Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: psycholog

piątek, 09 września 2016

Wracamy do gry z walką z psychologicznym potworem. Wtorek 6 września był dniem pierwszej w tym roku nieobecności Mani w szkole. Pojechała normalnie autobusem, spotkała się z koleżanką, poszła do sklepu, zrobiła dla siebie zakupy i.... wróciła się do domu. Zadzwoniła do mnie, że bardzo, ale to bardzo czuje się "podziębiona" i z tego powodu nie idzie do szkoły.

Byłam wściekła. Jeszcze się dobrze rok szkolny nie zaczął, a ona już odwala takie numery. Jednak wieczorem powiedziałam jej, że lepiej jak wróciła do domu niż miałaby się szwendać po osiedlu, będąc na klasycznych wagarach.

Postanowiłam umówić się ze szkolną psycholog (nie tą, u której byłyśmy w poradni p-p) tylko z tą, która towarzyszyła mi parę lat temu w walce z absencją szkolną i zachowaniem Golasa. Część z Was, która sytuacji nie zna może zapoznać się z tematem na moim starym, zielonym blogu.

Tak więc w środę zwolniłam się wcześniej z pracy i wraz z Manią spotkałyśmy się z panią psycholog.

Na początku nie było wesoło. Mania siedziała mi na kolanach i jak zwykle nie chciała się otworzyć. Ale kiedy zauważyła, że kobieta u której jesteśmy naprawdę różni się od dotychczasowych znanych jej osób, zaczęła nawiązywać kontakt. Najpierw słowny, a później wzrokowy.

Fajnie było nam rozmawiać we trzy i dowiadywać się różnych rzeczy o sobie. Ta psycholog jest tak mądra (według mnie) że próbując wyciągać z Mani strachy i demony, sama przytaczała przykłady ze swojego życia, dla porównania sytuacji. Wyszło, że moja córka wręcz nienawidzi swojej wychowawczyni i się jej boi. Że bardzo lubi swoją nauczycielkę od niemieckiego, że nie cierpi się spóźniać i m.in. dlatego nie poszła we wtorek do szkoły (zbyt długo przebywała w sklepie z koleżanką). Napiętnowanie jej śmiechem koleżanek i kolegów z klasy, że się spóźniła, paraliżuje ją niesamowicie. Jest też okropnie zestresowana kiedy ma publicznie odpowiadać przed klasą, albo pisać przy wszystkich na tablicy. Osobiście bardzo dobrze to rozumiem. Choć pamiętam moje występy szkolne, inicjowane przez moją wychowawczynię 1-3, która uważała, że posiadam niebywały talent aktorski i donośny głos. Sparaliżowana strachem musiałam na jakimś apelu śpiewać piosenkę z Akademii Pana Kleksa "Jak rozmawiać trzeba z psem".

Wytłumaczyłam więc mojemu dziecku, że przez ręce pani wychowawczyni przewinęło i przewinie się multum takich "Mań" jak ona i zapewne za jakiś czas nawet z pani pamięci ona zniknie. Wymyśliłam też (co spotkało się z aprobatą pani psycholog), że Mania może sobie wymyślić, że obecna pani wychowawczyni tak naprawdę NIE jest jej rzeczywistym wychowawcą, a jest nią pani od niemieckiego, tak bardzo przez Manię lubiana. Mania będzie miała taką "osobistą" wychowawczynię. Sama tez byłam dumna z tego pomysłu ;-) Dodatkowo psycholog prosiła moją córkę o wykonanie rysunku, na którym mają być różne stworki i zwierzęta, które przedstawiają znane jej osoby z klasy. Taka zabawa we wróżkę - czary-mary, zamieniam panią w dinozaura ;-)

Obie wyszłyśmy zadowolone, to chyba najważniejsze, bo nie ma nic gorszego niż nieodpowiednia terapia dla wrażliwego dziecka. Moja córka na razie do szkoły chodzi. Mam nadzieję, że te spotkania pomogą uporać się jej z demonami szkolnymi. Wiem, rozumiem i czuję jej obawy i strach, bo sama podobnie reagowałam na instytucję szkoły. Tylko, że ja przeżywałam rozwód rodziców, byłam w bardzo mało komfortowej sytuacji. Czas kiedy walczyłam z własnymi demonami to były lata kiedy nie przywiązywano wagi do zdrowia psychicznego dziecka. Teraz czasy się zmieniają. Pomoc jest z wielu stron, tylko trzeba złapać odpowiedni wiatr.

poniedziałek, 16 maja 2016

W piątek nadszedł kolejny termin wizyty u pani psycholog z Mańkowymi problemami szkolnymi. Niestety, takie są terminy na NFZ i cóż poradzić. Doszłam jednak do wniosku, że moje niezadowolenie z metody oraz oczekiwania względem jakiejkolwiek pomocy, zmuszą mnie do skorzystania w przyszłości z prywatnej porady.

Tak więc córka wiedziała od dawna, że idziemy dokończyć badania i że wizyta ma też związek z jej awersją szkolną. Wszystko było ok do czasu pojawienia się w poczekalni. - A w ogóle to po co tu przyszłyśmy? - zapytała udając głupa. Po wyjaśnieniu skwitowała, że przecież ona ostatnio już chodzi do szkoły więc po co ten cyrk... Fakt, ostatnie dwa tygodnie jakoś przeszły gładko bez nieobecności, ale jeszcze niedawno absencja była średnio raz w tygodniu. Bez większego uzasadnienia. Boli noga, brzuch, pięta, za zimno, zbyt wietrznie, za mało jedzenia, za mało słońca i takie tam powody.

Tak więc weszłam do gabinetu i zaczęłam mówić czego oczekuję i jak wygląda ostatnio nasza sytuacja. Na co pani psycholog spytała dlaczego zostawiłam córkę w poczekalni, czy mam coś przed nią do ukrycia? Po chwili więc zaprosiłam Manię do środka, a ona usiadła na krześle... tyłem do nas i strzeliła focha. Potem wszystko zwróciło się przeciwko mnie. Mogę się założyć, że córka będzie wspominać, że matka zabierała ją do jakiegoś durnego psychologa. Mania zaczęła ryczeć, potem usiadła mi na kolana i przytulała się. Ona nie chce tu być, ona chce do domu. Pani psycholog zdziwiona zachowaniem córki powiedziała, że ona by nie pozwoliła na takie zachowanie, że dziecko ma zejść z kolan (?) Potem rozpoczęła testy, których Mania w ogóle nie chciała robić. Ostentacyjnie odmówiła współpracy, a psycholog stwierdziła, że takie zachowanie nadaje się na konsultację psychiatryczną (?) Z czasem jednak córka zaczęła rozwiązywać testy, bo ja ją do tego namówiłam. Psycholog nie miała żadnego autorytetu. Po przepisaniu danego tekstu pani doktor stwierdziła, że mała nie jest dojrzała na czwartą klasę (?) i według niej zrobiłam błąd puszczając ją w wieku sześciu lat do pierwszej klasy.

Cała wizyta skończyła się zagadkowo. Bo ani ja nie uzyskałam odpowiedzi na dręczące mnie pytania: czy to bunt nastolatka, czy to jakaś fobia szkolna, jak postępować z dzieckiem, czy karać, czy motywować, jak tłumaczyć, ani też psycholog nie wyznaczyła dalszych działań. Wyglądało na to jakby się sama w tym zagubiła i na siłę wpychała Manię w zaświadczenie o dysleksji dla świętego spokoju.

Mamy zapisać się na początek lipca w celu dalszej konsultacji, ale mnie juz odrzuca na samą myśl. Nie było nici porozumienia między mną, Manią i psychologiem. W sumie to zaczęłam myśleć jak córka, że po co w ogóle to ciągniemy, ale stwierdziłam, że skoro coś blokuje moje dziecko przed chodzeniem do szkoły to trzeba to wybadać.

Nie wiem czy zdecyduje się na tą lipcową wizytę.

W każdym razie kiedy wyszłyśmy z poradni moje dziecko jakby dostało skrzydeł. Wzięła mnie pod rękę, poszłyśmy na ciuchy (uwaga: wydałam 60 zł na 10 sztuk bluzek dla siebie, Mani i Szanownego, kilka par spodni ;-) wszystko po 6 zł) a potem w domu nie widziałam już u niej żadnego smutku.

Dziś mimo chłodu normalnie pojechała rowerem do szkoły.

piątek, 21 listopada 2014

Dziś odbębniłyśmy z Manią wizytę u psychologa. Ponieważ na NFZ czeka się latami, jeśli nie muszą minąć wieki, od czasu zapisu mojej córki do specjalisty troszkę się sytuacja szkolna poprawiła. Głupio mi więc było opowiadać, że dziecko ma awersję do placówki szkolnej, skoro....jej nie ma.

No ale problem może wrócić jak bumerang i lepiej się było skonsultować. 

Pani psycholog wiekiem nie młoda, ale widać było, że każdą jednostkę traktuje poważnie. Najpierw był krótki wywiad ze mną (krótki - 45 min) o co kaman, jak wygląda sytuacja rodzinna, jak Mania radzi sobie w szkole, przejrzała zeszyty córki, takie tam wstępne pierdoły. Po wywiadzie ze mną wyprosiła mnie na korytarz i przemaglowała Mańkę na podstawie zabaw z puzzlami, układankami na czas, wiedzą z różnych zakresów. Nie pytała o rodzinę, braci, mamę, tatę, dziadka, nic osobistego, o żadnych koleżankach nie było mowy, ani zainteresowaniach. Mała tylko rozwiązywała zagadki. 

W zasadzie na samym początku pani psycholog stwierdziła, że awersja szkolna dzieci to jakaś plaga. Programy są napięte, nauczyciele wymagają nie wiadomo czego, a tak naprawdę nie uczy się kreatywnego myślenia tylko zaliczania testów na zasadzie trzech Z: Zapamiętaj, Zalicz, Zapomnij. Dodam, że przy mnie do pani psycholog dzwoniły cztery osoby z próbą umówienia się na wizytę z dzieckiem. 

Po konsultacji, która trwała dwie godziny w sumie nie usłyszałam nic co dałoby jakiś obraz problemów Mańki. Niczego się też nie spodziewałam, ale to dopiero początki. Pani psycholog zleciła (przy zapisie) wykonanie kompleksowego badania wzroku (jest wizyta umówiona na przyszły tydzień) oraz słuchu. Dziś też mamy wizytę u pediatry w celu skonsultowania nieustającego bólu nogi, a dokładniej w okolicach ścięgna Achillesa.

Usłyszałam też, że Mania jest dzieckiem o wysokim ilorazie inteligencji, ale jest zamknięta w sobie i potrzebuje bodźców, żeby się otwierała. Lubi jak coś się dzieje, nie znosi nudy i lubi pracę. Zaprosiła nas na kolejną konsultację w lutym. Podejrzewa dysleksję. 

I teraz moja osobista opinia: nigdy, ale to przenigdy nie byłam matką szukającą w dziecku dysfunkcji. Jeśli dziecko jest nadpobudliwe to trzeba mu znaleźć wiele twórczych zajęć, jeśli bazgroli jak kura pazurem, to nie jest dysgrafia tylko brak ćwiczeń ręki, jeśli nie radzi sobie z czytaniem to nie dysleksja tylko znowu brak ćwiczeń z książkami. Sądzę, że te wszystkie fukcje dys- są wyciągane z dzieci na wyrost. Tak było z moim starszym synem. Odkąd przeszedł z zeszytów w trzy linie na jednoliniowe jego pismo przypominało lekarskie recepty. Siedziałam z nim godzinami nad dodatkowymi zeszytami, w których pisał fragmenty swoich ulubionych książek, wymyślał opowiadania. Wychowawczyni wręcz kazała mi iść do psychologa po zaświadczenie o dysgrafii, bo niby "ułatwi mu to życie". W końcu uległam i dostał papier o dysfunkcji. Potem już i ja odpuściłam ćwiczenia ręki, bo skoro ma zaświadczenie to co ja się będę wychylać... 

Dziś Młody wykorzystuje swoją dys do pisania prac na komputerze, dostaje dodatkowe minuty na egzaminie, choć jak sam przyznaje swoją wiedzę z głowy na kartkę z testem przelewa o wiele szybciej. 

Teraz sprawa córki - jeśli się naprawdę okaże, że próby z czytaniem, mój wkład i praca nad przyswojeniem alfabetu przez Manię nie ma sensu i najlepiej jest wystawić papierek o dysleksji, to zacznę wierzyć w zmianę świata na gorsze. Tzn zmianę, która ma z dzieci wytwarzać roboty do zaliczania pewnych etapów w życiu. Raz lepiej, raz gorzej, bez emocjonalnego wkładu, z nikłym zaangażowaniem. 

Tyle się mówi o budowaniu kreatywności, o budzeniu w dzieciach chęci do wiedzy, poznawania świata, a wydając zaświadczenia o dys pozwala się im na lawirowanie pomiędzy zasadami, na wygodnictwo, na brak poczucia obowiązkowości. Być może mam staroświeckie poglądy co do pracy dziecka w szkole i też wiem, że to poniekąd wina czasów w jakich żyjemy. Czasów szybkich, bez zastanowienia, przemyśleń. Szybko odrób lekcje, szybko przeczytaj ten tekst, szybko się ubieraj, nie myśl tylko rób. 

Zobaczę jeszcze jak wyjdą badania oczu i słuchu. Nie ma co się martwić na zapas.