Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: marzenia

sobota, 13 grudnia 2014

Mikołaja chyba najbardziej oczekują dzieci, to zrozumiałe. Prezenty i niespodzianki dają tyle radości. Ale dorośli przecież też lubią niespodzianki ;) Zazwyczaj przy okazji świąt czy innych okresowych okazji życzymy sobie zdrowia, szczęścia, miłości. I dobrze, bo to potrzebne jest jak tlen, ale przecież materialne potrzeby są równie ważne. Nie znam człowieka, który nie marzyłby o nowym samochodzie, czy o "tym pięknym wisiorku". 

Ale ja nie będę pisać o wisiorkach. Mam takie osobiste marzenia o rzeczach, których nie mogę sobie kupić, a chciałabym mieć. Proste, co? 

Po pierwsze: odkurzacz. Nowy odkurzacz. Taki jeszcze pachnący i błyszczący. Ten, który mam w dowodzie przekroczył juz pełnoletność. Rura podziurawiona łatana jest co jakiś czas, żeby śmiecie i inne farfocle nie wylatywały na zewnątrz. Jeszcze chodzi, jeszcze ciągnie, jeszcze wsysa ;) ale bliski jego koniec. Raz nawet naprawiałam mu wtyczkę do gniazdka, a co - potrafię ;)

Po drugie: nowe okno w kuchni. Chociaż byłby to prezent dla wszystkich, ale ja i tak spędzam w tym pomieszczeniu 70% domowego życia. Kiedy sprowadziłam się do tego domu pracowałam jeszcze w mojej starej, dobrej budowlance. Stać mnie było na gest wymiany sześciu okien w większości chałupy. SS wymieniła tylko jedno, w "swoim" pokoju. Na kuchnię juz nie miała ani siły, ani pieniędzy, ani ochoty. Teraz to stare, skrzynkowe okno jest tylko dobrym wyjściem dla naszych kotów. Może kiedyś popełnię wpis o pomysłowości Szanownego. 

Po trzecie: komplet garnków. Śmieszne? Nie, bo aktualne mają pourywane uszy, patelnie pozdzierany teflon, a przecież nie mogę wciąż przypominać się co pół roku u Szanownego, żeby mi te uszy dorobił ;) To taki żart: "nie proś chłopa, żeby coś zrobił w domu jak masz mu się przypominać co pół roku". 

Po czwarte: płaski telewizor. No co? Miałam napisać o moich materialnych marzeniach więc piszę. Nie mam takiego sprzętu mimo tego, że telewizji praktycznie nie oglądam, bo jak chcę wiadomości czy film, to mam internet. Ale czasem chciałabym wspólnie z Szanownym wrzucić sobie jakiś moovie z internetu na duży ekran i rozkoszować się przyjemnością wspólnego obejrzenia. 

Po piąte: laptop/notebook czy inna cholera, na której mogłabym w końcu zacząć pisać pracę. No na telefonie się nie da. Sorry. Zostaje jeszcze laptop Młodego i chyba w końcu będę się musiała z Pierworodnym dogadać - jakiś harmonogram używania czy jak? Listę zapisów zrobimy? Jak rozmawiałam z Szanownym o moich materialnych marzeniach, to powiedział, że gdyby tylko miał za co, to by mi ten laptop natychmiast kupił. Dobrego mam chłopa. 

Bezcielesna kiedyś pytała na swoim blogu, co moglibyśmy kupić za wygrana w totka. Myślę, że ta moja lista nie zamknęłaby się na tych kilku potrzebach, ale ja w totka nie gram. Bałabym się, że mi odwali, że zacznę wydawać jak szalona, choć mam się za kutwę i osobę o raczej ustabilizowanych systemach wydawania kasy. Ale nigdy nic nie wiadomo. Wolę jednak zarobić własną pracą na ten płaski telewizor ;)

Pod choinką zawsze staramy się coś kłaść. Nawet dla kotów. Niech to będzie krem do rąk, czy szampon, ale zawsze jest przyjemniej dostać male coś i uśmiechnąć się, że chociaż nie jest to kolia z brylantami, to ktoś o nas pamięta ;)

Tagi: marzenia
08:10, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 października 2013

Młody mój jest wolontariuszem od 2009 r. w takiej pewnej fundacji opiekującej się dziećmi niepełnosprawnymi. Prezesem tam jest człowiek również niepełnosprawny, ruchowo. Prezes dużo pomaga innym, obcym oraz swoim wolontariuszom. Od dłuższego już czasu wie, że mamy potworne problemy finansowe i jakieś trzy tygodnie temu zaproponował pomoc.

Zadzwonił do mnie i wprost powiedział, że może pożyczyć większą sumę pieniędzy na zakup nowego komputera dla Młodego. Rozłoży mi tę pożyczkę na nieoprocentowane raty, ale będę musiała podpisać glejt. Taki prywatny dla jego i mojego bezpieczeństwa. Już kiedyś korzystałam z pomocy prezesa. Jak straciłam robotę i byłam bez środków do życia, prezes pożyczył mi 900 zł na obóz harcerski dla Młodego. Spłacałam na podobnych warunkach. Kiedyś też pożyczył mi 300 zł na zakup desantów i nowych bojówek dla syna. Teraz jednak w grę wchodziła większa kasa. Kto zna ceny laptopów, ten wie, że czasem jest to równowartość miesięcznej pensji.

Długo się wahałam, nie miałam się kogo poradzić, z mężem nie było w ogóle dyskusji. Usłyszałam tylko: „pieniędzy nie ma, a wy komputery będziecie kupować”. Przyznam szczerze, że Młody będąc w szkole geodezyjnej używał często mojego laptopa do wydruków planów i map potrzebnych mu na zajęcia. Nie wyobrażam sobie, żeby nie mógł dalej z tego korzystać. Tym bardziej, że mój sprzęt diabli wzięli. I z tego głównie powodu zdecydowałam się na przyjęcie pomocy od prezesa. Młody nie gra praktycznie w żadne gry, czasem jakaś platformówka się przyplącze, albo Poe na telefonie. Fejsbuka nie ma, na innych portalach społecznościowych się nie udziela, głównie ogląda filmy i pracuje.

Pojechaliśmy więc do Media Markt i tam dokonaliśmy zakupu. I tu mała dygresja: nie pamiętam już kiedy miałam tak dużą kwotę pieniędzy w rękach ;) Miłe to uczucie.

Uśmiech Młodemu nie znikał z twarzy. Po przyjściu do domu zaczął instalować antywirusa, odkurzacz, personalizował cały sprzęt. I uwaga: posprzątał w całym pokoju!

Umowę z prezesem podpisałam na dwa lata. Dziś zadzwonił z pytaniem czy dokonaliśmy zakupu. Powiedział również, że jeśli będę miała problemy ze spłatą którejś raty, mogę zadzwonić i przełożyć ją na przyszły miesiąc. Facet jest nieraz upierdliwy, ale uczciwy i pomocny.

Gdybym pracowała na normalnym etacie i gdyby moja pensja była większa niż 1000 zł sama mogłabym brać sprzęt na raty. Kupiłabym piekarnik, którego nie mam (mam tę funkcję w mikrofali, ale gabarytowo za mało miejsca na ciasta i mięsa), kupiłabym telewizor, bo ten kineskopowy już dziwnie brzęczy, regał na książki, bo mam księgozbiór w pudłach na strychu, a Szanowny nie zbuduje – nie ma kasy, no i szafę na ubrania dla Młodego. W końcu odmalowałabym pokój po moim środkowym pasierbie dla Małej. A tak pozostają tylko marzenia. Ale marzenia ponoć się spełniają, trzeba tylko mocno w nie wierzyć. Więc ja wierzę, że jutro, za miesiąc, za rok będę mieć lepiej. 

Tagi: marzenia
19:38, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 lipca 2013

Uwierzyć w siebie, tak bardzo chciałabym więcej w siebie wierzyć. Że jestem mądra, ładna, inteligentna, bystra (jak woda w kibelku, wiem) no i takie tam, że się znam na wielu rzeczach. Skromność cenną cechą jest, ale w przypadku samokrytyki ja popadam w skrajną skromność, a inni potrafią przesadzać w drugą stronę.

Zmierzam do tego, że aktualnie, mimowolnie cofam się w rozwoju intelektualnym. Nie mówię, że chciałabym rozmawiać tylko o filozofii, czy najnowszych trendach w muzyce, albo o sytuacji ekonomicznej w kraju. Jednak nie mogę dostosować się do moich nowych dwóch koleżanek z  nowego mopa. I w tym jest szkopuł. Nie rozwijam się, nie czytam nic nowego, nie uczę się w tej pracy, ba; nawet zapominam, bo nie siedzę przed komputerem i nie praktykuję na żadnym programie, który znałam.

Praca idzie dość szybko, jesteśmy we trzy więc jedna zbiera śmiecie, druga ściera kurze, a trzecia odkurza, albo mopuje. Kiedy pracujemy razem to wszystko jakoś tak ładnie płynie. Potem okazuje się, że od 10.00 do 12.00 mamy czas wolny. No i wtedy się zaczyna… Schodzimy do takiej kanciapy w piwnicy, tam robimy sobie herbatę, kawę, która chce je śniadanie, ale nie ma radia, telewizji, trzeba zatem czymś tę nudę zabić. Na początku znajomości wywoływało się rozmowy na temat rodziny: czy masz męża, dzieci, koty, psy, mieszkasz w domku, bloku. Staram się nie spoufalać mocno z osobami, których dobrze nie znam, ale z drugiej strony nie będę siedziała jak trusia i gęby nie otwierała. Mówić coś trzeba. No to mówię, niewiele, ale mówię. Najgorsze dopiero przede mną, bo dziewczyny zaczynają wchodzić na sprawy czysto osobiste. Jedna nawet się chwaliła jak bolesne i krwiste ma miesiączki. OMG. Do tego słownictwo i wiadomości mnie rażą i kłują w uszy. „Nie zdanżam, noszę pieżamę, pies Pic Bul”, „anomalie pogodowe są przez to, że ludzie grzebią w kosmosie, bo satelity tam wypuszczają, a facet jest dorosły jak ma 21 lat”.

Czasem swędzi mnie język, ale nie chcę wcinać się i niepotrzebnie „wymundrzać”. Poza tym, mam tam przyjść, zrobić swoje i wyjść. Nie staram się nawet zawiązywać wielkich przyjaźni. Ale po wyjściu z roboty jestem tak przepełniona życiem innych, podłym życiem innych, bo te panie gorzej narzekają niż ja; na mężów, na dzieci, na rząd, na sąsiadki, na seriale, na aktorów, na cieciów, nie mogę tego słuchać. Do tego zaczynają mnie traktować jak odmieńca, bo nie palę, trudno jest też siedzieć i nic nie mówić, choć potrafię asertywnie odpowiedzieć, że ten temat mnie nie interesuje i nie chcę się wypowiadać.

Codziennie nachodzi mnie refleksja, że powinniśmy jednak otaczać się ludźmi, z którymi nadajemy na podobnych falach. Bo jeśli nie interesują mnie dyskoteki i muzyka tany-tany, to po prostu nie włóczę się po klubach o takim klimacie.

Mam wąskie grono znajomych, z którymi ciężko mi jest spotykać się regularnie. To osoby najczęściej zapracowane, albo z innego miasta. Kontakt smsowy, lub mailowy jest często jedynym źródłem naładowania bateryjek, kiedy chce się „usłyszeć” coś normalnego. A mnie takich impulsów brakuje. Czasem zastanawiam się co by było, gdybym jednak te „naście” lat temu wybrała liceum plastyczne i poszła w kierunku artyzmu. Znam siebie i wiem, że jestem podatna na różne zewnętrzne sugestie, choć jako już prawie czterdziestka mam trochę więcej oliwy w głowie. Kto wie, może byłabym dziś alkoholiczką, albo narkomanką? ;)

Ludzie prości zazwyczaj tak bardzo nie zastanawiają się nad swoim życiem, nie analizują swojego postępowania; tak ma być, to tak, nie to nie. A ja drążę. Po cholerę? Sama nie wiem. Czy wypada, czy nie wypada, właściwe czy nie właściwe, takie tam rozważania egzystencjalne. Wstając rano na mopa czasami gadam do siebie, czy ma sens chodzenie do tej lichej pracy, ale zaraz sobie muszę sama odpowiedzieć, że jednak ma sens, bo nie będzie z czego żyć, bo mąż dobry, ale kokosów nie zarabia, bo mam syna, córkę, bo trzeba kupić książki, buty…

Nie chcę żeby świat kręcił się wokół pieniądza, ale widać tak już musi być, że raz na wozie, raz pod wozem. Kiedyś miałam siedem lat tłustych. Odkąd mam pod górkę mija mi piąty rok, tak sobie rozważam, że za dwa lata, kiedy skończę studia, akuratnie minie siedem lat od początku „górki”. I to będzie siedem lat chudych i nadejdą już dobre czasy. Oby.

Brommbie; dziękuję za miłe słowa, to są te impulsy, które ładują moje bateryjki ;)

15:11, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 lutego 2013

 Uczę się do egzaminu z socjologii, który odbędzie się już w niedzielę i tak sobie myślę, czytając te wszystkie wiadomości o rodzinie, grupach społecznych, kulturze, wartościach i zasadach, społecznej komunikacji, postawach i władzy, że moja osoba niestety, ale nie kwalifikuje się w żadne większe kanony. Szukam nie wiadomo czego, mam specyficzne poglądy na świat, nie umiem się integrować, jestem ufoludkiem z planety Ziemia.

 Do tego bardzo lubię samotność, gdzie gros naukowców twierdzi, że żaden człowiek nie umie żyć w samotności, że to istota społeczna, przystosowana do życia w stadzie. Paradoksalnie jestem bombardowana od lat przez członków mojego stada – jestem otoczona dziećmi (swoimi i nie swoimi) bardzo rodzinnym mężem, który ubolewa nad niemożnością robienia wielu rzeczy wespół ze mną, a najlepiej jakbyśmy wszyscy mieszkali w jednym pokoju i jedli z jednej miski. Co najmniej jak w „Konopielce”, tylko bardziej kulturalnie.

 Dom, w którym mieszkam nie sprzyja alienacji, za którą strasznie tęsknię. Każde pomieszczenie jest przechodnie i gdybym chciała „zaszyć się” w ciszy i spokoju to zostaje mi tylko kibel. Naukę w tygodniu rozpoczynam zazwyczaj po 6 rano, kiedy Szanowny z Uszakiem pojadą do pracy, a Scareface i mój Pierworodny jeszcze śpią. Mała już zaprzestała chodzenia na Zimę w mieście. Przestało jej się podobać, bo nie znalazła zbyt wielu znajomych (w ogóle się nie zintegrowała) a poza tym „jest mało zabawek”. Siedzi więc ze mną w domu w ciągu dnia do godz. 15.30 kiedy muszę lecieć na mopa.

 Nigdy nie miałam własnego pokoju, o którym marzyłam. Mama po rozwodzie szwendała się po całej rodzinie i nie mieliśmy tak naprawdę swojego miejsca. Kiedy już to mieszkanie się znalazło, Mama potrafiła w jednym pokoju pomieścić dwoje dzieci i jeszcze swój kącik do spania. „Salonem gościnnym” zawsze była kuchnia. Z tęsknota wspominam „swój pokój” jaki miałam po drugiej stronie regału, który rozdzielał pokój na pół. Mogłam zapraszać koleżanki, wieszać na ścianie ulubionych artystów i swoje rysunki, a mój brat „za ścianą” bawił się klockami i nikt sobie w drogę nie wchodził. Razem siadaliśmy tylko do kolacji, albo niedzielnego obiadu.

 Chcę podkreślić, że nie czuję się zwierzęciem stadnym, a los takim stadem mnie obdarzył. Chcę też podkreślić, że nauczona jestem obronności własnego terytorium. Chodzi mi właśnie o ten przysłowiowy kąt na rysunki i plakaty, o miejsce, w którym stoi moje i tylko moje łóżko, o to, że mogę w spokoju zamknąć się w świecie ulubionej książki, a nie co chwila ktoś mnie rozprasza. Chodzi mi też o to, że lubię układać sobie sztućce w szufladzie w taki, a nie inny sposób i nie chciałabym, żeby mi jakaś „synocha” przekładała po swojemu.  

 Wiem, że w budowaniu własnego kąta duży wpływ mają warunki mieszkaniowe. Czasem wielopokoleniowa rodzina gnieździ się w dwóch pokojach małego mieszkania. Ale generalnie nawet w jednym pokoju można wyodrębnić każdemu jego własny świat.

 Kiedy robiłam rewolucję w domu, w którym mieszkamy, dziadek (po wcześniejszym wyrażeniu zgody, bo to jego dom, ale jednak my zajmujemy te pokoje) wyraził dezaprobatę moim pomysłom: jeden pokój zdążyłam pomalować w dwóch kolorach oddzielając w ten sposób część naszą i Małej (bo córka śpi w jednym pokoju z rodzicami). Następnie zdążyłam pozamieniać otwory na drzwi w pokojach przechodnich pomiędzy Młodym i Scarefacem. Niestety nie starczyło mi już kasy na postawienie ścianek działowych, żeby każdy z nich miał swój, odrębny pokój. Teść skwitował moje pomysły jako durne i porównał je do dzielenia świniom w chlewie koryta z osobna. Jego spojrzenie na rodzinne zamieszkiwanie jest podobne jak w przypadku Szanownego: wszystko RAZEM.

 Mam nadzieję, ze uda mi się w końcu znaleźć robotę, która pozwoli mi dokończyć remont chałupy. Teraz nawet wstydzę się kogokolwiek zaprosić. Jedynie panie z OPSu mówią mi, ze niejedną biedę i nie takie warunki już widziały i żebym się nie przejmowała. Chciałabym też wyremontować kuchnię, żeby można było wieczorem usiąść, wypić herbatę i w ciszy coś poczytać, przejrzeć prasę, porozmawiać bez świadków.

 Tak bym chciała, ale ja ufolud jestem przecież ;)

13:49, sokramka
Link Komentarze (1) »