Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: święta

czwartek, 29 grudnia 2016

No właśnie - te kilka dni wolnego, trochę przedłużony weekend, a jednak takie dni, podczas których mogą się zdarzyć rzeczy niespotykane w ciągu roku. 

U nas nie ma czegoś takiego jak kolacja wigilijna. Owszem - choinkę ubiera Szanowny z Manią, ale ja nie szykuję żadnych specjałów na stół. A ostatnio nawet postanowiłam tylko zrobić dobry obiad i w spokoju zjeść go we czwórkę, jak nigdy. Dziadek wyjechał ze swoją narzeczoną do sanatorium więc nikomu i z niczego nie musiałam się tłumaczyć. Nareszcie czas spędziliśmy tak naprawdę po naszemu. Miło, spokojnie, z prezentami, które sami sobie wybraliśmy i sami się nimi obdarowaliśmy. 

Muszę też przyznać, że w tym roku mój syn chyba poczuł zew wolności i jakieś dziwne parcie na kuchnię, albowiem sam przygotował dwa ciasta na ten świąteczny weekend, a od wczoraj pichci jakieś dwie kolejne pyszności na pożegnanie koleżanki z hufca ;-) Szacun dla Pierworodnego!

Natomiast w niedzielę odwiedził Szanownego jego najmłodszy syn ze swoją kobietą i dzieckiem, które urodziło się w sierpniu. Szanowny widział wnuczka po raz pierwszy. Najgorsze z tej wizyty było okraszenie jej... wódką. Tak, tak, kolejny raz ostro wyraziłam swoje zdanie na temat tego alkoholu. Synuś przyniósł flaszkę do obalenia razem z tatusiem. Potem pojawił się najstarszy z moich pasierbów ze swoją rodzinką, a ja udałam, że baaaaaardzo mnie boli głowa i poszłam czytać do Maniutkowego pokoju. 

Ech najchętniej to bym chciała, żeby całą wódę świata zalało morze i żeby jej nigdy nie było, a jedynym alkoholem dostępnym dla ludzi było piwo i wino. Nie wiem dlaczego akurat do wódki mam taką awersję. Mój mąż nie jest alkoholikiem, wódkę pije właśnie raz w roku i jest po niej wesoły i niesamowicie wygadany, czego nie można o nim powiedzieć kiedy jest trzeźwy ;-) Ale ten konkretny alkohol nie pasuje mi do żadnej okazji. A jeszcze jak zobaczyłam, że piją oboje młodzi rodzice (!) tego najświeższego malucha, to doznałam szoku. Do tego oboje palący.

To niby nie moje małpy i nie mój cyrk, ale zauważyłam jak dziwnie łączą się ludzie w pary: moja Mama uciekła z rodzinnego domu w małżeństwo, w którym nie mogła dogadać się pod względem intelektualnym, chociaż czarę goryczy przelała przemoc ojca wobec mojej Mamy. Rozwiodła się. Moja teściowa - kobieta wykształcona, z dobrego, bogatego domu, związała się z człowiekiem ze wsi, mimo oporów i sprzeciwów jej opiekunki. Gdyby nie fakt, że teściowa była kobietą niezwykle ugodową, zapewne też by się rozwiedli ze względów intelektualno-kulturowych. Następnie mój mąż ożenił się z kobieta niezwykle religijną, prostą, z małego miasteczka, której edukacja zakończyła się na szkole zawodowej i zapewne do dziś pani przejawia strach przed zabobonami, a nauka czy nowości techniczne są dla niej obce (wiem, że nie posiada nawet adresu mailowego). Rozwiedli się. A ich synowie - każdy ma kobietę inną, z różnych środowisk, jednak są to dziewczyny proste, nie przejawiające żadnych ambicji. No, może Blondyna Scareface'a jest kobietą o szerszym horyzoncie myślowym, jakieś tam studia chciała podejmować, ale urodziło się dziecko i siedzi teraz w domu. 

Patrzę na dzieci mojego męża i jestem zadziwiona. Porównując ich do mojego syna widzę ogromny mur, choć żaden z nich nie jest ani złodziejem (no, jeden był...) ani narkomanem, porobili dzieci, pracują na te dzieci i w miarę możliwości się tym swoim domem zajmują. Nic szczególnego, nic specjalnego, żadnych ambicji, marzeń, pasji, hobby. Mój syn kiedyś został nazwany przez dziadka "pedałem". "On to chyba jakiś pedał jest, bo dziewczyny jeszcze nie ma". Strasznie mnie to zabolało, bo wyszła z dziadka zaściankowość i patrzenie na życie przez pryzmat stereotypów.  

Na szczęście głos teścia nie będzie słyszalny aż do 5 stycznia i chwała mu za to :-) 

W poniedziałek wzięłam się za maszynę i uszyłam prezent właśnie dla jednej z moich synoch, która wg mnie jest z nich trzech najbardziej "ludzka". To łapki kuchenne, które już wiszą na Insta. Powiesiłam też nasze zdjęcia z ostatnich wakacji w dużej ramce, a z chłopem rozplanowaliśmy wykonanie łóżka dla Mani, do którego jakiś czas temu zakupiliśmy sam materac. W najbliższą sobotę zapewne pojedziemy po dechy. 

Mam cały tydzień urlopu międzyświątecznego. Do pracy idę dopiero w nowym roku. Mimo to wstaje najpóźniej o 7.00 bo dzień wtedy zupełnie inaczej się układa. O 12.00 mam już zrobione pranie, zmywanie, przykładam się też do dawno nie trzymanych drutów i włóczki (mam w planach szalik). No i oczywiście w międzyczasie pisanie pracy magisterskiej pochłania moje wolne minuty. Aktualnie czytam też drugi tom Krugera autorstwa Marcina Ciszewskiego. Bardzo długo na tę pozycję czekałam i już prawie zapomniałam co się działo w pierwszym tomie ;-) 

W każdym razie zaraz będziemy starsi o kolejny rok. I oby ten 2017 był milszy od tego cholernego 2016, podczas którego zgasły wielkie gwiazdy i osobistości oraz w czasie którego Polska rozbiła się na dwa wrogie sobie obozy. 

piątek, 23 grudnia 2016

A gdyby tak bojkotować sklepy sprzedające żywe karpie? Sorry za wpis o rybach, ale już nie mogę.

Tradycja polską jest jedzenie na wigilię karpia. Najpierw jednak trzeba go zakupić, najlepiej żywego, aby potem móc go utłuc w wannie, poszatkować na dzwonka i usmażyć lub włożyć pod galaretę.

To nie jest moja tradycja. Nigdy nie była - Mama nie lubiła karpia i go nie kupowała - ja mam podobnie. Obrzydzenie mnie bierze i wstręt ogarnia kiedy widzę w sklepach te "wanny" pełne karpi, które zgniecione między sobą jak sardynki w puszce próbują łapać dostępne powietrze w wodzie. Potem taka ekspedientka wyławia dla klienta jednego z tych karpi, waży i ... wkłada w reklamówkę. Droga tej ryby ze sklepowej wanny do domowej wanny jest straszna. Ludzie najczęściej rzucają rybę do koszyka pomiędzy inne zakupy i zwierze szamocząc się w reklamówce zdycha w męczarniach.

Oj tam, oj tam, ktoś napisze - to "tylko" ryba, to tradycja, tak było zawsze.

Ok. Ale jesteśmy ludźmi. Uczymy się, ewoluujemy. Nasze zachowanie od wieków się zmienia. Gdybyśmy chcieli utrzymywać wieloletnią tradycję, to mężczyźni zdobywaliby nas, kobiety, waląc pałką w łeb i szarpiąc do domu za włosy.

Ewolucja kulturowa to także inne spojrzenie na rytualne uboje zwierząt. To nie powinno się dziać w XXI wieku. Nie mówię, że każdy od dziś ma zostać wegetarianinem, bo człowiek ma żuchwę przystosowaną do gryzienia mięsa, ale może w przyszłości się okazać, że poddani ewolucji ;-) zaczniemy stosować inne diety, np. pastylkowe i nasze zęby zmienią kształt.

Drodzy, jedzcie sobie te karpie, ale nie kupujcie ich żywych. Nie każcie dzieciom patrzeć jak zwierze poddawane jest nieludzkiemu traktowaniu. Ja też jadam mięsko i ostatnio nawet obrabiałam półtuszę wieprzową, z której mam zapas wędlin i kiełbas. Ale wiem, że świniak był ubity w sposób humanitarny, a nie zadźgany za stodołą przez pijanego chłopa.

Moja koleżanka, która mięsko lubi jeść jak mało kto, ma taką teorię, która deczko ją usprawiedliwia w tym uwielbieniu wieprzowiny. Twierdzi, że świnki rosną na drzewach i dojrzewające spadają na ziemię, gotowe do zjedzenia ;-)

Za wegetarianina się nie uważam, myślę też, że niejedzenie mięsa i ryb wiąże się ściśle z wyznawaniem jakiejś ideologii, do której mi daleko. Ale przestrzeganie humanitarnych zasad współżycia ze światem zwierzęcym chyba nie jest mi obce. Karpie żyją i czują, to, że nie wydają głosu nie upoważnia nas, ludzi, do tak obrzydliwego ich traktowania.

08:22, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 21 grudnia 2016

...będzie inaczej. Ponieważ nigdy nie przepadałam za świątecznym czasem, za tym zgiełkiem, za gonitwą po sklepach za prezentami, za szybkim krojeniem warzyw na sałatkę, wszystko mnie wkurzało. I tak nigdy nie starałam się dostosować do reszty gospodyń ;-) domowych, które myją okna "przed świętami", lepią pierogi - ja już się nalepiłam, już sobie obiecałam, że więcej swoich bolących nadgarstków poświęcać nie będę ;-)

W tym roku Święta wypadają podczas weekendu. Ja pracuję do samego końca, do piątku, tak więc nawet nie będę się szarpać z żadnymi "przygotowaniami". Choinkę jak co roku kupi Szanowny w ostatniej chwili (bo dobra cena) i ubierze ją z Manią. Choinka to symbol świecki, tak jak obdarowywanie się prezentami. Opłatkiem u mnie się nie dzieli od lat, odkąd pamiętam. I też w związku z tym będę miała święty spokój ;-) ponieważ dziadek wiecznie narzekał, że wieczór wigilijny u mnie nie jest taki jak potrzeba. Raczej nie jest taki jakim on by chciał. Wiele razy słyszałam, że nie szanuję tradycji (jakiej tradycji? czyjej? bo nie mojej) Kiedyś też usłyszałam, jak skarżył się przez telefon, że "mu wnuczki do komunii nie puściłam". A czy moja Mania jest jego własnością? Nikomu krzywdy nie robię nie poddając córki indoktrynacji religii katolickiej.

Tak więc spędzimy te trzy dni wolnego od zgiełku czasu we czwórkę. Szanowny, Pierworodny, Mania i ja. No i oczywiście nasze koty :-) Nastawiam się na upieczenie ciast, ale dopiero w niedzielę lub poniedziałek, kiedy nikt do niczego mnie nie będzie gonił. Z rzeczy nie tak słodkich nie będzie żadnego karpia (nikt z nas tej ryby nie lubi), za to przygotujemy z Szanownym dla siebie śledzie w oleju z cebulką. W zeszłym tygodniu mój kochany mąż uwędził zamarynowane trzy tygodnie wcześniej schaby, balerony i kiełbasy. Mamy więc zapas mięsiwa nawet jakby miały być miesiąc zamknięte sklepy ;-)

Co do prezentów to córka dostanie nowy plecak szkolny, o którym marzyła, Szanowny nową, ciepłą bluzę, ja zamarzyłam o nowym zegarku, a Syn mój dostał ode mnie opłacony kurs prawa jazdy :-)

Nie spodziewamy się gości albowiem Była zaprosiła swoich synów z synowymi i wnukami tradycyjnie na pogaduszki świąteczne. U niej jest to zorganizowane z pełną okrasą obrzędów kościoła katolickiego, włączając pasterkę. Tak więc synowie Szanownego chyba nie dadzą rady obskoczyć wszystkich domów ;-)

Fajnie jest czuć wolność, kiedy nic nie trzeba. Kiedy robi się coś z przyjemności, a nie z przymusu. Kiedy czas dla siebie ma być czasem wymarzonym, a nie wypoconym. Nawet jeśli ten czas ma trwać tylko trzy dni.

niedziela, 27 grudnia 2015

Chyba polubiłam swoją odświeżoną naturę. W dalszym ciągu trwam w terapii i braniu leków, ale nie ukrywam, że przychodzą do mnie myśli o tym, że bez "wsparcia" stanę się znowu tą zrzędliwą, krzyczącą starą złośnicą. Przyznam, że dobrze mi z moją życzliwością i dobrocią ;-)

Szanowny sam zauważa zmiany i co chwila mnie chwali, a ja już nie stawiam się jak baran i nie zaprzeczam; pochwały też trzeba umieć przyjmować. Naszła mnie też ochota na sięgnięcie po hobby. Trochę igły, trochę maszyny, nitka, pętelka i powstało kilka prezentów. Gdzie jeszcze trzy miesiące temu miałam w tym temacie czarną dziurę w mózgu.

Kilka tworów pozostało w Warszawie, kilka pojechało na drugi koniec Polski, ale najważniejsze, że robienie ich było dla mnie przyjemnością i formą terapii nawracającej na normalność.

Pojawił się więc smok:

Wyrósł netoperek ;-)

Wychyliła się mała myszka:

Ale urodziło się też kilka Mikołajów, wszak to okres świąteczny ;-)

A ponieważ okres świąteczny, nie mogło zabraknąć choinki:

Moja pani psycholog przed świętami rozmawiała o moim nadmiernym perfekcjonizmie, że nigdy nie jestem zadowolona ze swoich prac. Poprosiła o definicję mojego perfekcjonizmu i na koniec powiedziała, żebym w czasie przygotowywania prezentów dla innych pomyślała o sobie. Żebym uszyła sobie coś... nieperfekcyjnego. Ale ja oczywiście nic takiego nie zdołałam uszyć. Być może wynika to z tego, że nie umiem jeszcze myśleć wyłącznie o sobie, albo z tego, że ten cholerny perfekcjonizm będzie mnie jeszcze trochę prześladował. 

W każdym razie nawet moim pasierbkom dostało się po choince, bądź Mikołajku. 

O świątecznym okresie nie będę pisać. Było skromnie, wręcz biednie, ale tak miło, że aż mdło ;-) Nawet ucieszyłam się jak Uszak z Okularnicą i Pacholęciem przyjechali do nas w czwartek wieczorem. 

Mam jeszcze w zanadrzu opowieść o najcudowniejszym prezencie jaki zgotował mi los. Ale o tym będzie zapewne w innym wpisie...

P.S. muszę się jednak wytłumaczyć, że smok już był na materiale, a nietoperz i myszka narodziły się w mojej głowie ;-) Mikołajki i choinki mieszczą się w dłoni :-)

sobota, 04 kwietnia 2015

I zawsze patrzcie na tę lepszą/radośniejszą/jaśniejszą stronę życia ;)

15:14, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014

Święta blisko, śniegu ni ma, a Sokramka wiersz zaczyna,

bo jej życzeń się zachciało rozdać wszystkim paczkę całą ;)

Choć wysłała papierowe oraz te internetowe, 

które pewnie leżą w Spamie jako te nieprzeczytane ;)

Tak więc moi ukochani ci, co bardziej lub mniej znani

weźcie sobie po życzeniu przy zimowym przesileniu:

Bezcielesnej życzę teraz, by spotkała kawalera,

który ją obdarzy sercem i rozkocha w sobie wielce ;)

Brommba niechaj bywa zdrowa, niechaj dobrze córki chowa,

niech nie smuci się nadmiernie i uśmiecha się codziennie ;)

Fischerwoman - fest kobicie los dał piękne i bogate życie,

niech jej Święta płyną błogo, słodko, ciepło, prezentowo ;)

A Magdusi - pięknej pani życzę worka z prezentami

i miłości i czułości, a na stole moc pyszności ;)

Myszka oraz jej Myszątek dzielnie dbają o porządek,

niech te Święta będą dla nich najsłodszymi wspomnieniami ;)

Multilady misję spełnia, a jej świta ją dopełnia,

w Święta radość zapanuje, bo Mikołaj nie próżnuje ;)

Justek kota niech dogląda, niech przy jodze się rozciąga,

stos prezentów niech otrzyma, potem dalej się wygina ;)

Sekretarka niech Bożenie kupi w końcu to odzienie,

żeby ta kobita cała wypoczęła i pospała ;)

Życzę dużo zdrowia Gusi, bo wszak człowiek zdrów być musi,

no i niech obejmie ją wnet: spokój, miłość, ciepły pled ;)

Bądźcie dobrzy, uśmiechnięci, po prezentach - wniebowzięci, 

a wraz z Nowym Młodym Rokiem w życie wejdźcie świeżym krokiem! ;)

 

Wszystkim Wymienionym i Niewymienionym (którzy tu zaglądają) 

Wesołych Świąt!!!

 

czwartek, 18 grudnia 2014

Będzie o zakupach świątecznych (i nie tylko), których szczerze mam dość, jak co roku. Niby wiem, że za moich dziecięcych czasów niczego w sklepach nie było i rodzice musieli na głowie stawać, żeby stół jako tako wyglądał, ale dziś należę chyba do pokolenia, które wolałoby na święta wyjechać i nie martwic się niczym. Tak, zdecydowanie jakaś dwutygodniowa, okołoświąteczna wycieczka. Żadnego pichcenia, choć do tej pory co roku byłam mistrzem pierogowym (poniżej 200 szt nie schodziłam ;)) żadnego generalnego sprzątania, bo sprzątać trzeba na bieżąco i w miarę możliwości, a nie zarzynać się i latać ze szmatą na dwa dni przed świętami. Choinka u nas i tak zawsze stawiana jest dzień przed świętami (w tzw wigilię) bo Szanowny nie cierpi sztuczności i poluje zawsze na żywe drzewko, a przed samym rozwiązaniem choinki są najtańsze ;) i można śmiało kupić taką wartą ze 200 zeta za 60 od chłopa, który już się zwija z interesem.

Karp – no to co za pomysł z tą rybą, która ani nie jest smaczna, ani wygodna w obrabianiu, ani w ogóle. Dziś byłam świadkiem trzepotania się tejże rybki w worku foliowym u jakichś starszych państwa w koszyku. Myślałam, że zwątpię. Nigdy nie jadłam, nie jem i jeść karpia nie będę. Ja wiem, że dla tych państwa to tradycja i inne takie pierdolanty, ale ta ryba mogłaby być chociaż ubita przed zakupem. Przecież i tak żywa do domu nie dojedzie więc po co jej jeszcze przysparzać cierpień. Aha – i nie jestem jakimś walczącym wegetarianinem, ani wojującym ekologiem, tak po prostu czuję i tak wyrażam swoje poglądy.

Ludzi w sklepie…………………………………………………………………………………….tego bloga mało, żeby to opisać i najgorsze, że ja w tym pogromie tez uczestniczę, bo  auto na parkingu przed sklepem zaparkowałam, koszyk wzięłam i polazłam jak te głupie mohery na zakupy. No ale jak tu nie skorzystać z promocji mąki za 1,25 zł, oleju za 3,40 zł, kakao za 1,99 zł – Wedla! Drożdże do chleba za 0,70 zł. Poza tym jest normalny dzień i trzeba by jakiś normalny obiad zjeść z tej okazji ;)

Nie znoszę świąt, a najbardziej tego zapieprzania wokół nich. Czas świąteczny ma być czasem wypoczynku, lenistwa i ewentualnych rodzinnych pogaduszek. Gdybym miała kasę jak za dawnych czasów, na pewno skorzystałabym z zakupów internetowych. Widzę, że tu w okolicy jeżdżą samochody z zakupami z takich sklepów. Wiem też, że w naszej okolicy mieszka trochę ludzi z branży aktorskiej, dla nich to wygodne złożyć zamówienie i nie pokazywać się w publicznym miejscu.

Do tego Mania się rozchorowała, siedzi w domu od wtorku, ale dzięki temu upiekłyśmy trzy metalowe pudełka pierniczków ;) W szufladzie mam już przygotowane drobiazgi dla moich dwóch panów. O młodszą panią właśnie ci panowie zadbają plus trzech pasierbów, a jej braci przyrodnich. W zasadzie każdy dostanie jakiś drobny prezent. I to chodzi – żeby o nikim nie zapomnieć. W najbliższy weekend mam zjazd, a  Szanowny będzie wędził kiełbachy. Parę dni wolnego i za chwilę będzie po świętach.

 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Nie cierpię świąt. Żadnych. Dobrze, że już się skończyły. Ciekawe czy u innych tak jest, że z okazji świąt, urodzin, imienin, wizyty cioci z Ameryki i w ogóle z okazji „bez okazji” musi stanąć na stole flaszeczka…Nie cierpię pijanego dziadka oraz jego pretensji i żalów, żalów i pretensji do całego świata o to, że wszyscy go maja w dupie i nie szanują. A on się szanuje?

Nie cierpię tłumów, wizyt, wizytacji, posiedzeń rodzinnych. A mój mąż odwrotnie. Im więcej ludzi tym lepiej i ciekawiej. Jak tak to gęby nie otworzy przez cały dzień, a jak jest „zastaw się, a postaw się”, to ryj mu się nie zamyka. Do tego ma jakieś wyimaginowane wyobrażenie o moim „byciu żoną”. Jestem jego żoną więc to mnie obliguje do przyjęcia identycznej postawy jak on w sytuacji przyjmowania gości. A w dupie mam jego gości. „Dzień dobry” powiedziałam i to wystarczy.

I to mnie martwi. Że jestem złą żoną. Że nie umiem się dostosować do innych ludzi, że egoistka jestem, że bywam bezczelna, przesadnie otwarta w wyrażaniu swoich uczuć, że czasem nie potrafię utrzymać emocji w ryzach, że prowokuję, że wywołuję awantury, że zazdroszczę, że unikam ludzi, że niestety, ale nie bywam delikatna, że gbur ze mnie i pyskacz. Potrafię odezwać się do Szanownego słowami: „co się to obchodzi, nie interesuj się”. Ale tylko do niego mam taki stosunek. Kiedy dziadek mnie wkurzy, olewam go, lekceważę wręcz.

Rano nie odzywam się do nikogo. Nikomu nie mówię „dzień dobry”, „cześć”, buziaczek na poranek? Żadnych. Ups, przepraszam; dzieci moje zawsze usłyszą dobre słowo i poczują matczyną dłoń na swojej. Mówimy o dotykaniu? Ja się go brzydzę. Nie przytulam się do męża od dawna. Świadomie. Nie czuję takiej potrzeby. Seks? Jaki seks? Ja, kiedyś dziki, podkołderkowy kociak, obecnie jestem zamulałym, starym babskiem o nikłej potrzebie doznań seksualnych. Na sceny miłości w filmach patrzę z obrzydzeniem, nie znoszę kiedy przy mnie przytulają się Uszak z Okularnicą, choć wiem, że mam dość mocny i pewny uścisk, nie lubię podawać dłoni.

Na FB przestałam się uaktywniać. Celowo. Nie bawi mnie podglądanie innych co mają do powiedzenia. A z tymi co mają coś do powiedzenia wolę utrzymać kontakt mailowy, smsowy, lub zwyczajnie raz na jakiś czas zadzwonić. Znajomych też sobie zaczęłam wyróżniać. Odzywam się tylko do tych, co coś dla mnie znaczą. Innych mam w dupie. Mam w dupie tych, co życzenia na święta wysyłają za pomocą: „wyślij do wielu”. Formułka z internetu, jakiś durny wierszyk, albo zdanie, podpisano: „życzy Genowefcia z rodzinką”. Chuj z takimi życzeniami. To lenistwo zwykłe i wygodnictwo.

Ci obcy są czasem dla mnie milsi niż męscy domownicy, z którymi mieszkam. Moim facetom wydaje się, że mają za darmo sprzątaczkę, piastunkę, krawcową i kucharę. Podczas świąt rozliczałam PITy, męża, brata, syna, pasierba jednego i drugiego. Koleżanka jeszcze mi wcisnęła Pity swój i swoich córek dwóch. O naiwności. Pieniądze pożyczam od obcych, a powinno się pożyczać od rodziny. Chociaż w ogóle pożyczanie kasy moim zdaniem to uwłaczanie godności dla pożyczkobiorcy. I mówię tu o takich drobnych sumach, nie zaciąganiu kredytu w banku. Chociaż i tak pożycza się cudze, a oddaje swoje.

Boję się, że się rujnuję. Sama na własne życzenie. Nie sypiam dobrze, od ok. 4.00 już nie mogę spać. Dziś wstałam o 4.30. Córka wędruje nadal pomiędzy swoim łóżkiem, a naszym. Ciasno jest.

Mój ojciec był wariatem kopniętym w dzieciństwie przez konia. Mnie koń nie kopnął, ale jestem jego córką, wariatką.

 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

 Bezrobotnej, ale nie bez pracy ;) przecież macham mopem i ścierą i mam za to jakąś zapłatę. Ale generalnie chodzi mi o skrót ostatnich dni.

 Ponieważ na sprzątaniu ostatni raz w tym roku byłam w czwartek, wzięłam kasę za grudzień i pojechałam od razu na zakupy świąteczne. Szanownemu kupiłam kapcie – prezent bardzo mu potrzebny bo aktualne zaczynają produkować już wywietrzniki. Potem odebrałam Małą ze szkoły i pojechałyśmy po spożywkę.

 Piątek to dzień służbowy, ponieważ miałam jeszcze umówioną wizytę mojej nowej opiekunki społecznej. Poprzednia pracownica OPSu awansowała i „przydzielili” mi nową. Pani przyszła na wywiad w celu wystawienia decyzji o posiłkach dla Małej na czas „zimy w mieście”.

 W sobotę działaliśmy z Szanownym już razem. Rano pojechaliśmy po prezenty dla dziadka, chłopców i Małej. Ponieważ nasz budżet jest naprawdę mocno okrojony, dziadek dostanie produkty do higieny osobistej, Uszak i Scareface również, a Małej Mikołaj podaruje lalkę – syrenkę. Wcześniejsze ustalanie prezentów jest w naszej rodzinie klasyką (z wyjątkiem małych dzieci) dałam pieniądze mojemu Młodemu, żeby pojechał do księgarni i zakupił sobie i mamie (czyli mnie) prezenty książkowe. Pierworodny lubuje się w fantasy, a ja oczywiście musiałam mieć nowego Thorgala. Nie zapomnieliśmy tez o naszych kociambrach – zwierzaki dostaną smakołyki serdelkowe.

 W niedzielę pichciliśmy. Mąż upiekł dwa ciasta (!) drożdżowe z makiem i marchewkowe. Przyznam, że chłop lubi bawić się w kuchni, ale jest niesamowitym burdelarzem. Zostawia po sobie straszny syf. Powiedzmy, że przymknęłam oko na taki stan rzeczy i delikatnie zwróciłam mu uwagę na posprzątanie po sobie ;) Święta bez świątecznej awantury to nie święta, he he.

 Zrobiłam również dwie sałatki jarzynowe – jedną z fasolką (bo lubi moja Mała i reszta rodziny) a drugą z większą ilością pora – bo lubi mój Młody. Będą też śledzie z cebulką, barszcz no i moje popisowe danie: pierogi z kapustą i grzybami, w ilości… 180 sztuk. Się narobiłam ;) Na kuchni stoi również bigos, na zmianę wynoszony w nocy na podwórko, na mróz. Młoda dekorowała też pierniczki, które upiekłyśmy w sobotę wieczorem. Chyba będą względne te święta.

 Jak co roku brakuje mi Mamy. Jestem z tym wszystkim sama jak palec. Brakuje mi pytań: jak zrobić lukier? czy dużo cytryny do barszczu? i inne bzdury, choć mam wujka Google. Brakuje mi konsultacji prezentowych, brakuje mi JEJ.

 Na święta usiądziemy w składzie: Szanowny, nasza Mała, mój Młody, chłopa dzieci: Scareface i Uszak oraz Dziadek. O Golasie nic nie wiemy, zapadł się jak kamień w wodę. W pierwszy dzień świąt chłopcy jadą do SS. Być może ich mama wie coś na temat swojego trzeciego synka.

 Nie mogę narzekać, nie jestem sama, a moja rodzina (najbliższa) jaka by nie była to jest po mojej stronie. Największym sukcesem jest dla mnie emocjonalny związek z pasierbami. Nigdy bym się nie spodziewała, że przez tyle lat będziemy jak jedność. Chociaż narzekam na chłopców i są czasem wkurzający (no bo kto ich miał niby wychować i nauczyć dobrego?) to jednak odczuwam sympatię z ich strony i szacunek. To prędzej ja jestem dla nich zołza i wydra.

 Życzę wszystkim spokojnych świąt, życzliwości wobec siebie i uśmiechu. Nie ważne z kim spędzimy ten czas, ważne, żeby się nie smucić i nie gniewać. Nie umiem składać życzeń – sami doskonale wiecie jakie będą Wasze, tegoroczne święta, przetrwaliśmy koniec świata to i te święta przetrwamy ;) a tym czasem:

 Wesołych Świąt!  

 

 

Tagi: święta
10:12, sokramka
Link Dodaj komentarz »