Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: basen

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Korzystając z urlopu Szanownego oraz próbując zrekompensować Mani brak jakichkolwiek wakacji poszliśmy wszyscy, we trójkę... na basen.

Dziwne to, bo ja ani basenowa, ani kostiumowa, ani pływająca w ogóle i w szczególe ;-) Szanowny przerwał remont kuchni, ja przerwałam przetwory słoikowe i biorąc pod uwagę nieznaczny opad temperatury (z 38 st. C na 30 st. C) pojechaliśmy rowerami. Z zamiarem umoczenia własnego tyłka nosiłam się już od pewnego czasu, traktując to jako terapię na schorowany kręgosłup. Kostium kupiłam po przecenie, na OLX ;-)

Początkowo zastrzegłam moim, że jadę tylko, żeby zrobić przyjemność Mani, bo córka tak długo prosiła mnie, żebym pojechała. Potem dodałam, że może by któreś z nich pomogło mi się oswoić z wodą. Wszak lęk paniczny we mnie siedzi i nic tego nie złamie.

No i się zaczęło.

Wlazłam najpierw do małego basenu, gdzie można było skorzystać z bicza wodnego wspaniale masującego plecy. Jak dla mnie bomba! Dla samego tego urządzenia jestem w stanie pójść tam jeszcze raz ;-) Ale o tym potem. Później Mania z tatusiem poszli sobie na zjeżdżalnię, a ja chwyciłam się brzegu basenu i postanowiłam się powyciągać. Drętwo to szło, ale jakoś szło. Po powrocie ze zjeżdżalni Mania zaproponowała mi duży basen i położenie się na wodzie, ale na plecach. No i wtedy wstąpił we mnie niepohamowany strach. Nie umiałam tego zrobić i już. Opierałam się choć Szanowny i Mania gwarantowali mi opiekę i bezpieczeństwo. I tu wychodzi mój charakter i podejście do spraw, nie tylko poważnych, ale i całkiem błahych.

Bo ja wszystko muszę SAMA. Odpowiedzialność MUSI spoczywać na mnie. JA nie mogę poddać się komuś pod jego odpowiedzialność. Umiesz liczyć - licz na siebie. To moja wewnętrzna dewiza. Do tego upór i wewnętrzne kłótnie w typie: co, JA nie potrafię? JA nie umiem? JA nie zrobię? Powodują, że wiele rzeczy mi nie wychodzi. Tak jak ten manewr na basenie. Za wszystko chcę być odpowiedzialna, bo wtedy czuję się spełniona. Za kolor ścian, za domowe finanse, za obiad, za wywiadówkę, za termin wizyty lekarskiej. Wtedy nad wszystkim panuję i jestem spokojna. Na basenie też chciałam, ale nie zapanowałam. Straszne to jest.

Niemniej jednak nie zraziło mnie to do basenu jako takiego i w przyszłym tygodniu zaplanowałam wizytę kolejną. Z Manią. Szanowny wraca z urlopu do pracy. Pójdę ze względu na bicze wodne, a Mała będzie pływać jak chce.

Strach jest potwornym towarzyszem, a jeszcze jak do tego dołącza się wewnętrzny, charakterny głos, to już bywa nieciekawie ;-)    

Tagi: basen
18:35, sokramka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 maja 2014

Nie, nie będzie o moich doznaniach wodnych, choć biorąc pod uwagę osobiste dolegliwości kręgosłupa przydałoby się, ale będzie o przeżyciach Małej.

Od zawsze próbowałam zainteresować moje dzieci jakimiś ścieżkami, którymi później same podążałyby w ramach pasji. U Młodego jest to harcerstwo od I klasy s.p. u Młodej chyba będzie pływanie. Piszę „chyba” bo zainteresowania na razie są w powijakach i trzeba czasu, żeby w końcu dziewczyna się przyzwyczaiła do konsekwencji. Jak chodziła z zapałem na plastykę do osiedlowego klubu w zerówce, to po kilku miesiącach jej się znudziło. Przepisana na rysunek na sztaludze po jakimś czasie zrezygnowała. Chciała chodzić na balet, ale sorry… z jej tuszą i skłonnościami do pączkowatego wyglądu… Delikatnie jej to wyperswadowałam.

W końcu ten basen. Nigdy nie narzucałam swoim dzieciom zajęć, zawsze wychodziły z inicjatywą same, choć przyznam, że naprowadzałam je na różne ścieżki zainteresowań. Do częstszych wizyt basenowych Mała przymierzała się już od jakiegoś czasu. Prosiła mnie o wspólną wyprawę, męczyła tatusia, brata i zawsze cieszyła się na nadejście wtorku (w te dni II klasy mają obowiązkowe zajęcia na basenie). W końcu zapytałam się jednego z instruktorów czy są w tym ośrodku basenowym organizowane jakieś zajęcia dodatkowe dla chętnych dzieci. Okazało się, że właśnie ów instruktor prowadzi szkółkę pływacką, gdzie aktualnie przychodzą do niego cztery dziewczynki w wieku 11-13 lat. Zajęcia ma raz na tydzień, w poniedziałki i serdecznie zaprasza. Oczywiście to kosztuje.

Poszłyśmy więc wczoraj pierwszy raz na te dodatkowe zajęcia i mimo, że instruktor przegonił moją Małą po basenach, z deską, bez deski, na brzuchu, na plecach i mimo, że wyraźnie Mała odstaje od tamtej czwórki, była zachwycona i żałowała, że to tylko jeden raz w tygodniu.

Później zamieniłam z panem słówko na temat córki i dowiedziałam się, że ona dobrze sobie radzi i zapewne po kilku spotkaniach dużo się nauczy i nadrobi za starszymi dziewczynami. Ponoć jest też osobna sekcja pływacka dla młodzieży (he he moje dziecko ma dopiero 8 lat) i pan instruktor powiedział, że jak Mała sobie będzie dobrze radzić to można ją tam „wepchnąć”, z tym że zajęcia/treningi odbywałyby się wtedy już codziennie, bez przebaczenia.

Mam nadzieję, że wytrwa. Chciałabym, żeby znalazła sobie coś takiego, co będzie zajmować jej zbędny czas poza lekcjami. Żeby nie włóczyła się po osiedlu, nie zadawała z podejrzanym towarzystwem. No jak każda normalna matka chcę najlepiej. 

wtorek, 10 września 2013

II klasa szkoły podstawowej to zazwyczaj czas spotkań na basenie. Odkąd pamiętam w każdej chyba szkole polskiej są to zajęcia obowiązkowe. Jeśli ktoś miał inaczej, niech mnie uświadomi. Dziś były pierwsze zajęcia. Jako mama pracująca do godz. 12.00 zgłosiłam się do opieki i pomocy przy suszeniu mokrych łepków. Właściwie najwięcej roboty jest przy długowłosych dziewczynkach: większość szykowała się do tegorocznej komunii. I tu mała dygresja: komunii w tym roku dzieci mieć nie będą. Kuria przeniosła ten sakrament na przyszły rok biorąc pod uwagę dużą liczbę sześciolatków w pierwszych klasach. Na szczęście ja i moja Mała nie będziemy się tym w ogóle przejmować. O prawdziwej, głębokiej wierze, moim ateizmie, hipokryzji, obłudzie i indoktrynacji może kiedyś popełnię wpis. 

Na zajęcia pojechały dwie klasy drugie. Tylko tyle jest latorośli w naszej szkole. Podobno panuje niż demograficzny. Dzieciaków i tak było prawie 40. Instruktorów trzech, ratowników dwóch. Sami faceci. Na początku podzielili dzieci na te umiejące pływać i te dopiero zaczynające. Moja wpadła do tej drugiej grupy. Potem ta druga grupa podzielona została jeszcze na całkowitych laików i tych, którzy są obeznani z wodą. I tym razem moja Mała również znalazła się w tej drugiej grupie. To dzięki temu, że Szanowny zabierał ją czasami w niedzielę na basen ze zjeżdżalnią. 

Już na pierwszych zajęciach dzieci dostały deski, nowicjusze chodzili w torze, gdzie woda sięgała im do pach, a potem uczyli się machania nogami w wodzie. Moja córka zaczęła pływać z deską, na szczęście wiedziała jak się macha nogami ;) Pierwsza, najlepsza grupa dostała makarony i ćwiczyli pływanie na plecach. Zrobiłam kilka zdjęć telefonem, przesłałam koleżance, której dzieckiem zaoferowałam się zająć i po 45 min czas zabawy minął. 

Siedząc na ławce obserwatorów prowadziłam skromną rozmowę z koleżanką, mamą kolegi mojej córki, o naszych szkolnych wspomnieniach basenu. Przyznaję się bez bicia, że mam traumatyczne wspomnienia. Po pierwsze moją instruktorką była stara, zrzędliwa baba, która nie uznawała płaks, jęczybół i maminsynków. Jej wredota objawiała się terroryzowaniem małolatów w sposób niezwykle okrutny. Oczywiście wyolbrzymiam i być może chcę okrasić swoje wspomnienia nutką żartobliwości, ale gdzieś ziarenko prawdy jest. Otóż moja pani instruktorka chodziła z długim kijem (dziś widziałam, ze nadal z nim chodzą, ale w pozytywnym celu) i odpychała niesfornych uczniów od barierek znajdujących się w torach basenu. Tym oto sposobem ja i dwie moje koleżanki nie zdałyśmy egzaminu końcowego. Płynąc ostatni basen zaliczeniowy na plecach, mimowolnie chwyciłam się owej poręczy bojąc się, czy się aby nie utopię (do dziś nie znoszę wszelkiego rodzaju akwenów i unikam głębokich wód - jezior, rzek, basenów). Pani Potworzasta kijem właśnie odepchnęła moją rękę od barierki nie zaliczając mi egzaminu. Dziś na widok takiego kija mam ciarki na plecach ;)

Potem będąc już mamą Młodego pomyślałam sobie, ze zrobię wszystko, żeby moje dzieci nie bały się wody. Od jego czwartych urodzin chodziłam z nim na basen, na gimnastykę korekcyjną w wodzie. Tym oto sposobem mój syn jest dziś wspaniałym pływakiem - nurkuje, żegluje, ma patent żeglarza jachtowego i kto wie czy z czasem nie będzie zdawał na ratownika wodnego. 

W`każdym razie czasy się zmieniły - i mojej córce się podobało. Za tydzień kolejne zajęcia i kolejne suszenie długich włosów. Chłopcy mają łatwiej - większość z nich jest strzyżona "na jeża".  

Tagi: basen córka
18:59, sokramka
Link Komentarze (4) »