, która dostrzegła wreszcie zielone pąki na drzewach i kwiaty na naszej jabłonce, która przytula swojego chłopa w każdej wolnej chwili. To jest naprawdę dziwne zjawisko, ale ja siebie nie poznaję, jednocześnie lubiąc się taką inną. O tych reakcjach będzie też poniżej.

Szanowny nie próżnował. Przekopał ogródek. bo czas niedługo sadzić pomidory. I skończył wreszcie swój młyn. Marzył o takim domku nad oczkiem i w końcu mu się udało. A oto kilkusekundowa próbka jego dzieła. Total handmade:

Noooo nieeee.... Nie będę kasować części wpisu, ale filmiku nie będzie. Za duży i nie chce przejść. Ale obiecuję, że coś wymyślę ;-)

W niedzielę odwiedziła młodych rodziców pani SS. Babcia przyjechała do wnuczki, ale na szczęście wejście do nich jest od drugiej strony chałupy więc nie musiałam się z nią widzieć. Jednak chwilowe spotkanie wzrokowe na podwórku spowodowało u mnie pozytywną reakcję: jestem u siebie, to ona jest tu gościem, podnieś głowę, nie stresuj się. To spowodowało, że uśmiechnęłam się dwa razy szczerzej. Jeszcze rok temu miałam odruchy wymiotne i stresy żołądkowe widząc tę panią, a dziś właśnie widzę siebie inaczej reagującą. Do tego pani SS nie powiedziała mi "cześć" odezwała się dopiero jak zobaczyła Szanownego. Olewam to, jeśli ktoś olewa mnie ;-)

No a pod wieczór wybraliśmy się z Szanownym na rowery. Trochę nas deszczyk zrosił po drodze, ale taki deszcz to nie deszcz. Małż spalił sie trochę na słońcu robiąc w ogródku, więc jego rozgrzane plecy i ramiona chłonęły łagodzące krople kapuśniaczku.

Bardzo piękny weekend. Do tego mam nowe czytadło: biografia Marii Skłodowskiej Curie, ale bardziej w kontekście jej życia osobistego, sercowego. Czy wiecie, że Skłodowska była ateistką? Zawsze ją lubiłam, ale teraz jak to wiem, to lubię ją bardziej ;-)

Miłego poniedziałku i dobrego tygodnia!

niedziela, 21 czerwca 2015

W nawiązaniu do tych zagłaskanych kotów ;-)

Analiza:

Piątek wieczór: Szanowny siedzi przed telewizorem, zajada obiad i hoduje oponkę brzuszną wraz z nadmierną ilością cholesterolu ;-)

Sz: tak mi się dobrze zrobiło, może byś się przytuliła do mnie?

(nie znoszę żebrania o uczucie)

Ja: spadaj, a może byśmy na rower skoczyli? Proszę cię już od dłuższego czasu (sama dziennie robię po kilka kilosów)

Sz: oj objadłem się.

Sobota: rano jadę na uczelnię po jedne z ostatnich wpisów, wracam około południa, Mańka nie umyta, nic nie jadła, burdel i chaos rządzi. Szanowny pomaga Golasowi w remoncie jego mieszkania.

Sz: o, już jesteś! Może buzi byś mi dała?

Ja: chyba w buzię ;-)

Po jakimś czasie zaczynam szykować się do robienia obiadu. Na co Szanowny mi oświadcza, że właśnie będzie…grill. Nosz kurde, nie mógł mi wcześniej tego zakomunikować-nie lazłabym do sklepu.

Najpierw strzelam wkurwa, a potem strzelam focha :-P

Kiedy potrawy z grilla już są konsumowane przez Golasa i Szanownego (Mania z koleżankami, mój Młody poza domem) chłop przychodzi do mnie do kuchni i z oczami kota w butach prosi: choć posiedzisz z nami, kurczaczka zjesz, piwko ci kupiłem.

Spadaj.

Przyłazi tak ze trzy razy rozbudzając we mnie wkurwa pomieszanego z elektryczną salwą śmiechu ;-) Dobrze, że ma dystans do moich wystąpień, bo jest świadom, że szybko mi przechodzi. 

Niedziela: jak zwykle wstaję ok 7.00 idę robię sobie kawę. Szanowny wstaje pół godziny po mnie i… robi sobie kawę ;-) Dzień jak co dzień. W końcu ok 16.00 przychodzi mu do głowy pomysł: może byśmy na rowery skoczyli?

No jak nie, jak TAK!

:-D

20 kilometrów zrobione razem z Szanownym leśnymi szlakami dało poprawę stosunków międzyludzkich. Lubię jak chłop mój narzuca tempo, jak średnia wyskakuje mi 20/h, jak trzeba wyciskać z mięśni ile się da, jak adrenalina skacze i otwierają się oczy z zachwytu.

Nie-dla rączek trzymanych pod gwiazdami.

Nie-dla buziaczków, przytulasków i innych młodzieżowych pierdół.

Nie-dla lenistwa i marnowania cennych, upływających minut.

Tak-dla ruchu, dla energii, dla emocji, dla życia.

Bo chłop (czy też baba) ma być w związku partnerem, dodatkiem do życia, a nie celem ;)

Tagi: Mąż rower
20:20, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 kwietnia 2015

Jestem pieszym, jestem kierowcą samochodu osobowego, ale jestem też rowerzystą. I tak jak łatwo mi jest się zachować na pasach jako pieszy i na drodze jako kierowca, to jako rowerzysta mam niewielkie z tym problemy. Otóż jak wiadomo, infrastruktura rowerowa w naszym kraju dopiero raczkuje. Buduje się te słynne ścieżki, ale wciąż jest ich mało. Wiadomo też, że rowerzysta nie powinien poruszać się po chodniku wśród pieszych, a raczej powinien kierować się na ulicę. Jeżdżąc na mopa nie mam z tym większych problemów, bo droga którą jadę w większości prowadzi przez las, a jak nie przez las, to przez dzielnicę, która pozbawiona jest wielkomiejskiej infrastruktury. Kilka głównych dróg, a reszta to małe, dojazdowe uliczki. Ale wiem, że problem istnieje.

Moja koleżanka – kierowca samochodu – bardzo, ale to bardzo krytykuje rowerzystów na ulicach. Że się pchają pod tiry, że utrudniają życie „normalnym” kierowcom, że powinni jechać po chodniku. Inna moja koleżanka ostatnio wypowiadała się o „chodnikowych” rowerzystach. Że powodują zamieszanie wśród pieszych, że dzieci straszą (!), że przejeżdżają na pasach (ten argument podnosiła tez koleżanka zza kierownicy) i w ogóle najlepiej jakby się przenieśli na ulicę.

No i weź teraz się dogadaj z pieszym i kierowcą, marny rowerzysto.

Jak wsiadam za kierownik ;) to na rowerzystów uważam, bo oni też człowieki i też chcieliby gdzieś dojechać. Oczywiście jeśli stosują się kulturalnie do wymogów drogi. Jak idę pieszo to rowerzystę puszczam przodem, wiedząc, że w okolicy nie ma ścieżki i że on też człowiek i gdzieś chce dojechać. A jak wsiadam na rower, to przechodząc przez pasy schodzę z jednośladu, nie przejeżdżam. I też chciałabym, żeby i piesi i kierowcy traktowali mnie tak jak ja ich – z kulturą. Tylko tyle, czy aż tyle?

No i teraz: jak żyć? ;) Bo mnie też by wkurzał szalejący rowerzysta wśród pieszych, babcia na welocypedzie jadąca pośród tirów i autobusów, ale też trąbiący kierowca na każdego dosiadającego jednoślad. Ścieżek rowerowych jak na lekarstwo, a tak krzyczą: przesiądź się na rower, tylko rower. Nie wiadomo też gdzie kierować się tym jednośladem, kiedy ścieżki brak – na chodnik, czy jednak na ulicę?

 

Tagi: miasto rower
16:07, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 10 kwietnia 2015

...oficjalnie uważam za otwarty :)

To znaczy byliśmy już z Szanownym na krótkich wyprawach, ale takie jeżdżenie mnie nie kręci. Dziś poleciałam do roboty i nazad ;) To tylko 7 kilosów w jedną stronę, ale zawsze coś. 

Początkowo ranek przywitał mnie chłodnym powiewem, palusie mi zmarzły mimo rękawiczek na łapkach, ale mi zimno nie straszne. Na szyi chusta skutecznie blokowała dojście zimnego powietrza do gardła, a daszek osłaniał moje wielkie czoło. Słoneczko z lekka wyglądało zza chmur i nieśmiało próbowało rzucać cienie. 

Po południu już było lepiej. Już mi nie były potrzebne rękawiczki, ani szal na szyję. Słońce lizało mi przyjemnie plecy obciążone plecaczkiem. W nogach poczułam przyjemny ból mięśni, a las sam mnie zapraszał do przecierania jego szlaków. 

Martwi mnie tylko prognoza po weekendzie, która wspomina o jakimś deszczu? Chociaż prawdziwemu rowerzyście żadna pogoda nie straszna. Tylko, że ja nie mam tylniego błotnika...

Tagi: rower
13:04, sokramka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 22 kwietnia 2014

...uważam za otwarty!

Rano kurs do roboty; jakieś 7,5 km w jedną stronę. Po pracy do koleżanki (na chwilkę) to jakieś 7 km w jedną stronę. Razem zrobiłam dziś jakieś 28 km rowerem. Bosko! Nogi mam jak z waty, dupsko boli, ale ogólnie jest bardzo ok. 

O świcie zrzucenie kwasów z duszy, a potem zrzucenie kwasów z mięśni ;)

Tagi: rower
13:46, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 maja 2013

 Majówka nie rozpieściła nas od samego początku, ale w niedzielę słońce zdążyło polizać trochę nasze plecy. Ponieważ Szanowny dostał trochę wolnego od swojego szefa, mógł realizować swoje plany, ale niestety pozostały tylko chęci, bo większość roboty miała się odbywać na podwórku, a przez pierwsze dni padał deszcz.

 Kiedy już okazało się, że można skorzystać z uroków ciepłej wiosny, wybraliśmy się na wycieczkę do lasu. Rowerami rzecz jasna. Tego mi potrzeba jak rybie wody, ale nie od razu polubiłam takie krajobrazy… Wychowana najpierw w starej, przedwojennej kamienicy, spędzająca wczesne dzieciństwo na IX piętrze bloku osiedlowego, a potem w wieku wczesnego dorastania mająca za ścianą kamienicy zajezdnię tramwajową i w końcu mieszkająca przy ruchliwej ulicy jako dorosła już osoba, ciężko mi było zauważyć piękno lasu.

 Przerażały mnie pajęczyny, kleszcze (do dziś się ich boję, są gorsze niż pająki), a jednak nigdy kleszcz nie zawitał pod moją skórą. Natomiast Szanowny wciąż przynosił te pasożyty w sobie. Jest już tak obeznany w wyjmowaniu ich z naszych kotów, że nie trzeba jeździć do weterynarza. Kociambrom aplikujemy tylko specjalny preparat przeciw kleszczom i pchłom.

 Las był dla mnie również czymś nieznanym, niespotykanym. Do lasu według mnie chodzili dzicy ludzie. Przykro mi, ale takie miałam wyobrażenie. Mama od czasu rozwodu nie miała nawet w głowie zabierać dzieci do lasu, nie zbierała grzybów, nie znała się na tym, a poza tym – daleko było. Taki mieszczuch ze mnie wyrósł.

 Kiedy pięć lat temu sprowadziłam się do teścia, nie mogłam się odnaleźć. Po pierwsze – nigdy nie mieszkałam w domku – tu wszystko trzeba robić samemu. Oczywiście nie było to dla mnie problemem – wynosząc z domu obraz samowystarczalnej matki nie miałam problemu z utrzymaniem np. młotka. Ale prędzej chodziło mi o koszty. Naprawa dachu, reperacja drzwi, no i ten ogród, który był najukochańszym dzieckiem mojej zmarłej już teściowej. Działka 250m2 (drugie 250 przynależące do drugiego mieszkania z bliźniaka), a nogi nie było gdzie postawić – tylko taki cienki chodniczek przy chałupie pozostawiony był na swobodę ruchów. Reszta to kwiaty, kwiaty, kwiaty, kwiaty, skalniak i oczko.

 Ale o las mi chodzi – długo musiałam się do niego przyzwyczajać. Na randki Szanowny zabierał mnie właśnie tam, żeby pokazać mi jego piękno. A kiedy już zdążyłam się nim nasycić, teraz bez lasu żyć nie mogę. Często jak się kłóciłam z mężem, potrafiłam trzasnąć drzwiami, wyłączyć telefon i włóczyć się po lesie dwie godziny.

 Niestety, coraz więcej ludzi w naszej okolicy dostrzega zalety lasu. Jak się wchodzi/wjeżdża do niego, to główna alejka przypomina ruchliwą ulicę stolicy. Wyrysowane są szlaki rowerowe, utwardzane są ścieżki. Dobrze, że Szanowny zna te lasy jak własną kieszeń i potrafi mnie zabrać tam, gdzie mnie jeszcze nie było.   

Las może trochę przerzedzony, ale akurat wyjechaliśmy na jedną z głównych ścieżek. Cudowna niedziela...

Tagi: Mąż rower
09:12, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 kwietnia 2013

…uważam za otwarty ;) Na przekór Gnidzie czyhającej na mnie za płotem, wpis będzie optymistyczny. Rower to kolejna z moich pasji, ulubionej formy spędzania wolnego czasu. Już podczas minionego weekendu mieliśmy z Szanownym wybrać się na jakąś wycieczkę, ale mąż w sobotę pracował, a niedziela upłynęła pod znakiem porządków podwórkowych. Rowery jednak zostały z ganku wieczorem wyjęte, wyczyszczone, nasmarowane i po krótkiej, próbnej wycieczce mogłam osobiście zacząć wczoraj przygodę na dwóch kółkach.

 Do pokonania wybrałam sobie trasę na mopa. Jest tego ok. 7 km w jedną stronę. Nie dużo i fajnie się jedzie, choć ścieżek rowerowych na tym terenie brak. Dziś, jeżeli tylko nie będzie padać, wyprawę powtórzę.

 Rowerem jeździłam odkąd pamiętam i wszędzie gdzie się dało. Był taki czas, kiedy pracowałam w tej super – fajniej firmie budowlanej i co roku (od czasu zakupu roweru) z początkiem wiosny pokonywałam ok. 10 km w jedną stronę z domu do pracy i z powrotem. Młody chodził wtedy do przedszkola, siadał mi na bagażniku, dowoziłam go do placówki i dalej pędziłam do pracy.

 Jedne z moich najwspanialszych wspomnień wakacyjnych też wiążą się z rowerem. Któregoś lata postanowiliśmy zrobić sobie z Szanownym dłuższą trasę naszymi pojazdami dwukołowymi. Podjechaliśmy pociągiem od naszego miejsca zamieszkania do innej miejscowości, a stamtąd rowerami pokonaliśmy kilkadziesiąt kilometrów. Mam fajne zdjęcia z tego okresu i wspomnienie poparzonych pleców. Słońce świeciło wtedy bardzo mocno, a ja „mundra” wybrałam się w bluzce bez pleców. Cierpiąc wieczorem straszne katusze, przyjmowałam na plecy litry kefiru nakładane przez mojego męża. Ech, to były czasy ;)

 Dziś cierpi już tylko mój tyłek – dawno nie zajmował rowerowego siodełka, ale wszystko do przyzwyczajenia. Jeśli tylko zrobi się rankiem trochę cieplej, będę z Małą jeździła rowerami do szkoły. Wiele dzieciaków tak robi, tu od nas z okolicy. Przy szkole jest długie, druciane ogrodzenie, do którego dzieciaki przypinają swoje rowery, a pan dozorca popatrzy czasem, przypilnuje.

 Rower mnie wyzwala. Wolę taką formę spędzania czasu na sportowo niż spacer czy bieganie. Pływać nie umiem i boję się wody. Poza tym jazda na rowerze dobrze wpływa na mięśnie udowe ;)

Tak więc: w drogę! 

Tagi: rower
11:04, sokramka
Link Komentarze (2) »