Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin

Wpisy z tagiem: Spotkanie

wtorek, 26 lipca 2016

Jak zapewne większość wie - nie jestem zwolenniczką spędów ludzkich, ani pracowych, ani rodzinnych. Wolę kameralnie - trzy, cztery osoby, spotkanko na luzie, bez szumu i gwaru, lejącego się alkoholu i prymitywnych dogadywanek.

Niestety tak się czasem zdarza, że znajdziemy się w miejscu integracji, na której nie chcieliśmy być. Tak się zdarzyło u mnie wczoraj: mieliśmy zaplanowany wypad kilkuosobowy (dosłownie nasz "pokojowy" skład plus dwóch chłopaków z pokoju obok = 7 osób). Okazało się, że integracja miała się odbyć na osiemnaście osób! Najpierw jak rak chciałam się wycofać, tym bardziej, że dowiedziałam się o obecności naszego szefa sekcji. Potem okazało się, że dwie z moich trzech "pokojowych" koleżanek nie idą, bo...coś tam. Później zaczęła mnie boleć głowa, a na końcu pojawił się klasyczny strach przed tłumnym miejscem.

Koleżanka, która szła przekonała mnie jednak do wyjścia. Powiedziałam sobie, że demony muszę zwalczać i pokonywać. Okazało się jednak, że tego w sobie już nie zduszę - nie dla mnie takie imprezy.

Dobre było tylko to, że piwo miało promocję i w poniedziałek dostajesz dwa za jedną cenę. Zimne piwko szybko pomogło mojej bolącej głowie i już po chwili zagadałam się z koleżanką, która mnie przekonała do wyjścia.

Ogólnie było p o p r a w n i e. Ale chyba tego należałoby się spodziewać ;-) Po dwóch godzinach przyjechał po mnie Szanowny, bo akurat kończył mniej więcej o tej porze pracę. Nie wiem czy skuszę się jeszcze na jakąś inną, przyszłą integrację. No chyba, że będzie w kameralnym, kilkuosobowym gronie ;-) Tak jak sobotni wypad do koleżanki ze starego miejsca mopowania. Pojechaliśmy z Manią. Był grill, banany z czekoladą, śliwki zrywane prosto z drzew i w sumie pięć osób oraz dwoje dzieci.

Tak to ja lubię :-)

Tagi: Spotkanie
08:58, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 kwietnia 2016

Dawno już nie karmiłam swojego umysłu lansem intelektualnym. I oto wczoraj wieczorem nadeszła okazja, dzięki której znowu poczułam te doznania, które rodzą motyle w brzuchu. 

Koleżanka ogłosiła na FB, że ma wolny bilet do Teatru Wielkiego na balet "Burza" wg Szekspira. Pomyślałam: czemu nie? Balet to z rozrywek teatralnych chyba moja najbardziej ulubiona dziedzina :-) Nie żałuję. Wręcz przeciwnie-polecam wszystkim, którzy kochają się w tym specyficznym tańcu.

Sztuka Szekspira o tym samym tytule jest raczej mało znana. Sama musiałam ją sobie wygooglać i chociaż przeczytać zarys fabuły. Dla mnie jest to opowieść o miłości, tęsknocie, relacjach między młodszymi i starszymi. 

Tytułową burzę wywoływał na instrumencie zwanym "bęben daf" aktor Abbas Bakhtiari. Aktor grał również główną rolę starego Prospero. Co ciekawe rolę opiekuńczego ducha Ariela odgrywał tancerz Kristof Szabo. Kto oglądał pierwszą edycję (obecnie już nudnego) programu You Can Dance, ten zapewne skojarzy postać tego młodego artysty. Dodam, że niezwykle przystojnego artysty ;-) 

Owacje na stojąco należały się bezsprzecznie. Spektakl w dwóch aktach i czterech scenach. Prostota scenografii, ale przez to można było dzięki cudownej choreografii przedstawić burzę morską za "pomocą" ludzi. Uczta dla oka. 

Polecam naprawdę gorąco, bo warto. Czasem dla samego odchamienia i czasem dla doznań emocjonalnych. 

A tu: internetowa zajawka.

20:47, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Zaczął się już w piątek. Umówiona z dawno nie widzianą koleżanką postanowiłam zawitać na piątkowej demonstracji w obronie ustawy antyaborcyjnej. Bo jestem za aborcją w tych trzech przypadkach dostępnych dziś, a nawet mogłoby to prawo zostać zliberalizowane. Tak, tak - ja i demonstracja - coś niebywałego, prawda? Jednak jeśli ktoś próbuje uprzedmiotowić kobiety i sprowadzić je do roli inkubatora to i we mnie coś się zagotowało. Widziałam nawet taki transparent: "zasadniczo nie chodzę na demonstracje, ale teraz to już się wkurwiłam". Tak samo i ja.

Piątkowy wiec zgromadził mało narodu, ale był bardzo ciekawy merytorycznie. Żadnych zbędnych okrzyków, ataków czy sloganów zabijających główną idee. Zrobiono nam wspólne zdjęcie i gdyby oko obiektywu aparatu fotograficznego przesunęło się o kilka centymetrów, byłabym na stronie Frondy jako "margines społeczny, czyli kobieta z wieszakiem w dzisiejszej Polsce" ;-)

Ponieważ język wroga należy znać, oprócz portalu Fronda zaglądam jeszcze na niezależną.pl ;-)

W sobotę była już ze mną Bezcielesna oraz koleżanka z piątkowego spotkania. I tu myślałyśmy, że treści ideowe demonstracji będą o wiele ciekawsze niż z dnia poprzedniego. Nie wiem jak Bezcielesna, ale ja i moja koleżanka odniosłyśmy wrażenie, że to spotkanie rozhisteryzowanych dziewcząt, domagających się "fruwającej waginy pośród chmur". Tak, tak, jeden z takich tekstów wleciał do naszych uszu. To był zdaje się tekst jakiejś piosenki.

Po kilkukrotnym machaniu wieszakiem z napisem: "moja macica = mój wybór" ;-) postanowiłyśmy zmyć się zniesmaczone do najbliższej knajpki na kawę. Przyjemniej jest porozmawiać o rzeczach słusznych w inteligentnym towarzystwie niż słuchać rozwydrzonych bab.

Szczerze - zawiodłam się troszkę na sobotniej demonstracji.

W niedzielę zajęłam się domem, choć nie do końca, bo znowu dopadł mnie "zespół niespokojnych rąk". Wydziergałam na szydełku komplet dla lalki. Zdjęcia później, bo robi się jeszcze panier pod suknię dla lalki. Kto nie wie co to - niech sobie wygoogla. Sama tez nie byłam tak oświecona jak się to to zwie i musiałam szukać po hasłach skojarzeniowych.

Tym czasem jest poniedziałek - masa roboty, dwa wnioski do przygotowania, jeden do poprawy.

Miłego tygodnia życzę wszystkim Czytaczom, Przyjaciołom, Znajomym i Wrogom ;-)

niedziela, 23 listopada 2014

Ani na gnidę. Znaczy się zwaną przeze mnie dawną moją przyjaciółkę - depresję. Energia jesienna mnie rozpiera, a ja spalam ja z każdą minutą. Nie mam czasu na kłótnie z chłopem, a nawet jak coś mnie w Szanownym irytuje, to zwyczajnie się pod nosem uśmiecham i mówię sobie w głowie: "tak, tak, biedny, stary misio pogubił się w domowych obowiązkach".

To tytułem wstępu.

A co do bardzo dobrze spędzonego ostatnio czasu: na sobotni wieczór urwałam się z zajęć na "wagary". Poszłam z Bezcielesną na wykład dotyczący prostytucji w Warszawie na przełomie XIX i XX wieku. Moja droga koleżanka już coś nie coś o tym nasmarowała, miałam wkleić aktywny link, bo to umiem, ha! Ale komp mojego dziecka coś ma w edytorze (to nie chrom) i nie mogę nawet linka do Jej wpisu wkleić. Jak bardzo chcecie poczytać o czym był wykład zapraszam na blog Bezcielesnej ;) Bo nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że zakupiłam egzemplarz książki wprost od autora, zdobywszy jednocześnie jego autograf.

Lektura już została przez mnie pożarta, bowiem wystarczyły cztery przejazdy autobusem na trasie: dom - uczelnia oraz dzisiejsze, nudne jak flaki z olejem wykłady.

Do domu wracałam niespiesznie wiedząc, że zastanę w nim armaggedon; jak zwykle zresztą po moim całoweekendowym wyjściu na uczelnię. Ale mężczyźni to przecież jakiś podgatunek i szkoda na nich zdzierać struny głosowe, a moje tym bardziej. Tylko do lodówki zaglądają co 10 minut, czy aby tam się coś zmieniło, coś przybyło. Ale ja kocham swojego Misia-Pysia-Brudaska i wolę sobie w duchu pomyśleć jaki to on biedny żuczek, bo "przy garach się nastał cały dzień i tak się zmęczył" - to jego osobiste słowa jakby co ;)

No ale koniec końców sprzątaczką to ja jestem tylko chwilowo/zawodowo więc niech łaskawie szanowny pan po sobie te piętrzące się góry talerzy, misek i garów co je nabrudził sam posprząta. Kiedy? A tego to nie wiem - wróżką nie jestem. Zmywarkę ma pustą, wystarczy załadować, wielki mi wyczyn. A jak będę potrzebowała talerz, to sobie drugi wezmę z szafki i po sobie zmyję.

Tak więc uśmiech z twarzy nie znika, humor dobry jest, jutro nowy tydzień, wyzwań moc; musze pojechać po decyzję o przyznanym stypendium, dokończyć rękawiczki na drutach dla Mani, czytać dalej Miłoszewskiego.

Jest co robić. Jest moc :) 

sobota, 15 listopada 2014

Odbywający się od piątku do niedzieli Festiwal Czekolady i Słodyczy w PKiN był dla mnie i dla Mani sprawdzianem odnajdywania się w tłumie, bo jak wiadomo - do wszelakich zgromadzeń sympatii nie mamy.

Celowo wybrałam piątek po szkole, wiedziałam bowiem, że podczas weekendu wystawa może zgromadzić dzikie tłumy. Tym bardziej, że rozdawano wejściówki na mieście, ogłaszano się na Fb (właśnie sobie uświadomiłam, że przestałam w ogóle zaglądać na ten portal, ale nie płaczę z tego powodu) a właściciele telefonów Samsung wchodzili za darmo. Dzikich tłumów nie było, ale i tak pilnowałyśmy się we trzy (pozwoliłam córce zabrać ze sobą jedną koleżankę), bo ludzie przybyli.

Dziewczyny ukręciły sobie własnoręcznie po lizaku, widziałyśmy modę z czekolady oraz różne dziwne rzeczy, które ze słodkości mogą być wykonane.

Cóż, szkoda słów, zapuszczę parę zdjęć:

Ciuchcia z czekolady

 

Zwierzęta z czekolady

Torty

I specjalnie dla Sekretarki Bożeny ;)

Cuda z masy cukrowej

Wiem, że takie festiwale odbywają się co roku w innym mieście. Ten trwa w Warszawie do niedzieli. Kto żyw niech sobie zobaczy. Tylko uważajcie z ilością słodyczy; Mania zjadła na miejscu babeczkę, w domu ukręcony przez siebie lizak (rozmiarów dużego jabłka) a potem w nocy wyhaftowała tatusiowi kapcie zawartością żołądka. Może to stres, a może zbyt duża ilość chemii? Kto wie. W każdym razie dziś już wrażenia opadły i mogłyśmy powspominać wycieczkę z uśmiechem na ustach.

Tagi: Spotkanie
10:31, sokramka
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 grudnia 2013

Spóźniona relacja, ale zawsze. Spotkanie miało zacząć się o 18.30, ale umówiona z dwoma znajomymi dziewczynami, koleżankami tego poety, dotarłam z nimi jako pierwsza na godz. 18.00. Kawiarenka kameralna, w piwnicach śródmiejskiej kamienicy, przygotowana była na przyjęcie najwyżej dwudziestu osób. Pojawiło się w sumie 11. W zasadzie przemknęła mi podczas tego spotkania myśl, że z zaproszonych ponad 70 pracowników biura, pojawiła się garstka (w tym sprzątaczka, czyli ja  ;)), dodatkowo trzy osoby nie były znajomymi z pracy autora wierszy.

Autor nam się na początku przedstawił, podał swój wiek, zawód, stan cywilny, kurczę, po chwili czułam się jak na jakimś przesłuchaniu ;) Potem przeszedł do meritum spotkania. Wiersze swoje autor czytał wolno i w interpretacji własnej, zrozumianej chyba każdemu. Wachlarz tematyki był niezmiernie szeroki, od opisów przyrody, poprzez wspomnienia, sny, tematykę emocjonalną, aż po miłość do kobiety. Słuchało mi się cudownie, sączyłam swoją ulubioną herbatę earl grey i w ogóle nie chciało mi się stamtąd wychodzić. Kawiarenka nie jest miejscem pod picie piwa, to typowa, klimatyczna norka z kanapami i bardzo wygodnymi fotelami. Doskonałe miejsce właśnie na takie spotkania literackie.

Po zakończeniu wieczorku autorskiego zaczęliśmy dyskusję. Fajnie się złożyło, bo jednym z zaproszonych gości był wieloletni przyjaciel autora – przewodnik po Naszym Mieście. Na temat mojej dzielnicy ucięłam sobie z owym panem całkiem, całkiem miłą pogawędkę.

Do domu wróciłam przed 21,00, pozytywnie natchniona z naładowanymi bateryjkami. W sobotę zgrałam się słownie z moją koleżanką 50+ ze studiów. Okazuje się, że jest ona również miłośniczką poezji i zaproponowała mi wspólne spotkania poetyckie, organizowane co jakiś czas w jednym z naszych teatrów. Ach, jaka jestem zadowolona!

W przyszłym tygodniu jestem umówiona z ciocią, siostrą mojej Mamy, na spektakl w Teatrze Żydowskim. Już zacieram ręce.   

 

poniedziałek, 14 października 2013

Wykłady trzeciego semestru zaczęłam jak zwykle o 8.00. Przedmioty nie wzbudziły u nas szału, było wszystko to, czego zdążyliśmy się nauczyć w zeszłym roku, tylko zmieszane na nowo. Po pozytywnie zdanym egzaminie poprawkowym z angielskiego, przeniosłam się piętro niżej, na poziom niższy. Syn mój pierworodny podsumował ten ruch jednym, dobitnym stwierdzeniem: „no wiesz? Wstyd mi za ciebie, stać cię na więcej”. Oczywiście się uśmiechał, ale samo stwierdzenie mnie ukłuło. A w dupie mam jego stwierdzenia. Liczy się moje dobre samopoczucie, to nie anglistyka; mam się skupiać na innych przedmiotach.

W czasie przerw wykładowych wysłałam Uszakowi smsa urodzinowego. Chłopak skończył bowiem 24 lata. W niedzielę organizował małą imprezę, ale ja miałam drugą część wykładów.

Wieczorem, po wykładach pomknęłam pod dom Bezcielesnej, abyśmy za chwilę mogły spotkać się z Brommbą, z którą to umawiałam się już od kilku miesięcy. W końcu udało się. Za takimi spotkaniami tęsknię – za rozmowami, które mnie relaksują, ładują pozytywnie i dają wiele do myślenia. O tym co wlazło mi do głowy po tym spotkaniu w następnym wpisie. W każdym razie byłam niezmiernie zadowolona i w tym miejscu ściskam wirtualnie obie baby, za to, że po prostu są.

Po powrocie do domu padłam jak mucha, nie zwracając uwagi na domowy „ład” i „porządek”. Szczerze mówiąc było mi obojętne co się dzieje w domu. Tak mocno pozytywnie naładowane miałam bateryjki. Muszę częściej myśleć o dobrych ludziach, bo ładunki bywają ulotne. 

 

wtorek, 27 sierpnia 2013

Widziałam się wczoraj z Bezcielesną. Wybrałyśmy się na wykład o historii mojej Dzielnicy, miejscu w którym spędziłam prawie 30 lat. Oprócz kwestii historycznej autor wykładu poruszał tematy statystyczne - dawne liczby ludności, gęstość zaludnienia, rodzaje zawodów, wielkie osobistości. Szczególnie w pamięć zapadła mi niska procentowo liczba duchowieństwa (tylko 0,7% całej populacji mojej Dzielnicy) ;) oraz zaintrygował mnie zawód zwany "trakierka". Za cholerę nie wiem cóż to była za profesja, nawet autor wykładu odsyłał nas do źródeł, bo sam nie miał pojęcia. Internet milczy w tym temacie i trzeba by chyba zajrzeć do biblioteki i poszperać w starych publikacjach dotyczących zajęć przedwojennych i dawnych.

Po spędzeniu godzinki w małej salce poszłyśmy "zrobić sobie dobrze" ;) Jedna skosztowała gofra na full wypas, a druga zakupiła sobie loda też na full wypas. W tak dobrym nastroju przyjechałam do domu przed 21.00, ale zaraz po przekroczeniu progu rozbolała mnie głowa. Z Bezcielesną w czasie spaceru poruszyłyśmy temat mojej "nad-odpowiedzialności". Moja droga koleżanka powiedziała mi, że to graniczy z obsesją, bo nie mogę przeżyć bez kontroli nad rodziną. No ale jak tu żyć bez tej kontroli kiedy ma się w domu zupełnie nieodpowiedzialny egzemplarz? Rzeczywiście lubię żyć według ustalonych reguł i zasad. Schematy i rytm, to coś co mnie kręci. A mój Szanowny małżonek nawet nie zawołał naszej córki do domu tuż po 20.00. Weszłam razem z nią, bo zgarnęłam ją z podwórka. W pokoju, w ciągu dnia dzieci bawiły się w domy, budowały szałasy, robiły piknik (zestaw do gotowania porozwalany po całej podłodze). Żeby nie było - nie jestem zwolenniczką mieszkań "muzeów". Ale ani się ruszyć, ani pójść spać, jeszcze do tego kultywuję co wieczorny prysznic Małej. No i zaczęło się; Mała mnie zobaczyła i wszystko było na raz: chcę pić, jestem głodna, pomóż mi sprzątać, jestem zmęczona. A gdzie był TATUŚ? Ja się pytam. Tatuś po przyjściu z pracy zaczął oglądać filmiki na swoim telefonie. Ech, szkoda gadać. 

Miałam się relaksować i odprężać. Właściciel worka dał mi namiary na swój adres zamieszkania, jutro idę więc na pocztę wysłać gotowy produkt. Najchętniej dałabym wora w prezencie, bo to dla dziecka i w ogóle, ale właściciel chciał zapłacić, a ja nawet nie wiedziałam jak wycenić swój hand-made. 

Teraz będę się przymierzać do kolekcji mini ubranek dla laleczek córki Bezcielesnej. Powinno pójść gładko. 

A gdzie nauka angielskiego do poprawki wrześniowej???? 

Tagi: Spotkanie
17:16, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 lipca 2013

Moja córka dostała zaproszenie na urodziny do swojej koleżanki z klasy. Impreza odbyła się wczoraj. Pogoda z jednej strony dopisała, bo deszcz nam nie dokuczał, ale za to dokuczały nam saharyjskie upały. Dobrze, że koleżanka zorganizowała party w podmiejskim lesie, na placu zabaw, w cieniu sosenek i w otoczeniu hamaków do użytku publicznego.

Koleżanka mojej córki zaprosiła „najwierniejszych” przyjaciół, ale i tak było dziesięcioro dzieci w sumie. Rodziców, którzy przyjechali razem ze swoimi pociechami było tylko troje (łącznie ze mną) no i mama i tata solenizantki. Do jedzenia dzieciaki dostały same „najzdrowsze”, ale i najlepsze rzeczy: chipsy, żelki, chrupki, cukierki, paluszki, do picia była woda, soki różnej maści (dobrze, że nie było coli ;)) No i tort. Miał być lodowy, ale mama-organizatorka powiedziała, że w żadnej cukierni nie spotkała lodowego tortu. W sumie się nie dziwię, przy takim upale…

Po poczęstunku, po zabawie w hamakach i na karuzelach/huśtawkach, dzieci zostały zaproszone na pobliski basen. Moja Mała naszykowała sobie w domu kółko wspomagające (bo jeszcze pływać sama nie potrafi) i aż piszczała z radości na samą myśl o pluskaniu. Na placu zabaw zostałam tylko ja i mama-organizatorka. Należę do typu ludzi, którzy na sam widok basenu i sam zapach wody chlorowanej dostają gęsiej skórki. No i nie umiem pływać. Koleżanka jest również świeżo upieczoną mamą drugi raz, tak więc została ze mną przy wózku i na cycu. Pilnowałyśmy też żarcia na stolikach ;)

Czas spędzony z mamą-organizatorką upłynął mi niezwykle miło. To są właśnie te chwile, które nabijają mi bateryjki. Spotykanie się z ludźmi, którzy są „normalni”, nie kadzą, nie doradzają, nie krytykują, nie użalają się nad swoim życiem jest dla mnie jak miód na serce. Poza tym (wspominam to w prawie każdym wpisie) – to, o czym ma się do porozmawiania z drugą osobą jest połową sukcesu. Mama-organizatorka jest w moim wieku i o podobnych zainteresowaniach, czas z nią spędzony przeleciał mi „pędzikiem”.

Córka z basenu wróciła rozanielona. Imprezę zaczęliśmy ok. 15.00, a rozeszliśmy się po 18.00. Było kameralnie, ale też nie odczuwało się nudy. Do ludzi mi trza, do normalnych ludzi, żeby nawet dla robienia dobrej miny do złej gry, zmuszać swoją gębę do uśmiechów ;)

sobota, 29 czerwca 2013

Dawno już nie było wpisów optymistycznych, okraszonych pogodnymi zdaniami i pozytywną energią. Dziś opiszę mój wesoły piąteczek. 

Zaczęło się wczesnym rankiem, kiedy musiałam podjechać na nowy obiekt i wyrobić sobie wejściówkę. Teraz będę codziennie wstawać o 5.00, ale za to w domu zawitam już ok 13.00. Popołudniowemu sprzątaniu zarobkowemu mówimy PA.

Potem prędziutko pojechałam do domu, musiałam przyszykować się do zakończenia roku szkolnego u Małej. W czwartek wieczorem przygotowałyśmy wcześniej ubranie i po moim przyjeździe wystarczyło tylko dziewczę ufryzować. Młody mój wygalantował się jak na wesele, ale mówię szczerze: robi chłopak wrażenie! Prawie 190 cm czystego seksapilu ;) Z obojga moich dzieci mogę być dumna, bo nic tak matki nie cieszy jak dobre wyniki w nauce. 

Na popołudniowym mopie spędziłam swój czas ostatni raz. Jakież było moje zdziwienie, kiedy znalazłam na biurku jednej z moich zaprzyjaźnionych urzędniczek bombonierkę! Podpisana była moim imieniem i trzy panie dziękowały mi za współpracę i dobre słowo. Nasmarowałam więc list "dziękczynny" i życzenia wszystkiego co najlepsze. Na piętrze spotkałam potem jeszcze inną urzędniczkę, która została po godzinach. Po krótkiej rozmowie obiecała, że "będzie o mnie pamiętać". W końcu to pośrednik pracy. Miło.

Na wieczór byłam wcześniej umówiona z Bezcielesną. Prosto z pracy pojechałam więc na spotkanie. W klubie piłyśmy butelkowego browara i zagryzałyśmy czekoladkami z bombonierki. Mieszanka wybuchowa. Siedząc na powietrzu gryzły nas komary, ale nie zepsuło to nam humorów. Na koniec naszego spotkania doszedł do nas mój brat, ponieważ spotkałyśmy się w miejscu, które znajduje się niedaleko jego miejsca zamieszkania. Sam wypił z nami jeszcze piwo, kupił kiełbasę z grilla i kontynuował plotki. 

W sumie to już dawno nie czułam się tak zrelaksowana i wyluzowana. Lubię spotykać się z ludźmi, którzy są dla mnie partnerami do rozmowy i traktują na równi ze sobą. Nie znoszę ludzi agresywnych, toksycznych, żałosnych w swoim postępowaniu, takich, którzy stoją wyżej lub niżej niż mój stan emocjonalny. To trudne do zdefiniowania, ale jestem kobietą cholernie wrażliwą i kontakt z toksyczną ciamajdą powoduje, że sama zaczynam spadać w otchłań przygnębienia. Natomiast spotkania z ludźmi nad wyraz silnymi, agresorami, którzy lepiej wiedzą ode mnie co jest mi potrzebne, powoduje, że odsuwam się od nich i nie chcę spotykać.

Było bardzo przyjemnie, siedzieliśmy prawie do północy, choć Bezcielesna zmyła się troszkę wcześniej. W związku z tym Brat zaproponował mi u siebie nocleg. W końcu to mój dom rodzinny, no i gdzie się miałam włóczyć autobusami nocnymi... Zgodziłam się. Po informacji do męża, że nie wracam na noc, udałam się do mieszkania mojego Brata. Spało mi się cudownie, a wczesnym rankiem przywitało mnie słońce i 8 stopni ciepła za oknem. 

Więcej poproszę...

 
1 , 2