Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: depresyjnie

środa, 26 lipca 2017

Zagląda mi przez dziurkę od klucza... Sprawdza mnie ile bez niej wytrzymam... Czujna jest cholera, a ja nie mam siły z nią walczyć. Nie umiem się skupić. Liczę rzeczy po dwa, trzy razy, czytam bardzo uważnie i wolno, do tego muszę być sama i musi być cicho. Czytanie w komunikacji miejskiej odpada. W ogóle ostatnio lubię być sama...

Nakładam maski i pozornie się uśmiecham, bo nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Wszystko płynie tak smętnie, brakuje mi adrenaliny, a nie mam bodźców do jej wyprodukowania...

Wstydzę się iść do mojej dr, bo boję się jak zareaguje. Po ostatniej, zeszłorocznej wizycie, mimo ustaleń z nią, że zmniejszamy dawkę leku, sama po kilku tygodniach odstawiłam go całkiem. Bo było super! Bo była nowa praca, bo były motyle w małżeństwie. Bo myślałam, że sobie ze wszystkim poradzę i już nie będzie problemów. A teraz jest wielkie NIC.

Przychodzę po pracy do domu i kładę się z otwartymi oczami, a moja córka pyta czy mi coś dolega. Mało mówię, nic mnie nie cieszy. Urlop mam od 7 sierpnia. Nie bawi mnie on wcale, nie mam pomysłów na spędzenie tego wolnego czasu. A pomysł Szanownego już mnie drażni.

Nie wiem co mam robić. I proszę mi nie pisać rad w stylu: "idź do swojego lekarza". To musi samo...  Czasem też wystarczy samo wyrzucenie z siebie, a czasem wymiana maili z kimś kto taki stan przeżywał. Czasem też nic nie pomaga.

06:57, sokramka
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 czerwca 2017

To, że kilka wpisów wstecz napisałam, że u mnie wszystko ok, nie znaczy, że sielanka trwa w najlepsze. Owszem - jest i zdrowie, nie kaszlę, nie prycham ;-) jest i praca, są moje dzieci, które niczym nie stwarzają mi kłopotów, jest w końcu Anioł - Szanowny. 

Czegóż chcieć od życia więcej? 

Wczoraj miałam straszną ochotę napisać do mojej psycholog, pani Izy. Przywłaszczyłam Ją sobie jako "moja" albowiem to jest człowiek, który ma w oczach zrozumienie. A tego teraz szukać ze świeczką. Ale nie miałam odwagi. Są inni, bardziej potrzebujący, których Ona zapewne wspiera na wizytach. Mogłabym pogadać z Szanownym, ale on wysłucha, a nie zrozumie. Przyjaciółki nie mam, bo poza moją Mamą nikomu nie zwierzałam się z kłopotów i stąd może też wynikać trudność dobierania sobie towarzystwa "psiapsiółkowego". Ja po prostu nie umiem mieć przyjaciół. 

Czasem ludzie po depresji wracają do głębokiego doła ot tak. Bez powodu. Czytałam Tomasza Jastruna, sama odczuwam takie doły. I wtedy nie ma wsparcia. Nie ma zrozumienia. Zostaje się samotnym w obliczu czegoś, co otacza cię czarnym jak smoła workiem. A najgorsze jest to, że oczekuje się od świata odczytania bólu jaki siedzi w środku. Nie ma się odwagi podejść i powiedzieć: "słuchaj, pogadamy? dziś mam fatalny nastrój, nie wiem z jakiego powodu, ale boli mnie "w środku". 

Mnie boli w środku znowu od kilku tygodni. Uśmiechy rozdaję sztuczne, na zawołanie: numer 5, numer 8. Nie rozmawiam z Szanownym, nie pytam o nic córki. Milczę. Moim dzieciom to pasuje, ale czy to ma dobry wpływ na ich rozwój? W przypadku Pierworodnego zapewne już nie (na jesieni skończy 21 lat), ale moja 11 letnia córka pewnie już wyrabia zdanie o matce - dziwaku. 

Nie mam na siebie pomysłu. Tzn dziś nie mam na siebie pomysłu. Znów snuję się po mieszkaniu wykonując tylko podstawowe czynności. Chciałam zapleść sobie znowu bransoletkę, uszyć małą torbę na ramię. Nic mi nie wychodzi. Nie podoba mi się. W moich oczach jest bezbarwne i bez wyrazu. 

Zamartwianie się bez powodu jest czymś najgorszym. Bo jeśli człowiekowi dzieje się krzywda, wtedy ma powody do rozpaczy, ale jeśli świat z założenia jest brunatny, bez powodu, to już jest źle. Czegoś mi brakuje i sama nie wiem czego. To, że chciałabym się spotkać w gronie znajomych jest nieprawdą. Ostatnio nawet zwaliłam spotkanie integracyjne w pracy, bo mnie wszyscy wkurwiali. Tak bez powodu, bo przecież nikt mi nic nie zrobił. 

Nie umiem przyjmować pewnych zadań z założenia, że tak musi być. Tylko rozkminiam problem i rozkładam go na cząsteczki: przykładowo mam iść z wnioskiem do podpisu, ale ten wniosek będzie czytany, bo człowiek nie podpisze bez czytania. I już mi się kołaczą w głowie myśli: a jeśli coś będzie źle? a co jeśli człowiek od podpisu powie, że mam gdzieś coś poprawić? a jeśli się nagada i ponarzeka, a ja tego będę musiała słuchać? Człowiek normalny powiedziałby: a co w tym za problem?! Przeczytać musi, pogadać widać, też musi, a jak trzeba będzie poprawić, to się poprawi. A ja, kuźwa, robię z tego problem rangi wypadku samochodowego...

Kto temu jest winien? Że tak postrzegam świat? Ja sama. Bo muszę przebić się przez mur i mówić sobie o samych dobrych rzeczach. O wartościach, które mam. A mam? O tym, co życie mi daje bezproblemowo. 

Muszę się bardziej skupić. 

08:39, sokramka
Link Komentarze (8) »
wtorek, 29 września 2015

Powinnam zmienić nick z Sokramki na Niewidoczną, bo bardzo bym chciała taką pozostać. 

Nic od nikogo nie chcę. 

Niczego nie oczekuję. 

Nie chcę się angażować w żadne relacje. 

Mam dość wszystkiego.

Mleko wykipiało. 

Mam dość uzależnienia finansowego. Mam dość swojej bezradności zawodowej. Mam dość tych wszystkich rad i dobrych słówek. Mam dość integracji z osobami, które wg mnie wydzielają toksyny. Nie chcę uśmiechać się do wrogów, bo: "nic ich bardziej nie wkurza". Dość mam spijania sztucznej pianki z rodzinnej kawki. 

Nic nie muszę. 

Syty nie zrozumie głodnego. 

Nie radź mi jak postępować z mężem, skoro sama nie umiesz znaleźć się w stabilnym związku. 

Nie radź mi jak wychowywać dzieci i podchodzić do ich spraw, skoro sama/sam ich nie masz. 

Nie radź mi jak rozwiązywać problemy finansowe, skoro nigdy nie miałaś/miałeś komornika na karku.

Nie radź mi w sprawach codziennych, skoro sama/sam jesteś cipą życiową i decyzje za ciebie często podejmuje rodzic/współmałżonek/rodzeństwo.

Nie radź mi jak zorganizować sobie większą ilość gotówki, skoro tobie wszystko zawsze podawano na tacy i twoje ręce nie skalały się ciężką pracą. Dostałaś/dostałeś domek na działce od rodziców, samochód od babci, mieszkanie od ciotki, a pracę załatwił ci współmałżonek? Więc nie wchodź mi w drogę. 

Każdy niech pilnuje swojego tyłka. 

Chyba nadchodzi regres. 

13:31, sokramka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 marca 2015

Od kilkunastu dni miewam gigantyczne doły. Każdy kto mnie zna wie, że jestem typem jesienno-zimowym, a nie wiosenno-letnim. Ostatnie bombardowania promieniami słonecznymi sprawiają, że często boli mnie głowa. Okulary i daszek przeciwsłoneczny to moje coroczne atrybuty. No cóż - taki typ. Można się ze mnie śmiać - proszę bardzo - jak to można nie lubić słońca?! Ano można. 2-3 dni jeszcze zniosę, ale później może już się ono schować za niegroźnymi chmurami. Odżywam dopiero wieczorem, kiedy słońce schowa się za płotem i nie razi w oczy. 

Wypala mnie wiele rzeczy, choc wiem, że jest to sytuacja przejściowa, bo z depresją nie ma to nic wspólnego. nadal mam chęci się uczyć, szukać dobrej, godnej pracy, ale wielki entuzjazm opadł. 

W domu zmiany - młodzi zamierzają się wyprowadzić. Nie stanie się to jednak na dniach, bo nowe mieszkanie trzeba wyszykować, a na to potrzebny jest czas i pieniądze. Prace remontowe w domu zostały więc ze strony Uszaka wstrzymane. Całą energię chce przelać na nowy lokal. Ale... Szanowny już zaproponował rozbudowę tegoż wolnego terenu po Uszaku swojemu kolejnemu synowi.

Pacholę jest chore, a dokładniej ma chore genitalia. O szczegółach pisać nie będę, ale osobiście nadal uważam, że Okularnica nie dojrzała do roli matki. I wcale nie chcę być tutaj "dobrym człowiekiem". Pisząc te słowa chcę z pełna świadomością podkreślić, że dużo winy w opiece nad pacholęciem leży po stronie Okularnicy. To trzeba widzieć, żeby móc tak powiedzieć. Po obserwacji i wnikliwej rozmowie z Szanownym doszliśmy do wniosku, że jednak posiada ona znikome upośledzenie umysłowe. Nie moja to jednak sprawa.

Pisanie pracy stanęło mi jakimś kołkiem w gardle (w palcach), zatrzymałam się na napisaniu wstępu i konspektu, który został zaakceptowany przez mojego promotora. Dobre i to ;)

Zabijając stany zdołowania staram się dużo czytać. na urodziny dostałam wiele ciekawych książek, które sprawiły, że szeroki banan pojawił się na mej twarzy :)  nadrabiam tez zaległości filmowe. O doznaniach po "Bogach" i "Idzie" opowiem w innym wpisie. 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Albo z domu, żeby nie pozabijać wzrokiem innych. Dziś przekroczyłam dawno nieprzekraczaną przeze mnie granicę. Myślałam, że uduszę z rana wszystkich domowników, albo poćwiartuję, albo wydłubię oczy, albo dokonam innej zbrodni, która doprowadziłaby mnie do wirtualnego kicia. Wystarczyło jedno słowo, zapalnik, żeby wywołać u mnie pożar emocji. Tak więc o 9.00 założyłam swoje piękne, wygodne, szare kaloszki kupione za 30 zł w jednym z supermarketów i wyszłam z domu. Takie coś zdarza mi się raz na jakiś czas. Mówię innym, że tak mam i mają mnie zostawić w spokoju póki nie przejdzie.

Po drodze lałam łzy, a z nieba lał się deszcz. Dobrze, że nikt mnie nie widział. Wybrałam podróż komunikacją miejską, bo z takim bagażem emocji wolałam nie wsiadać za kierownicę. Poza tym, tam gdzie jechałam nie miałabym nawet gdzie zaparkować.

Spacerowałam w deszczu i rozmyślałam. Wstąpiłam do księgarni, takiej która otwarta jest w niedzielę. Kupiłam sobie na pocieszkę biografię mojego guru radiowego, Marka Niedźwieckiego. Książkę już przeczytałam. Polecam. Dla kogoś kto zna tę niezwykłą postać, biografia pisana w pierwszej osobie będzie smacznym kąskiem. Czyta się książkę tak, jakby Marek siedział obok i opowiadał o swoim życiu.

Po wyjściu z księgarni zobaczyłam przez szybę pozycję, na którą również miałam ochotę. Ale ta kasa…. Przeszłam się po centrum handlowym i wróciłam się do księgarni. Nie mogłam sobie darować nowej książki Kinga „Pan Mercedes”. W sumie wydalam ponad 70 zł. A w moim przypadku to poważne nadszarpnięcie budżetu. Trudno. Miałam chandrę i musiałam z niej jakoś wyjść. Kinga już czytam. Zapowiada się ekscytująco.

Potem postanowiłam wsiąść w jakiś autobus komunikacji miejskiej i w celu przeczytania biografii Niedźwiedzia pojeździć trochę po Mieście. Głupie, co? Ale jak ma się nieugiętą potrzebę bycia sam na sam ze sobą, to jest to najlepsze wyjście. Skierowałam się więc na pętlę. Byłam w dzielnicy, w której spędziłam większą część swojego życia. O dziwo po drodze, niechcący spotkałam koleżankę. Była z psem na spacerze. Młoda wdowa, która zna moją sytuację życiową zaciągnęła mnie na kawę do siebie, choć ja nie bardzo chciałam. Do tego zaczynałam mieć objawy migreny. Ta franca jak mnie dopada, to nie daje mi żyć. Migrena oczywiście, nie koleżanka.

Wypiłam kawę, zjadłam na raz dwa prochy przeciwbólowe, pogadałam, aż w końcu poszłam. Miałam zamiar przeczytać wreszcie tę biografię. Zaczęło mi się kręcić w głowie i powoli czułam, że mam mroczki przed oczami, aha, znaczy się aura idzie. Popędziłam więc do sklepu po tabliczkę czekolady i zeżarłam ją na środku ulicy. Przeszło.

Potem jeszcze dostałam smsa od koleżanki z miejsca, w którym mopuję. Sms był miły, sympatyczny i przewidywał dobry czas przyszły. Zobaczymy. W ogóle ta koleżanka to taki chodzący anioł stróż, choć ja w anioły nie wierzę, ta kobieta jest wcieleniem dobra.

W końcu zrobiła się godzina 15.00 i postanowiłam wrócić do domu, który moim domem nie jest i nie lubię go tak nazywać. To miejsce mojego meldunku, hotel i przechowalnia ubrań. Szanowny dzwonił do mnie w międzyczasie, ale odrzucałam jego połączenia.

Opowieść Marka udało mi się przeczytać w domu, przy pieczeniu chleba. Obiadu żadnego nie było, bo przecież MNIE nie było, a co za tym idzie – kucharka zastrajkowała. Starszy syn jechał na kanapkach, a małż żywił córkę piątkową pomidorówką z ogrodowych pomidorów. Musiał tylko dogotować makaron. Przeżyli.

Ból głowy trochę odpuścił, ale mimo wieczoru wciąż czuję jego obecność. Oczy mam spuchnięte. Nie wiem, czy od płaczu, czy od aury, czy od pogody. Zaraz idę spać. Jutro poniedziałek, bardzo dobrze, wezmę się za pracę, po pracy mam do załatwienia parę urzędowych spraw. To poprawnie wpłynie na moje samopoczucie. A w międzyczasie będę czytać „Pana Mercedesa”.

 

czwartek, 14 sierpnia 2014

A bywają takie, kurwa, jak rów mariański. Musze gdzieś to odreagować, bo negatywne pokłady energii trzeba usuwać jak toksyny. Wczoraj trzymałam telefon, chciałam dzwonić, pogadać, ale odpuściłam. Po co zarażać innych mało pozytywnie brzmiącym tembrem głosu? Lepiej dzwonić z informacjami „ku pokrzepieniu serc”.

Nie ogarniam tej kuwety. Czasem mam dość tego gówna, które wokół mnie narasta. I to z różnych dziedzin. Dziadek ma już kłopoty z głową/pamięcią. Chla codziennie 5-6 piw, do tego zawsze znajdzie się jakaś flaszka z kolegami obalona lub z samym sobą – do lusterka. Mówi, że nie jest alkoholikiem, a który alkoholik do tego się przyzna? Mówi też, że nie ma pieniędzy, my mamy płacić  jego rachunki, bo zawsze dzieci pomagają rodzicom. Dzwoni do tych swoich panienek i na doładowania tez wydaje masę pieniędzy, a emeryturka cienka. On w związku z tym ciągle nie ma pieniędzy…

Na pocieszenie mam poprawę stosunków mężowsko-żońskich. Wróciłam do spania z chrapaczem (jakkolwiek to zabrzmiało – interpretacja dowolna). Córka powiedziała, że ona nie może spać z tatusiem, bo on tak chrapie, że Mała ma potem koszmary ;) Teraz to znowu moje zmartwienie.

Trzymamy z Szanownym sztamę przeciw ojcu. Chłop mój przeciera oczy ze zdziwienia co się dzieje, ale nic zdziałać nie może, bo teść nie przyznaje się do choroby. Któregoś dnia może się okazać, że dziadek zamknie oczy na zawsze. Może nawet być tak, że nie będziemy mieli za co go pochować, bo wszystko przepija i rozdaje kolegom.

Dobrze, że pogoda się unormowała na życzliwszą mojemu organizmowi – w końcu mam czym oddychać. Pomidory czerwienieją jak wariaty, ogórki rosną – będą przeciery, przetwory, już mam w swoich zbiorach dżemy z truskawek, śliwek, wiśni, lubię to… Mogę tez poprawiać sobie nastrój słuchając Lipy, Archive lub Lenny’ego. Lenny teraz będzie koncertował w Polsce. Kurczę – odwieczny problem braku kasy. Kiedyś biegałam na koncerty do Stodoły, nawet Młodego zaczęłam w to wciągać. Ech dawne czasy…

Jutro będzie lepiej…

 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Nie cierpię świąt. Żadnych. Dobrze, że już się skończyły. Ciekawe czy u innych tak jest, że z okazji świąt, urodzin, imienin, wizyty cioci z Ameryki i w ogóle z okazji „bez okazji” musi stanąć na stole flaszeczka…Nie cierpię pijanego dziadka oraz jego pretensji i żalów, żalów i pretensji do całego świata o to, że wszyscy go maja w dupie i nie szanują. A on się szanuje?

Nie cierpię tłumów, wizyt, wizytacji, posiedzeń rodzinnych. A mój mąż odwrotnie. Im więcej ludzi tym lepiej i ciekawiej. Jak tak to gęby nie otworzy przez cały dzień, a jak jest „zastaw się, a postaw się”, to ryj mu się nie zamyka. Do tego ma jakieś wyimaginowane wyobrażenie o moim „byciu żoną”. Jestem jego żoną więc to mnie obliguje do przyjęcia identycznej postawy jak on w sytuacji przyjmowania gości. A w dupie mam jego gości. „Dzień dobry” powiedziałam i to wystarczy.

I to mnie martwi. Że jestem złą żoną. Że nie umiem się dostosować do innych ludzi, że egoistka jestem, że bywam bezczelna, przesadnie otwarta w wyrażaniu swoich uczuć, że czasem nie potrafię utrzymać emocji w ryzach, że prowokuję, że wywołuję awantury, że zazdroszczę, że unikam ludzi, że niestety, ale nie bywam delikatna, że gbur ze mnie i pyskacz. Potrafię odezwać się do Szanownego słowami: „co się to obchodzi, nie interesuj się”. Ale tylko do niego mam taki stosunek. Kiedy dziadek mnie wkurzy, olewam go, lekceważę wręcz.

Rano nie odzywam się do nikogo. Nikomu nie mówię „dzień dobry”, „cześć”, buziaczek na poranek? Żadnych. Ups, przepraszam; dzieci moje zawsze usłyszą dobre słowo i poczują matczyną dłoń na swojej. Mówimy o dotykaniu? Ja się go brzydzę. Nie przytulam się do męża od dawna. Świadomie. Nie czuję takiej potrzeby. Seks? Jaki seks? Ja, kiedyś dziki, podkołderkowy kociak, obecnie jestem zamulałym, starym babskiem o nikłej potrzebie doznań seksualnych. Na sceny miłości w filmach patrzę z obrzydzeniem, nie znoszę kiedy przy mnie przytulają się Uszak z Okularnicą, choć wiem, że mam dość mocny i pewny uścisk, nie lubię podawać dłoni.

Na FB przestałam się uaktywniać. Celowo. Nie bawi mnie podglądanie innych co mają do powiedzenia. A z tymi co mają coś do powiedzenia wolę utrzymać kontakt mailowy, smsowy, lub zwyczajnie raz na jakiś czas zadzwonić. Znajomych też sobie zaczęłam wyróżniać. Odzywam się tylko do tych, co coś dla mnie znaczą. Innych mam w dupie. Mam w dupie tych, co życzenia na święta wysyłają za pomocą: „wyślij do wielu”. Formułka z internetu, jakiś durny wierszyk, albo zdanie, podpisano: „życzy Genowefcia z rodzinką”. Chuj z takimi życzeniami. To lenistwo zwykłe i wygodnictwo.

Ci obcy są czasem dla mnie milsi niż męscy domownicy, z którymi mieszkam. Moim facetom wydaje się, że mają za darmo sprzątaczkę, piastunkę, krawcową i kucharę. Podczas świąt rozliczałam PITy, męża, brata, syna, pasierba jednego i drugiego. Koleżanka jeszcze mi wcisnęła Pity swój i swoich córek dwóch. O naiwności. Pieniądze pożyczam od obcych, a powinno się pożyczać od rodziny. Chociaż w ogóle pożyczanie kasy moim zdaniem to uwłaczanie godności dla pożyczkobiorcy. I mówię tu o takich drobnych sumach, nie zaciąganiu kredytu w banku. Chociaż i tak pożycza się cudze, a oddaje swoje.

Boję się, że się rujnuję. Sama na własne życzenie. Nie sypiam dobrze, od ok. 4.00 już nie mogę spać. Dziś wstałam o 4.30. Córka wędruje nadal pomiędzy swoim łóżkiem, a naszym. Ciasno jest.

Mój ojciec był wariatem kopniętym w dzieciństwie przez konia. Mnie koń nie kopnął, ale jestem jego córką, wariatką.

 

poniedziałek, 07 października 2013

Zawsze mam giga doła.
Przed dziesiątym zawsze mam pusto w portfelu.
Przed dziesiątym mam mega wkurwa i proszę mi w drogę nie wchodzić.
Dziesiątego mam przelew poborów i Szanowny również dziesiątego bierze do ręki wypłatę.

Do jutra muszę zapłacić 60 zł za wycieczkę Malej w szkole. Mam 80 zł do dyspozycji do czwartku. Nie znoszę pożyczać, bo pożycza się cudze, a oddaje własne. Taki marny żart.

Szanowny miał rację – nie ma kasy, a ja miałam w niedzielę dwa i pół tysiąca w ręku i kupiłam Młodemu komputer.

Wszystko to jedno, wielkie gówno. 

wtorek, 09 lipca 2013

Głupia, zalękniona, pozbawiona krzty odwagi cywilnej, przejawiająca jakieś dziwne fobie. Pozornie przekazuję innym pozytywne wibracje, nie potrafiąc uporać się ze swoimi demonami. Błąkam się po omacku po życiowych ścieżkach. Łatwo jest dawać rady i nieść pomoc innych innym, ale trudniej jest wziąć się za mordę i przekonać do działania. Jestem dryfującym po opiniach innych idiotą. Idę się przejść. 

13:03, sokramka
Link Komentarze (4) »
środa, 29 maja 2013

 Ocieram się o anhedonię. Słabo podejmuję decyzje, właściwie w ogóle ich nie podejmuję. Wszystko ma dla mnie opis: „nie wiem”. Co ugotować na obiad? „nie wiem”, w co się ubrać? „nie wiem”, mąż pyta o elementy domku dla Małej, odpowiadam: „nie wiem”, po co wstawać z łóżka? „nie wiem”.

 Unikam ludzi, trzy osoby dla mnie to już tłum. Paradoksalnie cieszy mnie to sprzątanie, bo jestem tam sama. Robię swoje dobrze i wychodzę. Ale to nie przyszłość, to przetrwanie, wegetacja.

 Na zaproszenie smsowe wysłane przez koleżankę, do obejrzenia nowego biura (po przeprowadzce) miałam ochotę odpisać: „w dupie mam wasze nowe biuro”. Nie umiem cieszyć się z pozytywnych zmian u innych, chyba też zazdroszczę i to mnie od ludzi odpycha.

 Chciałabym z kimś pogadać, ale tak „od serca”. Na ostatnich zajęciach rozmawiałam z koleżanką na temat ogólnych problemów. Jej stwierdzenie: „a co ty możesz mieć za problemy?! Weź przestań”, maksymalnie mnie wkurzyło. Zbyt łatwo przyjmuje na klatę opinie innych.

 Aż nagle wczoraj – zadzwoniła do mnie dobra koleżanka z pytaniem, czy nie znam kogoś do pracy (specyficznej). Po krótkiej z nią rozmowie poszperałam w zasobach znajomych i znalazłam dziewczynę, którą mogłam polecić. Potem uświadomiłam sobie, że charakter jej studiów związany jest z ogłoszeniem, które niedawno widziałam na portalu pracowym. Przesłałam jej link. Bo… trzeba sobie pomagać. Później otrzymałam smsa od koleżanki poszukującej pracownicy: „jesteś kochana, dzięki”, miód na moje serce – być potrzebną, użyteczną.

 Jeszcze coś, gdzieś tli się we mnie takiego, że moja osoba coś jest warta. Bo ostatnimi czasy zupełnie straciłam grunt pod nogami. Moja samoocena wartości równa jest zeru, albo nawet poniżej tego poziomu.

 Zaczyna się sesja II semestru. Pierwszy przeszedł gładko, ale teraz mam duże wątpliwości. Wiedza jakoś nie chce wchodzić, mam zaburzenia koncentracji. Przestałam jeździć samochodem, rowerem też – niedawno wpadłabym na nim pod samochód.

 Umiem wspomóc innych – nie umiem pomóc sobie.  

12:46, sokramka
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2