Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: domowe wędliny

poniedziałek, 28 listopada 2016

Wegetarianie proszeni są o przejście do innego wpisu ;-) Będzie dużo mięcha :-D

W piątek zamówiliśmy półtuszkę. Tak brakowało mojemu mężowi mięsa, na którym mógł polegać, że w końcu namówił mnie na zakup świniaczka. Ostatni raz braliśmy półtuszę w 2014 roku. Przyznam szczerze, że jesteśmy trochę zawiedzeni, bo na rachunku widniała cena 8,3x50kg. Równe 50 kg, co może dziwić, bo zazwyczaj trafiają się końcówki w stylu 49.20; 50.60, a my wywazylismy mieso na 41.50 kg. Trochę nas przycięli, ale trudno. Może czas poszukać innego dostawcy mięsa.

Enyłej - od 8.00 do 15.00 ciężko pracowaliśmy, rozprawiając świniaczka na kawałki. Szanowny ma zamarynowane mięso na kiełbachy, ja mam szynkę i karkówkę do pieczenia, a w zamrażarce mielone, żeberka, schab i różne inne dobra. Zrobiliśmy też sami salceson. Wyszedł PYSZNY! Pieprzno - kminkowy, wyrazisty w smaku, bez zbędnego owłosienia (tak jak to czasem zdarza sie w tych sklepowych salcesonach, błe...)

Nawet nasze koty były szczerze zainteresowane produkcją mięsną i nie odstępowały nas na krok. Kotom nie jest wskazane podawanie wieprzowiny, ale my nie mogliśmy się oprzeć i nasze dwa futrzaki dostały kapkę na smaka z pańskiego stołu ;-)

Bycie kotem udomowionym wcale nie pomniejsza jego instynktu łowieckiego :-)



niedziela, 28 grudnia 2014

Złość u mnie tak szybko znika, jak szybko i agresywnie się pojawia. Taki typ. Dosyć ciężki, ale znośny.

Zapominając o tym co szkodliwe, dzielę się tym, co smaczne i zdrowe:

Chleb ziemniaczany 

Potrzebujemy:
* 200 gramów ugotowanych ziemniaków (najlepsze takie z poprzedniego dnia)
* 800 g mąki pszennej (z podanej ilości wychodzą dwa bochenki)
* 400 ml letniej wody
* 2 łyżeczki soli
* 2 łyżeczki cukru
* 20 g świeżych drożdży
* 5 łyżek oliwy lub oleju

Drożdże rozkruszamy w miseczce, zasypujemy cukrem i zalewamy wodą. Mieszamy i odstawiamy na ok 15-20 min.
Ziemniaki mielimy w maszynce lub rozgniatamy widelcem.
Do miski z ziemniakami wsypujemy mąkę, sól, olej (oliwę) i wlewamy zaczyn z drożdży. Mieszamy najpierw jakąś dużą łyżką, a potem zrobi nam się ładne ciasto do zagniecenia rękami (ten etap pracy mi się najbardziej podoba). Jeśli ciasto zbyt lepi się do rąk można podlać dłonie odrobina oliwy lub oleju. Powstaje taka ładna buła:

 
Bułę przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok 20 min, żeby troszkę podrosła. Potem dzielimy ciasto na pół i wkładamy do foremek. Podaję przepis wg swojego sposobu, ale można zrobić z połowy produktów, użyć innej foremki lub zwyczajnie uformować bochenek, ale wtedy po upieczeniu będzie bardziej płaski niż z foremki. Zależy co kto lubi ;) 
Następnie odkładamy nasze wypełnione foremki do wyrośnięcia na około godzinę. U mnie po wyrośnięciu wyglądały tak:

 

Piekarnik nagrzewamy do 210 st C. Wkładamy nasze chlebki na 15 min. pieczenia a następnie zmniejszamy temperaturę do 195 st C i pieczemy dalej jeszcze ok. 20-25 min. 

Oto upieczone bochenki:

Chlebek w smaku przypomina trochę tostowy, ale tylko trochę, bo jest lepszy ;)

Smacznego!

Ale nie byłabym sobą gdybym nie pochwaliła Szanownego, bo ja opierdzielam go kiedy trzeba i za to, czego nie znoszę, a chwalę za to co kocham ;)
Przed świętami narobił kilogramy wędlin i kiełbas. Jest i szynka i baleron i schab i kiełbasy cienkie, grube, no i w ogóle.

Ręce mechanika, hę?

I faza końcowa:

Mimo wszystkich tych smaków wódy bym do tego nie postawiła i Szanowny miał burę następnego dnia, bo z podchmielonym osobnikiem się nie dyskutuje, tylko strzela focha. I tak nic nie będzie pamiętał. Tragicznie nie było, awantury nie było, pijaństwa jak u dziadka tez nie było, ale ja nie lubię i już. I nikt nie będzie mnie zmuszał do takiego biesiadowania.

Rzekłam!   

poniedziałek, 10 marca 2014

Osoby wrażliwsze uprasza się o nie czytanie poniższego wpisu. Będzie dużo krwi ;)

Kiedy Szanowny robił swoje kiełbaski do domowego użytku, zawsze kupował mięsko w promocji w supermarkecie, albo na giełdzie spożywczej. Było to mięsko wyłącznie z przeznaczeniem na wędzenie i przerób, tj łopatka, szynka, karkówka. W piątek wieczorem narodziła się okazja zakupu półtuszki wieprzowej po okazyjnej cenie. Okazyjna cena to nie znaczy, że 50 zł za całość, to znaczy, że za kg bitej wieprzowiny cena może wynosić np. 5,5. Po obliczeniu ile taka półtuszka może kosztować doszliśmy do wniosku, że nie mamy tyle kasy w kieszeniach (oboje przed wypłatą) i trzeba pożyczyć. Szanowny pojechał więc z kolegą poza granice naszego miasta i obaj zakupili wieprzka na spółkę.

Po przyjeździe trzeba było tego prosiaka wnieść do domu i oporządzić. Mała dygresja: kiedyś kupowaliśmy już rąbankę, ale były to gotowe porcje, porozdzielane fachową ręką i człowiek wiedział co szynka, a co łopatka. Tak więc Szanowny wniósł do kuchni wielki ogrodowy stół, dodam, że sam go zrobił (!) drewniany blat na żeliwnych nogach. Jak na złość nie było więcej chłopa w domu i przytachał to ważące ponad 55 kg cielsko sam.

Jak ktoś kiedyś oporządzał wieprzowinkę to czytać dalej nie musi, ale świnka miała pół łba, nóżkę przednią, nóżkę tylnią, mięsko na wierzchu i ogonek. Taka połówka nam się trafiła. Do tego Szanowny przywiózł słoik krwi. Do kaszanki. Musieliśmy potem świnkę ze starym poporcjować. Dla mnie to pierwsze takie doświadczenie. Ale to, że jestem „miastowa”, nie znaczy, że mi się to nie podobało i że sobie nie poradziłam. Były dwie straty w postaci urżniętych paluchów ;) spokojnie, to taki żart – palce mam całe, są tylko nieco uszkodzone. Z tymi plastrami wokół paluchów wyglądam teraz trochę jak Michael Jackson. Szanowny działał siekierką, ja dużym, dobrze naostrzonym nożem.

Kiedy mięsko zostało poporcjowane i wyniesione do garażu w celu przestygnięcia, niedziela przywitała nas planami przerobienia tego towaru. Oboje więc ochoczo wzięliśmy się do pracy. Mam teraz kilka kg mielonego, z sadła i smalcu wytopię sobie tłuszcz, kilka porcji żeberek, szynki do pieczenia, wędzenia, karkówkę (zbliża się sezon grillowy), no i własnej roboty kaszankę. Pierwszy raz robiłam i jestem z siebie naprawdę dumna. Jak nigdy. Do tej pory zawsze w cieniu swojego chłopa – rzeźnika/masarza, a teraz sama, własnymi rękami przyrządziłam kilka pętek kaszanki gryczanej. Trochę wyszła mi za sucha, ale jak na pierwszy raz…

Sprzątania było ogromnie dużo. Były takie momenty, że miałam to zostawić, ale jak sobie pomyślałam, że coś za coś, to odpuszczałam.

Wieczorem, kiedy pakowaliśmy kaszankę i pasztetową do flaków, pomagała nam nasza Mała. Jej najbardziej podoba się kręcenie korbką w maszynce do nabijania. Szanowny nie byłby sobą, gdyby nie opatentował urządzenia do wielokrotnego mielenia masy papkowatej. Taka pasztetowa czy inna substancja robiąca się mazią po wielokrotnym zmieleniu, może doprowadzić do furii, kiedy już nie można jej swobodnie wkładać w maszynkę. Mąż natomiast połączył tubę od nabijania flaków z maszynką do mielenia i w ten sposób kręcił tylko korbą, a masa sama się mieliła. Ależ zdolny ten mój mąż ;)

Spać poszliśmy po 23.00. Okazało się, że mamy za małą lodówkę, trzeba było część produktów wynieść do lodówki dziadka. Jemu daliśmy również trochę mięska, głowiznę, bo sam chciał i kilka kości na zupę.

Teraz przynajmniej wiem czym będę żywić moją rodzinę, a po drugie, takie przetwory spokojnie poleżą dłużej niż omulała wędlina z supermarketu, która po jednym dniu do niczego się nie nadaje.

 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Piątek

Po pracy miałam wycieczkę „na miasto”. Musiałam przejechać się do szpitala dziecięcego , żeby zapisać Młodego do ortopedy. Tak, tak, mimo tego, że chłopak wygląda na 21 lat, musi jeszcze być leczony przez lekarzy dziecięcych, nie jest pełnoletni.

Z tym moim Młodym ostatnio mam więcej przeżyć niż z resztą rodziny. Chyba czas coś napisać i sobie ulżyć.

Sobota

Brak zajęć na uczelni – czas dla domu i rodziny. Szanowny miał również wolną sobotę pojechaliśmy więc z samego rana na kiermasz militarny niedaleko mojego miasta. Wojsko miało wyprzedawać jakieś ogromne ilości butów, bojówek, kurtek, czapek, menażek itepe. Na miejscu okazało się, że ceny nie przyciągają tak jak miały to robić, a i wybór był żaden. Szanowny chciał sobie kupić buty (w piątek wziął połówkę wypłaty), bo chodzi w wiosennych cichobiegach, a Młody miał chrapkę na kolejne bojówki. Skończyło się tylko kupnem Synowi kapelusza z osłonką na wędrówki harcerskie.

Po powrocie do domu Szanowny zabrał się od razu za wyrób domowych wędlin. Znowu będzie na dwa tygodnie kiełbasy, szynki, pasztetowej, a dla siebie zrobił boczek. Upieprzył mi kuchnię maksymalnie, bo sobota była dniem przygotowywania mięsa do wędzenia. Ale czymże jest syf wobec smaku domowej kiełbachy?

Poza tym Szanowny poruszył wątek kucharzenia: „myślę, że nie powinienem być mechanikiem, tylko kucharzem”, a ja jako ta niedobra  żona zgasiłam jego zamysły, mówiąc: „myślę, że dobrze, że nie jesteś kucharzem, bo nikt by nie chciał jeść np. na brudnym talerzu”. Wiem, świnia jestem, ale wieczorem pomogłam mu sprzątać, bo zmywak i gąbka w ręku mojego męża to jak święto narodowe. Tak samo jest  z odkurzaczem i szczotką.

To jeszcze nie koniec soboty. Na 17.00 Młody miał wyznaczoną wizytę na MR. Skierowanie na rezonans dostał od neurologa w związku z jego bólami kręgosłupa. Z tego też powodu zapisywałam go w piątek do ortopedy. I tu mała dygresja: ja wiem, że młodzież szybko rośnie, że bywają bóle kręgosłupa z tym związane i wiem, że nie powinnam szkalować własnego syna, ale coś mi się widzi, że ten problem jest nadto przerośnięty. Obserwuję Młodego i widzę, jakie wykonuje prace, jak chodzi i co może dźwignąć. Z własnej perspektywy – mojej wady kręgosłupa i bólów z tym związanych. Moim zdaniem uważam, że przesadza. No, ale wyniki badań kłamać nie będą. Zdziwiła mnie tylko postawa lekarza pediatry, który z marszu dał Młodemu zwolnienie z WFu do końca stycznia i sugestię rehabilitacji (to już wypisała pani neurolog). Zobaczymy.

Niedziela

Od 9.00 mąż już palił w wędzarce. A ja w końcu mogłam ogarnąć chałupę i po swojemu posprzątać. Zła jestem tylko, bo moja młoda kicia zrobiła gdzieś kupsko w kącie i nie mogę go zlokalizować. Mała cholera jako jedyna nie radzi sobie z robieniem na dworze. Owszem, wychodzi z dwoma pozostałymi kotami, ale zdarza się jej nasikać w domu (najczęściej w kuchni pod stołem).

Leniwie kończąc niedzielę uszyłam Małej fartuszek kuchenny, zabierze go jutro do szkoły. Dzieci będą robiły własnoręcznie kanapki. Potem, po lekcjach zamiast basenu mają zaplanowane zajęcia na lodowisku. Łyżwy są mi obce, obecna jednak będę.

Zdjęć fartuszka na razie nie wstawię. Nie mam jak. Ale przy okazji, może… 

 

środa, 13 listopada 2013

Nie będę rozpisywała się o tym, że w piątek byłam, a w sobotę robiłam. Jestem naładowana pozytywną energią i nie w głowie mi teraz takie banały. Po pierwsze: koleżanka dała mi cynk o wolnym etacie – będę aplikować. Lubię jak coś się dzieje, tak więc zajęcie pierwsze już mam: kompletuję dokumenty i wysyłam niedługo do rzeczonej instytucji. Po drugie: Szanowny zaczął od dwóch tygodni bawić się w… masarza. Mam na ganku własnej roboty pasztetową, szynkę, schab i kiełbasy. Felerem jest wszechobecny smród wędzarki, ale czymże jest taki smród wobec smaku wędliny własnej roboty? Mam z głowy żarcie na najbliższe dwa tygodnie.

Mała wciąż uczęszcza na zajęcia plastyczne. W poniedziałkowy wolny byłam z nią na warsztatach plastycznych w naszym Muzeum. Dzieci robiły patriotyczne kalendarze. Do tego pochwalić się mogę osiągnięciami basenowymi mojego dziecka; Mała była we wtorek pierwsza w wyścigach polegających na jak najdłuższym pokonaniu basenu z bezdechem pod wodą. WOW!

Ale za to wchodzą mi problemy z Młodym. Po zebraniu w technikum Młodego usłyszałam o jego ogromnej absencji. Syn ma „wyjebane” totalnie na szkołę. Harcerstwo jest jego pasją, priorytetem i nic mu tego nie zmąci. Woli opuścić szkołę i pojechać na zjazd/zlot lub spotkanie szczepu. Tam zawiera przyjaźnie, z harcerstwem wiąże przyszłość, ale do cholery to nie może być jego jedyne zajęcie. Po burzliwej rozmowie w domu postanowiłam zaangażować siły braterskie i wspólnie z Rodzonym opracowujemy plan działania. Ponieważ lubię jak się coś dzieje, adrenalinka rośnie, a ja działam. Na przyszły poniedziałek umówiłam się z psychologiem. Na razie sama. Chyba będę musiała wprowadzić Młodemu jakąś karę, tylko czego można zakazać siedemnastolatkowi? Pomyślimy.

W najbliższy weekend szkoła – cieszę się ogromnie, bo ostatni zjazd zawaliłam przez potworny ból kręgosłupa. Straciłam tym samym jeden sprawdzian (na ocenę) i będę musiała dowiedzieć się czy można go zaliczyć w innym terminie.

To jeszcze nie koniec – listopadowa aura mnie nie pobije. Mam w sobie duży pokład pozytywnej energii i chcę ją maksymalnie wykorzystać. Robić to, co uważam za stosowne, choć nie da się cieszyć gęby, kiedy w butach pojawiają się dziury, kiedy kurtka na grzbiecie ma prześwity i kiedy wieje po plecach. Ale trzeba przeć do przodu, a ja muszę mieć cel i wyzwania do zrealizowania, żeby czuć, że dam radę.

Uśmiech, proszę Państwa! Proszę o duży, jesienny uśmiech! ;) Każdy z Was ma go gdzieś głęboko ukrytego, trzeba go tylko ujawnić.