Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: pacholę

poniedziałek, 12 września 2016

Wrzesień chyba nie chce pożegnać się z upałami i trzyma się kurczowo wysokich temperatur. Mnie to doprowadza do szału ;-) Nic się chce, żadna praca nie daje satysfakcji, człowiek wchodzi pod prysznic mokry i wychodzi.... mokry ;-) Ale nic. Przeżyło się jedne upały to przeżyje się i drugie ;-)

Ogródek już wypielony przez Szanownego. Zbiory w koszach stoją w piwnicy i sukcesywnie są przerabiane na przetwory. Cały weekend poświęciłam na zabawę ze słoiczkami ;-) Słoneczniki też już zerwane. Mam mnóstwo przecierów pomidorowych, keczupów, utartej i zamrożonej dyni, przecierów z ogórków kwaszonych. W sumie - jest co jeść. Kukurydza tez obrodziła i mieliśmy taki czas, kiedy jedliśmy ją na śniadanie, obiad i kolację, a i rybki w oczku się trochę pożywiły ;-) Miałam w niedzielę na chwilę spotkać się z Bezcielesną, ale gary mnie pochłonęły, czego jednak nie żałuję, wręcz przeciwnie :-) 

W niedzielę też odwiedził nas Uszak z Okularnicą i Pacholęciem. Mały już chodzi (uwaga - w styczniu skończy dwa lata), uśmiecha się, bawi się piłką. Jednak jest emocjonalnie bardzo zaniedbany. Nie mnie wnikać w przyczyny, bo to ani nie mój wnuk, ani żaden pociotek. Widzę, że Szanowny bardzo jednak przeżywa niedbalstwo matczyne swojej synowej. Pasierb rozmawiając ze mną potwierdził te zaniedbania. Dziewczyna jest miła, sympatyczna, ale niestety nieporadna i chyba trochę leniwa. Potrzeba jej wsparcia.

Nowy tydzień, to zakończenie starych wniosków i chyba koniec w tym roku naszej służbowej aktywności. Zakupy teraz będą już tylko realizowane. Jeśli nie dojdzie mi nic na cito, to będę miała do końca roku kalendarzowego spokojniejszą pracę :-)

Miłego tygodnia!

poniedziałek, 11 lipca 2016

Jakiś czas temu pisałam o Okularnicy i zaniedbaniach względem jej dziecka. Myszka zainspirowała mnie do pewnych przemyśleń związanych z odpowiedzialnością rodzicielską. Oto moje refleksje:

Wychowywała mnie i mojego Brata tylko Mama. Nasz ojciec nie chciał (nie mógł/nie potrafił) uczestniczyć w tym procesie. Wyniosłam z domu obraz kobiety niezależnej, za wszystko odpowiedzialnej i skazanej na własne decyzje. Mając już swoje dziecko (które także wychowywałam sama) nie dopuszczałam innego scenariusza jak poleganie tylko na sobie i niedopuszczanie facetów do swojego życia.

Oczywiście będąc już matką spotykałam się z facetami, ale nigdy nie marzyłam o byciu "żoną", "piastunką domowego ogniska", nie chciałam być częścią jakiejś układanki. Najważniejsze było dla mnie moje dziecko. Spotykając na swojej drodze Szanownego też myślałam tylko o luźnym związku. On nie miał jeszcze rozwodu, ja własnego lokum, bardzo mi pasował układ na odległość. Kiedy w końcu zamieszkałam z Pierworodnym "na swoim", Szanowny wprowadził się i nagle zobaczyłam, że kręci się po "moim rewirze" jakieś obce ciało ;-) Z przyzwoitości (i w zakochaniu) musiałam przyzwyczaić się do intruza. Dużo mnie kosztowało przestawienie się na model trzyosobowy.

Z przykładów życiowych: to Szanowny wyszedł pierwszy z inicjatywą o wspólnym dziecku, mimo, że sam już miał synów i ja swojego też, to Szanowny zaproponował po kilku latach wspólnych ślub, na którym była już nasza córka, choć ja nie nalegałam, a on miał za sobą jedno nieudane małżeństwo. Widać uznał, że pasujemy do siebie i możemy być czymś więcej niż tylko parą kochanków.

Po latach widzę, że samotne macierzyństwo uczy odporności wobec świństw na tym świecie. Ale SM to nie do końca taka wspaniała perspektywa. Mimo tego, że kobieta będzie całą sobą pokazywać światu, że daje radę. Widziałam to z czasem na przykładzie mojej Mamy. Choć zapewniała mnie, że żadne szurające kapcie nie zakłócą jej miru domowego, to często siedząc samotnie wieczorami zagadywała mojego Brata. Teraz wydaje mi się, że niechcący uszkodziła jego psyche i to dlatego mój Brat wciąż jest sam. Szuka ideału.

Zazdrościłam Bezcielesnej, że tak bez oporów zostawia córkę na weekendy swojemu Byłemu, że nie ma obaw, czy mała będzie dopilnowana, uczesana, nakarmiona. Przyznam, że ze mnie wychodziła zawsze diablica, która najlepiej wiedziała co mojemu dziecku jest potrzebne i że ten "tatuś" nie poradzi sobie w opiece nad dzieckiem.

Duży błąd, chyba niestety wynikający z mojej przeszłości.

Dziecko ma oboje rodziców. Spotyka się plemnik z jajeczkiem - tego nie da się zmienić ;-) I nawet jeśli nie wierzy się w siły przerobowe tatusia czy mamusi, to należy dać szansę na wykazanie się. Oczywiście pomijam fakt rodziców alkoholików, narkomanów, tych co o dzieciach zapominają, zostawiając w domach dziecka.

Co do mojego pasierba, Okularnicy i ich dziecka - to oczywiście Myszka ma dużo racji. Tatuś tez powinien uczestniczyć w walce o dobro dziecka. Nawet jeśli (tak jak mój pasierb) pracuje po 10-12 godzin. Ale przecież weekendy ma wolne. Nie jest Fiutosławem Płodzimierzem i swój rozum ma. Obecność pasierba w życiu małego jest mimo wszystko znacząca, bo tatuś bawi się z synkiem, czasem nakarmi, ale moim zdaniem powinien też wspierać Okularnicę w jej opiece nad ICH WSPÓLNYM, chorym dzieckiem.

Dziś mam zgoła inne podejście do życia z chłopem. Dużo się nauczyłam i uczę nadal. Dawno temu już Czubaszkowa pisała, że faceta nie da się zmienić. Typ jest do zaakceptowania, albo...zmiany modelu ;-) Ale przecież to samo działa w drugą stronę - kobiet też się nie da tak łatwo zmienić. Poza tym: nobody's perfect ;-)

Mój pasierb popełnia wiele błędów, ale jest trochę bystrzejszy od matki swojego dziecka. Powinien więc wziąć odpowiedzialność za ich oboje: dziecko i jego matkę. Myślę, że wtedy - angażując się w realne kłopoty, mogliby pomóc temu małemu powoli wychodzić na prostą. Nadmienię, że czeka chłopca kolejna operacja rozszczepu, rehabilitacja oraz wzmożona opieka intelektualna (mały wykazuje objawy opóźnienia umysłowego).

Chłopy - bierzcie się do roboty, a baby - poluzujcie trochę cugle i dajcie im się wykazać ;-) Nie wiem czy zdołałam w pełni przekazać o co mi chodziło, ale ogólnie życie ludzkie jest porąbane ;-) Koty mają łatwiej :-)))))


piątek, 10 czerwca 2016

Dużo, wiele i mnóstwo. Od soboty choruję. Tzn nie jest to coś, co powaliłoby mnie z nóg (bo mnie tak łatwo nie jest powalić ;-)) ale jednak ból gardła i gile dokuczają dość mocno. Mija tydzień więc według powiedzenia ludowego powinnam z przeziębienia już jutro wyjść ;-)

W pracy wniosek za wnioskiem leci, w międzyczasie staram się robić rzeczy poza planem, przydzielane mi na "cito". Dobrze się w tym czuję i spełniam się zawodowo. Dowiedziałam się również, że od lipca czekają nas jakieś podwyżki. W zasadzie nie będą to jakieś ogromne pieniądze, tylko sumy rzędu 150-200 zł (brutto) ale zawsze coś. Proszę pamiętać, że pracuję w budżetówce więc tutaj tylko kierownictwo obraca kwotami wyższymi niż średnia krajowa ;-)

W domu oczekiwanie na nowego lokatora, a właściwie lokatorkę. Mamy już "zaklepaną" małą kotkę, urodzoną niedawno przez kotkę u zaprzyjaźnionej koleżanki. Cieszymy się bardzo. Kocię jednak musi mieć 12 tygodni, żeby bezpiecznie zabrać je od mamy. W planach jest już imię dla kotki - Frytka ;-)

Z wieści poza domowych: dowiedzieliśmy się, że pacholę, po operacji zespolenia rozszczepu podniebienia, niestety będzie cierpiało na następnej. Przyczyną jest podobno... niedbalstwo rodziców. Szczegółów nie znam, ale wiem tylko, że dziecku wszystko się rozłazi mimo operacji. Miała być w planach już tylko kosmetyka twarzy, a tu się okazuje, że ponownie trzeba będzie usypiać do operacji. Przykre to i choć wielokrotnie powtarzałam, że to nie moje małpy i nie mój cyrk, jest mi zwyczajnie szkoda tego dziecka, bo rodzice jednak udowadniają, że nie dorośli do pełnienia tej funkcji. To im jest bardziej potrzebna opieka.

Zaraz koniec roku szkolnego: Mania wychodzi z czwartej klasy z bardzo dobrymi ocenami i zachowaniem wzorowym. Szczerze to jestem zdziwiona, bo ta jej absencja powinna przynajmniej obniżyć zachowanie o jeden stopień, ale widać pani dała jej szansę. Co do psychologicznych potworów, walczymy z nimi nadal: np. poniedziałek był znów dniem wagarów. W czwartek byłam u szkolnej psycholog, którą bardzo lubię i cenię za profesjonalne podejście do zawodu. Namawiała mnie na ukończenie badań w poradni, mimo naszych (moich i Mani) oporów i antypatii do tamtejszej psycholog. Argumentowała to tym, że to będzie jakby "kara" dla Małej, że w ramach jej zaniedbywania szkoły musi cierpieć w nielubianym miejscu. Wiem, że żeby zamknąć badanie w poradni potrzeba tylko jeszcze jednej wizyty. Potem będzie wystawiona opinia i koniec. Tak więc rozważę ten pomysł.

Jeśli wyrobię się do końca czerwca z obrobieniem wszystkich moich papierów, będę mogła spokojnie iść na zasłużony urlop od 1 sierpnia. Na to tylko czekam....

środa, 01 kwietnia 2015

Będzie zbiorczo.
Energia mnie rozpiera i już czasem nie wiem co mam z nią robić. Mogę rozdać - bierzcie ile chcecie! Wymiatam stare kurze i kołtuny spod szaf, przepędzam demony przeszłości i żyję dniem dzisiejszym. Mam nadzieję, że ten kilkumiesięczny dobry stan ducha to oznaka jakichś głębszych zmian - wszak podobno życie ludzkie zmienia się co 7 lat ;) 

Nie narzekam na dzieci: Młody pozaliczał wszystkie pały z pierwszego semestru. Jak on to zrobił - nie mam pojęcia. Praktycznie nie bywał w domu, opuszczał szkołę, bo zbiórki, bo wolontariat, bo tysiąc innych rzeczy, tylko nie szkoła. W swoich szeregach został juz nawet kwatermistrzem! 

Mania też jest na dobrej drodze do otwartości. Samodzielnie wraca do domu ze szkoły (nawet autobusem!) w pokoju swoim odkurza, wyciera kurze, wywiązuje się świetnie z zadań powierzonych jej na kartce (mój system karteczkowy wciąż działa)

Nie narzekam na współlokatorów, bo...ich praktycznie nie ma w domu. Odkąd Pacholę skończyło dwa miesiące Okularnica znika na całe dnie z Małym. Przychodzą do domu późnym popołudniem, albo nawet późnym wieczorem. Kiedy wracam do domu chałupa jest pusta. Dla mnie raj. Niestety spoglądam kątem oka na Uszaka, który raju nie widzi bowiem wracając ze swojej roboty zastaje pusty pokój, puste gary, często też brudne ciuchy i bałagan w pokoju. Ale skoro dziewczyny nie ma całymi dniami, to kiedy ma coś zrobić? Podobno zostawia Pacholę u swoich rodziców i jeździ po koleżankach. Uszak chce jak najszybciej wyprowadzić się do planowanego miejsca zamieszkania, bo wierzy, że wtedy ją "usidli". Nie wiem, nie moje małpy, nie mój cyrk. 

Szanowny posadził juz pomidory, rośnie tez papryka, truskawki i fasolka. Wszystko na razie w małej szklarence na ganku. Potem do ziemi. Znowu będę bawić się w przetwory jesienią. Fajnie. 

Nie mogę narzekać, naprawdę nie mogę...

niedziela, 22 marca 2015

Od kilkunastu dni miewam gigantyczne doły. Każdy kto mnie zna wie, że jestem typem jesienno-zimowym, a nie wiosenno-letnim. Ostatnie bombardowania promieniami słonecznymi sprawiają, że często boli mnie głowa. Okulary i daszek przeciwsłoneczny to moje coroczne atrybuty. No cóż - taki typ. Można się ze mnie śmiać - proszę bardzo - jak to można nie lubić słońca?! Ano można. 2-3 dni jeszcze zniosę, ale później może już się ono schować za niegroźnymi chmurami. Odżywam dopiero wieczorem, kiedy słońce schowa się za płotem i nie razi w oczy. 

Wypala mnie wiele rzeczy, choc wiem, że jest to sytuacja przejściowa, bo z depresją nie ma to nic wspólnego. nadal mam chęci się uczyć, szukać dobrej, godnej pracy, ale wielki entuzjazm opadł. 

W domu zmiany - młodzi zamierzają się wyprowadzić. Nie stanie się to jednak na dniach, bo nowe mieszkanie trzeba wyszykować, a na to potrzebny jest czas i pieniądze. Prace remontowe w domu zostały więc ze strony Uszaka wstrzymane. Całą energię chce przelać na nowy lokal. Ale... Szanowny już zaproponował rozbudowę tegoż wolnego terenu po Uszaku swojemu kolejnemu synowi.

Pacholę jest chore, a dokładniej ma chore genitalia. O szczegółach pisać nie będę, ale osobiście nadal uważam, że Okularnica nie dojrzała do roli matki. I wcale nie chcę być tutaj "dobrym człowiekiem". Pisząc te słowa chcę z pełna świadomością podkreślić, że dużo winy w opiece nad pacholęciem leży po stronie Okularnicy. To trzeba widzieć, żeby móc tak powiedzieć. Po obserwacji i wnikliwej rozmowie z Szanownym doszliśmy do wniosku, że jednak posiada ona znikome upośledzenie umysłowe. Nie moja to jednak sprawa.

Pisanie pracy stanęło mi jakimś kołkiem w gardle (w palcach), zatrzymałam się na napisaniu wstępu i konspektu, który został zaakceptowany przez mojego promotora. Dobre i to ;)

Zabijając stany zdołowania staram się dużo czytać. na urodziny dostałam wiele ciekawych książek, które sprawiły, że szeroki banan pojawił się na mej twarzy :)  nadrabiam tez zaległości filmowe. O doznaniach po "Bogach" i "Idzie" opowiem w innym wpisie. 

piątek, 06 marca 2015

Wczoraj zdecydowałam się przekroczyć ten magiczny próg. Tydzień szłam do Okularnicy, ale zdaje się, że zrobiłam dobrze. 

Dziewczę jest strasznie przytłoczone przez otaczający ją świat. Nie ma możliwości wyjść ze swojego kokonu i dać upust swoim myślom. Decyzje podejmują za nią wszyscy, począwszy od rodziców, na Uszaku kończąc. O dziecko dba, a że płacze a ona nie reaguje? Mówi mi, że i tak nic z tym nie zrobi więc akceptuje i znosi. Ma podobno możliwość załatwienia mieszkania, ale... Uszak nie chce się stąd wyprowadzić i ona nie ma nic do gadania. Rozmawiałyśmy chyba z godzinę. O wszystkim. Musiałam wpatrywać się w jej usta, żeby cokolwiek zrozumieć, ale zrozumiałam ;) 

Nie wiem jak będzie wyglądało ich jutro. Wychodzi na to, że Uszakowi nie śpieszno do samodzielności, tę tezę potwierdzał mi też Szanowny, kiedy opowiadał o podejściu budowlanym syna. Jako tatuś bardzo się sprawdza, ale jako głowa rodziny, która ma zapewnić byt na jakimś poziomie to już nie bardzo. 

Czy są ludzie, którym naprawdę na niczym nie zależy? Nie śpieszy im się do wygód? Nie mają parcia na lepsze jutro? Czy tylko ja sobie wyobrażam, że człowiek marząc i realizując sie w tych marzeniach może sobie pokolorować życie? A co z intymnością? Z pragnieniem postawienia szklanki gdzie się chce i jak chce, gotowaniem własnych potraw, sprzątaniem bądź brudzeniem? Przecież kibel i zlew same się nie myją. 

sobota, 28 lutego 2015

Jestem cholernym obserwatorem, może dlatego mam takie duże oczy ;) Tu nie będzie krytyki, będzie własnie obserwacja. 

Minął miesiąc jak Pacholę jest w naszym domu. Do pokoju, w którym mieszka ono i jego rodzice nie wchodzę zbyt często, praktycznie w ogóle. Po pierwsze: szanuję autonomię mieszkańców, a po drugie: pokój jest na końcu domu i zwyczajnie nie chce mi się tam łazić ;) Jednak będąc w kuchni, a ostatnio siedząc w domu przez kilka dni, miałam okazję poobserwować kątem oka zachowanie młodej mamy. 

Sama jestem matką i w zasadzie wnioski z obserwacji mam bardzo stronnicze, choć jak zaznaczyłam - nikogo nie oceniam. Pacholę jest bardzo absorbujące. Generalnie słyszymy je średnio co 3-4 godziny. Płacze. Co tam płacze, drze się przeraźliwie. Ten płacz może oznaczać wszystko: głód, kolki, chłód, brak przytulenie... Smoczka mu nie można podać, bo przez swoją wadę nie ma możliwości zassania go. Mały jest na pewno przewijany. Ale: kiedy Pacholę śpi, w pokoju też jest cisza. Grobowa. A kiedy Pacholę zaczyna arię Okularnica nagle zaczyna się krzątać: wstawia pranie, wyrzuca śmiecie, odkurza, a Mały się drze... Nie słyszałam, żeby nawet jednym słowem do niego coś powiedziała, a Mały się drze... Przeraźliwie.

To jest dla mnie obce dziecko, ale rusza mnie od środka taki płacz. Obiecałam sobie, że nie będę wtrącać się w ich sprawy, ale któregoś razu mną trząchnęło i grzecznie się jej zapytałam czy sobie ze wszystkim radzi? Może jej w czymś pomóc i że może mnie o wszystko poprosić (uwaga, jako osoba, która nie lubi się u innych prosić wiem jak ciężko przegryźć ten temat ;)) Usłyszałam odpowiedź przeczącą, podkreśloną dodatkowo krzywym uśmiechem "dzięki, radzę sobie". Była tez u niej na wywiadzie pani z opieki społecznej, z którą kiedyś miałam styczność więc panią dobrze znałam. Od pani też usłyszałam, że młoda mama nie chce pomocy psychologa, którą za darmo oferuje opieka społeczna. Pani zauważyła również "niepełnosprytność" i "małolotność" Okularnicy. Patologii nie dostrzegła. 

Kobiety maja jakiś instynkt macierzyński i chyba nawet najbardziej zmęczona mamuśka wydłubie z siebie drobiny uczucia.

Uczucia...

Wiadomo - każdy marzy o różowym bobasku z niebieskimi oczkami. To może być straszna trauma dla tej dziewczyny, że urodził się jej syn z rozszczepem. Tym bardziej, że sama nie jest miss dzielnicy. Pacholę nie jest nawet moim wnukiem, ale jego rozdzierający płacz dotyka mnie straszliwie. A może porozmawiać z Uszakiem? Z obserwacji widzę, że ten Mały przy młodym ojcu jest spokojniejszy. 

Okularnica ma moje zapewnienie, że nie odmówię jej pomocy, ale tej magicznej granicy NIE chcę przekraczać. Nie chcę interesować się nie swoim potomkiem. A zresztą - nawet gdyby to było dziecko mojego syna tez nie wtrącałabym się jak toksyczna teściowa. Tak uczyła mnie moja Mama, bo sama tak postępowała. Pani z opieki powiedziała mi, że moim obowiązkiem (!) jest doglądanie całej sytuacji, bo w czasach medialnej nagonki na wszystkich, którzy krzywdzą dzieci, ja byłabym winna, gdyby coś się Małemu stało. Bo mieszkamy razem...

wtorek, 10 lutego 2015

To choroba objawiająca się dusznościami w otoczeniu więcej niż dwóch osób. W szczególności osób nielubianych bądź niepożądanych. Częstymi objawami choroby są wkurwy pospolite i fochy zwyczajne, ale to choroba uleczalna, albowiem przeludnienie znika w momencie śmierci osobników, ich wyprowadzki lub zniknięcia z pola widzenia. 

Chorowanie czeka mnie przez najbliższe pół roku. Aplikuję sobie jakieś drobne wspomagacze typu dobry humor, wiadro pozytywnej energii, czy lans intelektualny, ale niestety choroba ma się całkiem nieźle. 

W niedzielę w odwiedziny przyszli rodzice mamusi Pacholęcia. Ok. Przecież to normalne, ale nienormalnym (przynajmniej dla mnie) jest zapraszanie na biesiadę resztę domowników. Przecież okazji do świętowania będzie jeszcze mnóstwo, a poza tym to jeszcze nie ten czas - mamusia i tatuś zaczynają odczuwać skutki nocnych arii operowych Pacholęcia. Dać im spokój i czas na odespanie! 

Przy chorobie dostaję też wysypki i parchów na wątrobie, kiedy pojawia się SS. Babcia również ma prawo odwiedzić wnuczka, ale chyba nie 2-3 razy w tygodniu. Poza tym Mama mnie uczyła, że jak się wchodzi do CZYJEGOŚ domu, to wypadałoby powiedzieć "dzień dobry". Mamusia SS tego chyba nie nauczyła. Wczoraj przyjechała obciąć wnusiowi pazurki. Synowa musiała wyjść po teściową do bramy i zaprosić ją do domu, ale już dziś SS otworzyła sobie bramę sama i do mieszkania też weszła sobie sama, jak do siebie.

Kurwa.

Chyba będę musiała założyć kłódkę na bramę i będę musiała zamykać drzwi na klucz, będąc w nim w środku. Ale co to da? Nigdy tego nie robiłam, a tu proszę - takie zmiany ;) No, ale przecież ja lubię jak się coś dzieje...

Młoda mama od poniedziałku została sama, albowiem Uszak po trzech tygodniach absencji musiał wrócić na stanowisko jedynego żywiciela rodziny. I powiem szczerze - jestem z niego dumna. Daje chłopak radę jak cholera. Spiął poślady i w odstawkę poszły wszystkie pierdalamenty - synuś jest najważniejszy. Tata synusia przewija, karmi, nosi, kąpie, wozi w wózku, a mamusia tylko się doi. Do tego tatuś obsługiwał przybyłą w niedzielę rodzinkę. Urzędowo też się chłopak sprawdza. Jak kiedyś wysłał Okularnicę do załatwienia sprawy to wyszła o 9.00, a wróciła po 20.00. No taki typ.

Znam Byłe i Obecne żony, które dzwonią do siebie z okazji imienin, świąt. Nawet moja cioteczna siostra jest tą drugą i żyje w całkiem dobrej komitywie z tą pierwszą. Znam też takie, które najchętniej powyrywałyby sobie kudły i walczyły w kisielu ;) Miałam się nie zniżać do poziomu plebsu i z tłumokiem w dyskusje nie wchodzić, ale nerw mnie szarpnął od środka jak SS dziś zobaczyłam i zaczęłam głupią gadkę, która skończyła się głupimi przechwałkami pani SS. 

Do dupy z tym...

Taki sobie wspomagacz:


piątek, 30 stycznia 2015

Wpis mimo wszystko optymistyczny. Pacholę już w domu. Wraz z nim rodzice i pielgrzymka: rodzice, rodzeństwo Okularnicy, siostra Szanownego z mężem oraz SS (była Szanownego). Kobieta, która w dawnych czasach nazywała mnie „kurwą” oraz „dupodajką”. I mimo tego, że jestem Żoną Aktualną, młodszą, ładniejszą, znającą więcej języków obcych (dzięki Ci-o forumowa koleżanko za ten tekst!) to nie czułam się komfortowo stykając się w kuchni oko w oko z tą panią. No cóż – prawa rodzinne ważniejsze.

Każdy ma jakiś worek problemów, który dźwiga z większym lub mniejszym poświęceniem. Jeden zmaga się z fruwającym kursem franka, inny z samotnym macierzyństwem, a jeszcze inny z chorobą dziecka. Ja zmagam się z zagęszczeniem.

Mój charakter to ciągła sinusoida. Albo kocham na zabój, albo wściekam się i rzucam talerzami. Wszystkie emocje i te dobre i te złe dawkuję w skumulowanych porcjach. Ale nie narzekam, narzekają inni, którzy mnie znają i musza ze mną żyć. Z Szanownym znowu jest dobrze. Pogadaliśmy sobie. Trzeba gadać. Wykładać na tacę swoje oczekiwania i oferty, a w zamian należy usłyszeć to samo. Ustaliliśmy nowe warunki – ja mam uczyć się cierpliwości i czekać na pozytywny rozwój wydarzeń dających poczucie bezpieczeństwa, a on gwarantuje mi pomoc Młodym, żeby szybciej się odpępnili.

Co ja zrobię, że kocham tego naiwnego wariata mimo wszystko i nie wyobrażam sobie życia bez niego… Jego uczuć tez jestem pewna, jak mało która. Pewnie za jakiś czas znowu pojawi się wpis „już nie mogę, dusze się…”, ale na pewno później poprawię się pisząc: „jaki ten mój chłop wspaniały”.

Taki ufolud ze mnie…

 

17:53, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 21 stycznia 2015

Wczoraj przed zaśnięciem długo myślałam nad swoim charakterem i czy czasem nie jestem podłym człowiekiem... Chodzi o moje myśli i sposób ich wyrażania. Choć okropnie klnę i jestem cholerykiem, nigdy nikogo nie obraziłam wprost, ale wiem, że mogę zadawać rany nieświadomie, pomiędzy słowami. Staram się być poprawna politycznie, mówić "dzień dobry", składać życzenia, pamiętać o innych ludziach. Ale...

Okularnica wydała już na świat potomka Uszaka. Dziecko ma rozszczep podniebienia. Wczoraj wieczorem przyznałam się Szanownemu, że w 99% byłam przekonana, że pacholę urodzi się z wadą. Dlaczego? Bo sama Okularnica ma straszną wadę wymowy i chyba też jest po rozszczepie. Trzeba czasem poprosić o powtórzenie tego, co powiedziała. Na oczach nosi szkła jak denka od butelek. Jej matka podobno tak samo. Ale najgorsze było to, że Szanowny też przyznał się, że czuł, że jego wnuk urodzi się z jakąś wadą. 

Nic do tej dziewczyny nie mam, ani mi nic nie ukradła, ani nie oszukała, poza tym - to wybór Uszaka - nawet nie mojego dziecka. Ale myślałam sobie tez o ich podejściu - oni są zrozpaczeni. Dla nich to jest szok. No cóż, nie ma się czemu dziwić. Ale mimo metrykalnej dorosłości, oboje mentalnie są dziećmi. On spędza(ł) całe dnie na dniach komputerowych, ona czytała gazetki dla młodzieży i nawet ponoć potrafiła wodę na herbatę przypalić. 

Jestem obserwatorem i realistką. Tak jak w przypadku śmierci mojej Mamy przyjmuję świadomie wiele niedogodności na klatę. Realnie. Nie wiem jak oni sobie poradzą. Ludzie wyedukowani - inaczej podchodzą do takich problemów - rehabilitują, operują, kładą nacisk na opiekę nad człowieczkiem, a nie trzymają sie idei "jakoś to będzie". 

Nie chcę im pomagać. Nie muszę. I stąd moje refleksje. Czym objawia się człowieczeństwo? Nie chcę być źle zrozumiana. A może martwię się na zapas? Może zepną poślady i będą działać w końcu jak dorośli, odpowiedzialni ludzie? Uszak chce swoją rodzinę odebrać i przywieźć tu - do domu. W dalszym ciągu sobie tego nie wyobrażam. W pokoju chłopaka jest zimno jak w psiarni. Urlop ok - tata musi być z wymęczoną mamą i maluchem, ale co potem? 

Mieszkanie w tym domu coraz bardziej nabiera dla mnie wymiaru jednej, wielkiej pomyłki. 

 
1 , 2