Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: przetwory

poniedziałek, 12 września 2016

Wrzesień chyba nie chce pożegnać się z upałami i trzyma się kurczowo wysokich temperatur. Mnie to doprowadza do szału ;-) Nic się chce, żadna praca nie daje satysfakcji, człowiek wchodzi pod prysznic mokry i wychodzi.... mokry ;-) Ale nic. Przeżyło się jedne upały to przeżyje się i drugie ;-)

Ogródek już wypielony przez Szanownego. Zbiory w koszach stoją w piwnicy i sukcesywnie są przerabiane na przetwory. Cały weekend poświęciłam na zabawę ze słoiczkami ;-) Słoneczniki też już zerwane. Mam mnóstwo przecierów pomidorowych, keczupów, utartej i zamrożonej dyni, przecierów z ogórków kwaszonych. W sumie - jest co jeść. Kukurydza tez obrodziła i mieliśmy taki czas, kiedy jedliśmy ją na śniadanie, obiad i kolację, a i rybki w oczku się trochę pożywiły ;-) Miałam w niedzielę na chwilę spotkać się z Bezcielesną, ale gary mnie pochłonęły, czego jednak nie żałuję, wręcz przeciwnie :-) 

W niedzielę też odwiedził nas Uszak z Okularnicą i Pacholęciem. Mały już chodzi (uwaga - w styczniu skończy dwa lata), uśmiecha się, bawi się piłką. Jednak jest emocjonalnie bardzo zaniedbany. Nie mnie wnikać w przyczyny, bo to ani nie mój wnuk, ani żaden pociotek. Widzę, że Szanowny bardzo jednak przeżywa niedbalstwo matczyne swojej synowej. Pasierb rozmawiając ze mną potwierdził te zaniedbania. Dziewczyna jest miła, sympatyczna, ale niestety nieporadna i chyba trochę leniwa. Potrzeba jej wsparcia.

Nowy tydzień, to zakończenie starych wniosków i chyba koniec w tym roku naszej służbowej aktywności. Zakupy teraz będą już tylko realizowane. Jeśli nie dojdzie mi nic na cito, to będę miała do końca roku kalendarzowego spokojniejszą pracę :-)

Miłego tygodnia!

niedziela, 16 sierpnia 2015

Nie, nie żaden wyjazd, wycieczka czy wyprawa. A szkoda. Ale są czasem w życiu takie chwile, kiedy robi się dokładnie to, na co pozwala sytuacja życiowa. Nam pozwoliła wyremontować w końcu kuchnię tak, żeby pozbyć się gratów z całego mieszkania i żeby ta kuchnia wreszcie wyglądała. Teraz mam jakieś pięć kroków w jedną stronę od ściany od ściany i jakieś trzy w drugą stronę od ściany do ściany. Jedne drzwi wejściowe, jedno okno, żadnych ciągów przechodnich. Po prostu wypas. Ściana, która kiedyś mieściła drzwi do pasierba ma teraz pełne cztery metry (z kawałkiem) i lśni bielą. Zbawienny dla nas był zwrot podatku z PIT, bo inaczej nie bylibyśmy w stanie zakupić glazury oraz wykładziny. 

Szanowny wraca w poniedziałek do pracy, ale mówi, że dopiero teraz poszedłby na urlop. Wcale mu się nie dziwię - po dwóch tygodniach zapieprzu remontowego w piekielnym upale. Ja zresztą też myślę o jakimś, najlepiej górskim wypoczynku. Zapieprzałam tak samo jak i on, a do tego wyrabiałam normy kury domowej, zbierając z przydomowego ogródka (pilnowanego przez Szanownego) plony jego pracy: ogórki, fasolkę szparagową i pomidory. Ogórków jest tyle w tym roku, że zrobiłam już ponad dwadzieścia słoików konserwowych, około piętnastu słoików sałatek, ogórki w chilli, w zalewie curry, a w międzyczasie były tez i małosolne. Ufff.

Czasem zdarzy się tak, że nie zauważymy schowanego ogórasa w liściach i uchowa się taki tłuścioch-pestkowiec przed naszymi oczami.

Zrobiłam nawet ciasto ogórkowe, na które przepis znalazłam tutaj Przypomina trochę ciasto dyniowe, ale przecież te warzywa to podobny koszyk smakowy ;-)

Upał na szczęście już odpuszcza. Młody mój wrócił z obozu harcerskiego i od razu poleciał do pracy, ale tylko weekendowej. Najbardziej szkoda mi Małej, bo wakacji nie miała żadnych, a rekompensowanie jej wyjazdu drobnymi wyjściami na miasto to nie to samo. Poza tym, rzadko była ku temu okazja, bowiem oboje już od 7.00 rano stawaliśmy na placu boju kuchennego. Żal mi Mani. Ale za dwa tygodnie zacznie się rok szkolny, a Młoda nie może się już doczekać. Jako czwartoklasistka będzie miała nowe przedmioty i nową wychowawczynię. I tego jest bardzo ciekawa. Zresztą ja też ;-)      

wtorek, 28 lipca 2015

W tym roku będzie chyba ogórkowo. W zeszłym było pomidorowo - mieliśmy przeciery i keczupy i pomidory w zalewie, jedliśmy pomidory na śniadanie, do obiadu, na kolację. A teraz zmiana: ogórki pną się po żyłkach i trzeba je dwa-trzy razy w tygodniu podbierać. 

Zrobiłam już parę słoików konserwowych. Zrobiłam też małosolne. Przymierzam się do zamknięcia kiszeniaków w słoikach. Są w planach również sałatki szwedzkie. 

Ale nie byłabym sobą, gdybym czegoś innego nie spróbowała. Otóż dostałam od koleżanki przepis na ogórki w zalewie chilli. Po przygotowaniu ich bezpośrednio przed włożeniem do słoików, pozwoliłam sobie spróbować. I mówię Wam: szał niebieskich ciał! Niebo w gębie, a i piekło nawet też ;-) Tylko to zależy co, kto lubi. Jeśli preferujecie wyraziste smaki, mocne i konkretne to jest przepis dla Was, a jeśli lubicie raczej jeść łagodnie i stonowanie, to nie polecam. 

A oto i przepis:

* 3,5 kg ogórków gruntowych

* 5 łyżek soli

* 7 gramów chilli

* główka czosnku

Ogórki pokroić w grube plastry. Można, a nawet trzeba tak ok 1 cm. Ogórków nie obierać. Zasypać solą, wymieszać i odstawić na ok 6 godzin. Po tym czasie odlać wodę, następnie dodać chilli oraz rozdrobnioną główkę czosnku. Wszystko wymieszać i odstawić znowu na ok 3 godz. 

Zalewa:

* 6 łyżek oleju

* 2 szklanki octu 10%

* 3 szklanki cukru

Zalewę zagotować. Ogórki polać gorącą zalewą, wymieszać i w tym stanie pozostawić na ok 12 godz. Po tym czasie nakładać do słoików (mnie wyszły cztery litrowe), zalać zalewą, w której leżały i pasteryzować przez ok 10 min. 

Etapy wykonania:

Ogórki pływające ;-)

I w tym miejscu chwalę się przy okazji garnkiem zrobionym - tak, zrobionym/zespawanym przez mojego Szanownego. Garnek powstał w momencie braku jakiegokolwiek naczynia na parzenie jego wędlin. Wszystkie inne gary były po prostu za male ;-) 

Smacznego!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Niestety, nie będzie relacji z maratonu, albo inszego wyścigu ;) odwaliliśmy tylko z Szanownym kawał remontu, który dotyczył kuchni. Przedpokój chłop kazał mi zostawić i nie rwać się do tego jak Reksio do kości, posłuchałam więc małża i pomogłam mu w kuchni. Wspominałam już, że koleżanka dala mi w spadku komplet szafek. Są białe, chyba mają ze 20 lat, ale są w bardzo dobrym stanie. Po doczyszczeniu z wielomiesięcznego brudu wyglądają bosko. Stary wziął się za ściany w jednej części kuchni, walcząc z bazgrołami swojego najmłodszego syna, Golasa. Pozostawione przez chłopaka obrzydliwe graffiti już drugi rok z kolei skutecznie psuło mi humor. Teraz mam na ścianie kolor "lawendowy zapach" i komplet białych szafek. Bomba dobrego nastroju! Co do drugiej części kuchni pomyślimy w przypływie większej gotówki. Zainspirowała mnie farba do glazury, którą podejrzałam na blogu niejakiej Bożeny, która odwalając remont takąż sobie zanabyła...

Stary buduje też wędzarko-grill. Takie dwa w jednym. Oczywiście nie omieszkam się pochwalić efektem końcowym, no i nikt takiego bajeru na osiedlu mieć nie będzie. To tak jak w przypadku hulajnogi dla Małej ;) Ale mam, kurde, zdolnego chłopa!

W międzyczasie porobiłam zapasy ze zbiorów ogródkowych; ogórki konserwowe, paprykę konserwową (z tym, że ją akurat musiałam kupić, promocja była, a mamy za małą działkę na większe uprawy). Pozbierałam pomidory z krzaków, skrzynki pełne, Bezcielesna chcesz trochę? Kręgosłup pęka mi w szwach, chłopu nogi miękną, ale jest bosko. Doszliśmy do wniosku, że będziemy oboje nakładać klosz i zamykać uszy na dziadka utyskiwania. Starość nie radość, a alkoholizm to choroba. 

Do tego, po trzech tygodniach wrócił mój Pierworodny z obozu harcerskiego. Trzy prania musiałam zrobić jedno za drugim. Od jutra Szanowny wraca do pracy, ja mam listę spraw do załatwienia, jak zawsze. A w Warszawie gra Patti Smith...